Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nareszcie z za węgła wysunęła się drobna, zgarbiona postać starej kobiety.
Poznał ją i uważnie się przyglądał. Zamiast starej mantylki miała na sobie futerko porządne i znać było, że staranne, kochające ręce zawiązały jej chusteczkę na szyi, kapturek pod brodą, ociągnęły drżące dłonie ciepłemi rękawiczkami.
Zdrobniała tylko i zgarbiła się mocniej, ale zachowała żywość ruchów, od których boleśnie odbijały martwe rysy i wzrok szklany, w próżnię utkwiony.
W ręku, jak zwykle, niosła worek, papierami wypełniony, i parasolkę.
Nie sama szła. Za nią o krok postępowała córka, uderzający kontrast tej ruiny i starości, smukła, piękna, z pociągającym wdziękiem ruchów i wyrazem bladawej twarzyczki.
I nie tak, jak niegdyś, prześladowana przez gawiedź i dziatwę, ale spokojna i bezpieczna była Brzezowa. Nikt nie szydził, nie krzyczał, nie urągał; ustępowano im z drogi i zobaczył nawet Rafał, że drab obdarty, o pijackiej twarzy, mijając je, uchylił czapki.
Przesunęły się i znikły. On się pochylił, potem otworzył okno i szedł za tą grupą wzrokiem aż do sądu. Staruszka weszła; do Leonki zbliżyła się kobieta uboga i poprowadziła ją za sobą do łoża cierpienia zapewne.
Rafał okno zamknął.
— Słuchajcie — przerwał gawędę oberżystki — nie wiecie wy, kto tam mieszka w tym dworze za lasem, w Sarnowie?
— Generał jakiś. Już trzeci dziedzic od czasu, jak pierwsi to sprzedali.
— To Sarnowskich niema?