Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To dowód, że pan mało badał ludzi; — ozwała się Leonka. — Podobnych panu Adamowi jest wielu na świecie, a między północnemi ludami szczególnie. Marzyciele, idealiści! Pół-anieli!
— Marzyciel mrzonkę sobie wytwarza; idealista, acz nieudolnie, dąży do swego ideału. Adam ani jednym nie był, ani drugim. Prototypu jego nie znajdzie pani pod zimnem niebem północy, ani wśród codziennych warunków. Pójść do niego trzeba do starych Indyj, do kolebki wszelkich religij, pierwowzoru wszelkich urządzeń, zwyczajów, nawet uczuć. Jam był tam i pojąłem wiele rzeczy, które świat nowy nazywa zagadką, anomalją lub wyjątkiem. Tam są to rzeczy powszednie, utrwalone wiekami. Tam, gdy bóstwem co uznają, umieją mu służyć i wierzyć. Indywidualizm niknie, zamiera; czucie tępieje, wrażenia streszczają się w jedno: w tego Boga. Wówczas człowiek nie ma już nerwów drgających, krwi gorącej, samolubnej, rozsądku i chęci własnych; zatraca nawet ten instynkt zachowawczy, mimowolne prawie cofanie się przed bólem. Nie jest już czemś samoistnem; jest łupiną wątłą, w której zolbrzymiałe w potwór pojęcie bóstwa się rozpiera, rozsadza go, tratuje i dusi wszelkie czucie. Jest to nirwana, obleczona w postać dla oczu dostępną.
Umilkł. Zmarszczone jego brwi rozsunęły się i twarz wypogodziła, jakby obraz, który mu stanął przed oczyma, był zdolen pokryć nawet jego ponure myśli.
— Był ranek jeszcze rzeźwy, skwarem nie spalony. Nad świętą rzeką gaj figowców zstępował do nurtów, a jego brzegiem gościniec szedł. Wracaliśmy uznojeni kilkudniowym dalekim marszem z zapadłych dżungli, dokąd nas oficerowie zagnali byli dla obławy na ty-