Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak. Są takie, które nawet ja zerwać chcę, jak każdy przeciętny głupiec.
— Jak można kwiaty zrywać? — wtrącił ksiądz. — Mnie się zdaje, że je to boli bardzo, a potem więdną.
— To też takie, co nie chcą być zrywane, rosną na szczytach i, aby je dostać, trzeba ważyć także życie — odparła Leonka, rzucając wzrok na Rafała.
Starli się spojrzeniem. On ramionami ruszył.
— A któż dba o życie, gdy ma chęć do zaspokojenia? A raczej, co warta chęć, w której o życie lub śmierć nie chodzi?
Stali u furty cmentarnej i ksiądz przerwał dysputę, która przybierała ostry charakter.
— Do widzenia, moje dziecko! — rzekł. — Postaram się uwolnić na wieczór i z wami go spędzić.
— Dziękuję, proboszczu.
Rozdzielił ich płot i droga. Grabarz wyszedł ze swego domku i na pytanie księdza poprowadził ich daleko w głąb. Cmentarz był ze śniegu oczyszczony, bardzo starannie utrzymany. Rafał, mijając nagrobki, czytał machinalnie napisy. Leżeli tam jego znajomi: Rahoza, ojciec i syn, pod marmurowym obeliskiem, stary doktór, lubiący piwo i izbę Schowankowej, a opodal, bliżej płotu, dostrzegł na krzyżu drewnianym tabliczkę, na której widok mimo woli się uśmiechnął: „Bodo Ruprecht, 76 lat“.
— I tyś tu? — zamruczał. — Doguwernerowałeś się swojej ziemi i prawdziwej własności.
Grabarz przystanął przed mogiłą, ozdobioną nowym krzyżem i wieńcem nieśmiertelników.
— To panienka położyła na Zaduszki — rzekł.