Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, panie. Zdobyłam patent, wbrew pańskim przepowiedniom, może właśnie z ich powodu. Chłostał mnie pan, szydził i upokarzał, a we mnie te słowa lekceważące budziły zaciętą wytrwałość i chęć postawienia na swojem. O, pamiętałam ja dobrze pana w każdej chwili tych lat dziesięciu! Wszystkie swoje bóle zawdzięczałam panu, ale też i każdy tryumf. Pamięta pan te czarne horoskopy? Miała mnie pożreć malarja i histerja, miała mi skrzydła przyciąć natura kobieca, wrażliwa i słaba. A teraz, gdym dopięła celu, sama nie potrafię powiedzieć, czy bardziej dziękuję panu za ten hartujący system, który mi wiele dał, czy bardziej nienawidzę za to wszystko, co mi wziął z duszy.
— Aż tak dalece? I cóż wziąłem pani? — zagadnął ciekawie.
— Młodzieńczą wiarę i zapał, młodzieńcze marzenia i ideały.
— Tylko tyle? Balast zatem nieużyteczny.
— Nie balast, ale skrzydła.
— Ikarowe.
— Chociażby.
— Lepiej wcale nie wzlatywać, jeśli spadnięcie jest nieuchronnem. I za to więc pani może mi być wdzięczną.
— Nie, za to nie mogę, bom cierpiała, a ból darowują chyba tacy bohaterowie, jak pan Adam, albo tacy święci, jak ten fakir zdrewniały z pańskiej opowieści.
Dziwna rzecz, nie zaśmiał się szydersko, ani po swojemu nie ruszył ramionami. Wielkiemi oczyma, zdziwiony, spojrzał na nią i milczał.
— Nie dały mi szczęścia pańskie zasady — mówiła dalej smutno — ale przeto ciekawą jestem, czy wina