Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


soka, otulona od stóp do głowy w płaszcz nieprzemakalny.
Nie zwróciła uwagi na obcego, co się do ściany przed nią uchylił, i zagadnęła prędko pannę Kazimierę:
— Jakże chora?
— Bez zmiany. Ale czyż się godziło w taką niepogodę i noc trudzić się pieszo! Posłałabym po ciebie konie w razie nagłej potrzeby.
— Mniejsza o niepogodę. Wyznam ci, że nietyle mi szło o chorą, co o ciebie. Uśpiłam swoją matkę i ruszyłam w odwiedziny. Poczytamy i pogwarzymy godzin parę.
Rafał w twarz mówiącej oczy wlepił, jakby ich oderwać nie mógł wcale.
Zrzuciła płaszcz i kaptur i stała w całym wdzięku młodzieńczych kształtów, profilem do niego zwrócona.
Gęstwina hebanowych włosów otaczała jej bladą, drobną twarz, osłaniała wysokie, gładkie czoło.
Włosy te, obfite i niesforne, przypominały mu bardzo dawne lata i stosunki.
Lica miała blade i trochę śniadawe, o złotawym odcieniu dzieci południa, oświetlone parą oczu, jak gwiazdy świecących, jak noc czarnych, o bardzo bystrem i stanowczem spojrzeniu.
Zdawało mu się, że i oczy te nie były mu obce zupełnie, ale gdzie je widział i dlaczego zapamiętał wśród tysiąca innych, nie pojmował.
Poruszył się wreszcie, ale na ten ruch i spojrzenie Kazi, nowoprzybyła obejrzała się szybko.
— Przepraszam! — rzekła. — Byłaś zajęta. Przerwałam ci. Kończ, proszę, interes, a ja tymczasem baronową obejrzę i wrócę.