Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czemu? Ja nie wiem. Dobrze mi było z nim.
— Nim stąd odejdziesz, może i ze mną ci będzie dobrze, kiedym do niego podobny.
— Nie. Jak nie on, to nikt inny. Chodźmy.
Nikt pewnie nie widział Rafała w podobnem towarzystwie i jemu samemu wydawało się to bardzo dziwnem.
— Pochwalony Pan Jezus! — pozdrawiano księdza, a on się uśmiechał i czasem zagadywał znajomych dobrotliwemi słowami.
Wpół rynku z ubogiej chatyny wynurzyła się Leonka Brzezówna i stanęła osłupiała; ksiądz się zatrzymał.
— A co tu słychać, moje dziecko? — zagadnął.
— Źle. Dzieci co do jednego leżą na krup i odrę, kobieta wyrzuca resztki płuc. Tam już ja nie poradzę, a chyba Kazia i proboszcz dobrodziej. Dzieci zdrowe będą, ale sieroty.
— A organiścina?
— Prawie zdrowa. Dziś w nocy kryzys przeszedł szczęśliwie. Zastałam rano śpiącą.
— Gdzież idziesz teraz?
— Do straży. Leśniczemu róża poszła w rany. Nogi ma zupełnie bezwładne.
— Daj ci Boże tylko zdrowie i siły. Nie trzeba ci przypominać obowiązku, moje dziecko. Idziemy w jedną stronę teraz, bo ja tu z tym młodym na cmentarz dążę.
— Ach tak, w sprawie grobu ojca pana Adama. Dzień dobry panu.
— Znajomi jesteście? — spytał proboszcz zdziwiony.
— O, i bardzo starzy nawet!