Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ruszyli we troje. Ksiądz ucichł, i w myśli coś sobie tylko wiadomego kombinował. Młodzi nie odzywali się także, jakby już w tej wieczornej rozmowie wczorajszej wyrazili wszystko, co ich łączyło kiedykolwiek, a jakby ta noc jedna odrzuciła ich precz, daleko od siebie, napełniła dziwną nieufnością. Nie patrzyli już sobie prosto w oczy, tylko on zpodełba rzucał jej dziwne błyski swych dzikich źrenic.
— Proboszcz dawno nas nie odwiedzał — ozwała się, przerywając kłopotliwe milczenie.
— Nie miałem czasu wieczorem, moje dziecko, a w dzień was nie zastałem przedwczoraj. Służba nasza podobna i dużo czasu zabiera, jak wiesz.
— O, nie podobna! Ksiądz zawsze ratunek i zbawienie przynosi, ja tylko pomoc nieudolną. To moja rozpacz. Myślałam, że hartowniejszej nade mnie niema kobiety, a przecie dotąd przemóc nie zdołam żalu, gdy kogo nie wyratuję. Doktorowie zwykle znoszą to filozoficznie, a ja — wstyd powiedzieć — płaczę jak dziecko.
— A sądzisz, żem ja nad duszami nie płakał? Przychodzi za to wyzdrowienie cudowne, a radość wszystkie łzy przewyższa. Chore dusze jak i chore ciała. Nic my nie poradzimy, bez pracy organizmu, bez chęci własnej człowieka. Nieprawdaż, panie? — zwrócił się nagle do Rafała.
Ten, jak ze snu obudzony, oczy podniósł.
— Nie słuchałem, coście mówili. Byłem daleko.
— Może w Indjach? — spytała żartobliwie.
— Zgadła pani. Nad Gangesem.
Zaśmiał się i dodał powoli:
— Kwiat rwałem.
— Kwiaty? Pan?