Kwiat lotosu (Rodziewiczówna, 1928)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kwiat lotosu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1928
Druk P. Mitręga
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.

I poszli!
Poszli w świat szeroki, obcy, różnobarwny; i przebyli na włóczędze bez planu i celu ośm najpiękniejszych, najbujniejszych lat życia!
Gdzież ich nie było!...
Widziały ich prerje amerykańskie i lodowce bieguna, koszary różnych krajów i dżungle Gangesu, zalewy Amazonki i stepy Azji środkowej.
Poznali miasta, wielkie jak kraje, i śnieżne chaty Eskimosów; doznali nędz i chorób tysiąca; borykali się ze śmiercią, co szła na nich z zatrutych strzał i szponów tygrysich, z mrozów polarnych i duszących wyziewów trzęsawisk równikowych, z gazów kopalni i odmętów oceanu.
Nauczyli się piętnastu może żargonów i zwyczajów narodów wpół dzikich, żuli prymkę i betel, palili opjum i konopie, żywili się tranem rybim i pysznemi owocami Wysp Azji południowej.
I szli z miejsca na miejsce, z awantury jednej w drugą, jeszcze gorszą, z zajęcia do zajęcia!
Bert uważał się w tej spółce i kompanji za głowę i wodza, dlatego zapewne, że najwięcej pił, najbrutalniej przeklinał, znał wszystkie kryjówki i wykręty i posiadał, obyczajem marynarskim, aż trzy żony, rozmieszczone bardzo oględnie w portach całego świata. Gdy nie było zarobku, a głód doskwierał, albo gdy wycieńczonym się czuł i potrzebował wytchnienia, odwiedzał je pokolei w Japonji, Sidney i Rio, a wracał zawsze z dobrą myślą, z pełną kieszenią, oporządzony od stóp do głowy, czerwony, zdrów, z zapasem nowych anegdot, wódki i rumu.
— Czyńcie, jak ja, bawoły, Botokudy, kretyny! — namawiał kolegów, niestety, bezskutecznie.
Adam milczał i tylko oczy jego, jak kryształ czyste, spoglądały ze zgrozą na Andenberga.
Miały te oczy i łagodna powaga cichego chłopca taką dziwną moc, że awanturnik spuszczał swe zaognione trunkiem ślepie i cichł, nawet w przystępie najgorszego paroksyzmu przekleństw, a Rafał mitygował swe wybuchy szału i zemsty i sam nie wiedział, kiedy pozwolił sobie na słabość pokochania towarzysza.
Bert był głową, Rafał najpierwszym wykonawcą najszaleńszych projektów, szedł naoślep, tam nawet, gdzie nie było prawie prawdopodobieństwa ocalenia; ale Adama było zasługą, że nie popełniali kryminałów, nie mieszali się do nikczemnych spraw.
Szanowali go bezwiednie, ulegali jego łagodnemu słowu, słuchali niemego nawet spojrzenia bez oporu.
On się nigdy prawie nie odzywał; rzucony fantazją losu i chwilowym wypadkiem, spełniał sumiennie robotę każdą, nie ustawał w żadnym trudzie.
Lubili go zwierzchnicy i zatrzymywali zwykle, proponując służbę lżejszą, wynagrodzenie, mogące zapewnić byt spokojny i dostatek.
Daremnie! Odchodził z kolegami, a na wzmiankę spokojnego bytu miewał tylko uśmiech, od łez smutniejszy, i wzgardliwe machnięcie ręką.
On śmierci szukał, a jemu obiecywali życie.
On wrażeń i biedy chciał, by nie myśleć, a obiecywano spokój i dostatek...
Rafał przez te lat ośm na stal się zahartował. Z chłopca, pięknego jak Adonis, wyrobił się człowiek siły niedźwiedziej, sprężystości kociej, opalony na kolor cegły skwarami równika, o ramionach i dłoniach zgrubiałych od lin, wioseł i topora, o twarzy, z której świeżość i żary młodości starły lata, nędza i przebyte doświadczenie.
Gdzież się podział filozof i mędrzec?...
Został daleko, w mrocznej mgle wspomnienia.
Otrząsnął się z niego, jak z szaty niedogodnej, w dniu, gdy antykwarjusze i aferzyści rozerwali po sztuce bibljotekę ojca, gdy wyszedł ostatni z pustego mieszkania, ustępując miejsca nowym, obcym lokatorom.
A teraz, czyż był czas w tem życiu burzliwem na metafizyczne mrzonki, studja i badania? — Ba, czy nawet była ochota?
Bańki mydlane, fatamorgany pustyni, mamidła lodów polarnych!...
Mieli jeszcze czwartego kolegę: Franza Ruprechta.
Uciekł z domu od dziatwy i obowiązków. Myślał, że tam, za oceanem, ni pracować, ni uczyć się nie będzie potrzeby. Biedny chłopiec. Tułał się po świecie, okpiwany i wyzyskiwany, nie mogąc sobie w niczem poradzić. Trafem dziwnym spotkali się w New-Yorku, przy zaciąganiu na wielorybnik. Bert, którego gawędy „Pod Faraonem“ wywołały i w nim tę żądzę włóczęgi, zasypał go gradem przekleństw i dosadnych przymiotników, ale Adama zdjął żal nad obdartym, nędznym wagabundą.
— Niech idzie razem! — rzekł.
Bert zaklął, ale sprzeciwiać się Lachnickiemu nie miał zwyczaju.
Rafał splunął i mruknął przez zęby: „Małpa!“ nie opierając się przyjacielowi. Franz został i przyczepił się do nich, jak rak do sieci.
W miesiąc potem Adam żałośnie przyznał, że koledzy znali lepiej Ruprechta.
Rafał ruszył brwiami.
— Lepiej zły, niż głupi! — zawyrokował.
Był to dopiero początek. Ileż kłopotów przyczynił im ten człowiek!
Ginął co chwila, zawsze z powodu miłostki; odnajdywano go z wielkim trudem, wydzierano często z rąk pijanej gawiedzi siłą pięści i rewolwerów; a gdy sam wracał, był osowiały, zbity, okradziony, i zaklinał się, że to raz ostatni, do nowej zachcianki.
Dziwnie tępa była to mózgownica, krótkowidz dosłownie i w metaforze, przytem próżniak, papla i zarozumiały.
Wędrówka nie nauczyła go niczego. Dziwiło go wszystko, wierzył każdej baśni, bał się strachów i słuchał zawsze ciekawie anegdot Andenberga, choć te rzeczy znał i widział po tysiąc razy.
Był jeszcze piąty towarzysz: Kate, uistiti Adama, mała, sprytna małpeczka. Żuła prymkę, paliła tytoń, jadła ze wspólnej miski strawę żołnierską, lub gryzła naprzemian z właścicielem suchar okrętowy.
Na lądzie i morzu dzieliła ich trudy i zabawy, przyczepiona do ramiona Lachnickiego, lub wsunięta w zanadrze bluzy marynarskiej, rozglądając się ciekawie krągłemi, wiecznie mrugającemi oczkami i strojąc śmieszne grymasy.
Nawet obojętny Rafał miał dla Kate pewne względy; z Franzem czubiła się bez ceremonji, a Bert tolerował, gdy mu z rąk odbierała najlepsze kąski.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Ach, czego się nie przeżyło, nie poznało, nie zniosło, przez te lat ośm i jak minęło, i kiedy?!...
Znikło, jak sen młodości, a na końcu stanął grób, co wszystko zamknął złowrogą pieczęcią, grób wśród falujących pampasów Ameryki...
Gdy myśl Rafała szła wstecz, te lat ośm były różnobarwną wstęgą, którą czas i okoliczności zbieliły i zatarły i tylko jeden obraz pozostał zawsze świeży i żywy, a smutny nad wyraz.
Jak żywą i świeżą miał w pamięci i przed oczyma jasną noc tropikalną i rozpiętą na niebie konstelację Krzyża, bezmierne łąki, stada bydła, ognisko pod kępą drzew i ich czterech.
Byli, jak zawsze, w komplecie, w charakterze stróżów stad jakiegoś Francuza z Buenos-Aires, „który pakował mięso w porcelanowe tabakierki“, wedle określenia Berta.
Czterech było, ale jednego gwałtem zabrali z sobą.
Wymawiał się biedak, że zawadą im tylko będzie i widzieli sami, że w oczach żółkł i marniał, nie siłą pracował, lecz wolą, a nocami w gorączce się rzucał, to się potami oblewał.
Na myśl jednak zostawienia go samego, oburzali się, jak jeden.
— Żółta febra! Bzdurstwo! Zdrów będziesz od stepów! — wołał Bert.
— Ja za ciebie będę robił — ofiarował się poczciwie Franz.
Rafał ostatni przemówił, ponuro i, nie patrząc na kolegę, jakby się bał ze zgryzotą zdradzić:
— Żyliśmy razem i padniemy obok siebie! Tak mnie twoi prosili i tak będzie. Nie gadaj głupstw!
Ach, te pampasy!
Sześć miesięcy biwakowali wśród nich po nocach, z siodłem pod głową, doglądając pasących się koni, słuchając ryku kaguarów w oddali.
Bert właśnie wrócił niedawno od japońskiej żony, był w stanie bliskim białej gorączki i plótł niestworzone rzeczy; Franz szczerzył zęby, wtórując mu śmiechem głupowatym; Rafał w milczeniu łatał rzemienie i odzież; Kate, łakomiec, jakich mało, nie spuszczała wzroku z kotła karmiciela; Adam leżał milczący, patrząc w gwiazdy.
Pewnego wieczora, Radwan ostatni wrócił, po całodziennej, szalonej jeździe, zmęczony nad wyraz.
Spojrzał na słabego kolegę, twarz mu się zamroczyła przykrością, odmówił jadła i, nie rzekłszy słowa, legł, owinąwszy się w szynel stary, zabytek jakiegoś garnizonu. Gniewały go dzisiaj portowe anegdoty i śmiech bezmyślny; zasnął i marzyło mu się coś gorączkowo.
Płonące stepy, gauchos schyleni do grzywy końskiej wśród stada uciekających byków i antylop, ogień zewsząd, krew spieczona w żyłach, w mózgu, w gardle, w oczach, a rumak pędzi, nie tykając ziemi. Czy się ocalą? Lub czy ich żar obejmie gorącą obręczą i padną martwi na kępy agawy?
Ocknął się i siadł, jeszcze cały pod wrażeniem zmory.
Ogień tlał, koledzy chrapali, cisza zalegała stepy, przerywana parskaniem koni i śpiewem cykad. Pożaru jeszcze nie było.
— Nie śpisz, bracie? — spytał go cichy głos Adama.
On czuwał, leżąc nawznak, z rękoma pod głową, zapatrzony, jak zwykle, w kopułę błękitną swemi wpadłemi oczyma.
— Spałem już! A ty? — odparł Radwan, siadając koło niego.
— Ja nie mogę. Tak mi jakoś dobrze. Żal przesypiać takie noce.
Zwrócił oczy na step daleki i mówił dalej:
— Od tych stepów jakieś do mnie idą z każdym powiewem wonie i cudne melodje. Nic tak nie lubiłem, jak pieśni i wonie kwiatowe. Upajam się teraz i nigdy tak mi lekko nie było.
Poruszył się i uśmiechnął tęsknie.
— Czy pamiętasz, jaki śpiew słyszeliśmy najpiękniejszy, schodziwszy z końca w koniec ziemię? Nie z naszych, z cudzych i dalekich.
— Ktoby spamiętał?
— To ci przypomnę. Ranek to był, tam, tam, w starych Indjach. Polowaliśmy z oficerami na tygrysa. Osada Hindusów stała nad świętą rzeką i, w ów ranek pogodny, oddawano falom zwłoki młodzieńca. Pamiętasz? Nieśli go na noszach, a za nim rodzina szła, płacząc. Rzucono go w fale Gangesu, naprzeciw dziwacznego posągu, co na wysepce stał, bożek zapewne. Wokoło niego głębinę czarną pokrywały lotosy w kwiecie, biało-rożowe, śliczne. Ciało młodzieńca uwięzło wśród nich chwilę, nim go prąd porwał na czystą wodę, a stara niewiasta została sama z orszaku i śpiewać poczęła pieśń monotonną, siedząc skurczona na brzegu. Pamiętasz?
— Pamiętam. Niewiasta powtórzyła mi ją, a potem wytłumaczono treść.
— Od tych stepów ona teraz do mnie idzie, ta pieśń. O lotosach różowych, rosnących nad głębiną, a które Hindus nazywa kwiatem miłości. I słusznie: miłość tylko kwiatem być może, a mowa jej pieśnią. Kwiatem, z głębi bezdennych wyrosłym, a pieśnią — pogrzebową!
Jakby odpowiadając niemej prośbie biedaka, Rafał śpiewać począł.
Adam oczy zamknął.
Po ciemnej jego twarzy przechodziła łzawa rzewność, to kurcz bólu, to łuny gniewu, to martwota rezygnacji.
Może mu życie złamane stanęło w myśli i toczył walkę, ostatnią już, z człowieczeństwem, które się skarżyło na krzywdy poniesione, trudy daremne, potargane uczucia szlachetne, zamiary zniweczone.
Melodja się powtarzała bez końca, dojmująca właśnie tą rozpaczą monotonną i beznadziejnym smutkiem i skonała wreszcie w ciszy stepu jakąś skargą, którą echo dalekie przeciągało w nieskończoność.
Adam otworzył oczy.
— Umarłym tylko śpiewają tę pieśń nad Gangesem, bo miłość śmiercią jest tutaj, życiem — tam, wysoko, przeto szczęśliwy, kto bieg swój skończy! — szepnął.
— A przecież żyć trzeba i poco? — mówił po chwili przerwy zmęczonym swym, dyszącym głosem. — Tyle bólów i potu i łez... i poco i dlaczego? Żeby zarobić grób i nic więcej! I pocóż, jeśli tak być musi, Bóg dał światu złote słońce i wonne kwiaty, białe obłoki i melodje? Poco dał piękno to całe i kazał człowiekowi zarazem śmierci żądać i krwią serdeczną przez życie całe ociekać?
Bardzo cicho mówił, wstydząc się może zniechęcenia i goryczy, a Rafał powstał z ziemi i, pięść zwiniętą wznosząc do gwiazd, wybuchnął długo tajoną nienawiścią:
— Poco tam w górę patrzycie? Kogo tam myślicie mieć? Boga? Fikcja! Pusto tam i głucho. Bóg, to wypadek, ślepe fatum, w którem was uczą widzieć łaski i kary. Widziałeś ty sprawiedliwość na świecie? Widziałeś ty słuszność i równość? Pokaż mi Boga w doli twojej: jeśliś pewny, poco cierpisz; jeśli cierpisz, zaco pokutujesz? Lawiny, co druzgocą i pożary podziemne, co lawą i popiołem zioną, takąż mają myśl i sprawiedliwość, bo niszczą doliny śmiejące się, zasypują miasta i ogrody! W nich mieszka Bóg wasz, niszczyciel!
Adam podniósł się nawpół.
— Rafale! — zawołał żałośnie. — Taki dobry dla mnie byłeś przez te długie lata tułaczki! Jak brat! A teraz bluźnisz znowu, gdy ja już odchodzę! O, nie mów tak, nie mów! Nie truj mi tej cichej chwili!
Radwan zamilkł i, przyklęknąwszy, dotknął czoła jego i rąk.
— Boli cię co? Gorzej się czujesz? — spytał niespokojnie.
— Nie! Nad wyraz mi dobrze, tylko czuję, że kresu dobiegam i chciałbym wszystko pokończyć. Bracie, czybyś ty mi wypełnił ostatnią prośbę?
— Mów śmiało.
— Jeżeli cię losy rzucą gdzie niedaleko od kraju, wstąp do Rahoźnej. Powiedz jej, żem już wolny i tam, gdzie kast niema, ni różnic urodzenia, i że mi była po tchnienie ostatnie duszą i myślą i marzeniem o niebie. A Rahozie oddaj za dług ojcowski grosze moje, com zbierał lat ośm, jak skąpiec, i powiedz, że mu z serca odpuszczam. Dopełnisz?
— Jeżeli żyw będę, dopełnię!
— Słuchaj, jeśli ci groszy zostanie, to połóż kamień ojcu w Rahoźnej. Tyle lat marzyłem o tej pamiątce! Czy też on daruje mi, gdy się spotkamy, żem na pańskie dziecko oczy wzniósł i rękę po nią wyciągnął. Czy on mi daruje?
Leżał chwilę, zmęczony długą rozmową.
— W borach Rahoźnej było jeziorko sitowiem porosłe, wkoło łączka i dęby — zaczął znowu, jakby do siebie. — Także marzenie szklane... Czym ja myślał, że się rozstaniemy i że mi przyjdzie głowę położyć do spoczynku wśród pampasów, samemu!... Gdzie te czasy, gdym jej śpiewał „Wędrowca“ w noc cichą, na powitanie!...
Zamilkł. Oczy obu poszły zamyślone na krzyż z gwiazd, rozpięty nad nimi; chory się do niego uśmiechał jasno, jak żołnierz konający do sztandaru. Rafał złorzeczył w duszy nieznanej, niezbadanej potędze! A od stepów cichych szły do Adama coraz cudniejsze wonie, coraz słodsze pieśni!

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Nazajutrz o świcie pojechali trzej tylko. Lachnicki został w obozie, skulony, w paroksyzmie dreszczów okropnych. Gdy dosiedli koni, pożegnał ich serdecznem spojrzeniem.
— Bóg z wami! — zawołał.
Do Rafała, który się ociągał, rękę wyciągnął.
— Dziękuję ci za opiekę, a nie zapomnij prośby! — szepnął.
— Może razem pójdziemy i tam! — odparł Radwan głucho.
Wskoczył na konia, a ten, wpół dziki, w szalonym galopie popędził za towarzyszami, rżąc i wierzgając. Obozowisko znikło w jednej chwili.
Dwa dni i dwie noce uganiali się za rozhulałemi bykami. Bert wyczerpał cały zapas przekleństw, Franz jęczał, że umrze, i uciekłby oddawna, gdyby nie bojaźń pięści Andenberga i zbłądzenia.
Rafała trapił nieznośny, ciągły niepokój.
Trzeciego dnia, niezdolny dłużej zapanować nad troską i złem przeczuciem, popędził naoślep, kierując się instynktem konia wciąż na północ.
Step zieleniał w całym przepychu, a on w uszach słyszał szum pożaru z gorączkowej zmory.
Gaucho pędził, leciał jak strzała; dym rósł, dusił, płomienie lizały już nogi końskie, ratunku nie było; jeszcze chwila, a rumak i jeździec padną bez tchu na popioły z traw...
Słońce zachodziło, gdy dopadł obozowiska. Adam leżał na swem zwykłem miejscu, z płaszczem nasuniętym na oczy. Uistiti powitała piskiem przybyłego. Zeskoczył na ziemię i podbiegł do chorego.
— Adam! — zawołał.
Nie było odpowiedzi, tylko słyszał gwałtowne, nieregularne bicie własnego serca.
— Adam! — powtórzył głośniej, uchylając płaszcza.
Nowe, dłuższe milczenie zapanowało wśród bogatej, słońcem oblanej płaszczyzny.
Serce Rafała przestało bić na sekundę, zimny pot oblał skronie, członki przeszedł dreszcz zgrozy.
Klęczał nad zimnemi zwłokami, a purpurowy zachód oblewał ich obu morzem jaskrawych płomieni, odbijając się, jak ostatnie pożegnanie ziemi, w szklistych, martwych źrenicach biednego rozbitka.
Wpoprzek tych zwłok, wyniszczonych chorobą i troską, filozof się zwalił i znieruchomiał, jak drewno.
Pożar, co go trapił zmorą w nocy, dobiegł go, powalił, dławił, niszczył. Raz pierwszy w życiu ból poczuł czysto ludzki, raz pierwszy zrozumiał rozpacz.
Leżał, szarpany żalem, cierpieniem, bezmiernym smutkiem i dzikim, bezsilnym buntem całej natury.
A ból ten tak nowym i nieznanym mu był, że ogłuszony nim, oniemiał i zmartwiał; a bunt ten tak go przejął i zgnębił, że nie klął i nie złorzeczył, tylko, zgrzytając zębami, dyszał nierówno.
Czemże on był wreszcie? Panem samego siebie? Ha, pocóż cierpiał zatem i tyle! Panem swego losu? Pocóż więc tracił tego jednego człowieka, co mu czemś był na świecie, tracił bez powrotu, bez ratunku na zawsze?
Więc czemże był? Zerem! Ha, ha! Tylko zerem, wobec własnego bólu i tej ciemnej potęgi, co go rzucała teraz w proch przed sobą!
Ha, ha! I aby dojść do takiego rezultatu, przewertował ksiąg tysiące i żywych studjów i doświadczeń odbył lat tyle!
Żeby cierpieć, jak półgłówek, żeby zgrzytać zębami, jak szaleniec! Przekleństwo!
Zawył dziko, jak zwierz drapieżny i, podrywając się nieco z ziemi, gwałtownym ruchem wydobył rewolwer z pasa.
Wściekłość go ogarnęła beznamiętna i trzęsącemi się z szału ustami jął bełkotać:
— Boli mię, to prawda, ale ty nie tryumfuj! Nie ulegnę ci! Ha, ha! Prosić łaski nie będę! Panem moim chcesz być i swą moc pokazać! Ha, ha! Jeszczem ja swój pan! Bolisz i kurczysz się, ty nikczemne, masz za to! Będziesz milczało teraz!
Bezwiednie broń w pierś wtłoczył prawie.
Rozległ się suchy trzask i śmiech zuchwały.
Bladą i zimną twarz Adama obryzgały gorące krople krwi; szaleniec osunął się na niego, już cichy.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Pampasy gorzały łuną słońca. Gaucho leżał w kałuży swej krwi; szalony, myślał, że zabił ból i rozpacz.
Na widnokręgu purpurowym sylwetka jeźdźca wystąpiła jeszcze daleka i gnała w stronę obozowiska.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.