Kwiat lotosu (Rodziewiczówna, 1928)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kwiat lotosu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1928
Druk P. Mitręga
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


MARJA RODZIEWICZÓWNA
KWIAT LOTOSU
POWIEŚĆ
POZNAŃ
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO


OKŁADKĘ RYSOWAŁ E. CZERPER

DRUKARNIA P. MITRĘGI W CIESZYNIE






I.

Szpakowaty, ale jeszcze krzepki obywatel piął się mozolnie na strome, ciasne i od powstania swego niemyte schody ogromnej kamienicy.
Na każdem przęśle przystawał, ocierał pot z czoła, sięgał do kieszeni obszernego płóciennego kitla, wydobywał odwieczne, w róg oprawne okulary i, nałożywszy je na nos, odczytywał na drzwiach nazwiska mieszkańców.
Szelmowskie schody! — mruczał pod wąsem. — Przecie to nie tutaj jeszcze... Wybudują, panie, chałupę, jak wieżę Babel, i końca niema, i rozumu zgoła. I to się nazywa piękność i wielkie miasto. Uf!
Po tej skardze, rzuconej niebu i ścianom, chował okulary, odsapywał i szedł dalej, monologując zcicha.
— A pisał mi błazen, że bardzo wygodnie i porządnie mieszka! To, panie, porządek i wygoda! Przeszedłem ośm kawałków tej drabiny, a jeśli nie dojdę do obłoków, to już chyba, panie, Bóg nie łaskaw. Ha, ale to upał! Mówią, panie, że na północy biegun, czyli to globus z lodu! Jadę, jadę no i, panie, dojechałem do takiej spieki, jaka u nas i w kanikułę nie bywała! Ładny, panie, biegun, co! Kłamią, panie, te książki, z roku na rok gorzej kłamią i nie wiem, na czem się to skończy! Uf!
Stanął. Znowu troje drzwi miał przed sobą; brudy i upał rosły w stosunku bliskości obłoków. Jegomość dobył znowu badawczych szkieł i jął sylabizować pierwsze nazwisko z brzegu.
— Stefan Grzybowski — wyczytał.
— A to, panie, postny człowiek! Na suche dni niezawodnie święci swego patrona!
Posunął się w rotacyjnym ruchu na prawo.
— Adam Żabuski — stało na blasze.
— Nie znam, panie, nie z naszych stron.
— Wiktorja Brzeza! — biło zdaleka w oczy na trzecich i ostatnich drzwiach, a pod spodem, białą kredą na brudnych deskach, ktoś śmiało i wyraźnie rzucił rysunek legendowego pelikana, krwawiącego dziobem własne piersi dla nakarmienia zgłodniałych dzieci, jeszcze zaś niżej stał sześciowiersz:

Pani Brzezowa
Sądowa wdowa,
Panna Brzezina
Cudna dziewczyna,
Kto mi nie uwierzy,
Niech w dzwon uderzy.

Stary odczytał wszystko, palcem dotknął pelikana i, widocznie niedowiarek, wedle rady rymowanej — zadzwonił.
— A to panie, huncwot jakiś, tak sprofanować białogłowę, — burczał, chowając okulary. — No, alem trafił! Błazen się schował, jak lis w norę; wykopałem. Ho, ho, dowiem się o paniczu całej prawdy!
Na dźwięk dzwonka wewnątrz powstał piekielny hałas. Prym trzymał piskliwy głosik pudla czy pinczera, wtórował dyszkant kobiecy i łomot zamykanych drzwi i odsuwanych sprzętów. Wszystko zbliżyło się ku niemu.
— A to, panie, dmuchnąłem w ul! — zauważył.
— Leonka, Leonka! Ktoś dzwoni! — wołał głos kobiecy, przeciągłym białoruskim akcentem. — Odeprzyjże drzwi, bo ja właśnie szołtonosami zajęta! Żaczek, będziesz ty cicho!
Ale Żaczek wcale być cicho nie myślał, tylko wrzeszczał wniebogłosy; natomiast z głębi rozległy się kroki i u drzwi ucichły.
— Leonka, Leonka! Czyżeż ty nie słyszysz! Odeprzyj drzwi; to może który z panów na obiad!
— A czemże otworzę? — odparł mrukliwie drugi głos.
— Jakże to czem? Kluczem-to przecie!
— Kiedyż klucza wcale niema.
— Jezusie! Marjo! Jakto klucza niema! A gdzieżeżby się on podział! Poszukajże, dziecko, bo ja właśnie szołtonosy na wodę puszczam! Żaczek, poczekaj, dam ja tobie, dam!
— Gdzież mam szukać, kiedy go niema! — odparł obojętnie drugi głos. — Pewnie pan Feliks wziął go z sobą!
— Co ty gadasz! Nie może być! Nic beze mnie się nie obejdzie! A któż to dzwoni?
— Nie mogę widzieć przez deski!
— To spytajże się! Albo nie, poczekaj! Już sama idę. Ach Boże, gdzież to mój czepek! Leonka, nie widziałaś czepka? Tylko co leżał ot tu na krześle i już niema. Okropność, jak w tym domu wszystko ginie! Nigdy w innych mieszkaniach tego nie bywało; takie widno założenie feralne, Jezus!!!
Pauza, i wnet podniósł się żałosny lament Żaczka, targanego snadź za uszy i okrzyki:
— Ot tobie mój czepek! Ot tobie rozpusta! Ot tobie psie figle! Masz, masz, masz, masz!
Po wymierzeniu doraźnem sprawiedliwości, jejmość znalazła się u drzwi i rezolutnie spytała:
— A kto tam?
— Ja moja dobrodziko! Z interesikiem, panie, tego. Ale słyszę klucz zdysparował, to co będzie?
— Ach, Boże, to pewnie pan do moich panów! Są, są, ale wyszli i widno klucz zabrali! Ach, Boże, co to będzie, co to będzie? Leonka, ten pan do naszych panów, a tu klucz przepadł! Ach, ja nieszczęśliwa! Tyle razy prosiłam pana Rafała, żeby mi tego nie splatał; no i trzebaż wypadku, że dzisiaj właśnie przestrogi zapomniał.
— Dziś właśnie o niej pamiętał, — poprawił drugi głos.
— Ej, co ty gadasz? Taki polityczny, młody człowiek. Z przypadku, mówię ci! Pan łaskawy zdaleka?
— Moja dobrodziko, choćby z ulicy, to do pani daleko. Do chłopca mego przyjechałem, zobaczyć go i zabrać z sobą, bo i ferje teraz! Adres pani mi przysłał. Feluś mu na imię! A może zmyślił niecnota!
— Jest, jest pan Feliks! Bardzo stateczny kawaler. To pan jego rodzic? Bardzo mi przyjemnie! Łaskawy pan raczy spocząć, ja zaraz podam krzesełko!
— A którędyż, moja dobrodziko?
— Ach, prawda! Niema klucza. Co to za dom! Rąk i głowy nie starczy! A to niespodzianka dopiero! Wiesz, Leonka, to ojciec pana Feliksa! Mówię panu, syn pański to taki cichy, w sobie zamknięty, że o swym ojcu nigdy nie wspomniał. Za sierotę go miałam i często, patrząc nań, aż na płacz mi się zbierało, takie to smutne i opuszczone.
— Osobliwość! — odparł tonem podziwu obywatel. — Błazen nie ma czego się smucić, ani ukrywać! Ojca ma, siostrę ma, dom chwała Bogu ma, a za te pieniądze, co mnie tu kosztuje, wszystkie uciechy kupić może. No, no i pani mówi, że cichy!
— Jak panienka. Ani mru, mru! Głosu jego nie słychać! A hardy i do nauk zawzięty, że strach. A ciężkaż to nauka, panie mój, ciężka! Ja, co się strasznie widoku umarłych boję, pojąć nie mogę, jak on może trupy krajać!
— Trupy krajać! Mój Felis! — wrzasnął obywatel.
— A kraje, panie mój, kraje biedaczek! Taka to już bezecna nauka ta medycyna!
— Jaka medycyna! Czy dobrodzice rozum się pomieszał, czy mnie, ale nie inaczej, komuś z dwojga! Jaka medycyna! Feliś na medycynę chodzi, trupy kraje! Matko Boska! A toż go na prawo posyłałem, jurysty chciałem, cóż znowu z tą medycyną?
— Medyk on, panie mój, i pociechę z niego mieć pan będzie. Chociaż prawnika i jabym wolała, ale mi Bóg syna nie dał, tylko córkę. A syn prawnik byłby się zdał, oj zdał! Bo trzeba panu wiedzieć, że my z magnatów jesteśmy, dobra są: Ochajny, może pan słyszał, na Polesiu, mil siedem od Jaremnego, tylko, że nieboszczka moja matka z Burhaków, była „secundo voto“ za Zudrą, i choć sterilis zeszła z tego świata.... naprawdę sterilis, są dokumenta... jednakowoż Zudrowie łapes-capes skrzywdzili nas i zabrali „de hajda“ majątki! Ale to do czasu, panie mój, do czasu! Dwunasty rok pilnuję interesu, przeszedł wszystkie instancje; czasem oni wygrali przekupstwem, ale to nic! Od trzech lat senat go rozpatruje!
— Ale Feliś mój, dobrodziko, Feliś! Odkądże on na medycynę chodzi? Poco, jak? Skończenie świata!
— Zawsze chodzi, panie mój, zawsze! O! pracowity i, myślę, zamiłowany w swym fachu! Przyznam się panu memu, że ja z nim rzadko kiedy się spotykam, bo ten proces, nie da pan wiary, ile to czasu zajmuje, a on, aby z kursów, szmyk do swego pokoju i tam siedzi. Raz słyszę, dzwoni, a że się spóźnił na obiad, biegnę, panie mój, otworzyć. Kiedy spojrzę, coś trzyma w ręku! Co to? pytam. „Oczy!“ odpowiada i pokazuje bliżej ze śmiechem. Jezusie, Marjo! Wie pan, co to było? Naprawdę oczy, oczy ludzkie, żywiuteńkie, z trupa.
— Chryste Panie! — wykrzyknął obywatel.
— Od tej pory, panie mój, już nigdy nie otwieram. Leonkę posyłam, bo trzeba panu wiedzieć, że ta dziewczyna za chłopca stanie, taki u niej rezon, takie postanowienie. Talenta ma: rozwijam je, rozwijam; a przytem pisze prośby i każdy dokument odczyta! O, panie mój, nawet pan Feliks z nią czasem rozmawia, bo rozumek jest i mówią, że do mnie podobna.
— Proszę mamy! — rozległo się w głębi. — Żaczek zjadł szołtonosy.
— Jezusie, Marjo! Jak? Co? Szołtonosy z rondelka! No, co teraz, to koniec z nim! Powieszę, własnemi rękoma powieszę! Ach Boże! Ale to takie gorące, jeszcze mu zaszkodzi! Ciu, ciu, ciu, Żaczek!
— Ładniem trafił! — zaburczał obywatel. — Baba za urlopem od czubków, Feliś trupy kraje, Zudry nie Zudry! Gwałt. Babińska respublika, słowo, panie, daję. A okaże się wreszcie, żem nie trafił. — Moja dobrodziko, za pozwoleniem! — dodał głośniej.
— Co pan każe? — ozwał się głos panny, zagłuszony rozdzierającem uszy wyciem karanego Żaczka.
— Powiedzcie mi dokumentnie: czy mieszka u was Feliks Rahoza?
— Mieszka, panie.
— A cóż on porabia?
— Maluje, panie, przeważnie!
— Ma-lu-je! Chryste Panie! A toż co nowego? Jakto maluje? Co on maluje?
— Przeważnie karykatury, z których jedną ma pan przed sobą na drzwiach.
— To już nie kraje trupów? Coraz lepiej! Któż trupy kraje w takim razie?
— Mamy i medyka.
— Aha! To cóż, u licha, mówiła mi matka pani? Tu trzeba głowę stracić!
— Matka się pomyliła. Syn pański przez żart zamienił się ze współlokatorem, medykiem, na imię. Tamten się Rafał nazywa!
— To Felis mój na serjo maluje! Cóż to za nowa brewerja?
— Leonka, Leonka! — ozwał się jak piszczałka głos pani Brzezowej. — Gdzie to kluczyki? Gdzieś je widziałam! A gałgan, rozpustnik, nicpoń! Zjadł co do jednego, takie gorące i nic mu się nie stało! Tymczasem szołtonosów nie będzie i sama nie wiem, co dać na trzecie danie! Jak myślisz? Może naleśników tak na prędce! Ale kiedy znowu tych kluczyków niema, a mąka i jaja w kantorku! Boże, Boże, co to za dom! Niczego się nie doszukać!
— Aj, dobrodziko, dobrodziko! — zawołał szlachcic z za drzwi. — A godziłoż się to takiego mi pietra napędzić tą medycyną! Toż to słyszę oni się poprzezywali, drapichrusty! Ale znowu skądże Feliś malować się nauczył! Awantury arabskie!
— Ach, Boże! Toż prawda! Moja biedna głowa! Poprzezywali się! Prawda, prawda! To pan dobrodziej ojciec pana Rafała? Bardzo mnie miło...
— Feliksa jestem ojciec, Feliksa Rahozy! — bronił się rozpaczliwie obywatel.
— Ach, tak, przepraszam! Tak zawsze na tem mieszkaniu język mi się miesza! Bardzo polityczny pański syn, a wesół a przylepka, a jakie do panien ma szczęście! Skarb takie dziecko!
— A cóż on robi? Czego się uczy?
— Ach, panie mój, czego on nie robi! To śpiewa, to gra, a jakie kalikatury maluje! A zawsze czas znajdzie na wesołość; ot i tego podłego psa różnych sztuk nauczył i Leonkę rozerwie od zbytku nauki; ach, panie mój, co to za kochany człowiek! Pociecha w smutku, pomoc w potrzebie!
— Co ja słyszę, co ja słyszę! A uczyć się, uczyć! To on, oprócz błazeństw i malowania, nic więcej nie robi?
— Uczy się, panie mój, uczy! Pewnie, pewnie, bo jakżeby to wszystko umiał bez nauki! Taki śliczny, a wesół-że, wesół! A do przezwisk, to już jedyny! Siebie poprzezywali, a i ten pies gałgan Żuczek się wabił, a teraz Żaczek i Żaczek! Sama nie wiem, jak to przyszło, że i ja go tak nazywam! Niby, widzi pan, pan Rafał woła Żaczek, a pan Feliks Żuczek. Jezus! A to mi się język splątał, pan Feliks Żaczek... pfe! już i sama nie wiem, ale pan łaskawy rozumie! Ot i szołtonosy dziś zjadł i tak codzień, niech ręka Boska broni, co to za dom, co to za założenie jego feralne! Od kwartału muszę się wyprowadzić, bo zwarjować trzeba! A może i wcale dalej się wyniesiemy, bo widzi pan, lada dzień przyjdzie rezolucja senatu! Siedzi tu wprawdzie średni Zudra, stryjeczny męża mojej babki, wie pan, — syn chorążego, — żonaty też z Burhakówną, ale z innej rodziny... otóż... co ja miałam mówić... Aha! Siedzi Zudra, Ignacy mu, i forsuje, forsuje, i ja nic, grosika nie dają, ale wspomni pan moje słowo: wygram, bo nie zasypiam sprawy! A trzeba panu wiedzieć...
— Proszę mamy, może pan Rafał zostawił swój klucz w pokoju? — ozwał się z głębi głos córki.
— Ot gadanie! Tylko co dowodziłaś, że właśnie pan Rafał zabrał go przez psotę. Ale, prawda, prawda! Zawsze się mylam! Może być, może! Pan daruje, zaraz służę! Pewnie jest zapaśny klucz. Że też to mi z początku nie przyszło do głowy!
Uciszyło się na sekundę i wnet rozległo się z tryumfem:
— Jest, jest! Ratunek w biedzie ten pan Feliks. Z systematem człowiek, z wielkim systematem. Proszę, proszę pana mojego w ubogie progi! Byłam pewna, że jest drugi klucz, ale przez te szołtonosy reszta pamięci mi uleciała.
Drzwi się rozwarły. Szlachcic wszedł w sień długą, jak korytarz, skąd na obie strony rozchodziło się czworo drzwi, wszystkie rozwarte gościnnie. Naprzeciw niego stała kobieta sucha i drobna, w staroświeckiej mantylce, w czepku krzywo osadzonym na ruchliwej głowie. Żółta, pomarszczona, ale zdrowa widocznie i nad wiek żywa.
Dygnęła przed gościem stylem zeszłowiecznym i trzepała jak tartak:
— Wiktorja Brzezowa, do usług pana łaskawego! Z męża tak, a z domu Żółbikówna, wdowa teraz i w ladajakim bycie, ale to minie, minie! Da Bóg, przyjmę inaczej pana dobrodzieja, skoro tylko ten proces...
— Powodzenia, moja dobrodziko, powodzenia! Właściwie rzecz biorąc, niebardzo ja tam w prawo wierzę, ale bywają wyjątki. Stefan Rahoza, do usług. Słyszę, u pani jest jeden medyk i jeden malarz na stancji, ale ja takiego syna nie mam. Mój Feliś, prawnik; pewnie jest trzeci u pani?
— Trzeci był, panie, był, taki blondynek, ale wyniósł się już od miesiąca. Suchotnik, biedaczek, budowniczy zdaje mi się.
— Prawnik, panie, prawnik. Blondyn, zdrów!
— Jest u mnie prawnik; zdaje się, że wspominał raz kiedyś, iż na ten wydział myśli chodzić. Nie pamiętasz, Leonka?
— Pan Feliks Rahoza mieszka u nas! — odparł z za drzwi dalszych niecierpliwy głos.
— Właśnie, właśnie.
— To gdzież on teraz, u djaska?
— Gdzie pan Feliks, Leonka?
— Wyszedł do państwa Satinów. Przed wieczorem nie wróci.
— Masz tobie! A gdzież ci państwo Satin? Co to za jedni?
— Nie wiem, panie mój, nie wiem! Proszę pana do bawialni, proszę; obiadek za chwilę podam. Leonka, zabawże pana tymczasem! Satin, Satin, no proszę! Coś mi się ciągle zdaje, że już kiedyś słyszałam to nazwisko. Nie pamiętasz, Leonka?
Szlachcic znalazł się w saloniku.
Okna tej bawialni wychodziły na podwórze, ciasne, jak studnia, rozpalone, jak krater wulkanu. Atmosfera była przesiąkniętą wyziewami kuchenki, upał panował tropikalny.
W upale tym nędznie wegetował u okna mirt suchotniczy i wazon z „merum-verum“.
Wegetowała też w tym zaduchu i gorącu dziewczynka śniada i mizerna, pochylona nad stołem, zarzuconym szkolnemi książkami, zatopiona całą uwagą w ciężkiem arytmetycznem zadaniu.
Sztuka to była uczyć się w takiej spiekocie i przy wtórze matczynej gawędy; uczyła się jednak pilnie, nie podnosząc oczu z zeszytu.
Gdy gość wszedł i matka ją wezwała do bawienia, rzuciła pióro niecierpliwie i wstała z błyskiem niechęci w czarnych, jak węgiel, posępnych źrenicach. Ukłoniła się niezgrabnie i, gryząc blade wargi, żuła niezadowolenie. Młode to jeszcze bardzo było stworzenie, wysmukłe i mdłe, jak piwnicza roślina, bardzo anemiczne i bardzo brzydkie.
— Satin, słyszymy bardzo często od pana Feliksa — pomogła matczynej tępej pamięci.
— Ach, prawrda! Że też mi to wcześniej nie przyszło na myśl! Pan Feliks tam bywa, często bywa. Bardzo musi być porządny dom, bo i bukiety nosi i cukry i różne słodycze.
— To taak? — rzekł przeciągle stary Rahoza. — To taak! To tak tutaj prawo, pani, wartują, ha!
Smutne te uwagi przerwał Żuczek, wpadając do salonu w radosnych podskokach.
Był to pudelek, tem różny od psiego rodzaju, że miał ogon pomalowany na żółto, korpus na zielono, łapy na błękitno, a pyszczek purpurowy.
Tęczowy ten egzemplarz niósł w zębach zaczętą pończochę, za którą ciągnęła się nić i kłębek.
— Jezu! Moja pończocha! — wrzasnęła pawim głosem pani Brzezowa. — Wczoraj zarobiłam piętę, miałam spuszczać. Ach, ten pies utrapiony! No, poczekaj, niechno cię dostanę w ręce!
Ale Żuczek nie czekał uskutecznienia groźby i zrejterował pośpiesznie, trzęsąc pończochę, z której sypały się druty. Za nim podskakiwał kłębek i rzuciła się w pogoń pani Brzezowa.
— A gdzież mieszkają ci Satinowie, moja panienko? — zagadnął zafrasowany obywatel.
— Nie wiem, panie, ale za chwilę wróci pan Rafał na obiad, ten pana poinformuje.
— I pani powiada, że mój Felis tam słodycze nosi? Cóż to, amory, panie tego?
— Nie wiem, panie. Pana Feliksa rzadko widujemy — odparła dziewczyna wymijająco.
— Jakto? Wszak tu mieszka?
— Mieszka niby, czasem obiaduje i niekiedy nawet na noc wraca.
— A zwykle? Przecież się uczy czegokolwiek?
— Nie wiem, panie. Ja sama do gimnazjum chodzę, potem lekcje daję, a wieczorem mam w domu robotę. Nie mam czasu ani obowiązku wglądać w czynności naszych lokatorów.
— No, no, no! — stękał stary Rahoza. — Malalury, figle i Satin! Otóż i pociecha! A gdzież jego stancja panie tego? Może już i odzienie pozastawiał?
— Pokój panów obok. Służę panu — odparła panna Leonja, widocznie rada z okazji pozbycia się gościa; poszła przodem i wprowadziła starego do stancyjki, dość obszernej i czysto wymiecionej. W oknie była zielona roleta, sprzęty lepsze, posłanie czyste i białe.
Zato na ścianach nie było nigdzie czystego miejsca. Całe od podłogi do sufitu były zapełnione szczelnie rysunkami czarną kredą i węglem. Czego tam nie było? Postaci żywcem wzięte z humorystycznych typów miejskich, apokaliptyczne zwierzęta, klowny, akrobaci, perspektywy świątyń i pałaców, muskulatury, czarci i anioły, wszystko zgmatwane, rzucane jedno na drugie w chwilowej fantazji.
Nad jednem posłaniem był portret szpetnej Finki, czy Czuchonki, nad drugiem ładna kobietka, w efektownym negliżu.
— A toż co za bazgroty! — wykrzyknął Rahoza, wytrzeszczając oczy.
— To robota pańskiego syna — odparła dziewczynka.
Mimowoli stary się roześmiał na widok cudacznych twarzy i kostjumów, wydobył nawet w pomoc okulary.
— Mieszkanko pan mój ogląda! — zapiszczała pani Brzezowa z kurytarza. — Aha i lanszafty pana Feliksa; jest talent, panie mój, jest talent. Co miesiąc bielę ściany, a byle dwa wieczory posiedział, znowu pełno! Taka to u niego w ręku pracowitość. I mnie umieścił, uważa pan, z Żuczkiem, i Leonka jest, i coś tam napisanego pod nią. Ach, Boże mój, oczy nie służą! Leonka, Leonka, co tam stoi pod twoim konterfektem?
Obejrzała się, córka znikła, ale zarazem spostrzegła na krześle futerał od okularów i chwyciła go skwapliwie.
— No, proszę! Pierwszy raz jest coś w porę pod ręką w tym domu. Proszę pana mojego, już co okulary, to najgorzej giną. Zaraz, zaraz przeczytam. Ach, ach, toż pusty futerał, daremna pociecha; ale gdzież mogą być okulary? Osobliwe, osobliwe!
— A toż mój futerał, dobrodziko, a okulary mam na nosie; proszę się nie inkomodować — odparł szlachcic, nie dosłyszawszy początku.
— Ma pan dobrodziej moje okulary! — uradowała się pani Brzezowa. — To dobrze, to dobrze, bo ja noszę numer czwarty. Czy pasują? Ach, panie, to te papiery tak mi popsuły oczy! Dawniej widziałam przez ścianę, a teraz literki jak maczek; a dopiero jak mi plenipotent co napisze, to ani w ząb. Ślepię, panie, mozolę się, ale to nic, bo wiem, że finalnie Zudrów pognębię; a uważam, że i oni coś zaczynają tracić nadzieję. Mówił mi to jeden sekretarz, co mi doradza i trudniejsze papiery pisze. Bo trzeba panu wiedzieć, że i prośby na cesarskie imię zanosiłam. Oho, poznają Zudrowie, co umiem! Oho! Ot i dzwonek. Pewnie pan Feliks.
Rzuciła się do sieni, nie przestając paplać; ruszył za nią stary, niecierpliwy widoku syna.
— Czy to panowie? — wołała gospodyni. — A dobrze, dobrze, tylko poco pan Rafał klucz zabrał? Czy to ładnie? A tyle razy prosiłam! A tu właśnie do pana gość przyszedł i tak go przyjęłam niepolitycznie, a żuczek szołtonosy zjadł! A gość rzadki; pan się takiej radości nie spodziewał! Ho, ho! Niech pan tatusia uściska i za klucz przeprosi!
Z temi słowy otworzyła szeroko drzwi. Wysoki, smukły młodzieniec przestąpił próg, ale zamiast wybuchu radości, rzekł spokojnie; — Ojciec mój od lat dziesięciu nie żyje, a klucza nie brałem. Gdym wychodził, wracała panna Leonja i zamknęła za mną drzwi.
— Ach, Boże, to prawda! Co ja gadam? O panu Feliksie myślę. To umarł ojciec pański — wieczny mu pokój! Przepraszam, przepraszam! ale pan wczas wrócił, obiad gotowy; będą pierożki, barszczyk i miały być szołtonosy, kiedy tymczasem...
Młody człowiek nie słuchał wyliczania. Skłonił się nieznacznie i zwrócił do swej izdebki, gdy mu stary Rahoza drzwi zastąpił.
— Za pozwoleniem pana akademika! Jestem Stefan Rahoza, syna szukam. Czy to prawda, że on bawi u państwa Satin?
— A skądże ja mogę o tem wiedzieć? — odparł zagadnięty z odrobiną niecierpliwości w głosie.
Wynurzył się teraz z mrocznych sieni i, oświetlony z okna pokoju, ukazał się oczom szlachcica w całej okazałości.
A okazały był w całem tego słowa znaczeniu. Wzrostem wybujały, smukły i zgrabny, łączył w swej postaci cały wdzięk Ganimeda z muskulaturą Samsona. Na hardym karku osadzona głowa, łączyła też w sobie harmonję cienkich, wyrzeźbionych rysów i siłę męskiego wyrazu. Wysokie, kanciaste czoło osłaniała gęstwina ciemnych, lekko kędzierzawych włosów, z pod silnych brwi patrzały oczy ciemno-szafirowe, z którychby każda dziewczyna mogła być dumną, a ślicznie zarysowane usta miały świeżość rzadką i barwę jagody dojrzałej.
Stary Rahoza utkwił w nim oczy, które rozszerzały się bezmiernem zdumieniem, otworzył usta i machinalnie podniósł rękę do czoła, jakby przeżegnać się chciał.
— Panie, panie! — zawołał, chwytając studenta za rękaw. — Kto pan taki?
Młodzieniec z wysokości swego wzrostu zmierzył natręta ostrym wzrokiem.
— Rafał Radwan! — odparł lakonicznie, starając się przejść do swej stancji.
Ale Rahoza trzymał go krzepko za rękaw i nie ustępował.
— A któż pana rodzi, panie?
— Ano, matka i wypadek! — rzucił student z szyderskim grymasem, który jego piękną twarz demonicznie wykrzywił.
— A matka jak się zwała?
— Nie wiem, nie pamiętam jej wcale.
— Gdzież to było, panie? Jak się zwał ojciec pana? — badał gorączkowo stary.
— Noszę jego nazwisko przecie. Karol Radwan zwał się i był mędrcem!
Przez oczy mówiącego przeszedł blask zapału i dumy na te słowa, wyrzeczone z naciskiem.
— Czy ojciec pański studjował w Moskwie?
— Studjował czas jakiś, ale w Niemczech nauki kończył i osiadł w Monachjum. Potęgą naukową był i na całą Europę sławą medyczną! Przed dziesięciu laty zmarł.
— A matka, a matka? — pytał Rahoza.
— Matki nie znałem, nie wiem jej imienia.
— Nieboraczka musiała zasnąć w Bogu młodo! — wtrąciła pani Brzezowa, która słuchała ciekawie opowieści, rada, że przecie dowiedziała się czegokolwiek o swym lokatorze. — Radwan, znajome mi nazwisko z Białorusi; nawet czy nie okaże się i powinowactwo między nami, panie Rafale? Podsędek Urban Brzeza, cioteczny mój dziad, miał synowicę za Radwanem. Nawet i to pamiętam, że po tym ciotecznym należało się nam coś w sukcesji. Dochodzić chciałam od jego zięciów, bo trzy córki tylko zostawił i z tych jedna do klasztoru wstąpiła, ale dokumentu jednego brakło i tak zostało.
Tej sądowo-genealogicznej dysertacji nikt nie słuchał; student nareszcie utorował sobie wstęp do pokoju i przerzucał książki na stoliku, a Rahoza coś kombinował, nie spuszczając z niego oka.
— Rafaela zwała się pańska matka? — zaczął zmienionym głosem. — Nieprawdaż, panie?
— Być może. Dała mi zapewne w spadku imię — odparł Radwan, nie przerywając swego zajęcia.
— Co to imię! Wszystko panu dała! Swoje oczy, swoje rysy, swój głos nawet! Takie podobieństwo! Takie podobieństwo! Takie podobieństwo! Jakbym ją żywą widział, a przecież to lat trzydzieści, jakeśmy się rozstali! Więc to ojciec pański, Karol Radwan — ha, ha, on ją posiadł, on? Pan powiada, sławny był; zapewne, kobiety lubią sławę, blask — ha, ha!...
Mówił urywkowo, do swych myśli i wspomnień raczej niż do młodego, który na ostatnią uwagę podniósł oczy.
— Sława a blask, nie jedno. Na blask biorą się ćmy, przed sławą mądrości korzy się każdy! — rzekł.
Ale Rahoza za swą myślą szedł i, nie dosłyszawszy przerwy, mówił dalej:
— Czy przynajmniej szczęśliwa była? Czy bez zawodów i trosk było jej życie? Warta była doli dobrej, o warta!
— Pan znał moją matkę? — zagadnął Rafał, znudzony gawędą i nieproszonym gościem.
— Pannę Rafaelę Wilbik! Znała ją cała Moskwa! Córka urzędnika! Ilu naszych było w uniwersytecie, wszyscy w ich domu bywali! Ha, ha! stare dzieje, panie! Prędzejbym się nagiej śmierci spodziewał, niż tego, że tu po latach trzydziestu, spotkam jej syna i że on mi obcym będzie! Dawno pan tutaj?
— Od trzech lat.
— Krewnych pan ma?
— Nikogo. Po śmierci ojca zabrał mię przyjaciel jego z Monachjum do Rygi — doktorem był. Gdy umarł, tu się przeniosłem.
— Więc pan nikogo swego nie ma?
— Mam samego siebie, to mi wystarcza.
— Niechże mię pan uważa za swego, panie Rafale. Bo mi pan jak dziecko rodzone będzie drogi!
Stary wyciągnął dłoń szeroko rozwartą ku niemu, ale źle trafił ze swą serdeczną ofiarą. Piękna twarz młodzieńca pozostała nieporuszoną; skłonił się w milczeniu i końce palców podał do uścisku.
— Obiadek czeka na moich panów! — zapiszczała pani Brzezowa, ukazując się na progu. — Proszę, proszę bardzo i naprzód przepraszam za różne kuchenne niedostatki, ale te kucharki tutejsze, to szczególny naród! Ani huzarskiej pieczeni, ani flaków, ani ludzkiej leguminy nie potrafią. Ot, sama latam, ale czasu skąpo, bo tej pisaniny a bieganiny to huk, a tymczasem w tym domu to z niczem się połapać nie można! Proszę, proszę!
— Dziękuję, dziękuję! — bronił się Rahoza. — Ja mojej dobrodziki dłużej inkomodować nie będę! — Feliś, myślę, gdzieś się zabałamucił, więc tylko o adresik owych Satinów poproszę i błazna wykurzę rychło.
— A któż to są owi państwo? — spytał Rafała.
— Urzędnicy z trzema córkami. Z najmłodszą pan Feliks żenić się zamyśla — odparł student z drwiącym półuśmiechem. — Nadzieja się zowie — dodał.
— To, to to! Ładna, panie, nadzieja! No, ale i mnie może pozwolą słówko w tej materji rzec! Płonna to nadzieja, panie, płonna! Okaże się!
— Ej, bo i pewnie! — potakiwała pani Brzezowa. — Ma pan mój całkowitą rację. Coś mi ktoś tych Satinów ze złej strony przedstawiał. Popleczniki Zudrów pewnie. Bez koligacji ludzie, kondycji nieosobliwej; dobrze pan dobrodziej mówi, dobrze!
— Gdzież to ich locum standi, kochany panie Rafale? — zagadnął Rahoza, wkładając pośpiesznie płaszcz. — Tylko mi pan napisz, bo zapomnę, i dużemi literami na stare oczy! Za obiadek dziękuję pani dobrodzice; drugim razem skorzystam, teraz mi do chłopca pilno, a i tak zmarudziłem. Rączki całuję, przepraszam za mitręgę; z Felisiem przyjdziemy. Do widzenia, panie Rafale!
Zamieniono tysiąc ukłonów i wreszcie się za gościem drzwi zamknęły, przy wtórze pożegnań i szczekaniu żuczka. Pani Brzezowa westchnęła.
— Ach, jakiż polityczny człowiek! Jaka rozmowa z nim pouczająca! Jak to zaraz poznać człowieka z głową! Ho, ho! Nawet zdaje mi się, że i tabakę zażywa! Panie Rafale, proszę do stołu.
Po chwili w małej jadalni siedzieli we troje nad owym, tylekroć wspominanym, barszczykiem i pierożkami. Student i Leonka jedli prędko, w milczeniu, gospodyni paplała za troje.
Pierwszy wstał Rafał i, mruknąwszy coś w kształcie podziękowania, wyszedł do siebie; za nim ruszyła Leonka do kuchenki i, założywszy gruby fartuch, zaczęła sprzątać i pomywać naczynia wespół z kucharką; pani Brzezowa zaś zamknęła się w swoim pokoju nad stosem sądowej bibuły.
Przez chwilę w hałaśliwym tym domu zapanowała wyjątkowa cisza, bo i Żuczek, wylizawszy talerze, usnął pod piecem i panią Brzezową pochłonęły dokumenty.
Leonka sprzątała szczątki obiadu, zamiotła jadalnię, wytarła skrzętnie kurze i z westchnieniem ulgi wróciła do saloniku, gdzie leżały jej książki, a na papierze napół skończone czerniało trudne matematyczne zadanie.
Obok, w izdebce lokatorów, Rafał się krzątał, coś gwiżdżąc przez zęby. Zanim się wzięła do roboty, słuchała chwilę i potrząsnęła głową.
— Złości się — mruknęła.
Wtem gwizdanie ustało. Student izdebkę zamknął i zajrzał do salonu.
— Czy pani dziś nie wychodzi? — spytał.
— Nie. Dzisiaj nie mam korepetycyj — odparła.
— Ja idę na miasto i wrócę wieczorem. Jeżeliby Lachnicki przyszedł do mnie, proszę go zatrzymać. Niech na mnie poczeka. Dobrze?
— Dobrze — rzekła, oglądając się na niego.
— Zostawić pani książkę? — zagadnął.
— Dziękuję. Nie mam czasu. Jutro czwarty egzamin.
— Farsa, te kobiece egzaminy. Niewarte zachodu — mruknął, ramionami ruszając.
Klucz zgrzytnął w zamku, wyszedł.
— Leonka, Leonka! — ozwała się pani Brzezowa. — Czy to ty wyszłaś?
— Jestem — odparła córka, wstając z rezygnacją.
— Chodźżeż tutaj! Chodź, posłuchaj, co to za prośba, jak to napisane! Głowa, mówię, kwadratowa tego Chruścickiego! Otóż to, widzisz trzeba przepisać tę suplikę i dołączyć kopję z tych trzech dokumentów; uważasz, jest to wwód i rezolucja guberskiego rządu, co do spadku; trzecie to metryka nieboszczki twojej babki; dla zapasu niech i to będzie, zaraz, zaraz mi to skopjuj, czytelnie, ładnie jak na imieniny wiersz! Rozumiesz? Bo ja wyjść muszę do radcy i nie wiem naprawdę, kiedy wrócę. Ot, masz i pisz!
Dziewczynka, bez słowa protestu i niechęci, wzięła papiery, cztery wielkie arkusze, zapisane od początku do końca, czysty papier i wyszła.
Przybywało jej trzy godziny roboty.
Pani Brzezowa zabrała resztę, odziała się w szarą mantylkę i odwieczny kapelusz i opuściła też swe penaty.
Teraz stała się taka wielka i osobliwa cisza, że nawet Żuczek się zadziwił.
Obszedł, piszcząc, całe mieszkanie i przykucnął nareszcie u nóg Leonki, oglądając się na wsze strony. Godziny biegły. Biały papier przed dziewczyną zapełniał się pismem; słońce gdzieś gasło na czystym horyzoncie, bo w pokoju robiło się coraz mroczniej; stary zegar chropowatym chodem budził martwą ciszę.
Potem nad stolikiem zabłysł słaby krąg światła z małej lampki i oświecił pilną pracownicę.
Gęstwina roztarganych, hebanowych włosów pokrywała jej rozpalone czoło, oczy czarne gorzały chorobliwem podnieceniem, usta blade rozchylał szybki oddech. Zmęczona była i wycieńczona okropnie.
Sztuczne były rumieńce, które co chwila rzucały na jej mizerne policzki niby blask zdrowia i ustępowały wnet, zostawiając na skroniach krople potu, a w oczach mgłę zawrotu; sztuczne były siły, co ją utrzymywały tyle godzin schyloną u tego stolika; sztuczna była żywość, z którą pisała tak bez przerwy.
Spieczone wargi powtarzały machinalnie kreślone wyrazy dokumentów, wszystkie swoje myśli utopiła w robocie i spieszyła, spieszyła.
Nagle drgnęła nerwowo. Dzwonek ją przestraszył; zbudził się Żuczek, który, przeraźliwie ujadając, rzucił się w korytarz. Leonka wstała, by otworzyć drzwi.
— Dobry wieczór pani — ozwał się sympatyczny głos — i przepraszam. Czy zastałem Rafała?
— Wyszedł, ale prosił, by pan na niego zaczekał.
Zamknęła drzwi i wprowadziła gościa do saloniku. Był to także student, trochę starszy od medyka. Wielkie, marzycielskie oczy, tak jasne, jak bławatki, rozjaśniały jego poważne, łagodne oblicze. Na jej wezwanie usiadł naprzeciw niej i, trochę onieśmielony, obracał w ręku czapkę.
— Zdaje mi się, żem dzisiaj spotkał na ulicy ojca pana Feliksa — rzekł wreszcie.
— Był tutaj. Pan go zna?
Po twarzy studenta przeszedł ognisty rumieniec.
— Znam, pani. Mój ojciec służy u pana Rahozy; jest nadleśnym — dodał po chwili.
Leonka poruszyła brwiami, na jej tylko wiadome, myślne spostrzeżenie.
— Pani jakby się dziwiła? — rzekł młody człowiek już śmielej.
— Nie. Tylko zestawiam panów. Pan cały człowiek, a Feliks słomiana lala.
— Pan Feliks urodził się w pałacu. Każdy szczyt dla niego bliższy i każdy ludzki ideał dostępniejszy. Dlatego mozolić się nie potrzebuje, ani mordować się nauką. On ma kartę legitymacyjną, od urodzenia daną tam, gdzie ja się wdzierać muszę, i kto wie, czy wedrę. Na jego miejscu możebym i ja używał tylko.
— Wątpię, a przeciwnie, jestem pewna tego, że pan Feliks na każdem miejscu byłby pasorzytem.
— Bardzo pani surowa.
— A pan stronny.
— Stronny? — zagadnął zdziwiony.
Spojrzeli sobie w oczy. Ona badawczo, on niespokojnie i znowu poczerwieniał ogniście.
— Tak mi się zdawało — odparła przez zęby.
Zapanowała chwila milczenia.
— Przerwałem pani robotę — rzekł — a teraz się pani krępuje moją obecnością. Jeśli pani pozwoli pozostać, będziemy razem pracowali. Mam książkę z sobą, nie będę pani przeszkadzał.
— Dobrze — odparła szczerze, porywając śpiesznie pióro.
On rozłożył książkę i tak naprzeciw siebie siedzieli, milcząc.
Stary zegar wybił godzinę. Dźwięk miał chrypliwy i gniewny, jakby nie mógł darować ludziom, że go męczą w tak późnym wieku. Żuczek, znudzony bezsennością, wynalazł gdzieś nieszczęsną pończochę pani Brzezowej i bardzo pilnie zaczął ją rozdzierać na sztuki; lampa tlała, skwiercząc.
Leonka odłożyła ostatni arkusz i, bez przerwy i wytchnienia, dobyła z tornistra pęk zeszytów, kilka starych podręczników i wzięła się do odrabiania jutrzejszych lekcyj.
Student oczy podniósł i przypatrywał się jej długi czas w milczeniu, badawczo.
— Czego się pani uczy w tej chwili? — zagadnął zcicha.
— Chemji organicznej — odparła prędko, nie podnosząc głowy.
— Zaraz pani skończy?
— Zaraz.
— Wszystko już?
— Nie. Mam jeszcze historję i zadania.
— Kiedyż to pani zrobi?
— Noc długa, zrobię.
— Przecież jutro niedziela. Można odpocząć.
— Jutro mam korepetycyj trzy godziny.
— W niedzielę?
— A tak. Na poniedziałek.
— Dużo pani ma tych lekcyj?
— Codzień trzy godziny.
— Kiedyż pani to załatwia?
— Po lekcjach w gimnazjum.
— To pani od rana jest w robocie do szóstej wieczorem.
— Do siódmej z drogą.
— A gdzież pani obiaduje?
— Podczas pauzy południowej. Obiad mam w tornistrze.
— Ileż pani zarabia lekcjami?
— Po dwadzieścia kopiejek za godzinę — sześćdziesiąt dziennie.
— Ośmnaście rubli miesięcznie.
— Mniej więcej. Kiedy niema wielkich świąt. Czasem tylko szesnaście.
— A dawno już pani zarabia?
— Już dwa lata. Od czwartej klasy.
— To już sobie pani chyba zebrała posag! — uśmiechnął się smutno.
Przestała się uczyć, oparła łokcie o stół, rękoma objęła gorejące czoło i uśmiechnęła się też uśmiechem czterdziestoletniej osoby.
— A wpisowe? A książki? — rzekła.
— Jakto? Pani sama płaci? A matka?
— Matce brak na moją naukę. Płaciła do czwartej klasy, potem nie mogła. Kazała przestać na tem. Ale ja także mam przed sobą cele, ideały, szczyty niebotyczne, na które dostać się pragnę, jak pan. Matka mi daje utrzymanie i dach, więcej mi nie trzeba.
— Ile pani ma lat, panno Leonjo? — zagadnął z zajęciem.
— Szesnaście już — odparła z dumą.
Wyglądała na dwadzieścia, ale nie rzekł tego, tylko przez jego sympatyczne, otwarte rysy przeszedł cień serdecznego współczucia.
— To już dwa lata stoi pani o własnych silach?
— Od czwartej klasy — powtórzyła. — Teraz kończę szóstą; jeszcze rok.
Myśli jej nie zrozumiały celu jego pytań, a może nie chciała rozumieć. Odpowiadała trzeźwo, krótko.
Przestała się uczyć: podniecenie opadło, opanowywała ją jakaś chorobliwa abstrakcja, wynik nadmiernego wycieńczenia ciała i ducha.
Przymknęła oczy; w zmęczonych źrenicach migały koła i zygzaki złote, zielone i ponsowe; w mózgu tłoczyły się cyfry, daty, formuły i gmatwanina zdań książkowych.
Cichy głos Lachnickiego zbudził ją jak ze snu.
— A czy była pani kiedy dzieckiem?
Rozwarła ciężkie powieki, nie zrozumiała narazie.
— Dzieckiem? No, a jakże? Byłam!
— Goniła pani motyle, szukała gniazd, miała lalki, śpiewała, skakała przez sznur, tarzała się w trawie?
Potrząsnęła głową.
— Ej, nie! U nas w domu były licytacje ciągle i bieda, a potem choroba ojca i żałoba. Był ogród i motyle w nim zapewne i gniazda, ale ja tem się nie bawiłam. Nie było czasu. Sama byłam i czytałam. Pisarz prowentowy czytać mnie nauczył, a więcej guwernantka, bardzo sroga. Tyle było roboty i tyle książek w szafie, to sobie czytałam na rekreacji.
— A matka?
— Matka już się wtedy procesowała. I ona nie miała czasu. Był ojciec chory i dziadunio ślepy i procesy i gospodarstwa! A ile matka miała roboty! Potem i guwernantka odeszła; proces tyle kosztował! Mama mi kazała dziadunia doglądać...
Przymknęła znowu oczy i opowiadała zcicha, jak przez sen, jakby sobie samej przypominała te czasy i nie miała słuchacza.
— Dziadunio nie lubił wychodzić. Miał swój pokój, a świat był dla niego wszędzie ciemny. Chore miał nogi, w ranach, i kaszel okropny. Nauczyłam się rany mu opatrywać, gotowałam ziółka, i czytałam zawsze jedno: „Życie Napoleona“. Dokończywszy, zaczynaliśmy znowu od początku. Bardzo lubił słuchać, ale zawsze się spierał o zdanie autora. Potem tak przywykł do mnie, że na chwilę nie puszczał. Spałam też u niego w fotelu, bo i w nocy często usługi potrzebował. Biedny dziadunio!
Umilkła. Zdawało się słuchającemu, że się zająknęła niby łkaniem, ale moc w niej była jakaś nieludzka, bo po chwili mówiła dalej:
— Raz zimą wicher wył i sowa jęczała. Dziadunio powiada: „To na mnie“. Kazał mi przestać czytać i położył się. Matki nie było, stawała na sądzie w powiecie; pusto było w domu, był tylko kucharz i ojciec, a ten leżał chory. Dziadunio się położył, dał mi swój krzyżyk srebrny na pamiątkę i pobłogosławił po łacinie. A potem kazał wziąć książkę do nabożeństwa i czytać różne modlitwy. Więc czytałam, a dziadunio odpowiadał. Wieczór tak zeszedł i kilka nocnych godzin, aż świeczka dopaliła się i zgasła i ja tam zasnęłam na skórze niedźwiedziej u dziaduniowego łóżka. I wtedy on umarł cichutko. Nie zbudził mnie; zapewne niczego nie potrzebował...
— A ileż lat wtedy pani miała?
— Dziesięć skończonych.
— A cóż potem było?
— Potem mi mama zleciła doglądać ojca, więc doglądałam. I wtedy już więcej miałam czasu, bo i szafy nasze z książkami zabrali z licytacji. Nic prawie w domu nie zostało, tylko pościel i nasze odzienie. Jak ojciec umarł, przeniosłyśmy się do oficyny, a w domu zamieszkali Zudrowie. Mama wtedy nauczyła mię po rosyjsku i przepisywałam jej różne papiery. Tak trwało kilka miesięcy, wreszcie i z oficyn trzeba się było wynosić. Tutaj przyjechałyśmy dla pilnowania procesu. Sześć lat niezadługo się skończy.
— I zawsze miałyście panie lokatorów?
— Zawsze. Czasem po czterech nawet.
— Rafał już dawno mieszka?
— Od trzech lat. Pan Rahoza od roku. Przedtem inni byli, różni.
— To Rafał stary znajomy. Lubi go pani?
— On dla mnie taki wielki, taki mądry! O, i dobry! On nie drwi, nie przedrzeźnia, nie konceptuje. O, on cały człowiek!
— Demon! — szepnął poważnie Lachnicki.
Dziewczynka nie zauważyła przerwy.
— Żeby nie on, tobym zmarniała. Gdy mi matka cofnęła wpisowe przed dwoma laty, jak dziecko byłam. Płakać tylko umiałam i rozpaczać. A on mnie nauczył wielu rzeczy, wszystkiego. Teraz jużbym nie potrafiła płakać. Nauczył mię myśleć, dał mi odrobinę swej mocy. Przez niego jestem tem, czem jestem, i będę, czem zostanę. On mój mistrz!
— Feliksa pani nie lubi. Dokucza drwinami.
Ruszyła wzgardliwie ramionami.
— Co mi on? To nie człowiek. Egzaminu nie zdał i śmieje się. Żebym ja egzaminu nie zdała...
Urwała i oczy jej błysły dziko.
— To co?
— Tobym nie żyła! Ale ja co rok zdaję z nagrodą pierwszą. I pan Rafał pierwszy. Pan Feliks ambicji nie ma, ani woli. Czy to człowiek?
— Ale wesół i poczciwy.
— Wesół i wróbel i Żuczek i wszystko, co nie myśli. Czy zasługa i cnota? Mnie to nie bawi, nie mam czasu. U pana Feliksa nic niema świętego, ani szanownego.
— No i Rafał w niewiele świętości wierzy i mało co szanuje.
— Pan Rafał ma świętość szlachetności, ma poszanowanie wielkości ducha i nauki. Miałby prawo patrzeć zgóry na świat i ludzi, z wyżyn swej wiedzy i siły; on mędrzec i uczony, a pan Feliks dziecko.
— A dokądże panią Rafał zaprowadził?
— Do takich źródeł, z których się pan Feliks nigdy nie napije, do takich celów, których on nie rozumie, choć śmie żartować z pana Rafała. On!
— Byłe z Bogiem, życzę pani powodzenia. Wieczne życie dają zdroje gorącej wiary i poświęcenia, a orle siedliska na podniebnych szczytach ma myśl wielka i wiedza. Ale całe niebo ma ten dopiero, kto wielce kocha, a źródła cudowne ma ten tylko, kto cierpi i dziękuje. I takich wiele na świecie... Zna ich pani?
Podniosła na niego oczy czarne, zmęczone, a tak czyste i głębokie, że w nich, jak w krynicy, widać było do dna myśl i duszę.
— Miłość, jak każda namiętność, jest słabością, a cierpienie, znoszone z podzięką — niewolnictwem! — odparła po namyśle.
Oczy jej czyste świadczyły, że wypowiada frazes nauczony, że decydowała o kwestji, o której nie miała żadnego własnego pojęcia.
Błękitne oczy studenta sypnęły iskrami. Podniósł dumne czoło.
— To fałsz, panno Leonjo. Czy to przez słabość i żądzę pielęgnowała pani dziadunia? Czy to przez słabość i żądzę zdławiły panią łzy na te wspomnienia? Nad miłość nic niema duchowniejszego i gwiazdy przy niej nieczyste, a nad podziękę w cierpieniu niema większej potęgi i mocy. Nie człowiek i nie mędrzec, kto tego nie doznał i nie pojął.
Dziewczynka słuchała go uważnie, zamyśliła się.
— Ja nie wiem — odparła wreszcie — tak czytałam.
— Więc Rafał nie uczył tego pani?
— Nie. Nigdyśmy o tem nie mówili. Czytałam.
— To i chwała Bogu. Znam Rafała; nie mistrz on do tego, o nie! Nieszczęsny ten, komu on będzie kształcił uczucie.
— Dlaczego, panie? — spytała spokojnie.
— Bo i on tylko czytał o tem, jak pani, i nie wiem, czy kiedykolwiek odczuje.
Leonka nagle podniosła głowę, nastawiła ucha.
— Pan Rafał idzie! — rzekła.
Student spojrzał na zegar i wstał zaniepokojony.
— Już dziesiąta? Niepodobna! — zawołał. — Sądziłem, że przed chwilą przyszedłem. Zająłem pani tyle czasu i, wbrew obietnicy, przeszkodziłem w robocie. Proszę darować.
— Nic nie znaczy. Noc długa. Zawsze pracuję do późna. I ja się nie spostrzegłam, żeśmy rozmawiali. Otóż i pan Rafał!
Klucz zazgrzytał w zamku. Lachnicki się ukłonił.
— Chciałbym po wakacjach zapisać się na listę lokatorów państwa i przegwarzyć z panią wiele takich wieczorów. Dziękuję za łaskawe towarzystwo.
— Czy jest Adam? — rozległ się głos Rafała z sieni.
— Jestem. Czekam oddawna.
Rafał wszedł do saloniku.
Czoło miał posępne, a w oczach przykry blask. Kiwnął głową Leonce i Lachnickiemu i przeszedł się kilka razy wzdłuż i wszerz po pokoju, nie mówiąc ani słowa.
— Niema naturalnie nikogo — rzekł wkońcu — tylko panna Leonja. Dobrze, żeś został, mam z tobą do pomówienia. Zapewne ojciec z synem Rahozowie nie pokażą się dzisiaj. Mocno pocieszające zapewne! Możemy zostać. Chodź do mego pokoju.
— I owszem, bo i ja mam interes do ciebie, a raczej prośbę. Dobranoc pani.
Wyszli. W stancji swojej Rafał zaczął znowu chodzić z końca w koniec i mówił swym lekceważącym tonem:
— Wezwałem ciebie, żebyś sobie zabrał, jeśli na co ci się zdadzą, moje książki medyczne, notatki i narzędzia. Mogę ci też i to darować.
Przystanął u stolika i uderzył pogardliwie ręką po czaszce ludzkiej, białej i lśniącej, która wśród gratów przeróżnych leżała w pyle, szczerząc dwa rzędy przepysznych zębów w szyderskim uśmiechu.
— Kiedy objekt kipnął — pamiętasz? — był to wielki wynalazca, samouk, nędzarz — rozbijałem się za tym czerepem, a dostawszy go, mierzyłem, ważyłem, badałem. Idjotyczna nauka i idjoty jej adepci! Tyle w tej głowie sensu, co w rozbitym garnku. Wyrzuć nerwy, mózg, krwiste przewody, zostanie ci figa! Na nawóz cała facecja, i basta! Zmarnowałem trzy lata! Nie dziwię się, że mój ojciec dał szczutka medycynie, tylko, że zrobił to za późno. Ja już mam jego doświadczenie oprócz rozumu i zrobię to wcześnie.
— Jakto? Z trzeciego kursu? Z twemi zdolnościami rzucasz? Rafale, co tobie? Świetną przyszłość masz przed sobą i u wrót tryumfu ustajesz?
— Nie ustaję, ale zostawiam pole. Budujcie tę świetną przyszłość, oszukując osłów i siebie! Ja już opłaciłem frycówkę. Teraz bywajcie zdrowi!
— Cóż myślisz robić dalej? — pytał Lachnicki oszołomiony.
— Przedewszystkiem rzucić to obrzydłe gniazdo, nim mnie jeszcze do reszty nie ogłupiło! Ładna tu młodzież, przyjemne nauki, inteligentne towarzystwo, niema co mówić! Można skorzystać!
— Czego chcesz od naszej kolonji? Nie brak otwartych głów, śmiałych myśli i poglądów, wybitnych umysłów. Nie hulamy, nie żyjemy z długów, pracujemy!
— Winszuję, jeśli ci to wystarcza! Otwarte głowy chcą świat reformować, a nie potrafią odpowiedzieć, czem są, czem byli i czem będą — stado narwańców! Wybitne umysły zgrywają się w karty, a pracownicy, do których i ty się rachujesz, to gromada wołów, orzących niewolniczą rolę obowiązków, pod batogiem rodziny, kraju, walki o byt, religji, obyczajów i tym podobnych zabytków barbarji! Miła kolonja!
— Do wybitnych zaś umysłów ty się rachujesz i też jesteś zapalonym graczem.
— Naturalnie! Dziwię się, że wśród tej miłej kolonji nie zostałem dotąd rozbójnikiem, szpiegiem lub mordercą! Przykład jest zaraźliwy, a brak stosownego koleżeństwa popycha do upadku! Przybyłem, szukając wiedzy i swobody; odjadę bez jednego i drugiego!
— Więc rzeczywiście wyjeżdżasz? Stanowczy projekt?
— Moje projekty są dziełem rozwagi, więc stanowcze. Wyjeżdżam jutro, na zawsze!
— Jutro już? Dokąd?
— Do Monachjum. Do stolicy ojca. Jego dzieło będę dalej ciągnął, od miejsca, gdzie przestał. W tamtejszym uniwersytecie moje stanowisko.
— Więc się rozłączymy na wieczne niezobaczenie? Szkoda!
— Jaka szkoda! Pasujemy do siebie, jak polip do ptaka; nie rozumiemy się nigdy. Nie wiem doprawdy, o czem mogliśmy rozmawiać przez ten rok i dlaczego zwłaszcza poznajomiliśmy się bliżej? To także jedno więcej zmarnowanie czasu! Zapewne, że się nie spotkamy, bo i poco? I dowcipnego pana Feliksa nie ujrzą więcej moje oczy! Nie będzie swego blasku nade mną roztaczał! To także szkoda!
Lachnicki usiadł przy stoliku, podparł czoło ręką i słuchał bez śladu obrazy. Tylko twarz jego łagodna posmutniała bardzo, a oczy zaszły wielkim żalem. Rafał nie patrzał na niego. Chodził wciąż po pokoju, istotnie demoniczny w swym cynizmie i pogardzie.
— Poznałem dzisiaj rodzica tego obiecującego młodzieńca i dowiedziałem się, że staruszek niegdyś kochał się w mojej matce! Jakie to czułe! Aż mu nos zbielał na to wspomnienie! Nieborak, w braku matki, syna wyściskał i o wzajemność prosił. Stara Brzezowa aż się oblizywała na widok tej sceny. Bo i o koligacji była mowa i o amorach i o przyjaźni i o dobrych synowskich stosunkach... Czemu nie palisz? Żujesz i ty orację w tym rodzaju. Nie fatyguj się: masz cygaro!
— Dziękuję ci. Smutno mi okropnie, że się rozstajemy.
— A tak. Tobie zawsze, jeśli nie smutno, to tęskno, kiedy się nie troskasz, to marzysz; kiedy nie marzysz, to coś sobie wyrzucasz i żałujesz! Osobliwy sortyment ślimakowych uczuć, ale, niestety, nieznany mi, więc współczuć z tobą nie potrafię. Nie mam pojęcia, co to smutek i tęsknota, marzenie i troska, wyrzuty i żal. Wyobrażam sobie, że podobne do ciebie osobniki ładują sobie te wrażenia w miejsce brakującej im piątej klepki, jak się to vulgo mówi.
— Nie przeczę, ani się obrażam, kolego — odparł Lachnicki swym poważnym, łagodnym głosem. — Pokochałem cię może właśnie dlatego, żem polip, a ty ptak. Marzyłem, że się porozumiemy kiedyś, żałowałem ciebie, boś nieszczęśliwy, i szkoda mi bardzo a bardzo, że drogi nasze się rozchodzą! Widzisz więc, że ową braknącą klepkę zastąpiłem tobą. Gdy aniołowie w przepaść szli za pychę, z nimiś był, demon...
— Wiem, wiem. Czytałem między innemi i te żydowskie bajeczki. Słusznie im miejsce między Dekamerona i Szacherezady baśniami. Nie ciekawym twych kazań; powiedz raczej, bierzesz książki i resztę?
— Dziękuję ci, owszem, ale pod warunkiem, że coś za to ode mnie przyjmiesz wzamian.
— Co takiego?
— Obiecaj wpierw, nim powiem.
— Zapewne coś głupiego, sądząc po tym wstępie.
— Może być. Przez rok słuchałem ciebie cierpliwie, choć plwaieś na wszystko, co czczę i szanuję. Dziś się rozstajemy. Jako wynagrodzenie zrób mi jedną, pierwszą i ostatnią przyjemność i zadowolenie.
Rafał przestał chodzić. Spojrzał przelotnie na kolegę. Oczy jego gorące i dzikie złagodniały na sekundę, choć ton odpowiedzi pozostał szorstki i zimny.
— Frazes w twoim guście. Świeć ślepemu pochodnią w oczy, powie, że go kaleczysz. Logika wasza! Zresztą zgoda, byle w tej twojej przyjemności nie było Feliksa i pozostania tutaj. Czego chcesz?
— Żebyś przyjął gościnę w domu mego ojca na czas wakacyj. Obiecałeś. Dziękuję ci serdecznie.
Chłopak wstał i wyciągnął dłoń do uścisku.
Rafał ruszył ramionami.
— Szczególna ochota. Jeśli myślisz mnie nawrócić, próżna fatyga, a co do ciebie, dawno dałem za wygraną szukania w twej mózgownicy rozumu i logiki. Nie będziemy więc mieli o czem rozmawiać.
— Zgoda, nie nawracajmy się. Nie z moją siłą ciebie pokonać. Bóg cię sam kiedyś nawróci, bo ulituje się nad taką duszą, piekłu nie da; a ty nie bluźnij przede mną, bo mnie to zanadto boli. Pojedziemy sobie, jak studenci, do naszej chaty leśniczej wśród boru. Tobie tam zdrowo będzie i spokojnie, a ja odwlokę choć na parę miesięcy nasze rozstanie. Tak to nagle mnie zaskoczyło! Daj mi przywyknąć do smutnej myśli. Niechże ci podziękuję.
Rafał obojętnie podał dłoń i uścisnęli sobie prawice.
— Wszystko mi jedno, gdzie będę — mówił Radwan dalej. — Miałem zamiar piechotą wędrować do Monachjum, z popasami, przez Rygę. Mniejsza o to, mogę u ciebie przesiedzieć kilka tygodni. Do profesora Andenberga w Monachjum pisałem; wzywa mnie do ojcowskiego mieszkania, które zachowano nietknięte. Został na to kapitał, a Andenberg, przyjaciel i kolega ojca, pilnuje całości. Znajdę wszystko na swój przyjazd gotowe. Jestem wolny na tych parę miesięcy.
— Pojedziemy jutro. Dzisiaj zdałem ostatni egzamin! — zawołał radośnie Lachnicki.
— Kiedy ci się podoba. I ja zdałem. Nic nas nie zatrzymuje. Możemy zładować graty w dorożkę i jechać na tę noc do ciebie. Oszczędzi mi to widoku Feliksa.
Lachnicki zafrasował się nagle i wahająco spojrzał na kolegę.
— Feliksa — powtórzył powoli. — Nie powiedziałem ci całej prawdy, Rafale. Nie zaręczę, że się nie spotkacie podczas wakacyj. Mój ojciec służy u nich.
— Służy u Rahozów? Ładna perspektywa!
— Jest nadleśnym. Straż jego leży jednak daleko od samego dominjum, a pan Feliks nie myśliwy. Widuję go bardzo rzadko, gdyż przez wakacje bawi się po sąsiednich dworach. Nie lubi lasu i ciszy i w niczem się nie rozporządza. Stary Rahoza magnat jest, ma siedm folwarków, gorzelnie, młyny i lasy olbrzymie. Ojciec mój służy im od lat dwudziestu; straż i obowiązek wziął po dziadku. Nie za najemników nas uważają, ale za przyjaciół. Przekonasz się, że ich nie zobaczysz nawet, gdy nie zechcesz.
— O, to pewne, że nie zechcę! Któż tam jest? Stary, stara i jedynak Feliks?
— Jest pan Rahoza, matka jego żony nieboszczki, syn i córka.
— Aha, jest i panna. A ona się nie włóczy po lesie?
— Owszem, ale ta ci nie dokuczy. Jest też i emeryt guwerner, Niemiec, który codziennie przez straż przechodzi i w lesie czytuje Kanta. Spokojny człowiek. Będzie nam dobrze, Rafale. Dwór o wiorst kilka, za rzeką. Las przepyszny, cisza, spokój. Nie bój się, jedźmy.
— Jeszczem ja takich Feliksów się nie bał. Nie spodoba mi się, to pójdę precz. Obiecałem i basta. Oho, wraca miła Brzezowa!
Rzeczywiście, w kurytarzu pisk gospodyni rozlegał się donośnie przy wtórze skomlenia Żuczka.
— Biedny rozbitek — rzekł Lachnicki. — Patrząc na nią, żal ogarnia okropny! Zaco ona biedna tak cierpi i mozoli się? Niezbadana Boża tajemnica! Po wakacjach najmę u niej mieszkanie i, ile będę mógł, pomogę. Dzisiaj dużo rozmawiałem z córką. Wybitny to charakter i bogaty materjał. Znacie się dobrze?
— Tę małą? Zajęła mnie i badałem. Żeby nie była kobietą, możeby z niej co było, ale kobieta — nędza!
— Cóż to ma znaczyć? Mogą być niepospolite kobiety, jak niepospolici mężczyźni. Przecie im się nie zaprzecza duszy i rozumu.
— Po pierwsze: dusza, jest to określenie także z bajek Szacherezady, a co do rozumu kobiet, najrozumniejsza ma go trochę więcej od kury.
— A panna Leonja?
— Panna Leonja jest jeszcze dzieckiem. U kobiet okres myślenia kończy się z epoką rozwinięcia; potem jest to tylko rzecz i basta!
— Mówisz, jak ślepy o kolorach. Twoje kobiety są właśnie istotami z bajek Szacherezady. Szczęściem, że teraz takich niema, a inne są nie równe nam, ale wyższe od nas.
— Chytrzejsze i sprytniejsze! To przymiot płci żeńskiej w całej przyrodzie. Wynik logiczny potrzeb.
— Dosyć; nie ciekawym twych fizjologicznych obserwacyj. Rozchodzimy się w zasadzie bez możności porozumienia. Kiedyś przekonasz się sam i, jak ja, uwierzysz.
— Czy prorokujesz mi ogłupienie? Mocno obowiązany! Wracają się wstecz tylko półgłówki, a do ich liczby ja się nie piszę. Tymczasem jeść mi się chce okropnie; pójdziemy do restauracji. Zachowaj się tylko cicho, bo jak nas Brzezowa posłyszy, podniesie lament. Zabierz książki.
W skrzynkę drewnianą wrzucili podręczniki, narzędzia i nieszczęsną czaszkę. Potem wymknęli się cichutko na schody. W pokoiku studenckim pozostał gryzący dym Rafała, unoszący się w fantastycznych tumanach przy świetle lampy i echo jego sarkazmów. Równie dymno i mglisto było w dzikiej głowie studenta. Za mędrca się miał szaleniec.



II.

Była już północ. Na stole w saloniku paliła się wciąż lampka, a pochylona nad nią roztargana głowa dziewczynki pracowała bez przerwy. Pani Brzezowa usnęła zmęczona, usnął Żuczek, chrapała służąca, tylko miasto huczało gorączkowym ruchem uciechy i ta małoletnia męczennica nauki mozoliła się gorączkowo. Stary Rahoza przysłał kartkę z zawiadomieniem, że syna zatrzymuje w hotelu, Rafał wrócił zaledwie przed chwilą i słychać było za ścianą, jak pakował swe mienie; Leonka w ciszy nocnej uczyła się zajadle.
Zamiast chemji, miała przed sobą matematykę; zamiast nagłych rumieńców — papierową bladość na policzkach; zamiast ognia w oczach — mgłę szarą, a na białkach — siatkę krwawych żyłek.
Nadzieja rychłego wypoczynku dodawała jej sił. Odpocząć, zasnąć dowoli, posiedzieć bezczynnie z zamkniętemi oczyma — marzenie to jej było nigdy niedościgłe! Bo i kiedy był czas?
O szóstej budziła ją matka. Z kucharką sprzątała pokoje, przygotowywała śniadanie dla lokatorów, powtarzając półsennie lekcje dzisiejsze. Zawsze ją strach dręczył, że jeszcze nie dość dobrze pamięta; nigdy pewną nie była.
O ósmej, stojąc, połykała herbatę, ładowała w tornister książki i zeszyty, brała na obiad trochę chleba i wędliny i biegła, ile sił miała, do gimnazjum. Daleki to był kurs, trzy wiorsty zapewne, tylko że przywykła i nie miała czasu rachować. Rzadko ją pytano wprawdzie, ale zawsze o najcięższe przedmioty. Była pierwszą w klasie — rozumiała, co to znaczy i, raz zająwszy to miejsce, pozostawała. Potem o trzeciej, gdy koleżanki wracały do domu, biegła na korepetycje. Trzy ich miała, każdą gdzieindziej, wszystkie daleko, dalej, niż gimnazjum. Wracała o ósmej. Nogi wreszcie przestały ją boleć, tylko drżały i paliły ogniem. Przywykła także do głodu całodziennego; nigdy jeść się jej nie chciało, tylko pić i zasnąć. Potem i sen nauczyła się zwalczać; w wątłem ciele organizm stał się kamiennym. Sypiała byle jak i byle gdzie. Czasem sen ją pokonał nad stolikiem schyloną i tak przetrwała do rana; czasami układała się w kurytarzu na drewnianej sofce, czekając na powrót Feliksa, który zwykle klucz gubił lub zapominał, i dzwonił, nie dbając o godzinę. Żałując matki, Leonka czatowała na jego kroki i otwierała, nim odszukał dzwonek. Rzadko tylko, podczas kilkodniowych świąt, sypiała z matką noc całą, bez przerw, spokojnie.
Pół do pierwszej uderzył zegar. Równocześnie drzwi Rafała skrzypnęły i kroki rozległy się w kurytarzu. Leonka obejrzała się zdziwiona, i spotkała się wzrokiem z oczyma studenta. Wszedł do salonu.
— Dobrze, że panią zastaję. Przyniosłem pieniądze za miesiąc, proszę je jutro wręczyć matce, gdyż ja prawdopodobnie nie zobaczę jej więcej. Wyjeżdżam z Lachnickim.
Dziewczynka odłożyła pióro i śledziła bezmyślnie ruch jego ręki, liczącej asygnaty. Zebrała je do szuflady.
— Skończyła pani egzaminy? — spytał łaskawie.
— Za dwa tygodnie dopiero.
— Daleko jeszcze... Nie dowiem się już rezultatu.
— Po wakacjach zastanie mnie pan w siódmej klasie.
— Ano, pewnie, jeśli organizm pani wytrzyma. Jest już błędnica i anemja... może przyjść histerja!...
Rzucił okiem na papier.
— Jakże tam z matematyką? Może pomóc?
— Ej, nie... dziękuję panu. Proszę mi zostawić trochę książek na wakacje.
— Zostawiam wszystkie na pamiątkę po sobie. Wątpię tylko, czy pani wszystko zrozumie.
— Czego nie pojmę, podkreślę, a pan mi wytłumaczy za powrotem, jak zawsze.
— Tym razem nie będzie jak zawsze, bo nie wrócę tu wcale.
— Nie wróci pan? — powtórzyła.
Nie było podziwu i smutku w jej tonie, tylko przestrach okropny i rozstrój. Otworzyła szeroko oczy i nie mogła długą chwilę odetchnąć.
On spokojnie usiadł przy stoliku, rozparł się na nim i patrzył obojętnie na parę drobnych molików, które napół osmalone, rozkładały resztki skrzydełek i próbowały raz jeszcze wzlecieć do morderczego płomienia.
— Jadę na uniwersytet niemiecki. Za ciasno mi tu dla płuc i umysłu... — rzekł lekko.
— I już pan nie wróci! — szepnęła raz jeszcze.
Nie rozumiała, co się z nią działo. Poczuła nagle, z błyskawiczną chyżością myśli, swą dolę szarą, swój mozół krwawy, swój cel daleki, swoje życie męczeńskie.
I poczuła też ból, rozsadzający głowę, kłócie w piersiach, dławienie w krtani, a w oczach palące płomienie.
Pochyliła się nad stołem i niepewną dłonią odrzuciła włosy z czoła, na którem się pot szklił.
— Naturalnie, że nie... — odparł, wzruszając brwiami. — Dla ludzi z mojem usposobieniem niema tutaj roboty. Przechodzę na fakultet filozoficzny. Co zaś do pani — za wiele powijaków was krępuje, byście mogły dotrzeć tam, gdzie chcecie. Zresztą, kobiece projekty — rzecz chwilowego podniecenia nerwów; gdy opadnie — znikają.
Słuchała go, nie przerywając. Bolało ją wszystko coraz gorzej. Znękana była i niezdolna nic odpowiedzieć.
— Kto chce nauce się oddać, prawdę odkryć, badać bezstronnie siebie i ludzi, wpierw wolnym być musi. Nie powinny go pętać węzły rodzinne, bo i cóż one są? Ochroną w niemowlęctwie, niewolą w latach siły i myśli. Próżna forma, narzucona bez pytania o naszą zgodę! Powinien też wyzwolić się z pod ciasnej formułki narodowości i szczepu, bo i cóż może umysł wyższy obchodzić taki lub inny dialekt, takie i takie położenie geograficzne? Wymysł miałkich głów, i nic więcej! Niewola, niewola, ciasnota, ciemność! Śmieszne formułki i aksjomaty bez żadnej podstawy poruszają ciemne masy, zapalają wojny i pożogi, plenią nienawiść. Wstyd i hańba ludzkości, że ją tak łatwo oszukać można. Wstrętna, nikczemna niewola i bezmyślność.
Zapalił się i uniósł. Już nie szydził, ale rzucał z ogniem i demoniczną siłą rękawicę światu. Czuć było, że był wolny w swojem pojęciu, i olbrzymi w poczuciu wyższości, piorunował ród karli ludzi.
Dzikie jego oczy świeciły, jak rznięte kamienie, po twarzy chodziły, jak smugi, błyskawice, a kańciaste czoło przecięła brózda natężenia i wzgardy. Przepyszny był ten szatan.
Leonka podniosła głowę pod huraganem słów namiętnych. Blada była, a mistrz jej mówił dalej, porywając i druzgocąc wszelkie zapory:
— Niewolnik i głupiec, kto prawdy szuka po książkach, ze zdania starych. Niewolnik i głupi, kto wiedzę i filozofję chce pogodzić z religją, zwyczajami, obowiązkami! Niewolnik i głupi, kto się waha: co wolno, a co nie wolno, co wypada, a co nie, co można, a co nie można. Umysł ludzki musi wszystko zbadać, wszystkiego dotrzeć, wszystko objaśnić, więc wolnym być musi. Niema złego, tylko to, czego nie chcemy, bo nie możemy chcieć dla siebie złego, a wszystko, czego chcemy, jest dobre i dla nas konieczne. Gdy się otrząśniemy z pęt tych, gdy otrząśniemy z siebie pleśń wieków, wtedy zaledwie możemy szukać prawdy, sądzić bezstronnie i badać głęboko!
Leonka pochłaniała słowa. Dreszcz nią wstrząsał nerwowy, przestrach i poczucie własnej bezmiernej nędzy wobec takiego programu. Były to szczyty i źródła cudowne, o których mówiła Lachnickiemu. Od trzech lat nauka ta wsiąkała w jej duszę, napojem jej była i karmą.
Dawniej zawrót ją ogarniał wobec tych horyzontów; potem pociągniętą się poczuła i w głowie tej potarganej lęgły się i rosły, podsycane czytaniem i żywą mową mistrza, demony buntu i negacji.
O! mistrz to był niebezpieczny, a uczennica pojętna. Rozumieli się doskonale!
Wpływowi temu nic nie przeciwdziałało, oprócz suchej godziny religji w szkole, którą wydawała machinalnie, z obowiązku.
Rafał czasem, ujrzawszy katechizm na stole, parafrazował go po swojemu i dowodził sofizmatami bezsensu.
Nie nauczył jej nikt bronić prawdy i wiary.
Matka brała ją z sobą w niedzielę do kościoła, gdzie w ścisku i gorącu patrzała na ołtarz i celebranta, nie zdając sobie sprawy ze znaczenia obrządku. Rafał nazywał to buddaistyczną szopką, wymyśloną dla odurzenia ciemnych mas, a pani Brzezowa, poza procesem z Zudrami, nie myślała o niczem, nie widziała świata. Raz w rok posyłała córkę do spowiedzi, lecz nie pytała, czy odbyła Sakrament, a dziewczynka słuchała radcy, który jej mówił:
— Spowiedź, co to spowiedź? Wyznanie grzechów, cóż to grzech? A gdzież człowieka wola i swoboda? Czemże jest umysł jego, czem krytyka, jaka racja w wypowiadaniu swoich myśli i uczuć klesze? Cóż my warci, jeśli sami wyznajemy, że nasze pragnienia i chęci złem są? Więc zgwałcenie natury i żywot ślimaczy ma być celem i ideałem? Pocóż więc myśleć, pragnąć, badać, żyć wogóle? Zbydlęcieć zatem i basta.
Więc Leonka nie szła do spowiedzi, a matka nie pytała, czy była w kościele i tak mijał rok za rokiem.
Wyzwalała się tedy powoli z pęt, wskazanych przez Rafała.
Religja zerem jej była, a jeśli z niej nie drwiła i nie szydziła jawnie, to tylko dlatego, że małomówną była z natury i czas miała nauką zajęty, ale poganką stała się do gruntu i zapatrzona w mistrza, za dumę sobie miała prześcignąć go w tej swobodzie ducha. Podniecana jego pogardą dla kobiet, zabijała w sobie delikatność i dobroć wrodzoną, uległość i słodycz i litość, — zohydziła sobie wszelkie serdeczne uczucie. Postanowiła mu dorównać.
Najciężej jej było pogodzić się z myślą opuszczenia matki starej i słabej, chociaż i to należało do programu. Oddawna wprawdzie stała o własnych siłach, ale za rok w świat daleki odlecieć miała, sama zupełnie, po wiedzę wyższą do zagranicznych uniwersytetów.
Tak słuszność chciała, rozum i wola, a jednak na myśl o tym odlocie czuła wewnątrz dziwny niepokój i gorycz. Nie była jeszcze dość silną, potrzebowała jeszcze opieki mistrza i mocy jego teorji.
A teraz mistrz ją opuszczał. Zostanie sama.
Wahania ją oblegały często, niepewności i skrupuły; kto ją bez niego nauczy i wzmocni?
Ścisnęła gorejące czoło dłońmi i gryzła spieczone wargi.
„Nie wrócę już tutaj!“ — powracały jej uparcie do myśli słowa Rafała.
— A co ja zrobię bez pana? — chciała spytać, ale nie śmiała.
Wstydziła się wyznać swą słabość i rozpacz. Robakiem lichym czuła się wobec jego potęgi. Nie zdeptał jej dotąd i dostrzegł pod stopami; nic dziwnego, że teraz odchodząc, nie myśli o niej i zostawia obojętnie wśród swej drogi. To logiczne!
Żebyż nie bolało tak okropnie!
On nie zwracał na nią uwagi. Na świecie istniała dla niego tylko jedna jednostka — on sam; co go obchodziły wrażenia i myśli tego dziecka?
Wstał, wypowiedziawszy swe credo, i począł mierzyć pokój krokami. Spojrzała za nim.
— Panie — rzekła zcicha — a znajdziemy tę prawdę wtedy, gdy się wyzwolimy zupełnie? Czy będzie w nas spokój, gdy spoczniemy kiedy?
— Spocząć, ładna perspektywa! Spokój, to śmierć. I pani takie brednie wygłasza, jakby nie wiedziała, że podwaliną i treścią całego świata jest ruch i walka! Kto chce spokoju, niech gnije!
— A po tej walce, co będzie naszą nagrodą? — badała dalej.
— Samopoznanie, cześć dla siebie samego i światło.
— I jest prawda i wytłumaczenie wszystkiego i dostępna dla nas, i jedna to prawda?
— Wszystko dostępne dla wiedzy i rozumu, i tajemnic niema dla mędrca!
— Daleko ten cel, daleko! — szepnęła żałośnie — i tak ciężko do niego dążyć tak samej! I czy się dojdzie?
— Cha, cha! — zaśmiał się szyderczo. — Więc pani pracuje dla kompanji? Więc pani ciężko samej? Baranie nawyknienie ciemnych wieków! Razem! cha, cha! I wątpi pani? Winszuję! Pocóż było zaczynać, gdy się nie jest pewnym końca?
Rumieniec wstydu wystąpił jej na twarz.
— Ja nie ustanę, nie! Tylko...
Zatrzymał się przed nią i czekał.
Podniosła głowę i w żar jego źrenic utopiła swe zmęczone, bezbrzeżnie smutne oczy.
— Tylko co? — spytał niecierpliwie.
— Tylko mi tak straszno zostać bez pana! — wypowiedziała zcicha.
Ruszył po swojemu lekceważąco brwiami.
— Tylko tyle! — wyrzekł obojętnie. — No, to nic ważnego.
Znowu zaczął chodzić po pokoju, skrzyżowawszy ręce na piersi.
Drugi raz tego wieczora ktoś go żałował niezasłużenie; nudziło go to wreszcie.
— Za mało pani trzeźwa! Cóż to ma do rzeczy odjazd mój lub pozostanie? Człowiek sobie powinien być wszystkiem. Można zohydzić sobie kogoś, ale żałować, lub bać się pozostać bez pomocy, co za nędza! Zostawiam pani książki przecie w razie wątpliwości. Zresztą, te wasze porywy, a... ba, słomiany ogień! Nie wiem, czy się jutro zobaczymy, zapewne nie! Dziś się pożegnamy. Niech pani szanuje zdrowie, radzę, bo o krok jesteście od warjacji, przytem anemja was pożera. Dobranoc zatem.
Raczył podać jej pierwszy rękę i ukłonił się lekko.
Została sama. Lekcje nie były skończone i raz pierwszy w życiu nic jej to nie zajmowało.
Płomyk lampy dogasał i kopcił. Książki i zeszyty walały się po stole; nie zebrała ich, jak zwykle, do tornistra; nie szła też spać i wypocząć.
Wstała automatycznie i, słaniając się, podeszła do okna. Noc za niem roztaczała się, ciemna i głucha. Turkot uliczny zasypiał na godzin parę.
O, jak ją bolało okropnie! Skronią oparła się o chłodną szybę i przycisnęła rękoma piersi.
Co jej się stało dzisiaj? Czy była to już warjacja? On tak mówił; może! On już nigdy jej nic nie powie... nic... on już nie stanie przed nią, już nie będzie za ścianą doradcy i mistrza.
Będzie sama!
Ból w piersiach rósł, podchodził spazmem do krtani; dusiło ją; pod powiekami gdzieś w głębi, paliło ogniem; dreszcz febryczny rzucał ją w nierównych odstępach. Otworzyła wargi, odetchnąć chciała głęboko i jęknęła. Wzdrygnęła się, przerażona, czy nie zbudziła kogo; ale samą była ze swym bólem w uśpionem, cichem mieszkaniu.
Zaczęła jej mózg ogarniać mgła; kuźnią, pełną ognia, huku i czarnych cieni, była biedna głowa; za każdym oddechem krzywiła się z cierpienia.
Raz jeszcze ocknęła się przytomnie. Spojrzała na stolik swój roboczy i zaniepokoiła się bezładem książek i zeszytów; chciała iść i poskładać swe rzeczy do tornistra; lecz odległość od okna napełniła ją lękiem; czuła, że nie dojdzie. Potem znowu odeszła ją pamięć. Zdawało się jej, że z dziaduniem starym wychodzą na wielką łąkę, czarnym lasem otoczoną. Złocisto było od słońca, rojnie od ptaków i muszek miljonów, a tak wonnie i ciepło, że się jej rozszerzyło dziwnie serce, i dzieckiem się poczuła małem i swawolnem. Więc objęła starca za szyję i zajrzała w jego oczy. A nie ślepe już były jego źrenice, ale jasne i nad wyraz serdeczne i litościwe dla niej. Nikt tak na nią jeszcze nie patrzał i nikt tak nie mówił, jak ten starzec, dawno umarły.
— Chodź, dziecko ty moje, biedny robaczku szary, chodź! Teraz ja ciebie poprowadzę z sobą, na łąki wonne, w lasy ciche, w pole szumiące! Pisklęta ci po gniazdach pokażę i jagody chłodzące zbierać będziemy. A teraz spocznij w tej trawie puszystej, a ja ci do snu zaśpiewam. Zaśnij, maleństwo sieroce, zaśnij!
W saloniku, gdzie kopcił i dymił knot dopalającej się lampki, rozległ się głuchy łoskot padającego ciała. I czuła w swej malignie Leonka, że utonęła cała w ziołach pachnących, a drobne źdźbła traw łechtały ją zlekka po twarzy i czole, ptaszek sino-złotawy na rękę jej spadł i gładziła go, a nad nią unosił się głos starca, cichy i łagodny, nutą jakiejś nieznanej piosenki.
Leżała w saloniku pod oknem, na twardej podłodze; łechtały ją po twarzy nie trawy, ale frendzle starego, wypłowiałego dywanu, rozesłanego koło kanapki, i nie złoty ptaszek na ręku spoczął, ale kilka wielkich tarakanów, uzuchwalonych nocą i ciszą, wypełzło ze szczelin i pełzało po niej.
Wreszcie i to ostatnie znikło jej z przed myśli. Szara mgła zasnuła obraz gorączkowy i już nic nie czuła, nie pojmowała...
Nazajutrz kucharka znalazła ją bezprzytomną, jak żar czerwoną i nieczułą na wołanie.
Zbudziła matkę. Powstał zgiełk i lament. We dwie podniosły dziewczynkę i złożyły na łóżku, na tem posłaniu, na którem biedna marzyła zawsze, by się wyleżeć, wyspać i wypocząć.
Pani Brzezowa, oszołomiona niespodziewanem nieszczęściem, stała jak słup i oniemiała. Kucharka zapukała do drzwi Rafała i opowiedziała mu zdarzenie.
Wstał natychmiast i po kilku minutach przyszedł do chorej.
Obejrzał ją, dotknął głowy, posłuchał oddechu, policzył puls i ruszył ramionami.
— Będzie zapalenie mózgu! — mruknął. — Mogę się pochwalić darem spostrzegawczym; prorokowałem to wczoraj! Ruszaj po lód i okładaj nim głowę! — zakomenderował służącej.
— Ach, Boże, ach, Boże miłosierny! — zaczęła jęczeć pani Brzezowa. — Mój dobrodzieju, co to takiego jej się stało? Nigdy się nie skarżyła, nic ją nie bolało, wczoraj apetyt miała taki dobry. Ach, Boże! A prędkoż to przejdzie?
— Bardzo prędko! — odparł z drwiącym uśmiechem. — Do trzech dni będzie koniec.
— Może to szkarlatyna, mój złoty panie Rafale.
— Mówię pani, zapalenie mózgu, przecie.
— Ale przejdzie do trzech dni.
— A tak. Do trzech dni najdalej. Jest czterdzieści stopni gorączki, jeszcze stopień, to się białko już zetnie, jak w jajku... i będzie koniec!
— Boże miłosierny! Co to koniec, co pan gada! Moje jedyne dziecko! Jakie białko! Ratunku! — wrzasnęła starowina, ręce łamiąc.
Student popatrzał raz jeszcze na chorą. Leżała biedna z odrzuconemi rękoma, po których kurcz przebiegał, sama nieruchoma, chuda i wątła, jak ptaszę, daleką drogą wycieńczone i już konające.
Przez trochę przymknięte, spalone usta, bielały zęby i buchał żar oddechu. Policzki miała, jak cegła, ciemne; czarne powieki spuszczone, a na czole wir zgmatwanych, czarnych włosów.
Wyglądała teraz dopiero tem, czem była. Istotą bez ciała prawie i sił, sztucznie pędzoną rośliną, atomem nędznym i nikłym.
Była to jego pierwsza ofiara na drodze życia. Odwrócił oczy obojętnie. Bardzo brzydką była.
— Przyślę pani doktora! — rzekł i wyszedł.
Wstąpił do swej izdebki, wziął pugilares z papierami, palto, czapkę i zamknęły się za nim na zawsze drzwi mieszkania. Nie miał co robić więcej! Zadał truciznę, która już wsiąkła w organizm umysłowy, rzucił urok, co już opętał duszę.
Mógł iść dalej swą drogą morderca i demon...



III.

Jeden pociąg uwiózł Rahozów i Rafała z Lachnickim. Stary nie dał synowi oprzytomnieć; musiało być krucho koło Feliksa, niepewnie w duszy ojca, porwał biednego studenta, wydarł z pośrodka pokus i stosunków i zabierał go z sobą co rychlej.
Na dworcu kolei spotkali się niespodzianie.
Adam, na widok chlebodawcy ojca, poczerwieniał i, nawyknieniem rodowem, pochylił się pokornie do ręki jego. Rafał ukłonił się ledwie i zaszył w tłum.
Jeżeli się bał żartów współlokatora, to się na teraz omylił; zbiedzona, pobladła i zafrasowana twarz młodego Rahozy dowodziła jasno, że był tylko sobą zajęty i mocno wystrofowanz.
Oglądał się za miastem, jak rekrut, i stracił zupełnie złoty humor, tak zachwalany przez panią Brzezową.
— A, to ty! — pozdrowił Lachnickiego Rahoza. — Gdzież to pan Bóg prowadzi?
— Do ojca na wakacje! — odparł student nieśmiało.
— A prawda! Słyszę, na wielkiego człowieka się kierujesz. Stary mój Lachnicki sfiksował pod koniec. Nauki, nauki! No, niechby jeszcze! Ale tutaj, to ładne, panie, nauki! Tu nie nauki, ale nadzieje. Moje uszanowanie, panie!
Koniec zamruczał do siebie i pożegnał młodego łaskawem skinieniem. Wtem coś sobie przypomniał.
— Hę, Adam, poczekaj! To Rafał Radwan szedł z tobą? Znacie się?
— Koledzy jesteśmy!
— Aha! — nie pytał dalej, przynaglony głosem dzwonka.
Nie zobaczyli się więcej. Rozdzieliło ich długim szeregiem wagonów bogactwo i bieda.
Rahozowie spoczęli na aksamitach, tamci dwaj na twardych deskach, w wagonie, pełnym zgiełku, różnej hałastry i zaduchu tytoniu.
Usiedli u okna. Rafał zagłębił się w czytaniu. Lachnicki w migające krajobrazy wzrok utkwił i rozmyślał, uśmiechając się jasno.
— Czy oddałeś moje ukłony pannie Leonji? — zagadnął kolegę.
— Chora leży — odmruknął Rafał, nie przestając czytać.
— Chora? Co jej takiego?
— Zapalenie mózgu.
— Co ty mówisz! Skąd? Wczoraj zdrowa była.
— Każdy w przeddzień choroby jest zdrów.
— I zostawiłeś ją tak bez opieki, Rafale?
— Co? — Student oczy podniósł na głośniejszy ton towarzysza. — Czego chcesz?
— Pytam, jak mogłeś zostawić biedne dziecko i słabą kobietę w takiem nieszczęściu?
— A mnie co do tego? Czym ja ich ojciec, czy kochanek?
— Nie, ale winowajca moralnie! Wywiodłeś dziecko na swoje tory i doprowadziłeś do choroby. Co będzie, jak umrze?
— Klecha zamamrocze i pochowają!
— A ty wobec Boga i swego sumienia będziesz mordercą!
— Zaczyna się! Zastrzegłem sobie, że mi bredni prawić nie będziesz. Możemy się pożegnać na pierwszej stacji. Tymczasem chcę czytać.
Adam spuścił głowę zgnębiony. Nie odzywali się więcej do siebie i jechali tak długie godziny.
Pod wieczór, gdy ściemniało zupełnie, Rafał książkę rzucił, zapalił cygaro, ziewnął i raczył przemówić:
— Daleko jeszcze?
— O, daleko! Całą noc, dzień i drugą noc! Staniemy u kresu około południa.
— Winszuję. Ładny kurs!
Znowu zapanowało milczenie. Możnaby ich było wziąć za dwóch przypadkowych sąsiadów, gdyby nie wzrok serdeczny i smutny, który niekiedy dzikiemu koledze rzucał Adam.
A świat widziany z okien wagonów coraz był inny, coraz barwniejszy; na południe niosła ich para ku nieznanym Rafałowi stronom.
Nareszcie wzeszło słońce nad krajem płaskim i pustym, czarnym od sośniny, żółtym od piasku; osady były rzadkie i mizerne, miast prawie żadnych.
Lachnicki przez okno się wychylił i wciągał z rozkoszą powietrze w płuca, promieniała mu twarz.
— Rafale, spójrzno na nasze strony! — zawołał.
Radwan obojętnie wyjrzał.
— Obrzydliwość! — zawyrokował lakonicznie.
— Niepozorne, prawda, ale jakie miłe. Smołkę czuć i macierzankę, jak w naszym borze, w Rahoźnej! Zobaczysz, jak tam ślicznie. Panna Kazimiera zna Włochy i Szwajcarję, a twierdzi, że nad nasze lasy i pola nic niema piękniejszego.
— Głupia ta twoja panna Kazimiera.
— Rafale!
— No i cóż? Czy to jakaś wasza święta?
Zapał Adama ustał. Przestał dzielić się wrażeniami. U okienka wsparty, liczył wiorsty mijane. Ogarniało go nadzwyczajne drżenie i niepokój.
Nareszcie zagwizdał pociąg i zabudowania stacji zarysowały się tuż. Chłopak wychylił się do pół ciała i wypatrywał czegoś. Nagle się cofnął.
— Dojeżdżamy nareszcie! — rzekł Rafał.
— Tak widać powóz z Rahoźnej.
— Prawdopodobnie nie po nas.
— Ej, nie. Do ojca nie pisałem nawet, chcę mu zrobić niespodziankę. To Rahozów zaprzęgi.
Pociąg stanął. Z przedziału pierwszej klasy wysiadł ojciec z synem, a naprzeciw nich wyszła z powitaniem panienka, elegancko ubrana, ładna, z poważną, marzącą twarzyczką i bardzo wdzięcznem obejściem. Za nią lokaj szedł, a zewsząd uchylały się czapki z uszanowaniem przed starym Rahozą. W okolicy swej królikiem był.
Z przedziału trzeciej klasy wysiadło też dwóch ludzi, ale ich nikt nie spotykał i nie czapkował. Wydostali się niepostrzeżeni za budynek stacyjny w chwili właśnie, gdy siwosze Rahozów ruszały z miejsca.
Koła powozu otarły się o nich prawie i spostrzegła stojących panienka tylko.
Spostrzegła i przechyliła się radosnym ruchem poza powóz, z uśmiechem na ustach.
Adam zdjął czapkę i także się uśmiechnął, zaczerwieniony, drżący, zapominając o ukłonie. Siwosze zwróciły i pomknęły, jak wiatr. Student jeszcze stał, z odkrytą głową, zapatrzony w kłąb kurzu.
— Godzinki odprawiasz? Czego stoimy? — ocucił go Rafał.
— Daruj, kolego... Zamyśliłem się.
— Czas właśnie po temu. Cóż dalej robimy? Jedziemy, idziemy, czy pozostajemy w miejscu?
— Chodźmy piechotą. Poprowadzę cię ścieżkami przez pola. Drogą dalej, a tak będziemy za godzinę u siebie. Dobrze?
— I owszem.
Poszli tedy miedzami, wśród łanów zbóż. Dzień był upalny i cichy, tylko szemrało żyto swą kołysankę, zawodziły skowronki i muszki niewidzialne napełniały powietrze cichutkim szmerem skrzydełek.
— A co? Dobrze ci, Rafale?
— Dobrze... — zaburczał raz pierwszy bez krytyki.
Z pól wyszli na jałowy, piaszczysty wzgórek, gęsto krzyżami pokryty. Adam stanął.
— Cmentarz wioskowy — rzekł. — Spójrzno, Rafale. Przed nami, to dwór Rahoźna i wieś. Ładna sadyba.
— Byle tam nie iść... Niech sobie będzie ładna.
— Nie pójdziemy. Nasza droga na prawo, przez rzeczkę. Ot... jak te bory bezbrzeżne czernieją, to ojca mego zarząd, a tam koło drogi, w kącie, nasza leśniczówka. Widzisz? Pójdziemy zygzakiem, na kładki. Gołębnik ojciec nowy zbudował dla swych faworytów... i psy nasze szczekają. Chodźmy.
Ruszyli raźnym krokiem. Rzeczułka mała była zupełnie i na wiosnę tylko chyba straszna, teraz przechodziło się ją z łatwością po niedbale rzuconych bierwionach. Za nią las stał nietknięty, stuletni, a dotykała drogi piaszczystej sadyba porządna, zakrawająca na dworek szlachecki.
Adam, nie szukając bramy, niski płotek przesadził i przez podwórze niewielkie ruszył ku domkowi, który, fasolą i powojami obrosły, świątecznie wyglądał.
Pod gankiem psów gończych sfora i jamnik podżary porwały się na jego widok ze szczekaniem, a strzelec, wypoczywający na ławce w cieniu, podniósł się także i wyjrzał, przysłaniając dłonią oczy od słonecznego blasku.
— Adaś! — wykrzyknął z wybuchem radosnego zdziwienia, otwierając do syna ramiona.
Z uścisku i czułości, z jaką patrzeli na siebie, znać było przywiązanie wielkie i szczęście; wszystkiem musieli być dla siebie.
— A toś mi, synku, niespodziankę sprawił. Czekałem listu pierwej i nie spodziewałem się ciebie prędzej, jak za parę tygodni. Wczoraj panienka przejeżdżała tędy do Sarnowa i, spotkawszy mię, pytała o ciebie. I pana nie widać z powrotem... Nie słyszałeś? Może nasz młody niezdrów?
— Zdrów, dzisiaj przyjechali. I ja nie sam, tatku: z kolegą przyjechaliśmy na wakacje. To mój ojciec, Rafale.
Stary spojrzał w twarz gościa i bez wahania podał muskularną dłoń. Nie pytał nawet, jak się zwał ten kolega, którego syn pod dach mu przywoził.
— Dziękuję panu za odwiedziny — rzekł z prostotą.
Rafał się skłonił w milczeniu i zaraz zawrócił na podwórze, oglądając obojętnie okolicę. Z pod oka widział, jak ojciec z synem usiedli blisko siebie na ławce i rozmawiali wesoło a serdecznie.
Czuł się zbytecznym; a nie chcąc przeszkadzać, oddalił się jeszcze bardziej, do pierwszych drzew boru, rozciągnął się niedbale pod świerkiem, ręce pod głowę założył, przez siatkę gałęzi zapatrzył się w niebo i, gwiżdżąc przez zęby, odpoczywał.
Drzewa boru, przez trzy pokolenia Lachnickich strzeżone, miały dla niego zwykłe swe, poważne szumy. Nie ostrzegły starca, swego opiekuna, że szatan wstępował pod dach jego poczciwej chaty, i na głowę tego demona nie szły z ich wierzchołków gromy. A on szydersko się uśmiechał chwilami, w skraj nieba zapatrzony, przypominając widziane przed chwilą powitanie. Nie miał on nigdzie na świecie takiego miejsca niewoli, coby się zwało domem rodzinnym; nie było takiego człowieka, coby miał prawo głupie do serca go przytulić i dzieckiem swem nazwać. Wolnym był! A tamci, na ganku leśniczówki, nie czuli swej niewoli. Złotowłosa głowa chłopaka-idealisty pochylała się często do twardej dłoni ojcowskiej, a siwe oczy starca patrzały nań ze łzami rozczulenia i dumy. Nie spytał syna nawet o rezultat egzaminów: był pewnym jego pracy i wytrwania i słuchał, promieniejąc, świetnych projektów młodzieńca.
— Sto razy na dzień dziękuję wam, tatusiu, żeście mi nie bronili tej karjery, nawet wbrew życzeniu pana Rahozy. Nie przez głupią próżność wymówiłem się od spadku pracy po was. Wyście mi przykład dawali świętej służby i nie wstyd być najemnikiem! Alem ja tak pragnął innej drogi, tak pragnął! I pozwoliliście! Teraz za lat dwa skończę zupełnie i będziecie mieli pociechę ze mnie. Duszę dam za chorych i cierpiących!
— Adaś, pamiętasz, coś mi obiecał? Chwały ni świetności szukać nie będziesz? — przerwał stary niespokojnie. — Nauki skończywszy, tu wrócisz do naszej Rahoźny i w miasteczku osiędziesz. Nie będę ja ci ciężarem i tylko czasem z leśniczówki do pana doktora przyjdę, a potem mi oczy zamkniesz. Tej zimy zaniemogłem trochę, i wiesz, daj mu Boże z dzieci pociechę... przyjechał odwiedzić mnie sam nasz pan i powiada, gdym mu się na starość skarżył: — „Nie turbuj się... póki żyjesz, nie będzie w leśniczówce Lachnickich innych panów. Mnie dobrze, gdy ty sobie siedzisz za piecem — byleś żył. Żyj sto lat spokojnie.“ — „Panie mój, dobrodzieju! — powiadam. — Byle Adaś na doktora zdał, to mi chleba kawałka na starość nie pożałuje, a panu sługi trzeba, a nie inwalidy na straży lasu“. — Rozgniewał się pan. — „Za cóż ty mnie krzywdzisz, Lachnicki? — powiada. — Synaś nie miał, a u mnie byłeś i pomimo syna zostaniesz. Postarzeliśmy razem, pochowają nas razem.“ I słusznie. Ale jak ty w miasteczku osiędziesz, to zajdę często tobą się nacieszyć. Toć ja przez całe życie nigdy tobie się nie przypatrzył dowoli, a zawsze przez te nauki. Wpadniesz, odetchniesz i znowu ciebie niema. A ze mną potem na długą zimę tylko żal i tęsknota zostają!
Stary westchnął, pogładził głowę syna i, zapatrzony z łagodnym uśmiechem na szary gościniec za wrotami, mówił dalej, rad, że po długich miesiącach tę tęsknotę swoją może z serca w słowach zrzucić:
— Tak mi zawsze w życiu prędko wszystko mijało! Matkę mi starą ojciec zostawił, taką świętą! Ledwiem straż objął, dla niej i przy niej pracować zaczął, aż pierwszej jesieni zostawiła mię sierotą. Potem matka twoja do pustki tej przyszła po latach. Zaśpiewała mi, zaludniła chatę, świeciło przy niej słońce dniem i nocą, latem i zimą. Dwa lata wszystkiego! Nie nacieszył się ja i nie napatrzył i już jej nie stało. Ot i została znowu pustka, i gorsza, bo dwie sieroty, ty i ja!... A potem tyś podrósł i także poszedł mi z oczu. Nauka ciebie wzięła; ile to już lat?
— Dziesięć, tatusiu, i jeszcze dwa trzymać będzie.
— Dwanaście lat... Nietylko przeżyć, ale i wypowiedzieć ciężko. Tak i tej chacie sądzono pustką stać wieczystą. Żeby nie ten bór kochany i praca, toby człowiek nie wytrzymał. Ale bór, wierny przyjaciel, a praca troskę goi; tak i zeszło życie pomaleńku! Byle się jeszcze ciebie przed śmiercią doczekać i nie chorować długo, to i do swoich się pójdzie z radością!
— Tatusiu, a mnie zaco sierotą rzucić! — szepnął chłopak żałośnie.
— Tobie, dziecko, słonko wzejdzie, a memu zachodzić pora. Tobie gniazdko słać, a mnie odlatywać, jak żórawiom na jesień. Tobie żonę brać i pracować, a mnie w mogile spać i odpocząć. Tak to, dziecko, Bóg kazał!
— Tatusiu! — szepnął Adam, z oczyma pełnemi łez.
— Ot tobie masz! Tak to ciebie przyjąłem. Czego płaczesz? Daj spokój! Głupi ze mnie stary! Ot, powiedz lepiej o sobie: nie chorowałeś? A może ci pieniędzy było za mało?
— Za wiele, tatusiu, a zdrowie mam żelazne! Nie gniewacie się wy, żem wam gościa bez pytania przywiózł?
— Uchowaj Boże! Kolega to twój, pewnie dobry i poczciwy.
— Kolega. Biedny on bardzo i nikogo swego nie ma na świecie. Kocham go bardzo, biedaka.
— To i dobrze, żeś go zaprosił. A młodego naszego pana widywałeś kiedy?
— Widywałem u Rafała, ojcze, bo oni razem mieszkali.
— Uczy się on dobrze?
— Nie wiem, tatusiu. Rysuje cięgle. A u nas we dworze co słychać nowego?
— At, wszystko po staremu.
— Panna Kazimiera zdrowa?
— Zdrowa; kochane dzieciątko! Jakem chorował, codzień przyjeżdżała. Doktora przysłała, nosiła mi takie specjały, jakich i z nazwy nie znałem, i siadywała w chacie, jak u siebie, jakby nie z pałacu wyszła.
— A zamąż nie idzie?
— Czego jej się śpieszyć? Na jej skarby i piękność nie zabraknie kawalerów. Już nawet jeden był jesienią, książę pono, ze stolicy samej.
— Widział go ojciec?
— Widziałem, bo polowanie na łosie dla niego urządzali. Świetny pan i bardzo bogaty. Pięćdziesiąt rubli mi ofiarował po łowach.
— I wzięliście, tatusiu? — zagadnął chłopak niespokojnie.
— Tobie posłałem na święta.
Lice chłopca zbielało i zadrżał cały, ale milczał.
— Trzy razy przyjeżdżał. Ciekawy byłem, jak się to skończy; więc kiedyś, gdy panienka siedziała nade mną chorym, wziąłem na odwagę i pytam: „Może ten cudzy pan zabierze nam panienkę?“ — Nie rozgniewała się wcale, nawet się uśmiechnęła: — „Nie zabierze mnie żaden cudzy pan, panie Lachnicki, zostaniemy razem w Rahoźnej!“ — Wiem ja, że tak nie będzie, że znajdzie się inny, co serduszko jej weźmie, i ją nam weźmie, ale ucieszyła mnie ta mowa. Chciałbym ja szczęścia dla niej, ale żal pomyśleć, że jej kiedyś we dworze naszym nie stanie. Taka dusza anielska, taka nad wiek powaga i pamięć o wszystkiem. Gdzie biedny, a chory, a smutny, tam i ona.
Chłopak słuchał, promienny, z uśmiechem na ustach.
Gdy stary urwał, oczy podniósł i zapytać o coś chciał, ale się powstrzymał, czy nie odważył, a leśniczy, wpadłszy na ulubiony temat, prawił dalej:
— Sługi my, a ona pani, a jednak pamięta, i nie wstydzi się wspominać tych czasów, kiedy ciebie dzieckiem do dworu wzięli, żebyś z łaski pańskiej razem z paniczem przy Niemcu się uczył. „Co słychać o panu Adamie?“ — pyta, ile razy mnie spotka, a onegdaj przejeżdżała tędy do Sarnowa i zobaczyła mnie na skraju lasu. — „Czy pan Adam jeszcze nie przyjechał? — pyta. — „I nie przyjeżdża, i nie pisze, niecnota!“ — odpowiadam. — „Zupełnie, jak nasz Feliś; ojciec pojechał po niego“ — mówi wesoło. Adaś, trzeba nam jutro pójść z powitaniem do pałacu, bo i pan pytał się o ciebie kiedyś.
— Pójdziem, ojcze! — odparł chłopak cicho.
— Ale ja tu gadam i gadam i nie pamiętam, że wy głodni. A tu i stara Katarzyna, jak na złość, dzisiaj się uwolniła na jarmark. Czemże ja was przyjmę?
— Mniejsza, tatusiu. Byle czem. Rafał mało co je, a mnie mleka się chce bardzo. Ale gdzież on?
— Może pod jodłami odpoczywa. Poproś go na wieczerzę, a ja się sam zakrzątnę. Patrz, już jamniki gotowe za tobą iść. Poznały psiska poczciwe ciebie po roku!
Adam łaszące się psy gładził i pieścił i tak w kompanji ruszyli w stronę jodeł.
Przy wieczerzy leśniczy zagaił rozmowę z przyjacielem syna. Jedli w dużej izbie, służącej jednocześnie za kuchnię, mleko świeże w glinianych misach i chleb czarny. Trudno było o prostszy posiłek, ale Rafał nie dziwił się, ani krzywił. Dopiero na tłumaczenie i przeprosiny gospodarza, zajrzał do swojej misy uważniej i ramionami ruszył.
— Nawet nie wiedziałem, co do ust niosę — odparł krótko.
— Pan pewnie po drodze zmęczony?
— Nie.
— A podobała się panu nasza okolica?
— Widziałem piękniejsze.
— No, zapewne! Pan pewnie wiele podróżował?
— Nie tyle, ilebym pragnął.
— Chciałbyś podróżować? — wmieszał się żywo Adam, widocznie uradowany z nowego odkrycia.
— Cóż cię tak cieszy?
— Bo odkryłem w tobie choć jedną chęć, mnie wspólną. Pożarłem, w szkołach będąc, tysiące opisów podróży i o niczem innem nie marzyłem, tylko, by te miejsca zwiedzić, poznać, a wreszcie gdzieś w jakiej głuszy osiąść, założyć fermę i... — Nagle chłopiec się zająknął, poczerwieniał i dodał po przerwie: — i... pracować!
Rafał spojrzał przelotnie na niego i pogardliwie się uśmiechnął.
— No i te wszystkie plany bujne, jak zwykle, nie wyszły z zakresu marzeń.
— Jakżebym mógł je wprowadzić w czyn! Nie mogłem przecie uciec ze szkół, a na wakacjach już o podróżach nie myślałem.
— A ja, co wakacje, jeszcze w Monachjum, brałem torbę na plecy, kij w rękę i szedłem w drogę przed siebie. Nie sam; z kolegą, z Bertem.
— Z jakim Bertem?
— Profesora Andenberga synowcem. Stryj z moim ojcem kolegował; mnie ojciec Bertowi oddawał pod opiekę. Starszy był o lat dziesięć ode mnie. Poznałem wtedy całą środkową Europę. Po śmierci ojca co rok to samo robiłem, do ostatnich lat.
— To z pana piechur znakomity! — rzekł wesoło Lachnicki.
— Na przyszłe wakacje powędruję znowu.
— I znowu z Bertem! — westchnął Adam.
— Bert daleko teraz, a mnie już opieki nie trzeba. Sam pójdę.
Przez otwarte okno chłodny powiew wieczora wchodził do wnętrza domostwa, rzeźwiąc po skwarze dziennym.
Rafał podał leśniczemu cygaro, sam zapalił drugie i wyjrzał na podwórze. Adam oparł się też o futrynę i rozglądał się po znanej okolicy.
— Ta droga, co idzie od dworu i miasteczka, do Sarnowa. Chcesz — przejdziemy się trochę. Pokażę ci całą Rahoźnę.
Wyszli; za wrotami leśniczówki, w prawo, gościniec biegł i ginął w borze, w lewo, spadał nieznacznie ku rzeczułce. Zwrócili się w tę stronę i, minąwszy zawrót, przystanęli na chwilę.
Szeroki krajobraz mieli przed sobą, oświetlony z boku złotym zachodem. Gościniec, minąwszy bór, roił się uprawnemi polami do rzeczki i mostu. Dalej, rozrzucone bezładnie, wtulone między sady, rozścielało się miasteczko, ukoronowane krzyżem cerkwi i kościoła, czerwone od dachówek. Długa aleja włoskich topoli łączyła je z dworem, co stał odosobniony, trochę wyżej, i świecił białemi murami, przebłyskującemi tu i tam z pośród niebotycznych drzew. Wyglądał na magnacką rezydencję. Adam ręką zakreślił krąg od brzegu do brzegu horyzontu.
— Wszystko to pana Rahozy! — rzekł. — Ten folwark i ten drugi i te lasy i pola: wszystko! Ach, jaki on bogaty!
— I głupi! — dodał lakonicznie Rafał.
— Nie. Mylisz się! Rubasznie wygląda i dobrodusznie. Szczęśliwy, kto go w gniewie nie widział jednak. Widziałeś go w obcem mieście, nie widziałeś w Rahoźnej. Tu on dopiero król i pan! Wszystko się przed nim chyli, jak kłosy pod wiatrem.
— Nieszczególny patent rozumu tych wszystkich.
— Szczęśliwyś, że nie możesz być w potrzebie stawiania mu czoła.
— A może on powinien się dlatego czuć szczęśliwym!
Adam tylko głową potrząsnął niedowierzająco.
Szli jakiś czas w milczeniu drogą wśród łanów płowiejącego już żyta. Zapach zboża, ziemi zoranej i żywicy ogarniał ich kłębami. Cisza wieczora zstępowała na ziemię, tylko od miasteczka i wiosek dalszych biegło z wiatrem skrzypienie studziennych żórawi, porykiwanie bydła i dźwięki wierzbowych ligawek.
— Co też tam w mieście dusznem porabia biedna mała Leonka Brzezówna? — ozwał się Adam. — Jej to potrzeba takiego powietrza, ciszy i długiego wypoczynku. Chciałbym wiedzieć, co się z nią dzieje?
— Umarła pewnie — odparł obojętnie Rafał. — Pan Feliks będzie osierocony po wakacjach. Ani mnie, ani jej! Na tobie będzie ostrzył swój dowcip!
— Biedne dziecko! Naco jej się zdała taka męka?
— W rezultacie każdemu na nic się lepszego nie zda. To też głupi każdy, co się męczy.
— A ty czy używasz spokoju?
— Ja robię, co mi się podoba.
— Mniej więcej, każdy tak robi, bo każdy grzeszny. Czy jednak, gdy pragniemy czegoś, co po ludzku głupie lub zuchwałe, a według sumienia godziwe, a mękę stąd mamy, czyliż wypada rzucić i poświęcić niedokonane dlatego, że ciężkie?
— Kto nie osiągnie swego pragnienia, ten nędzny i lichy.
— A jeśli padnie wpół drogi?
— To osiągnie nicość. I będzie po nim, jak po zgaszonej łojówce: trochę swędu, dymu i ciemność.
— Jakie to szczęście, że to fałsz! — rzekł spokojnie Adam.
— Daj pewnik na poparcie twego zdania! — zawołał Rafał, zapalając się do dysputy.
— Równie, jak ty na swoje, nie mogę go dać. Ale czy ty wierzysz w widzenia? — dodał, stając nagle.
— Jakto? W pukające stoliki, w białe damy, w cuchnących djabłów i upiory?
— Nie. Ale w takie porozumienie, łącznik pozagrobowy z ukochanym po śmierci. Czy nie przypuszczasz, że są sny prorocze, myśli nadzwyczajne, niewytłumaczone przeczucia.
— No, więc cóż! Ty się tem zajmujesz? Dajesz wiarę podobnym bajkom nianiek? Ładny z ciebie będzie doktór!
— A cóż to ma do medycyny? Ja pod skalpelem duszy nie szukam, ale organów, nie filozofuję z trupem lub chorym, ale cierpienie badam i środka na nie szukam. Wierzę przytem, że gdy umrę, wrócić tu mogę. Więc ponieważ pewny jestem, że umrę przed tobą, zobaczysz mię lub poczujesz w jakiejś chwili ważnej. Zapamiętaj; obiecuję ci to najsolenniej.
Stali na moście już i słońce zupełnie się skryło.
Rzeczka, ledwie widoczna, płynęła wąską niteczką wśród żwiru, na szczytach drzew dworu i krzyżach kościoła został ostatni blask zachodu. Oczy Adama, utkwione nieruchomo przed siebie, wpół przymknięte i zmienione, czytały, zda się, coś w chmurach białych, na skłonie horyzontu. Słowa mu padały z ust dziwnie uroczyste i drżały długo w czystem a cichem powietrzu.
Rafał, oparty o parapet, ćmiąc cygaro, słuchał obojętnie zpoczątku, nareszcie się wyprostował i spojrzał na towarzysza.
— Cha, cha, cha! — wybuchnął śmiechem. — Człowieku, marnujesz się! Karjera twoja gotowa, jako medjum dla sławnego szarlatana. Będziesz przepowiadał przyszłość, odgadywał sekrety, rozmawiał z Homerem, Cezarem, z kim ci się zamarzy! Zrobisz furorę i będziesz sławny na świat cały, póki stanie głupców, a to gatunek płodny jak króliki i niewyczerpany!
Adam zdawał się tych słów nie słyszeć.
— Nie zobaczysz mnie, ale poczujesz i przypomnę ci tę chwilę dzisiejszą i powiem wtedy napewno, że człowiek nie łojówka, filozofja wasza nie prawda, swoboda grzechu najgorsza niewola. I wtedy uwierzysz.
— Adam! — krzyknął Rafał zaniepokojony.
Lachnicki ocknął się, jak ze snu, oczyma przeszedł po borze, po ziemi, po rzece, westchnął, ręką przetarł czoło i spojrzał na niego.
— Mówiłem przytomnie — ozwał się zwykłym tonem. — Zapamiętaj moją obietnicę!
— Sfiksujesz prędko zupełnie! — odparł Rafał, ruszając ramionami i zawracając ku leśniczówce.
— Od małej Leonki odbiegliśmy daleko! — zaczął Adam. — Czy sądzisz, że nie wyjdzie z tej choroby?
— Ty sam wiesz, co znaczy zapalenie mózgu. Może wyjść z niego... obłąkaną.
— Okropne! Wiesz, zatelegrafuję jutro z zapytaniem.
— Czyście aż tak zakochani?
— Zakochani! Ja nie, a ona kocha ciebie.
— Spostrzeżenie, godne ciebie. To dziecko nie ma dotąd pojęcia o żadnej namiętności. Jej krew i nerwy śpią!
— Pojęcia nie ma, ale kocha.
— Absurdum. I ty masz być doktorem! Fizjolog będzie z ciebie znakomity.
— Przekonasz się, że mam słuszność.
— Nie przekonam się i ciebie nie przekonam, bo jej nigdy więcej nie zobaczę.
— Kto wie, gdzie ją losy zaniosą i co życie da. Daj Boże, by ciebie już nigdy na drodze swej nie spotkała.
— Tylko ciebie! — rzucił Rafał szyderczo.
Dochodzili do leśniczówki, a naprzeciw nich wyszedł stary Lachnicki, rozmawiając z człowiekiem olbrzymiego wzrostu, w odzieży leśnej straży. Adam przyjaźnie wyciągnął do niego rękę.
— Dobry wieczór, Gryszan! Co słychać u was?
— Po staremu, panie Adamie. Pracujemy i starzejem! Niech też pan nie zapomni nas odwiedzić. Kobieta mi chora, a doktór, ten, miasteczkowy, to mu tylko koniom krew puszczać, a nie z ludźmi się zadawać. Żeby nie panienka, bababy dawno ziemię gryzła. Teraz pan jej co poradzi.
— Przyjdę, choć jutro. A ot i kolegę, doktora, przyprowadzę. We dwóch, może damy radę tej chorobie.
— Dziękuję panu i dobranoc.
Człek minął ich szybko.
— Źle z Gryszanem! — rzekł leśniczy. — Pije, żonę bije, na awanturnika się wykierował. Milczę i pilnuję go, jak ognia, bo żeby pan jego sprawki znał, nie ostałby i doby na straży. A tam żona i siedmioro dzieci!... No, panowie, czas wam spocząć po drodze. Alkierzyk dla was już uprzątnęła Katarzyna. Dobranoc wam.
— A ojciec spać nie idzie? — zagadnął Adam.
— Pacierze odmówię i wracam do chaty.
— Czy jutro rano pójdziemy do dworu?
— Naprzód do kościoła wstąpimy, a potem do pana. Obudzę ciebie.
— I poco ta czołobitność u pana? — zagadnął Rafał, gdy się znaleźli sami w małej, schludnej izdebce, przeznaczonej dla nich na mieszkanie. — Czy, żeby podziękować za to, że twój ojciec morduje się pracą dla chleba, podczas gdy pan Feliks bąki zbija w stolicy, stary brzuch pasie, a panna szydełkiem dłubie i na fortepianie brząka. Tyś im nie brat, ale rzecz przynależna do leśniczówki! Siedź w niej cicho!
— Taki porządek świata, że jeden służy drugiemu. My nie socjaliści i wiemy, że tak było, jest i, pomimo nowych prądów, będzie na ziemi!
— Niezawodnie, jeśli wszyscy uciemiężeni będą kochać jarzmo, jak twój ojciec i ty, jak widzę. Jeszcze jeden przymiot odkryłem: serwilizm!...
Adam otworzył okno i chwilę jeszcze dumał, rozmarzony ciszą natury; potem z westchnieniem legł na posłaniu.



IV.

Nazajutrz leśniczy obudził rano syna. Adam porwał się żywo, ubrał świątecznie i wyszedł na palcach, by nie obudzić Rafała.
W kościele dzwoniono na mszę, więc ruszyli śpiesznie w stronę miasteczka, rozmawiając wesoło. Mieszczanie pozdrawiali ich przyjaźnie po drodze; do Adama uśmiechała się każda twarz, a do twardej prawicy Lachnickiego wyciągała każda dłoń. Szanowani widocznie byli w okolicy.
W kościele, jak zwykle w dzień powszedni na wsi, pusto było; uklękli przed kratkami i modlili się gorąco.
Organy huczały, więc nie posłyszeli kroków za sobą i tylko nagle Adam drgnął i oczy od ołtarza odwrócił. Musnęła jego ramię koronka i młoda dziewczyna uklękła obok, zarumieniona i zdyszana od prędkiego chodu.
Oczy obojga, szafirowe, jasne i bardzo podobne wyrazem, zbiegły się z sobą na sekundę, promieni pełne i rozradowania i, jednocześnie podnieśli wzrok z siebie na ołtarz i modlili się bez słów powitania.
Tylko w jego rysach przesuwał się czasem dreszcz nerwowy, a po jej czole i ustach wyraz żałosnego niepokoju.
Klęczeli tak całą mszę i potem żadne się nie poruszyło. Dopiero stary Lachnicki trącił syna i sam wstał, bijąc, jak młotem, w piersi. Adam ruszył za nim.
W kruchcie młoda osoba dopędziła ich, wyszli przed bramę i stanęli.
— Widziałam pana wczoraj na dworcu kolei — rzekła do Adama, podając mu rękę. — Spóźnił się pan bardzo w tym roku. Musiał pan syna wygderać za zwłokę? — dodała, witając starego uśmiechem.
— Zapomniałem gniewu, jakem go zobaczył! — odparł Lachnicki, z dumą patrząc na syna.
— Może się egzaminy nie powiodły?
— To się po nim nie pokaże! — uprzedził ojciec odpowiedź Adama.
— Więc się chyba panu nie śpieszyło do domu?
— O trzy dni tylko przybyłem później, niż zwykłe. Na papiery czekałem z akademji; — przyszedł wreszcie do słowa Adam.
— Zdaje mi się, że pan nie sam był na dworcu?
— Kolegę przywiozłem na wakacje. Przyjaciel mój.
Przez twarz dziewczynki przemknął cień. Umilkła.
— Zaprowadzę chłopca do pana teraz! — ozwał się Lachnicki. — Nie zechciał po staremu służyć na straży, to niech chociaż pokaże, iż za syna sługi się ma i że mu nauka w głowie nie pomieszała. Prawda, Adasiu?
Rumieniec oblał lice panny Kazimiery; spojrzała na niego, jakby go przepraszała.
Ale on się tylko uśmiechnął łagodnie i głowę skłonił.
— Pójdziemy, ojcze! — rzekł spokojnie.
Panienka ruszyła przodem w stronę dworu, oni za nią; rozmowa się urwała. Przed każdym członkiem rodziny Rahozów leśniczy miał respekt, graniczący z nabożeństwem. Nie wypadało, wedle niego, iść blisko córki dziedzica, więc kroku zwolnił; nie wypadało wszczynać rozmowy, więc umilkł zupełnie.
Powaga starszeństwa hierarchji i władzy była dla niego rzeczą tak niedostępną, tak ważną i konieczną, że choć popularność panny Kazimiery pochlebiała jego sercu i wrodzonej dobroduszności, ale w gruncie rzeczy nie pochwalał jej. Wolał dumę Rahozy, wolał sarkazm pogardliwy panicza. Panna Kazimiera za dobrą była, zanadto łagodną i grzeczną, podobną do prostej szlachcianki. Doszedłszy do ganku, obejrzała się na nich i znikła. Musiała oznajmić wizytę, bo ledwie leśniczy wszedł do sieni i ku drzwiom kancelarji pańskiej zmierzał, przeciwległe drzwi do jadalni otwarły się i sam Rahoza wyjrzał.
— Tutaj proszę, Lachnicki! — zawołał.
Pan asystował widocznie śniadaniu syna, który, nadąsany i chmurny, siedział nad spóźnioną kawą i ziewał. Panny Kazimiery nie było w pokoju.
Lachniccy weszli i stanęli u progu. Nikt ich nie prosił bliżej, ani podał krzesła. Pan Rahoza od stołu trochę się odwrócił i powitał kiwnięciem głowy. Feliks ani się poruszył.
— Cóż, doktora swego przyprowadziłeś? Wielki człowiek z pana Adama! Jakże tam studja?
— Dobrze, proszę pana! Chłopiec się stara. Za dwa lata skończy i w miasteczku się ulokuje.
— Ta, ta, ta! Nie wierz temu, mój kochany. Obiecanka. Pan doktór w stolicy osiądzie, albo zagranicę wyjedzie. Kto wyszedł ze swego stanu i ma ambicję wywyższenia, ten do gniazda nie wraca. Nie moja to rzecz wtrącać się w familijne sprawy moich oficjalistów, ale myślę, że na świecie robi się szkodliwy przewrót. Syn pastucha uczy się na pisarza, syn parobka na pocztowego urzędnika, syn kowala pnie się do akcyzy, syn szewca do policji. Byle nie zostać w swym stanie. A wyżej to samo: uczyć się, rzucić rzemiosło, pług, obowiązek, uciec do miasta, zostać inżynierem, adwokatem, doktorem, naczelnikiem, radcą, ministrem. Ho, ho, ho! Niema granic teraz tym chęciom; to też robi się na świecie aż ciasno od niedouczonych i wykolejonych malkontentów; a tutaj, sądzę, że po latach my będziemy trzodę paśli, orali, buty szyli i konie kuli, bo wszyscy tam w górę pójdą i zmarnieją! Tak ja myślę!
— Byle panom stało na służbę, to służby nie zbraknie — ozwał się Adam zcicha. — A co do mnie, to pan się myli. Gniazda swego się nie wstydzę, ani mi tutaj nikt hańby żadnej dowieść nie może. Więc wrócę i zostanę.
Rahoza wielkie swe brwi zmarszczył i spojrzał uważniej na młodzieńca, co mu tak śmiało zaprzeczał. Zwrócił też na niego uwagę Feliks, bo obejrzał się powoli i rzekł:
— Panu Adamowi moje uszanowanie! Naucz się pan bańki stawiać, krew puszczać i muchy hiszpańskie łapać na wiosnę. Dosyć będzie z ciebie tej nauki.
Adam milczał. Na twarzy jego malowała się męka i ból okropny. Machinalnie ściskał na piersiach czapkę swą akademicką, a zęby mu dzwoniły, jak w febrze.
Stary Lachnicki oczy wbił w ziemię i westchnął. Słowo pańskie święta rzecz i on tak myślał; ale chłopiec tak prosił i błagał, że mu ustąpić musiał. A teraz za późno było się cofać.
Nagle jakaś myśl inna przerwała niezadowolenie pana. Wstał i podszedł kilka kroków.
— Słyszę, Rafał Radwan z tobą przyjechał? — spytał Adama.
— Rafał, mędrzec, jest w Rahoźnej? — zawołał Feliks.
— Przyjechał ze mną — potwierdził Adam.
— Może pan nie rad, że chłopiec kolegę przywiózł — wtrącił Lachnicki.
— I owszem. Chciałbym nawet, żeby temu koledze niczego nie zbrakło w Rahoźnej. Jest to i mój znajomy.
— Papa zna Rafała? A! u Brzezowej! — zapytał i odpowiedział sam sobie Feliks z właściwą mu żywością.
— Wiele rzeczy i osób znam, które mają być dla mnie sekretem! — odparł Rahoza z naciskiem.
Feliks skrzywił się i na otuchę kawy popił.
— Powiedz, Adamie, panu Radwanowi, żem bardzo się ucieszył z jego obecności tutaj i że nie wątpię, iż mnie starego zechce odwiedzić.
Zaproszenie było dla jednego tylko; Adam to poczuł i pobladł nagle.
— Powiem, panie — odparł krótko.
Audjencja była skończona. Rahoza usiadł przy stole i milczał. Feliks skończył śniadanie i wyszedł, nucąc. Adam nieznacznie trącił ojca.
— Upadam do nóg pana! — rzekł stary, pochylając się głęboko.
— Bywaj zdrów, mój kochany — odparł łaskawie Rahoza.
Adam skłonił się i wyszedł za ojcem. Na ganku głęboko westchnął, czapkę na oczy nasunął i ruszył szybko. Brr! jak go po tych dreszczach i chłodzie paliło teraz — w piersi, w gardle, na ustach, za powiekami.
W duszy tej gołębiej i prostej po raz pierwszy bunt się obudził, rozstrój i gorycz: czuł się zdeptanym i pokrzywdzonym — i za co? za co?
Wyprzedził ojca, by uniknąć rozmowy. Nie potrafiłby teraz łagodnym być, dobrym i mówić o potocznych rzeczach. A jednak poskarżyć się czuł konieczną potrzebę. Ale przed kim? Przed ojcem — nie zrozumie go. Przed Rafałem — wyszydzi. Przed nikim zatem.
Był już w połowie alei topolowej, gdy go ktoś napędził.
— Panienka prosi was — oznajmił lokaj z pałacu.
— Biegaj prędzej — uzupełnił ojciec.
Chłopak zawrócił. Koło bramy panna Kazimiera czekała na niego, w słomianym kapeluszu, z koszyczkiem w ręku.
— Proszę pana doktora z sobą do chorych — rzekła z właściwym sobie, półsmętnym uśmiechem.
— Służę pani — odparł, nie podnosząc oczu.
Zawrócili w bok ścieżyną między połami i nic nie mówili do siebie.
— Panie Adamie! Nabrał pan przez ten rok dwóch brzydkich wad — ozwała się nagle.
— Jakich, pani? — zapytał smutno.
— Słabości ducha i niewiary w tych, którym pan dotąd wierzył.
— Może być. Im dalej w życie, tem prawdziwiej widzimy je, tem rzeczywiściej. Przychodzi logika i druzgoce marzenia; przychodzi prawda i burzy szklane gmachy młodzieńczych rojeń. Czy nie lepiej samemu się obudzić, niż czekać, by ludzie brutalnie nas zbudzili?
— Trzeba wierzyć sobie i swoim. Trzeba hartować się na bój, by zwyciężyć.
Bolesny uśmiech przemknął mu po wargach za całą odpowiedź. Spostrzegła to i stanęła nagle.
— Zraniono pana głęboko; słyszałam wszystko. Musiało pana bardzo boleć, kiedy pan i o mnie zapomniał w swej obrażonej dume.
— Nie, pani. Pójdę pod ten pręgierz znowu i znowu. I więcej zniosę, niż pies podwórzowy. Nie duma moja cierpi, tylko, że już teraz nie wierzę w zwycięstwo.
— Co panu takiego?
— Przejrzałem, pani. W bajkach, szklana góra prowadzi do królewny i kto ma orle szpony, ten się do niej wzniesie. Igraszką ta góra w porównaniu z tem, co na świecie człowieka marnego, jak ja, dzieli od celu.
— Czy więcej dzieli, niż przedtem? — spytała cicho. — Czy panu już cel zobojętniał?
— Panno Kazimiero!
— Tak sądzę po dzisiejszem spotkaniu i po słowach tych. Marzenie prysło.
— Z duszą kiedyś uleci chyba! Nie postało w mem sercu nigdy nic innego i nie postanie. Jak jeden Bóg, tak ono jedno do śmierci.
Spotkali się znowu oczyma i utonęli w swych duszach. „Tyle lat byłeś mi wszystkiem — mówiły źrenice królewny — mistrzem, bratem, przyjacielem, ideałem dobroci i szlachetności, aż ukochałam cię całą potęgą miłości, aż nie rozumiem już teraz życia bez ciebie. Czyż nasze kochanie nie warte ofiar, bólu i walki?...“
Usta jej nie miały wyrazów, ale chłopak mowę tych oczu znał, odkąd czuć zaczął; więc zawstydzony swą słabością, owładnięty i pobity siłą uczucia i młodzieńczego zapału, zapomniał o wszystkiem.
— Proszę mi darować — szepnął. — Rok cały marzyłem o Rahoźnej, zapomniałem o trudach i walkach, widziałem tylko swe uczucie. Rzeczywistość zmroziła mię. Zabolało okropnie.
— I ja inaczej wyobrażałam sobie nasze spotkanie — odparła smętnie. — Zanadto marzymy oboje. Myślałam, że, jak zeszłego roku, od ciemnego boru pozdrowi mnie znajomy głos znajomą piosenką. Pamięta pan? I wczoraj wieczorem długo nasłuchiwałam napróżno. Trzeba było wywalczyć spotkanie, cierpieć, żeby się odnaleźć znowu takimi, jakimiśmy się żegnali przeszłej jesieni.
Wyciągnęła do niego rękę, na której błyszczał wąski pierścionek z opalem, a on ją wziął i w milczeniu ucałował. Potem ruszyli dalej. Oddalili się już o sto kroków, gdy nieopodal miejsca, gdzie stali, zaruszały się płowe kłosy żyta i wynurzyła się głowa Rafała. Leżał tam zapatrzony w niebo i rozmyślał; teraz się podniósł, przeciągnął leniwie i ziewnął.
Potem ręce włożył w kieszenie i, z właściwą sobie lekceważącą dezinwolturą, ruszył w tym samym, co oni kierunku. Na ustach błądził mu pogardliwy uśmiech. Dopędził młodą parę na kładce, rzuconej nad rzeczką.
Adam spostrzegł go pierwszy.
— Skąd się tu wziąłeś, Rafale? — zagadnął mimowoli zaniepokojony.
— W zbożu leżałem, tam — odparł spokojnie.
Młodzi zamienili z sobą spojrzenie i rumieniec. Trwoga ich ogarnęła na myśl, że nie byli sami w posiadaniu swej tajemnicy.
Szatańsko piękne oczy Rafała spoczęły badawczo na twarzy dziewczyny, potem przeszły powoli po całej postaci.
— Rafał Radwan, mój kolega; panna Rahozówna — przedstawił ich zmieszany Adam.
Rafał zlekka dotknął czapki.
— Pan Lachnicki opowiadał mi właśnie o panu — rzekła przyjaźnie panienka.
— Ładnie mnie pewnie przedstawił! — mruknął niechętnie.
— Jako swego przyjaciela i prawego człowieka.
Był nacisk w tem powiedzeniu, który Rafał zrozumiał, bo zmierzył ich oboje wzrokiem i ramionami ruszył.
— Lepiejby było, żeby mniej gadał o sobie i o innych.
— Przyznaję ci rację w tym razie! — uśmiechnął się Adam.
Panienka weszła na kładkę, młodzi ludzie za nią. Za rzeczką, bez słowa pożegnania, Rafał zawrócił w prawo.
— Nie pójdziesz z nami? — spytał Adam.
— Bądź spokojny, ani myślę — odrzucił, oddalając się.
Z czasem swoim nie wiedział co robić. Ludzi nie cierpiał, książek nie miał, zajęcia nie rozumiał; ruszył przed siebie, bez drogi, w las.
Przyroda, która mędrca do podziwu wznosi, młodego jak wino podnieca, marzyciela duszę rozkoszą poi, artystę zachwytem napełnia, dla tego pogańsko-niewiernego umysłu, dla tej duszy zbuntowanej i szyderskiej, dla tego serca pustego nie miała uroku; była zamkniętą księgą. Wokoło niego zmieniały się widoki, śpiewały ptaszki, nad nim świeciło złote słońce; on szedł, nie widząc nic, i myślał o metafizyce.
Sądzonem było jednak, że mu dnia tego nie dadzą rozmyślać. Śmiechy i piski kobiece doleciały go z ubocza, od polanki, gęsto czarnemi jagodami pokrytej.
Sądzonem też było, że dnia tego będzie świadkiem scen miłosnych. Z za jodły rosochatej, ujrzał dwie dziewoje miasteczkowe, hoże i dorodne, chichocące i umykające od chłopaka w eleganckim garniturze do konnej jazdy, który im żartobliwie drogę zachodził, groził zagrabieniem zebranych jagód i podawał warunki wykupu.
Był to młody Feliks Rahoza.
Gniadosz jego, uwiązany opodal, niecierpliwił się widocznie, ale pan rozswawolony, przekomarzał się dalej i, wbrew pojęciu Lachnickiego o hierarchji i powadze rodowego starszeństwa, uganiał się za mieszczankami, jak pierwszy lepszy donżuan miasteczkowy.
Rafał popatrzał chwilę, gałęzie rozchylił i wyszedł na polankę. Dziewczyna jedna wrzasnęła i uciekła, druga wyrwała się z objęć panicza i także znikła, a Feliks, czerwony jak burak, podniósł wściekły wzrok na intruza.
— A, to ty! — zawołał prędko. — Skąd się tu wziąłeś?
Drugi raz dzisiaj pytano o to Rafała.
Poprzestał na obojętnem ruszeniu ramionami i szedł dalej.
— No cóż? Czy twój rozum jeszcze urósł, a usta się zmniejszyły, że już przez nie ani jedno mądre słowo wyjść nie może? Czy nie raczysz się przywitać?
— Na swoim gruncie możesz to pierwszy uczynić.
— Co za formalistyka! A jeśli nie mam ochoty?
— Mnie i bez „jeśli“ tej ochoty braknie.
— To możemy sobie w takim razie zobopólnie dogodzić.
— I owszem.
Rozminęli się. Po chwili Feliks już na koniu dopędził go i zwolnił biegu gniadosza.
— Ale żebyś w swoich spacerach nie właził mi w drogę, byłbym ci bardzo obowiązany! — rzucił niechętnie.
— Nie wchodzę nikomu w drogę, kto mnie mija i nie zaczepia! — była ostra odpowiedź.
— Tego się po mnie nie spodziewaj. Lubię się z tobą pobawić i podrażnić! Zabawna jesteś purchawka! — zaśmiał się złośliwie Rahoza.
— Jak ci się podoba. Za skutki sam zapłacisz.
— Ejże! Będą nawet skutki? tem lepiej, będziesz jeszcze zabawniejszy! Do zobaczenia zatem!
Puścił cugle koniowi i jak wiatr popędził.
Dziwny grymas, niby uśmiechu, rozchylił wargi Rafała. Pantera tak musi szczerzyć zęby, gdy zbiera się do skoku na swą upatrzoną ofiarę.
Sekundę to trwało i znowu twarz młodzieńca wróciła do zwykłego, twardego wyrazu. Za śladem kopyt poszedł i po chwili z gąszczu wydostał się na gościniec leśny.
Domostwo Lachnickiego widać było na prawo.
Słońce stało w południu i piekło okropnie. Rafał miał dosyć wędrówki; zawrócił do straży i usiadł na ganku.
I tutaj nikogo nie było. Gospodarz był z psiarnią w lesie; stara sługa za rzekę się wybrała z bielizną; zagrody pilnował ogar stary, pół-ślepy i chromy, wylegając się na trawie podwórza.
Rafał z tłumoczka książkę wyjął i czytał, paląc cygaro.
Nie podniósł oczu ani na warczenie psa, ani na kaszel i ciężki chód człowieka, który przekraczał furtkę obejścia. Gość o trzy kroki od ganku ukłonił mu się grzecznie, nie otrzymując nic wzamian, wszedł na schodki, potem do domu i po chwili znowu się ukazał, nie znalazłszy wewnątrz nikogo.
Zmęczony był wędrówką w upał, więc czekać widocznie postanowił, lub chociażby spocząć. Na ławce usiadł, westchnął i zapalił fajeczkę.
Stary był to człek, zgarbiony i zawiędły. Wielki nos zaglądał do ust bezzębnych, wybiegała na jego spotkanie śpiczasta, źle ogolona broda; oczy blado niebieskie, naiwne jak u dziecka, smutne jak u sieroty, patrzały przed siebie w wiecznem zamyśleniu. Ręce założył na kiju, pochylił się i, zasnuty kłębem dymu, medytował.
Rafał nagle nos podniósł, zawęszył i kichnął. Obejrzał się, szukając, skądby ten drażniący swąd pochodził, kichnął raz, drugi i zaklął bez ceremonji:
Verfluchtes Kraut!
Stary drgnął i wyprostował się.
Sie sind Germaniens Sohn? — zapytał, jąkając się.
Młody człowiek spojrzał na niego przelotnie.
— Wyrzuć pan swoją fajkę, do djaska! — burknął.
Stary usłuchał natychmiast i podszedł bliżej.
Ach, Hen Gott! — westchnął. — Pięćdziesiąt lat nie słyszałem naszej mowy, tak z serca, dobrowolnie! Może pan i moją Minnę zna?
— Czego? — zapytał Rafał niechętnie.
— Ach, prawda. Pan nie wie, o kim mówię. Minna Ruprecht, moja synowa, Bayern, München, Salzgasse 14.
Mówił to jednym tchem, jak adres do listu, a głos mu drżał niepokojem.
— Może być, że znam — rzekł student obojętnie. — Mieszkałem na Salzgasse i kolegę w gimnazjum miałem Ruprechta.
Herr Je! To był Franz, Minny ulubiony, taki złoty blondynek, dobre dziecko! O Herr Je!
— Wielki był osieł i hultaj ten wasz Franz. Dawno go pan nie widział?
— Nigdy, panie, nigdy! I nie zobaczę — odparł żałośnie stary, trzęsąc głową.
Rafał ruszył ramionami. Nie obchodziło go to wcale. Zabierał się znowu do książki, ale mu stary przerwał:
— A Minny pan nie widział nigdy? Jak ona wygląda?
— Co za Minna? Synowa wasza? Toć ją znacie przecie!
— Nie znam, panie! I nie poznam! — westchnął powtórnie.
— Cóż u djaska? Kpisz pan, czy o drogę pytasz? — zapytał Rafał, spoglądając na niego uważnie.
Ach, Herr Je! Młodemu to kpiny, a mnie!... — urwał i głową pokiwał. — Pięćdziesiąt lat guwerneruję, panie!
— Szczególna ochota! — mruknął młody człowiek.
— Aha, ochota! Ja sam myślę, że źle zrobiłem wtedy. Połakomiłem się, panie, na tysiąc rubli pensji. Zostawiłem żonę z dziećmi i pojechałem do Rosji.
— Temu lat pięćdziesiąt?
— A tak, blisko tego. Czasem mi się zdaje, że to dawno bardzo, a czasem, że to wczoraj było. Rudolfek, Minny mąż, miał sześć lat, Wilhelmina cztery, a mały Hans półtora. Cud, nie dzieci! Teraz nikogo niema!
— Czemuż pan nie wrócił, kiedy ich pamiętał?
— Kiedy im ciągłe trzeba było pieniędzy. A żebym pojechał, tobym stracił ich grosz. Więc ciągle posyłałem. Osobliwe, ile taka rodzina kosztuje! To mundurki, to chleb, konfirmacja, szkoły, a przytem doktór i apteka. To już najciężej płacić. A było tego u mnie, było! Kobiecisko się zapracowało, zmarło; Wilhelmina się przeziębiła na balu w „Vereinie“ i zmarła. Chłopcy sami zostali, a pieniędzy coraz więcej szło. Rudolf się ożenił, próbował tego i owego bez dobrego skutku; dzieci bóg mu nie skąpił, siedmioro zostawił, bo i on umarł, panie, i Hansa nie stało. Ot, w ten sposób wędrowałem z domu do domu i guwernerowałem. Próżny trud! Sympatji niema, uznania niema. Pięćdziesiąt lat starałem się zaszczepić w młode dusze kult Lutra i Germanji i ze smutkiem wyznaję: był to głos wołającego na puszczy. Trzydzieści posad zmieniłem, siałem dobre ziarno, zbierałem kąkole obojętności i szyderstwa. Dlaczego oni mnie, Bawara, Szwabem zrobili? Dlaczego poza godziną lekcji słowa nie rzekną w naszej pięknej mowie? Dlaczego natchniona pieśń Goethego trzyma się tylko chwilowo ich pamięci, a gdy wspomnę naszych bohaterów, ziewają tylko? Ach, Herr Je! Dziki naród, niewdzięczni ludzie, puste serca!
Stary się zapalił, broda mu się trzęsła, a zblakłe oczy nabrały życia.
Rafał, wpół leżąc, z za dymu cygara słuchał go, a lekki rys sarkazmu igrał mu po licach. Gdy umilkł Niemiec, przeciągnął się i raczył wyrazić swe zdanie:
— Zamiast ludzi uczyć i nawracać, trzeba nimi pogardzać i szkodzić im! Będą wtedy poważać, szanować i pamiętać.
Rękę swą w pięść zwinął, tak silnie, że aż krwią nabrzmiała i podniósł.
— Ot, tak zdław ludzi, byś coś znaczył! Dadzą ci laury za kajdany! Nikczemne plemię!
Ruprecht uśmiechnął się dziwnie.
— Smutne, ale zaiste prawdziwe. Pan przecie nie sądzi, żebym ja ich kochał. Zaco? Oni bogaci, ja biedny, oni dom i kraj mają, ja nie, oni przy rodzinach, ja sam! Pięćdziesiąt lat milczałem przecie i zmilczę do końca. Panu mówię, bo pan nasz i mnie zrozumie, a szkodzić nie mogę, ani pogardzać! Nie daliby za to pieniędzy.
— I wy należycie do ludzi, do nikczemnego plemienia! Po ziemi pełzacie wszyscy wespół. Jeden robak przez pół wieku zniszczyłby całą puszczę!
— A żona, a dzieci, a wnuki! Coby się z niemi stało, żebym ja płacić chciał za każde szyderstwo, za każde upokorzenie, za każdą poniewierkę!
— To podusić żonę i dzieci, jeśli stoją między nami i zemstą! Cha, cha! Bo i co ona wam dała, ta rodzina? babrała życie, siły, uczucia, żądając tylko pieniędzy! I wy pytacie o synową i wnuki! O ludzkości, roju bezmyślnego robactwa.
Stary się zgarbił i oczy wbił w ziemię. Argument był za silny na jego głowę. Zląkł się takiego wyniku.
— Pan młody — szepnął — wam się zdaje, że wszystko można, wszystko dostępne. Mein Gott, tak się tylko zdaje. W człowieku jednak siedzi taka moc jedna, co nauczy znosić i cierpieć. Bez niej byłoby może lżej i lepiej, a może czasem ciężej i gorzej. Kochałem bo moją Luizę i Rudolfa, i resztę dzieci! A teraz Minnę kocham i jej robaki. Co robić? Zmilczę do końca i ścierpię dla nich.
— Wünsche Glück! — rzucił przez zęby Rafał.
Ruprechl westchnął. Czuł, że była odprawa w tych słowach, ale przemóc nie mógł ciekawości.
— Żeby mi pan co o Salzgasse naszej powiedział! — rzekł po chwili nieśmiało.
— Brudna i odrapana.
— A Franz, panie?
— Ryży i zezowaty. Hultaj wysokiej próby i głupi, jak stołowe nogi. Zastałem go i zostawiłem w pierwszej klasie. Musiał na niej poprzestać.
— Biedna Minna! — westchnął pedagog. — To był jej faworyt.
— Zwykła rzecz. Gdzie niema jedynaka, sympatje rodziców posiada zwykle najgorszy.
— Pan pewnie wróci do naszego Monachjum?
— Wrócę po wakacjach.
Ach, Herr Gott! A ja kiedy?
— Ano, jak wymrą wszyscy i nikt się nie zgłosi po pieniądze!
Nun, ja! Żebym dożył takiej chwili, że oni będą w dostatku, tobym chętnie u Minny poprosił o kąt, kawę i fajkę! Ale to jeszcze daleko.
— Tem lepiej! Będziecie dłużej o tem szczęściu marzyli!
Ogar w tej chwili podniósł się leniwie, zaskomlal i znowu legł. Było to powitanie towarzyszów i pana.
Stary leśniczy, uznojony, a zawsze pogodny, ukazał się we wrotach, więc Ruprecht wstał i podszedł ku niemu. Zmienił się w jednej chwili. Postawę miał pokorną, twarz uśmiechniętą uprzejmie, przemówił retorycznie zum Herrn Oberförster!
Ale Oberförster ręce rozłożył i skrzywił się z niesmakiem.
— Kaduk was zrozumie, panie guwernerze! — odparł, a spostrzegając Rafała, zwrócił się do niego:
— Niechno mi pan wytłumaczy ten szwabski szwargot. Pewnie ze dworu polecenie od baronowej starej. A tyle ją razy prosiłem, żeby mi Szwaba bez kartki nie przysyłała!
Ruprecht powtórzył swoje polecenie.
— Proszą o jaką zwierzynę młodą! — przełożył Rafał.
— Chyba z gniazd każę wybierać pisklęta! — odparł leśniczy. — Niech mu pan powie, że w ostateczności kaczek przyślę.
Rafał powtórzył odpowiedź i guwerner, skłoniwszy się nisko, odszedł, rzuciwszy w stronę studenta żałosne spojrzenie.
— Dawno on we dworze? — zagadnął Rafał.
— Lat dziesięć mija. Nic teraz nie robi, ale że panicza uczył dobrze, płacą jako rezydentowi, bo w rodzinie nieboszczki pani dużo lat też przebył! At, stary grzyb! Nie lubię ja go za to, że, polski chleb jedząc, mowy się nie nauczył, ani serca do nas nie nabrał. Piesby się druhem stał, a Szwab Szwabem! Pan tu sam, bez Adasia?
— Do leśnika poszedł, do chorej!
— Włóczęga z niego. Tyle ja go zwykle widzę, co wieczorem godzinę, jeśli we dworze nie siedzi. Taka to młodość! Chodzić i jeździć ciągle! Panicza naszego spotkałem też, jak do Sarnowa jechał. A pan się sam nudzi.
— Ja się tylko z ludźmi nudzę, — odparł Rafał.
Leśniczy nie dopatrzył przymówki, zajęty myślą zabawienia gościa.
— Możeby pan zapolować lubił? — rzekł. — Zły to czas, ale na ciągi kaczek pójść można przed wieczorem.
— Możemy — mruknął Radwan.
— To dobrze! Mówił dziś pan: pamiętajcie, żeby panu Radwanowi na niczem nie zbywało! Do siebie też pana bardzo prosi.
— Do Adama przyjechałem i z wami zostanę.
— Dziękuję panu za chłopca i za siebie! Byle panu dobrze z nami było. Strzelać pan pewnie umie?
— Możemy spróbować przed polowaniem.
Leśniczy, uradowany z przedmiotu, dotyczącego jego kompetencji, żywo wszedł do domu. Broni różnej miał sporo, więc po chwili wrócił, niosąc dubeltówkę, sztucer dalekonośny, starą jednorurkę i parę pistoletów.
Rafał obejrzał każdą sztukę.
— Z czego pan sobie życzy, bym zdał egzamin? — spytał.
— Ano, ze strzelby najpierwej, a potem z pistoletów.
— A cel?
— W tę jodłę na brzegu. Sto kroków.
— Dobrze. W ten kawał pnia, gdzie sęk widać.
Zmierzył i wypalił. Stary żywo podbiegł.
— Najsumienniej, wedle obietnicy. Pan cały majster. W lewej rurce kula. Wyrzucam czapkę. Raz, dwa, trzy.
Strzał padł. Czapka zawirowała i spadła pod nogi leśniczego. Kula wybiła w niej regularny otwór.
— Brawo! — zawołał Lachnicki.
— Brawo! — powtórzył za nim obcy głos.
Obejrzeli się. Troje ludzi przyglądało się z drogi popisowi. Na czele młoda panienka, świeża i różowa, zasłaniająca się od słońca pękiem leśnych kwiatów i gałęzi; obok niej Feliks Rahoza, rozpromieniony i swawolny; za nimi młody człowiek, wątły i małego wzrostu, z dużą teką w ręku. On to właśnie wołał brawo, podczas gdy Feliks coś szeptał w ucho panienki, zanosząc się od śmiechu.
Rafał grono to całe objął jednem spojrzeniem, wyprostował się i, oparty na strzelbie, czekał, jakby się spodziewał zaczepki.
— Lachnicki, mam ci coś powiedzieć! — ozwał się miody Rahoza, odchodząc na stronę i skinieniem wzywając leśniczego.
Panienka i obcy młodzieniec zbliżyli się do Rafała.
— Celnie strzelasz, mój przyjacielu! — rzekł młody człowiek, klepiąc go poufale po ramieniu. — Proszę, zwróć się profilem i podnieś nieco głowę.
Na czoło Rafała wybiegła krew, oczy poczynały złowieszczo błyszczeć, a nozdrza rozdymały się dziko. Usunął się o krok, ale nie ustępował z placu.
— Kształty greckiego efeba, a rysy z kamei! — prawił niezrażony gość, oglądając go, jak towar. — Karnację dziewczyny ma ten potępieniec! Co za czoło! Jaka gęstwina naturalnych loków! Per Bacco! Feliksie, daj buzi, za taką rekomendację. Słuchajno, przyjacielu, potrzebuję modelu. Dogadzasz mi najzupełniej. Pofatyguj się od jutra codzień na godzin parę do mnie, do Sarnowa. Dam ci za każdy raz po trzy ruble! Co, zgoda? Pokażno swoje ręce. Będą pewnie za grube, ale o to mniejsza. Członków mi twoich trzeba i głowy. A muskulatura?
Zbliżył się i znowu położył rękę na ramieniu.
— Nie dotykaj! — burknął Rafał.
Malarz spojrzał zdziwiony.
— Nie dotykaj! — powtórzył dobitniej.
— Kaziu! — zawołała panienka. — Ależ to być nie może! To żart nowy pana Feliksa. Ten pan się gniewa na ciebie!
Malarz odskoczył.
— Powiedziano mi, że od kilku dni w Rahoźnej jest nowy strażnik, mogący służyć za model, i wskazano mi pana! Jeślim był wprowadzony w błąd, nie moja wina. Jestem Kazimierz Sarnecki.
— Radwan! — była krótka odpowiedź.
Feliks, który z wielkim trudem śmiech tłumił, wybuchnął nareszcie z całego gardła.
Panienka obejrzała się i pogroziła mu palcem, potem nieśmiało spojrzała na Rafała.
Oddalił się trochę, a za nim szedł malarz, tłumacząc się, przepraszając bezustannie.
Oczy jego wciąż pożądliwie śledziły rysy pięknego chłopca, wyrażały zachwyt i zapał, tak zapamiętały, że go nie odstraszał i złowieszczy wyraz oczu i ponure zacięcie ust pysznego modelu.
Rafał, rzuciwszy swe nazwisko, zamilkł. Do ganku podszedł, odłożył strzelbę, wziął do rąk jeden z pistoletów, nabił go i spojrzał w stronę Lachnickiego.
Ale leśniczy wobec panicza stracił rezon. Stał na boku ze spuszczoną głową i gładził jedwabiste uszy wyżła faworyta. Był w tej chwili sługą i podwładnym.
— Cha, cha, cha! — zaśmiał się Feliks. — Ta mina filozofa, traktowanego per „mój przyjacielu“, ta zgroza, to oniemienie z gniewu i podziwu! Jak żyję takiej farsy nie widziałem! Panno Anielo, i dlaczego, u Boga, pani przerwała to widowisko! Maluczko, a doszłoby do gestów. Kazimierzu, podziękuj siostrze, dzięki jej tylko wyszedłeś żyw ze szponów smoka!
— Błazen jesteś! — burknął malarz i, znowu zwracając się do Rafała, po raz dziesiąty wyciągnął do niego rękę.
— Wszak mi pan mimowolną niegrzeczność daruje. Przepraszam i przepraszać nie przestanę, aż pan zupełnie tę scenę puści w niepamięć. Ależ panie, straciłem zupełnie zimną krew na widok pana. Zabawnie to brzmi ode mnie do pana, niby komplement kobiecie, ale takiej piękności, jak pańska, nie spotkałem dotąd ani tu, ani zagranicą, a mogę powiedzieć, że przewałęsałem się po świecie w pogoni za estetycznem pięknem lat spory dziesiątek. No, i pomimo wszystko wdzięczny jestem Rahozie, że, choć z konceptem niesmacznym, ale przecie zapoznał nas z sobą. Śmiem wierzyć, że będzie to dobra znajomość.
Znowu drobna, kobieco biała dłoń artysty, wyciągnęła się do uścisku; tym razem i Rafał swoją podał.
— Nie mam do pana żadnej pretensji! — raczył wymówić.
— Aha, więc do mnie! — zaśmiał się Feliks, podchodząc i z drwiącą miną na niego spoglądając. — Od artysty dostałem tytuł błazna, a od ciebie co posłyszę, mistrzu?
— Nic!
— Jaka szkoda! Dużobym dał, żeby ciebie raz w życiu wyprowadzić z cierpliwości.
— Dużo dasz, a ja dużo wezmę wtedy! — odparł Rafał z dziwnym spokojem.
— Zawsze okropne rzeczy obiecujesz. Wiesz przysłowie: Krowa, co wiele ryczy...
— Elegancki jesteś! — oburzył się artysta, a panienka, która mało mówiła i co chwila podnosiła tylko oczy na Rafała, poruszyła się niecierpliwie.
— Panie Feliksie! Chodźmy lepiej do tych obiecanych czarnych jagód.
— Przerwaliśmy panu ćwiczenie z bronią! — zagadnął malarz uprzejmie. — Ostatni strzał był wyborny.
— Chodzą wypadki po ludziach — dorzucił drwiąco Feliks. — Czy to ciebie stara Brzezowa uczyła strzelać?
— Niech pan zawstydzi tego niepoprawnego dowcipnisia! — rzucił pojednawczo Sarnecki.
— Słuchajno, Rafale, urządźmy turniej! — zaproponował wesoły chłopak, porywając drugi pistolet.
— Ślicznie! — zaśmiała się panienka. — Kto zwycięży, ten drugiego przeprosi.
— Za co? — spytał Rafał, pierwszy raz spoglądając na nią.
Zapłoniła się cała pod tym wzrokiem i umilkła.
— Racja! — potwierdził Feliks. — Przeprosisz mnie, Rafale, za nieuszanowanie i jawny bunt przeciw mej powadze.
— Do czegóż będziemy strzelać? — spytał Radwan obojętnie.
— Do tego!
Chłopak poskoczył, zgiął się przed panienką, z pęku trzymanych przez nią kwiatów wyjął gałązkę wielkich dzwonków leśnych i zatknął ją w kępę jałowcu, rosnącego nad drogą.
Rafał ręce na piersi założył i drwiąco się przyglądał tym przygotowaniom.
Feliks bardzo tę sprawę wziął do serca: sam na ganku nabił drugi pistolet, odmierzył trzydzieści kroków, śmiał się, sypał dowcipy, podśpiewywał pod nosem. Zamienili broń i młody Rahoza strzelił. Krzak się zatrząsł, ale dzwonki liljowe kołysały się na nim nieporuszone.
Panienka zaklaskała w dłonie.
— Przeproś pana Radwana, przeproś! — wołał Sarnecki.
— Phi! — uśmiechnął się z przymusem Feliks. — A jeżeli i on chybi?
— Ja? — rzekł zwolna Rafał.
— No, no! Nie przechwalaj się, ale pal! — syknął niecierpliwie chłopak.
— Do kwiatów strzelać nie myślę. Stań sam u celu.
— Co?
— Stań sam. Przestrzelę ci czub twojej dżokiejki!
— Moje uszanowanie!
— Boisz się?
— Pewnie, że na twoją fuszerkę życia ryzykować nie myślę.
— W takim razie zakładu dzisiaj nie rozegramy.
— Na takich warunkach nie. To jasne, że przeczuwasz pudło i tchórzysz!
— Lubię mieć cel, godny strzału...
— Ja potrzymam kwiat w ręku! — zawołała panienka.
— Ależ pani! Ależ Anielko! — podniósł się protest.
Dziewczyna poskoczyła, ale już Feliks ją uprzedził i u celu stanął.
— Pal! — krzyknął.
Rafał pistolet podniósł i wypalił.
Kula zerwała czapkę chłopaka, który, choć bardzo blady, już się śmiał zaraz.
— Słowo daję, przyjemne wrażenie! Dziękuję ci, Rafale, żeś chybił! No, bo sądzę, że radbyś był mnie sprzątnąć z tego świata! Cha, cha, cha!
Na Anielkę spojrzał i, pochylając się po kwiat nietknięty, podał go jej z uśmiechem.
— Nie uwierzy mi pani, gdy powiem, żem do niego umyślnie spudłował, bo to pani kwiat; ale temu chyba pani uwierzy, żem za tę rączkę ryzykował głowę pod strzał tego szaleńca. Kupiłem sobie tę rączkę!
Dziewczyna sponsowiała i cofnęła rękę.
— Pan taki nieznośny! — odparła grymaśnie, odymając usta.
— Przeproś pana Radwana, Feliksie! — wołał Sarnecki.
— Ani mi się śni! Za co?
— A choćby za dzisiejszą mistyfikację.
— Jaką mistyfikację? Powiadasz mi dzisiaj: potrzebuję potępieńca — daję ci potępieńca pięknego, młodego, wielkiego nawet bałamuta. To żadna mistyfikacja. Pozwalam ci go malować. Szkoda, że model na Franceskę tego Paola daleko, mógłbyś zrobić odrazu grupę. Rafał, masz zapewne fotografję swej ukochanej? Pokaż.
— Mam tylko pannę Nadzieję Satin! — odburknął. — Jedną z tuzina, których tyle nosiłeś z sobą.
— Co za Satin? — spytała panienka ciekawie.
— Kochanka jego ostatnia! — rzucił Rafał brutalnie.
Anielka oblała się krwistym rumieńcem, Feliksa oczy pociemniały od gniewu.
— Nie wstyd ci takie rzeczy pleść?
— Jeśli to uważasz za wstyd, to dlaczego robisz? A jeśli robisz, dlaczego się wstydzisz, i kłamiesz, i udajesz? Bo i na to wasza religja znajdzie wytłumaczenie zapewne, ale ja, ateusz, wykrętów, wstydu i fałszu nie rozumiem. Zapytałeś, odpowiadam.
Feliks zagryzł usta. Zadać kłam, to narazić siebie na bezwzględne odkrycie i cały szereg nagich faktów. Rafała nie powstrzyma od opowieści skandalicznej ani obecność obcych, ani nawet kobiety. Trzeba było zmilczeć i znieść tym razem. Walka stawała się nierówną, młody Rahoza raz pierwszy zszedł z placu.
— Zapłacisz mi za to! — pomyślał, wściekły za porażkę.
Panienka zgorszona odeszła, Sarnecki z marsem na czole gładził brodę, dobry ton zerwał się nagle.
Rafał tryumfująco się zaśmiał, ręce włożył w kieszenie i bez pożegnania wszedł do domu.
— Feliks, — upomniał malarz — nie drażnij tego człowieka. Bo i czego ty chcesz od niego?
— Nie cierpię go! — wybuchnął Rahoza. — Antypatycznie nienawidzę!
— Dlaczego?
— Bo nie cierpię i basta. Nie znoszę jego widoku!
— Przepyszny jest! Ach, gdyby zechciał mi choć parę razy pozować, choć raz, choć godzinę! Czy myślisz, że go potrafię namówić?
— Myślę, jakbym się nad nim zemścić mógł za ten ostatni koncept. Gbur wstrętny!
— Wyzwałeś go sam. Ach! te jego oczy i rysunek ust i formy! Ja go muszę ubłagać o parę posiedzeń.
— Kaziu, chodźmy już! — zawołała siostra.
Feliks podbiegł do niej. Artysta ruszył sam na końcu, oglądając się jeszcze na straż samotną. Postanowił tu wrócić jutro i pojutrze, aż postawi na swojem.
Naprzeciw niego drogą wracał do leśniczówki Adam. Nie spostrzegli się wzajemnie, rozminęli zajęci bardzo swemi myślami. Lachnicki ojca oczyma szukał i prędko do domu wpadł.
Pusto było. Rafał z leśniczym wyruszyli na kaczki i chłopak rad był z samotności.
W izdebce swojej u okna siadł, jeszcze raz się obejrzał nieufnie i wreszcie dobył z kieszeni książkę z wierszami i fotografją.
Poezje czytał dziś głośno, gdy, wracając od chorej Gryszanowej, odpoczywali na mchu w borze pod cieniem czarnego świerku. Siedziała obok niego zamyślona i uśmiechnięta, jak kwiat jasny, wśród ciemnych mchów i drzew. Nie przerywała mu i tylko, gdy się jej jaki ustęp podobał, przechylała się nieco i zakładała stronicę listkiem, lub źdźbłem trawy.
Niekiedy, na jakimś wierszu on jej wzroku oczyma szukał i znajdował zawsze czysty i słodki, a spokojny zarazem; uśmiechali się do siebie w milczeniu.
Książkę tę, pełną ziół i mocnego zapachu boru, on teraz przeglądał powoli i oznaczone ustępy odczytywał półgłosem. Złudzenie miał, że są jeszcze razem, więc czasem oczy podnosił. Za oknem stała, podobna do tamtej, czarna jedlina, a pod nią róż girlandowych krzak rozkwitał, więc chłopak, szczęściem ogarnięty, do róż tych, jak do niej, się uśmiechał.
Fotografję potem dostał, już gdy się rozchodzili. Prosiła go, by jej to zaśpiewał, czem ją zeszłego roku z oddali powitał. Dochodzili do kładki.
Głos miał nie tyle mocny, ile melodyjny. Zaśpiewał jej ulubionego „Wędrowca“ Szuberta, wtórowała mu półgłosem. Stanęli nad rzeczką.
Dała mu wtedy fotografję i pożegnała: „do jutra“. Okropną miał ochotę rękę jej ucałować, ale się nie ośmielił. Bał się ją urazić.
Tylko, gdy odeszła powoli, pozostał w miejscu i śpiewał dalej, aż mu ją zboża zakryły i skończyła się piosenka i jeden dzień jego szczęścia stoczył się w przeszłość. Zawrócił i on ku domowi, bez śpiewu już, ogarnięty chłodem wieczora i samotności.
Teraz rad jej był. Nie była to samotność pusta i rozpaczna: napełniały ją wspomnienia. Jak żywa, Kazia Rahozówna patrzała na niego z kartki fotograficznej i powtarzały mu się w pamięci jej słowa łagodne i serdeczne, jej spojrzenia kryształowe, jej wdzięczne, trochę powolne ruchy. Odnaleźli się znowu; nie było między nimi tajemnic, szałów, zapomnienia, nic sobie zarzucić nie mogli. Rok, przeżyty w oddaleniu, żadną plamką nie zaćmił ich stosunku i czuli to, że między nimi był świat cały, a jednak nie było nikogo.
Adam książkę złożył, fotografję w nią wsunął i ukrył te swoje pamiątki na samo dno kuferka, potem na stole się oparł i marzył.
Dziś w lesie znaleźli małe jeziorko w ramach zielonej łąki, za tło stały dęby i świerki.
Zatrzymali się. Spokój tu był taki, że stadko dzikich kaczek krążyło spokojnie po gładkiej wodzie i sarna z dwojgiem młodych żerowała beztrwożnie na skraju lasu. Patrzyli długi czas na ten cichy widoczek.
— Chciałabym tu mieć chatkę! — szepnęła Kazia. — Oswoiłabym sarenki i ptactwo dzikie! Tak dobrze, tak daleko od świata, tak cicho!
Jak dzieci, poczęli wybierać miejsce na osadę i układać, jak ją we dwoje zbudują, jak czas spędzać będą. Śmiali się z uszczęśliwienia i odchodząc znaczyli drogę, by trafić tam z powrotem do tych swych ulubionych zamków na lodzie.
O Leonce Brzezównie opowiedział chłopak i postanowili zająć się nią wspólnie, a o Rafale rozmawiali długo ze smutkiem.
O Rafale! Adam się zaniepokoił. Mimowoli bał się dzisiaj spotkania z towarzyszem. Co on mu powie? Uszanuje jego świętość, czy nie? Pierwszy raz bał się też zostania sam-na-sam z przyjacielem i gawędki poufnej. Zrazu sądził, że Rafał zapomniał podsłuchanej rozmowy, lub że nie przywiązywał do niej żadnej wagi.
Radwan wrócił późno z polowania i w wyjątkowo dobrym humorze. Przy wieczerzy rozmawiał o potocznych rzeczach; potem gdy udali się na spoczynek, gwizdał kuplety z operetki Offenbacha, rozbierał się z zabłoconej odzieży. Zdawało się, że dnia tego szczęścia marzyciela nie zaćmi żadna chmura.
Nagle Rafał przestał się rozbierać, usiadł konno na krześle, rozparł się na poręczy i zapalił cygaro.
Był to wstęp do dalszej pogadanki.
Księżyc stał wprost okna i oświecał wyraźnie jego piękną młodzieńczą twarz. Milczał jeszcze, ale już z kątów ust do oczu, zapatrzonych w okno, wybiegały przykre smugi cynizmu i szyderstwa.
I wreszcie, nie patrząc na Adama, rzucił krótkie pytanie:
— Dawno to już romansujecie wśród zboża z tą suchotnicą?
Laclinicki zadygotał i rzucił się mimowoli wstecz.
— Rafale! Zlituj się! — szepnął żałośnie.
— Co, boisz się, że cię zdradzę?
— Ależ nie... Przecie znam cię i wierzę w szlachetność, ale...
— Ale co? Czego się mam litować? Mógłbym chyba zazdrościć, gdybym rozumiał miłosną żądzę. Ale jest to dla mnie zakryta karta. Nie posiadałem nigdy kobiety i wy wszyscy, uganiający się za lada spódnicą, jesteście dla mnie zwierzętami bez myśli i zastanowienia!
— Rafale! — jęknął Adam.
Głowa jego oparła się o ścianę, a twarz zbladła zupełnie. Ale Radwan był na ulubionym tonie szyderstwa.
— Chciałbym widzieć minę twego ojca, żeby tak was kiedy zszedł niespodzianie. Stary to pedant i wielki przeciwnik krzyżowania gatunków. Możeś ty sobie tego nie pomyślał, żeś ty prosty pokurcz podwórzowy, a ona pinczerka. Da ci jeszcze kiedyś tęgo batem stary Rahoza, a ojciec poprawi. Cha, cha, cha!
Adam się porwał na nogi.
— Milcz, bo nie zniosę więcej! — krzyknął głucho.
Oczy jego, zwykle łagodne, gorzały, pierś spokojna podnosiła się przyśpieszonym oddechem. Porwał za ramię towarzysza i ściskał nerwowo.
Rafał spojrzał na niego i zaśmiał się dziko.
— Zniesiesz, kolego, zniesiesz daleko więcej, niż moje trzeźwe słowa w tej chwili. Wogóle świat jest trzeźwy, a ty pijany, kochanku, więc wynik mocno dla ciebie smutny. Naprzód twojej pinczerce sprzykrzy się romans z pokurczem i zawstydzona, spuściwszy uszy, wróci do swych salonów, i szukać będzie towarzysza pinczera; powtóre...
Ręka Adama zakryła mu usta.
— Słuchaj Rafale! Ani słowa więcej! Masz mnie, szydź, żartuj, poniewieraj, zabij mnie, jeśli chcesz, ale jej nie tykaj, bo tego jednego od ciebie nie zniosę. Zapomnę się! Ona jest święta... i żebyś ją znał, szanowaćbyś musiał. Słuchaj. Ja ci wszystko powiem, wyznam, ale ty milcz, jeśli litość masz nade mną, milcz!
I miał w sobie ten głos taką moc rozpaczy, żalu i prośby, a przytem czystej siły, że Rafał zamilkł i, jakby zdziwiony, spojrzał na towarzysza.
W blaskach księżyca szczupła twarz Adama promieniała dziwnym wyrazem czystego zapału i bezmiernego bólu, jasne oczy gorzały ogniem, a z ust, jak potok, popłynęły słowa:
— Dziećmi bawiliśmy się razem, uczyli razem, myśleć zaczęliśmy razem. Pewnie już wtedy serca nasze zaczęły razem bić i kochanie rosło z latami. Wyznań i przysiąg nie było, żądz ani szału ona nie znała, a jam taki, jak ona chciała, jakim mnie jej miłość wykształciła. I jam nigdy kobiety nie posiadał i ja nie wiem, co to kochanka. Miałem tylko jej duszę i serce, jej wiarę i szacunek. I byłem życie całe szczęśliwy! Żebyś wiedział, Rafale, co to za skarb taka dusza druga, a nasza, i taka anielska, jak jej, tej mojej jedynej!
W pokoju nastała chwilowa cisza. Rafał nisko spuścił głowę i nie odzywał się ani jednym wyrazem. Adam trochę drżącym głosem ciągnął po namyśle dalej:
— Dlaczego nie mamy być szczęśliwi? Jest przecie Bóg nad nami i nasze życie widzi. Pod Jego okiem lata te zbiegły i w Jego opiece jesteśmy. Nie da nam zmarnieć, bośmy w sumieniu spokojni i praca tylu lat nie pójdzie na darmo.
Rafał głowę podniósł i spokojnie spytał:
— A jeżeli zmarnieje wszystko daremnie?
Blask zbiegł z oczu marzyciela i zapał oblicza przygasł. On teraz głowę spuścił i wstrzymał się z odpowiedzią.
— Życie dobre, czy złe, przeżyć trzeba... — rzekł wreszcie powoli i głucho. — Dobrze czynić i cierpieć w pokorze każdy potrafi, kto tam za mogiłą w świat inny wierzy i komu tam wynagrodzenie naznaczono. Nie my pierwsi spotkamy się tam dopiero na wieczne nierozstanie!
Od błot nadrzecznych dolatywały ćwierkania wodnych kurek, piski kulików i bekasów, oraz ponury wtór bąków. Czarne gałęzie świerków poruszały się zwolna i rzucały na murawę srebrną od księżyca fantastyczne, ruchome cienie. Dłuższa jeszcze cisza zaległa izdebkę.
Adam powrócił na swe miejsce i twarz w dłoniach ukrył. Rafał spoglądał na niego i jakby czekał jeszcze czegoś.
— Skończyłeś? — rzekł wreszcie. — Mogę się odezwać?
— Mów, Rafale, tylko nie szydź dzisiaj! — szepnął prosząco.
— Nie!... Powiem krótko tylko fakty. Rahoza cię wypędzi i sponiewiera. Córki ci dobrowolnie nie odda, chyba ją porwiesz gwałtem i ujdziesz na kraj świata.
— Nigdy!
— Więc sam pójdziesz precz i zostanie ci z pracy, z wiary, z opieki boskiej, z czystego sumienia i skarbów rozmaitych — figa! Chcesz być szczęśliwym wśród ludzi — wyzyskuj, albo giń marnie!
— To zginę! — odparł spokojnie Adam. — Wyzyskiwać nie chcę i nie potrafię!
— Cała pociecha, że takie niedołęgi, jak ty, lubią ginąć. Ładnieby świat wyglądał, gdyby was więcej było i żyć się upierali!
— A przecie z setek kolegów mnieś polubił, Rafale! — wtrącił Lachnicki ze smutnym uśmiechem.
— Ja nikogo nie lubię. Jesteś anomalją, więc mniej nudnym, niż reszta. Niech ginie i przepada cały świat z tobą razem, mnie wszystko jedno. Nie zobaczymy się, sądzę, nigdy więcej, wszystko mi jedno! Jeśli się to nazywa lubieniem, toś niewybredny! Dobranoc!
Położyli się i Adam sądził, że towarzysz już śpi, gdy się nagle odezwał:
— Adam! Osłuchiwałeś ty kiedy swoją pannę po doktorsku?
— Ależ nie! Dlaczego?
— Radzę ci to uczynić i jeśli masz nadzieję ożenienia się, to wypraw ją na Południe. Masz być doktorem, a nie widzisz, że ona ma początki suchot. Ty jej chudość bierzesz pewnie za wynik tęsknoty za tobą, a to tymczasem formują się tuberkuły w płucach. Będzie z ciebie lekarz jak ze mnie doktór Kościoła...
Adam odpowiedział tylko stłumionem westchnieniem.



V.

Pewnego dnia stary Rahoza, wracając z objazdu folwarków, spotkał na trakcie Rafała. Dzień był upalny. Odzież i obuwie młodego człowieka pokrywał kurz, a na skroni pot się szklił grubemi kroplami. Rahoza, zatrzymawszy konia, pozdrowił Rafała tak uprzejmie, że aż furman, zdziwiony niebywałym tonem pana, ciekawie się przyjrzał obcemu.
Rafał zlekka uchylił czapki.
— Napróżno czekałem, że pan mnie odwiedzi... — zaczął stary z wymówką, wyciągając do niego rękę. — Gdzież to pan wędruje w taki upał i pieszo?
— Byłem w powiatowem mieście z powodu pasportu, który mi z Monachjum przysłano.
— Pan nie tutejszy poddany?
— Bawarski.
— I godziłoż się to pędzić pięć mil opętanych w ten skwar? Wszystkie moje konie są na pana usługi.
— Dziękuję. Nie lubię jeździć.
— Niechże pan zrobi dzisiaj wyjątek i siądzie ze mną na bryczkę. Zazdroszczę memu leśniczemu, że pana gościem posiada.
— Nieosobliwy ze mnie towarzysz...
— Proszę pana. Biorę w jasyr i nie uwolnię tak prędko.
Rafał wsiadł w milczeniu. Rahoza z widocznem upodobaniem mu się przyglądał.
— To szczególne, jak mi pan swoją matkę przypomina! — powtarzał, głową trzęsąc.
— Dobrze ją pan zapamiętał! — zauważył Radwan sarkastycznie.
— Wrażenia młodości pozostają uparcie w duszy. Nic bo, oprócz lat młodych nie warte pamięci. Orle to czasy! A życie nas potem w woły zamienia...
Zamyślił się i nagle spytał:
— Pan daruje niedyskrecję: czy zostawił też ojciec pański jaki fundusz?
— Aż nadto dla mnie. Potrzebuję bardzo mało.
— Czemu pan nie mój syn! — westchnął stary. — Feliks dobry chłopak, ale kiedy też z tego dziecka człowiek wyrośnie! Zwątpiłem, czy moje oczy to zobaczą!
— Pocóż mu być człowiekiem? Straciłby złudzenie, że jest najdowcipniejszym młodzieńcem na ziemi i wiele innych w tym rodzaju wyobrażeń.
— Nie sympatyzujecie ze sobą, niestety! A takbym chciał was widzieć przyjaciółmi! — rzekł poważnie Rahoza.
Rafał uśmiechnął się przykro.
— I z nauk jego mała pociecha... Był już w trzech gimnazjach, a zmienił już dwa fakultety. Figle i amory zawsze. At, gdzie to młodzież dawniejsza, panie... My, panie, kiedyśmy kochali, to grandioso!... posiwieliśmy, a pamiętamy. A teraz! Już i lik straciłem miłosnych sprawek mego syna i myślę, że i on, panie, dobrze, jeżeli dwie ostatnie pamięta. A wszystko to, panie, przez brak emulacji. A to znowu, przez pomieszanie klas i stanów. Do złego idzie świat!
— Tem lepiej; może prędzej zginie! — mruknął Rafał.
— Tak też będzie. Uważa pan, co się robi! Kiedyś liczono młodość do lat czterdziestu, potem do trzydziestu, do dwudziestu, teraz w lat dziesięć trzeba dzieci traktować już jak obywateli, bo więcej od nas przeżyli niby, no i przyjdzie czas, że rodzić się będą ludzie siwi i z patentem doktorskim w kieszeni, czy też w zębach!
— To też świat reform żąda, woła, wymaga gwałtem. Tylko, że ich mieć nigdy nie będzie, bo nie człowiek stanowi na ziemi prawa etyczne, ale tłuszcza ślepa, kierowana przez teorje zbutwiałe, zachowane, jak mumje, wbrew i pomimo postępu wiedzy i wolnego rozumu. Ognie stare wpierw zgasić zupełnie trzeba, by nowe zapalić...
Rahoza brwi swe krzaczaste zmarszczył w głębokim namyśle i rozbierał powoli rzucony program. Człowiek to był, co kwestje świata traktował ze stanowiska skłopotanego wybrykami synowskiemi ojca i bogatego właściciela, nawykłego za młodu do biernego posłuszeństwa, nieograniczonej władzy pana i nimbu nad głową. Malkontentem był, bo syn nie dbał o niego; podwładni o tyle słuchali, o ile im się to podobało; nimb istniał, o ile pełną była szkatuła; dwór zniwelował się z chatą i dworkiem zaściankowca, a sam pan był de facto sługą całego świata i takim samym pionem małoznaczącym W życiu ludzkości, jak ostatni z jego fornali.
— Hm, hm! — zamruczał markotnie. — Czy pan, broń Boże, nie nihilista, albo socjalista? To bo paskudna kategorja!
— Dopóki ludzkość będzie miała choćby dwie różne nazwy, nie postąpi kroku. Wtenczas dojrzeje do reform, gdy na zapytanie: „ktoś ty?“ każdy, jak jeden mąż, odpowie: „człowiek“. Zresztą, sprawa ta osobiście mało mnie obchodzi. Doszedłem już do tego końca i teraz pytam: Co to jest człowiek?
— Hm... I w tem się z panem nie zgadzam. Mnie już katechizm nauczył, co to jest człowiek; ale żaden rozum nie wytłumaczy waszych teraźniejszych teoryj. Jak mnie spytają: Kto ja taki? — powiem naprzód: katolik, potem szlachcic, a nareszcie Rahoza. Czemu mam to wszystko zamilczeć? To są dobre świadectwa, porządna rekomendacja! Niech się nazywa prosto człowiekiem, kto w Boga nie wierzy, z Turkami nie wojował i nie wie, kto go rodzi.
— To też ja w Boga nie wierzę, o Turkach nic nie wiem, a kto mnie zrodził, to mi obojętne.
— Tam do djaska! I to pan syn panny Rafaeli! Boże wielki! Słyszaneż rzeczy! Oto ją Bóg pokarał, że wzgardziła złotem dla szychu! Ładnie pana ojciec-niedowiarek nauczył! Bodaj go ziemia była pożarła!
— Niech pan raczy mego ojca nie zaczepiać... Nie wam go rozumieć i sądzić! — podnosząc głos, rzekł Rafał.
— Już go Pan Bóg osądził i pewnie za zmarnowaną żonę i skrzywdzoną duszę dziecka w piekle na dnie siedzi. Kolegowaliśmy kiedyś i nieraz go pobiłem, pamiętam! Ha! zemścił się on potem... Oby pan się nigdy tak nikczemnie nie mścił, bo to mu nie tryumf był, lecz hańba, a mnie, ot... koniec młodości i wielu ideałów... Nie dało mu to pewnie szczęścia, co mnie odebrał!
— Stój! — rzekł Rafał, dotykając ramienia furmana.
Wysiadł i bardzo blady, błyskając oczyma, rzekł głucho z bezgraniczną zawziętością:
— Nazwał siebie pan złotem, a mego ojca szychem! Kochał się pan w mojej matce, a ona wolała mędrca niż półgłówka... Za to go pan nazwał teraz wobec mnie nikczemnym i shańbionym. To dosyć! Już ja dobrze zapamiętam, i jak się zemszczę — to też dobrze. Bić się z panem nie mogę, ale obelgi ojca nie daruję!
Przesadził przez rów przydrożny, w zarośla olchowe wpadł i zginął z oczu, zanim oszołomiony Rahoza miał czas oprzytomnieć. Wreszcie przeżegnał się, jakby upiora zobaczył, i kazał jechać. Po chwili namysłu ręką machnął i lekceważąco się uśmiechnął. Nie przeczuwał nawet, jakiego demona poruszył i rozdrażnił.
Tegoż wieczora, w oberży miasteczkowej, utrzymywanej przez Czeszkę, wdowę po muzykancie, Rafał siedział nad kuflem piwa i spokojny, jak zwykle, grał w karty z Ruprechtem. Bardzo schludna i czysta oberża ta była klubem, gdzie się schodzili urzędnicy i starsi oficjaliści. Zawsze pełna wrzawy i rubasznych śmiechów, przypominała Rafałowi knajpy studenckie, gdzie się niczem nie krępowano i, zaciągnięty tam przez pedagoga, stał się po dniach kilku codziennym gościem.
Ruprecht wypijał morze piwa, kopcił knaster i dysputował w ukochanej rodzinnej mowie; na zakończenie przychodziły karty, ten i ów się przyłączył do kompanji, wrzawa rosła, dym gęstniał, i zwykle późno po północy Rafał, odurzony, wracał do straży. W ten sposób spędził parę tygodni wiejskich wakacyj.
Tego dnia u Schowankowej (tak się wabiła Czeszka) ciszej było, niż zwykle. Doktór, stary kawaler, najkrzykliwszy z gości, oddalił się, wezwany do chorego, oficjaliści mieli jakąś sesję u pana, urzędników nawet zatrzymał na powietrzu śliczny wieczór lipcowy; w dużej sali Czeszka gderała narzeczem nadwełtawskiem na wyrostka, syna, a córka jej, hoża dziewoja, usługująca gościom, szyła coś u okna, spoglądając bardzo często i bardzo tkliwie na Rafała.
Ruprecht z miną konfidencjonalną, pochylił się nieco przez stół do towarzysza.
— Była wczoraj okropna burza w pałacu — zaczął prawić. — Pan Feliks oświadczył ojcu, że do uniwersytetu wracać nie myśli, ale z Sarneckimi pojedzie do Monachjum i będzie się na malarza kształcić. Myślałem, że starego schlag ubije! Kłócili się z godzinę, aż się baronowa wdała i załagodziła kwestję perspektywą małżeństwa z Sarnecką. To Rahozie jakby kto gojący plaster na ranę kładł, bo oddawna ostrzy zęby na graniczący Sarnów. Pogodzili się na takich warunkach łatwo, ale nie koniec na tem. Był list od hrabiego, konkurenta do ręki panny Kazimiery, pytający o ostateczną odpowiedź. Wsiedli wszyscy na nią: namawiali, prosili, potem wymawiali i krzyczeli ze złością. Sądny dzień nastał, bo baronowa marzy o tem połączeniu, a ona na punkcie małżeństw nie znosi oporu. Herr Je, co się tam działo!
— Za panną nikt się nie ujął? — mruknął Rafał.
— Nikt. Ona sama! Ho, ho, ma ona charakter, choć wydaje się taką słodziutką. Chimeryczne i niesympatyczne tutejsze panny. Cały naród zresztą ma dziwnie niespokojny temperament. Nieprawda, panie?
— Więc ten błazen napewno jedzie do Monachjum? — spytał młody człowiek zamiast odpowiedzi.
— Napewno jesienią. Sarneccy tam zawsze spędzają zimę. Ach, ja tu siedzieć muszę! O Je, o Je!
— Truda, piwa! — krzyknął Rafał.
Dziewczyna skoczyła żywo. Szumiące kufle wniosła i, uśmiechnięta, zarumieniona, postawiła je na stole, ocierając się zalotnie, jak kotka, o ramię studenta.
— Rachunek! — rzucił krótko, znosząc obojętnie zaczepkę i ciskając karty na stół.
— Nie będziemy już grać? — spytał z żalem Ruprecht.
— Nie; płacę i wychodzę. Meine Zeit ist aus!
Wstał i przeciągnął się. Z oczu bił mu rzadki blask, a usta się uśmiechały.
Wychylił duszkiem kufel, czapkę włożył na prawe ucho i wyprostował się w całej okazałości swej smukłej postaci. Potem garść srebra rzucił na stół i Ruprechtowi głową skinął.
— Wam czas do budy pałacowej, a mnie w drogę. No, na rozstanie, jeszcze jeden kufel, Truda. Nie myślałem, że tak długo zabawię!
O Je! Jakto? Pan odjeżdża! — wytrzeszczając oczy, zawołał Niemiec.
Rafał usta otarł, ręce w kieszenie wnurzył i, idąc ku drzwiom, zanucił burszowską piosenkę:

Dziewczyno, ot nowina
W świat idę! To mi raj!
Ostatni raz daj wina,
Ostatni całus daj!

Truda, jakby pociągnięta magnetyczną siłą, poskoczyła za nim i na progu stanęła, tłumiąc łkania.
Niefrasobliwa, swawolna, cyniczna, brzmiała druga strofa:

Weź kredę, moje długi
Tu zapisz, na tych drzwiach!
Zabawię rok i drugi,
Ty jednak nie toń w łzach.

Noc była przezroczysta, głos się szeroko rozchodził i sylwetka młodzieńca długo była widoczną.
Ruprecht wybiegł z oberży i wołać począł, by na niego poczekał, ale Rafał nawet się nie obejrzał.
Jak ptak, gdy się zrywa do lotu, szedł coraz prędzej i, jakby na drwiące pożegnanie, rzucił im z oddali już ostatnią strofkę niemieckiej piosenki:

A jeśli gdzie daleko,
Sądzono zginąć mi,
Fartuszkiem swoim lekko
Rachunek zetrzej z drzwi!

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Adam, nie doczekawszy się powrotu swego gościa, zasnął twardo i śnił anioły i Kazię, gdy go brutalnie szarpnięto za ramię. Otworzył oczy i, jak ruszony sprężyną, usiadł na posłaniu.
Przed nim, oświecony drżącem światłem jednej świecy, stał Rafał, bez munduru już, ale w najgorszem odzieniu i długich butach. Przez plecy, jak żołnierz, niósł zwinięty płaszcz i rodzaj tornistra, a w ręce trzymał kij.
Oszołomiony Adam milczał i patrzał, myśląc, że śni dalej, a Radwan rzekł spokojnie:
— Obudziłem cię, żebyś okno za mną zamknął, bo cię komary zjedzą.
— A ty dokąd idziesz? Zostań i kładź się spać! Sarnecki znowu ciebie szukał napróżno dzisiaj cały dzień.
— Powiedz mu, że się zobaczymy jesienią w Monachjum.
Zawahał się sekundę i dodał:
— A ty, Adamie, bywaj zdrów. Ucieszę się, jeśli posłyszę, że ci dobrze, ale chyba, że nigdy tak się nie stanie.
Wzrok i ton złagodniał na sekundę, gdy to mówił; odwrócił się i usiadł konno na niskiem oknie, zabierając się w ten sposób do wydostania na podwórze.
— Rafale, dokąd ty idziesz? Co to znaczy? — zawołał Adam.
— To znaczy, żem tu przyjechał na twoje prośby. Obiecałeś, że nie zobaczę Feliksa, a spotykać go i znosić musiałem codziennie! Zostałem, bom poprzysiągł się zemścić nad nim. Dzisiaj stary mnie śmiertelnie obraził i dowiedziałem się, że Feliks do Monachjum jedzie! Va bene! Tam, na mojem terytorjum, rozegramy naszą partję. Już pozostawać tu dłużej nie potrzebuję. Spotkamy się, a mnie czeka daleka droga. Idę już tedy, bo czasu mało mam do jesiennych wykładów. Bywaj więc zdrów!
— Czyś oszalał tak odchodzić i dokąd, i poco?
— Dokąd? Do Indyj, a poco? Ot tak, użyć przestrzeni i zaspokoić ciekawość. Osobliwy tam świat zobaczę i w jakim klasztorze buddystów naukę ich przewertuję. Mniej to mi zajmie czasu, niż czytanie elukubracyj, które Europejczycy o nich wypisują. Wasz Chrystus stamtąd naukę swoją wziął i miljony w nią wierzą, choć zapewne skoszlawiona i żydowskiemi fantazjami popsuta. Część prawdy jest w każdej bredni, zobaczę, czy warta zastanowienia i badania. Za pół roku wrócę do Monachjum rachunek z Rahozami uregulować! Tymczasem bywaj zdrów.
Zsunął się z okna na ziemię i zniknął.
Adam zerwał się na nogi, w sekundę się ubrał i pobiegł za nim. Zdyszany, dopędził wędrowca już w połowie drogi do miasteczka.
— Czegoś tu? — mruknął niecierpliwie Rafał. — Zatrzymać mnie chcesz? Próżna fatyga, nigdy z drogi nie wracam, więc lepiej nie zaczynaj, bo się rozgniewam!
— Wiem, że prosić nie warto ciebie, więc chociaż przeprowadzę cię trochę!
Radwan nic nie odparł; szerokiemi krokami minął miasteczko uśpione i głuche, wyszedł między pola.
— Rafale, masz się mścić nad Rahozami — rzekł nieśmiało Adam — powiedz mi zaco?
— Bo mi się tak podoba.
— To odpowiedź niezgodna z twoją szlachetnością, a zemsta sama niezgodna z twemi zasadami. Nie czyń tego!
— Mnie się zdaje, że ośmielasz się mi radzić i uczyć!
— Nie, tylko cię proszę. Zostaw ich w spokoju i daruj, jeśli się czujesz obrażonym.
— Darować, ja! Ha, ha, ha! Marzysz chyba!
— To jej rodzina! — szepnął jeszcze ciszej Adam.
— Jak ich nie będzie, weźmiesz ją sobie. Wyrównam ci drogę.
— Przez jej cierpienie osiągnąć szczęście! Nie! Wolę sam zginąć.
— To też zginiesz, to cię nie minie. Gdybyś rozum miał, poszedłbyś ze mną na kraj świata i wysłał swe marzenia do nurtów Lethe; ale ty zostaniesz, boś nie człowiek, ale atom z tłumu. Nie idź już dalej, bo i poco? Nie mamy o czem mówić więcej!
Stali właśnie na rozdrożu, gdzie wśród dwóch brzóz płaczących stał krzyż stary.
— Pieszo idziesz. A kolej? — zagadnął, ociągając się Adam.
— Jak mi dokuczy iść, znajdę drogę do stacji. No, wracaj, bo mi tylko czas mitrężysz!
— Czy się spotkamy kiedy? — rzekł Lachnicki smutno.
— Nie, zapewne, bo moje miejsce tam, gdzie gromy biją i burze światy pustoszą, a twoje tam, gdzie starzy gderzą, baby spazmują i bachory wrzeszczą! Życzę ci powodzenia!
Zawrócił się i odszedł prędko. Po chwili przecie się obejrzał. Adam stał i patrzał na niego.
— Chodź ze mną! — rzucił kusiciel.
Chłopak głową potrząsnął.
Wędrowiec zaśmiał się pogardliwie i ruszył dalej.
Po chwili, w kierunku oczu Lachnickiego, został tylko szlak ciemny i pusty zupełnie. Człowiek, którego kochał pomimo wszystko, z mrokiem się stopił i w noc się pogrążył. Nie pozostało po nim ani śladu.



VI.

— Słyszeliście koledzy? Bert Andenberg powrócił.
— Gdzie, kiedy, jak?
— Dziś rano; profesor Jan omal nie padł rażony apopleksją na widok ukochanego synowca.
— Albo co?
— Wyobraźcie sobie poczwarę w bluzie marynarskiej, w spodniach francuskiego żuawa, w czapce baskijskiej z kutasem i w tyrolskich, kutych trzewikach! Brakło tylko tatuowania i chińskiego warkocza! Otóż to straszydło rzuca się w objęcia szanownego profesora patologji, wrzeszcząc na całą ulicę: Mein geliebter Onkel! Biedny profesor Jan! Zbiegło się na to dziwo ze dwa tuziny różnych oberwańców i w ich miłem towarzystwie, przy wtórze śmiechów i konceptów, znikli koligaci w sieni domu. Oto wszystko, com widział.
— Musiał profesor Jan zabić tłustego cielca na powrót marnotrawnego syna, bo Sepp mi mówił, że nie był dziś na wykładzie.
Dwóch towarzyszy mówiącego wybuchnęło śmiechem.
— Świat się kończy! Franz Ruprecht wspomina święte księgi! Czy nie myślisz pójść do spowiedzi, Belzebubie?
— Na szpas dla was i owszem! Ale związany jestem słowem z Radwanem. Mamy odbyć ten akt razem.
— Pan Bóg może zatem długo na to czekać, a twoje rodzeństwo i matka wymrze z głodu, jeśli się nie weźmiesz do innej pracy, niż małpowanie Radwana. Ten przynajmniej uczy się w przerwach dysput i gry w karty.
— Ach, te dzieci! Skąd się ich takie mnóstwo bierze na świecie! U mnie tego w domu, jak mrówek!
Franz Ruprecht zrobił grymas komicznej rozpaczy.
— Tego za wiele, a starych, pracowitych dziadków za mało.
— Tak, tak! Ci się nie mnożą! — zaśmiał się Ruprecht cynicznie.
Był to wysoki blondyn, twarzy szerokiej, pokrytej rzadkim zarostem. Włosy, zdawna nietknięte nożycami, spadały na kurtę rozpiętą. Na samym czubie głowy niósł dumnie ponsową czapeczkę. Prętem bił w takt jakiejś piosenki o swe palone buty.
Mrużył oczy, snadź krótkowidz, i rozglądał się na wsze strony.
Późny zmrok letni pokrywał ulice, gaz się spierał z jasnem niebem, gromadki studenckiej młodzi mijały ich co chwila, dążąc w jedną stronę.
Rzucano sobie hasła, pozdrowienia, koncepty, uściśnienia dłoni, przezwiska. Wśród nich Ruprecht szukał kogoś, ścigając wzrokiem odznaki słuchaczy filozofji.
Gorączkowy ruch panował dnia tego wśród tej całej młodzieży bujnej i wesołej, a na ustach każdego było imię Berta Andenberga.
Dobrze być Herostratem, w braku innej sławy.
Ów Bert póty broił, dokazywał i szalał, aż ugrzązł głęboko w głowie policji, stryja, filistrów, dziewcząt i kolegów. Syt rozgłosu i chwały, uznał za stosowne osierocić Monachjum. Pewnej nocy, przed czterema laty, spokojni mieszkańcy nadziwić się nie mogli niczem nie zamąconej ciszy. Nazajutrz nie znaleziono potłuczonych szyb, powalanych jajkami kamienic, poprzemienianych szyldów; nie znaleziono też nigdzie Berta.
Profesor Jan, wbrew sercu i ochocie, ale z poczucia obowiązku, zarządził poszukiwania z bardzo miernym skutkiem i przyjął urzędowe sprawozdanie: Berta ani śladu.
Można sobie jasno wyobrazić uczucia szanownego stryja na widok zmartwychwstałego wstydu nazwiska i rozruch całej burszerji.
— Bert! Bert! Bert! — huczało w powietrzu.
— Czy cię wybrano, Egon, do turnerów na zjazd w Düsseldorfie? — spytał nagle Franz, niezdolny utrzymać przez pięć minut niestałej myśli na jednym przedmiocie. Już go znudził bohater dnia.
Pytanie stosowało się właśnie do zwiastuna powrotu awanturnika.
— Chyba byłeś pijany wczoraj „Pod królem Faraonem“ w czasie wyborów? — odparł zagadnięty szczupły Tyrolczyk.
— Nie byłem, bo... bo... — Franz się zająknął.
— Uczyłeś zapewne katechizmu młodsze rodzeństwo! — mruknął trzeci towarzysz. — Wiemy, wiemy!
— Cóż tam było „Pod Faraonem?“
— Przy wyborze dziesięciu przedstawicieli naszego koła panował spokój i zgoda jaka taka. Chodziło o prezesa. Köhler, nasz prymus, postawił Radwana i tego Polaka, malarza, intruza, Rahozę. Ja pierwszy zaprotestowałem. Protestowałem już dawniej, gdy tego artystę przyjęto „Pod Faraonem“. Co studentom do malarzy? Nie posłuchano mnie; odtąd ciągle mamy zajścia i wczoraj powstał sądny dzień. Miotali się, jak potępieńcy, natłukli szkła i stołków na sto talarów; chryja doszła do tego stopnia, że aż policję zaalarmowali. Ha, ha! daliśmy dowody niepospolitych zdolności szermierskich!
Student się śmiał i zacierał ręce, snadź amator podobnych dysput z mimiką.
— Na czemże się skończyło wreszcie?
— Na niczem. Köhler ochrypł, wzywając do porządku, i odłożył głosowanie na dzisiaj. Jutro wyjeżdżamy na zjazd.
— Rahoza bawił się i śmiał, jak szalony, a najgorszych swych przeciwników poszkicował na ścianach, — mnie, naturalnie, na czele, błazen! Radwan zaraz na wstępie usunął się do bocznej salki. Poszedł za nim Rudi, Kurt, Toni, Achethal i Mathias Talk i w czasie całej awantury najobojętniej grali w karty, jakby nie słyszeli hałasu. Wpadam, wrzeszczę, że się tam zabijają na sali. „Mała szkoda, jak ich tam kilku nie stanie“ — odpowiada mi Rudi z najzimniejszą krwią. Radwan bank trzymał i rzucił mi piorunujące spojrzenie, które mnie za drzwi wygnało. Wyobraźcie sobie, ani zapytał o swój los!
— Naturalnie, ty za nim głosujesz? — spytał Franz.
Nie miał on głowy, sensu i rozumu, ale jak każdy głupiec, w chwilach stanowczych był ostrożny i chytry.
Przejmował się myślami i zasadami innych, jak gąbka, zawsze pamiętny, by sam nie został. Większość mogła być pewną, że go będzie miała za sprzymierzeńca krzykliwego a tchórza.
— Każdy, kto się turnerem zowie i dobrze życzy naszej deputacji, stanie po jego stronie! — wygłosił Egon, jakby mówił o dogmacie wiary. — Ma nerwy stalowe, muskuły sprężyste, wiele zimnej krwi i siłę Herkulesa. Nikt go nie pokona!
— A jednak ja głosuję za malarzem! — ozwał się ostry głos trzeciego kolegi. — Prezes deputacji nie muskułów potrzebuje, ale werwy i wprawnego języka. A w tem malarza naszego nikt też nie pokona. Radwan jest nieznośny zarozumialec i gbur.
— Nic mi do jego charakteru. To wiem, że jest turner, jakich mało, i każdy, co się na tem zna, jego wybierze. Wymowa potrzebna po kirchach i pedagogicznych zjazdach, to nie broń turnerów. Malarz niech maluje, a do nas się nie wtrąca. Postawię ja jeszcze na swojem i doprowadzę, że go z naszego towarzystwa wykreślą.
— Prędzej Radwana to spotka za zuchwałe zaczepki, pychę szatańską i szulerkę. Słuchacie go, jak wyroczni, przez pamięć na rozum jego ojca, a on wami pomiata i drwi z was w żywe oczy.
— Wolę, aby ze mnie drwił rozumny, niż półgłówek. Radwan ma dużo nauki i rozsądku, i wcale gburem nie jest. Żeby mi tak kto dokuczał, jak ten twój malarz jemu, tobym łajał i bił od świtu do świtu!
Rozmowa coraz bardziej przybierała charakter kłótni. Franz tylko milczał roztropnie, ale już nie szukał wśród snującej się studenterji czapki filozofa.
Ostygł nagle w swym zapale dla Radwana.
— Hej, wy bracia turnery, salve! Dokąd dążycie tak śpiesznie, dzieci mej duszy! — ozwał się wesoły głos za nimi.
Obejrzeli się z mimowolnym uśmiechem. Troje rąk wyciągnęło się z powitaniem.
Przed nimi stał Feliks Rahoza, szykowny, ubrany bez zarzutu, ze swobodnym, swawolnym uśmiechem, co mu rozchylał ponsowe wargi, z niefrasobliwą pogodą w jasnych oczach. Wyglądał jak uosobienie dobrego humoru, szczęścia i młodzieńczej swobody.
W lewej ręce trzymał ogromny bukiet bzu i róż, prawą podał do uścisku.
— Phu! Ledwie żyję! — mówił dalej. — Zbieram bagaże, bo czas do domu pchać, a tu wizyt pożegnalnych miljon.
— Wizyt z bukietami! Ba, takie nieciężkie! — zaśmiał się Franz.
— Bodaj najcięższe, gdy ich za wiele! Patrzysz z zawiścią na te róże. Przez pamięć na twego dziada, a mego profesora, dam ci jedną dla twojej Gusty. Masz! A wy dokąd idziecie? Pod „Faraona?“
— Naturalnie; czekamy na ciebie, dziś losują.
— A to utrapienie ten zjazd! Wczoraj dałem mój głos za tobą, Egonie, i dziś zrobię to samo. Doprawdy, nie pojmuję, poco się kłócą. Radwan żeby umiał się znaleźć, powinien zrezygnować dla uniknięcia przykrych scen i kompromitacji!
— Rafał bardzo pragnie być prezesem! — wtrącił Franz.
Egon milczał; trzeci student podniósł skrzypiący głos:
— To bardzo źle, jeżeli filozof czegoś pragnie. Powinien być niedostępny uczuciom ludzkim i zwalczać w sobie naturę.
— Warto, żebyś i ty tę walkę rozpoczął, nim cię żółć zaleje — pomyślał Egon, ale zatrzymał uwagę przy sobie, jako nienależącą do żywotnej kwestji jego istnienia: turnerstwa i gimnastyki.
Feliks się roześmiał.
— Wścieknie się Rafałek, gdy go nie wybiorą! Ale to będzie słuszna kara za pomiatanie kolegami. Ma on was wszystkich za głupców i niedołęgów.
— To się jeszcze pokaże! — mruknął żółciowy student.
— Kiedy wczoraj moje imię padło, byłem wam niezmiernie wdzięczny za wyróżnienie, chociaż obcego narodowością i nauką; ale też bez żalu i urazy ustąpię, bo wielu jest godniejszych. Addio tymczasem, bo moja droga w lewo.
— Ale przyjdziesz „Pod Faraona?“
— Przyjdę, chociażby dla poznania miejskiej bajki, Berta. Do widzenia!
I chłopiec pobiegł dalej, nucąc swym pełnym głosem:

Gott schuf die Rosen zum Brechen,
Zum Küssen den schönen Mund.

— Setny chłopiec! — zawołał żółciowy student.
— Wesół, jak pliszka, niecnota! — dodał Franz.
— Tak, ale żaden turner! — zakończył uparty Egon.
Umilkli, bo wchodzili już na próg swej piwiarni, noszącej za szyld jaskrawego gnębiciela ludu izraelskiego.
Czy ten mumijny monarcha wynalazł piwo, czy je pijał chętnie, lub czy uwolnił od podatku, tego nie wiedział „ojciec Fratz“, właściciel knajpy; ale to wiedział, że pod jego patronatem działo się dobrze i że zakład jego o wszelkiej porze dnia i nocy pełen był, jak jajko. Co się tam działo w tej wielkiej, sklepionej sali w suterynach! Setki „szalonych“ burszów starszych i młodszych, gęsty opar z oddechów, jeszcze gęstszy dym z fajek poznaczony, jak mglistemi gwiazdami, płomykami gazu u ścian, piwo wszędzie: po szklankach, stołach, na asfalcie, pod nogami. W atmosferze tej wybuchy śmiechu, brzęk szkła, kłótnie, układy na wycieczki, egzaminy, konkursy, wyścigi, polowania, studja, uczone dysputy, obok skandalicznych anegdot, toasty i debaty nad polityką, artystyczne zapały wśród zwrotek hulaszczej piosenki. Twarze wybladłe i ogorzałe, brodate i bezwąse; chłopcy po lat szesnaście i mężczyźni trzydziestoletni; mozaika strojów, twarzy, charakterów, chaos dialektów i wyrażeń, w których tylko student niemiecki może dojść ładu i obracać się swobodnie. Czasem z tego chaosu i niewyraźnych konturów biesiadników mignął, jak motyl, różowy fartuch usługującej dziewczyny, łysina i biały kaftan samego „ojca Fratza“. Czasem jaki bohater dnia wznosił się na barkach kolegów do brudnego sufitu; czasem latały w powietrzu białe stołki i ławy, zwykle jednak huczało tylko, jak w kotle, i roił się, jak ludzkie mrowie, tłum wchodzący, wychodzący lub ucztujący przy uprzywilejowanych stolikach.
Dzisiaj nie było partyj; tłum się skupił, wlepił oczy w rzadkiego gościa.
Bert Andenberg, już ubrany po europejsku, siedział na stole, zarzuciwszy nogi na poręcz krzesła. Ręce po łokcie zanurzył w kieszenie, oparł plecy o ścianę i mówił coś przez zęby, spluwając co chwila. Na wstyd synowca profesora Jana musimy wyznać, że żuł flegmatycznie szczyptę tytoniu.
Mężczyzna to był w sile wieku, wyschły, żółty, ze śladami wszystkich chorób, wszystkich swawoli, włóczęgi. Oczy cyniczne i zuchwałe utkwił w światło gazu na przeciwległej ścianie, jakby z niego snuł nić swych wspomnień. Były to oczy dzikiego człowieka lub zwierza, na pozór bezmyślne i zamglone, ale które widzą, niby nie patrząc, najdrobniejszy szczegół wokoło siebie.
Na stole obok palił się poncz w wazie, pod nosem czerwonym bursza kudłatego, snadź praktyka w kwestjach spirytualnych, a studenci, stojąc, siedząc na ławach i stołach, otaczali szczelnie narratora.
— Powiadasz zatem, Hans, że znasz trzy słodkie gorycze na świecie: tytoń, piwo i miłość! — cedził Bert powoli, w chwili gdy nasza trójka spóźniona wkraczała na salę.
Zatrzymał się, jakby przypomniał sobie wrażenie wymienionych rozkoszy.
— Tytoń, ale nie te wasze opieczętowane fabrykaty! Niby wy znacie, co to prawdziwy narkotyk, wy, worki bawełny, chińskie straszydła, krokodylowe dzieci? Próbowaliście betelu, haszyszu, konopi? Paliliście opjum? Ach, opjum!
Umilkł, goniąc jakieś wspomnienie.
— Paliłeś opjum? Istotnie dobre to? Gadaj, Bert! — pytano.
— Czy paliłem? Confound! A któryż marynarz był w chińskich portach i nie palił? Spytajcie Johna Haringa z „Pretty Rat“. On dobrze pamięta dżonkę Yang-Tsana w porcie pekińskim.
Kudłaty bursz podsunął opowiadającemu szklankę ponczu. Wiedział oddawna, że to było „Sezamem“ Bertowego języka.
Synowiec profesora patologji z widocznym żalem wypluł prymkę, wypił duszkiem gorący napój, wyprostował się, zaklął w dziwnym żargonie i zaśpiewał z całej piersi zapewne chińską melodję z gmatwaniną słów, pozbieranych w portach całego świata.
Już nie krew, lecz poncz płynął mu w żyłach.
— Ach, opjum! — zaczął. — To mi specjał dopiero! Dają ci ot taką szczyptę białego proszku w fajce. Pokoik mały sklecony na dżonce, pełnej kwiatów i Chińczyków, jaskinia zbójców z pozoru. Pociągasz kilka kłębów białego dymu: cze! Pokoik znika i do raju wchodzisz. Jakby cię kto w Lecie wykąpał. Ni zmęczenia, ni choroby, ni trosk, ni zawodów; ogarnia cię szał rozkoszy, śmiechu, śpiewu. Co wam gadać, filistry! Ot co! Kto opjum nie palił, ten nie widział ponętnych kobiet, ten nie zaznał sławy, ni rozkoszy, ni całego upojenia. Coś w bajkach słyszał, widzisz prawdziwie; czegoś w życiu zapragnął, masz; coś utracił, odzyskujesz! Ot, co jest opjum!
Oczy Berta zamgliły się znowu, wlepił je w gaz i zamilkł.
— A tobie co się marzyło? — miał odwagę zapytać Franz, opierając brodę na pięści, i wychylając z grona kolegów swą głupią, rozpromienioną fizjognomję.
— Marzyło mi się, że będę miał ciebie za powiernika, ty pusta ostrygo, flondro rzeczna, lądowy polipie! — była burkliwa odpowiedź.
— Czemu nie wychowanka profesora Jana i jego kapitały? — zrobił uwagę żółciowy student.
Oczy Andenberga spoczęły na burszu, wyzywające, bezczelne, szydercze. Sięgnął po poncz i pił go długo, powoli, piekąc żarem wargi i gardło.
Czerwona siatka żył zaszła na białka, na czoło wystąpiła purpura krwi i gorąca.
— Ha, ha, ha! — zaśmiał się krótko. — Wychowanka stryja i pieniądze, mnie, Bertowi? A o czemże wybyście marzyli, gdybym wam to zabrał? Albatros nie rozgrzebuje śmietników i nie śpi na grzędzie. Na to są kury, indyki i wrony! Podłe plemię niewolników! Nie dla was życie wolne, nie dla was opjum i taki sen! Nie, nie i trzy razy nie, jak szanuję mandaryna Czen-Fu-Tse-Kin, co mi kazał dać bambusami!
Przy ostatnich słowach oczy zagasły, głos awanturnika, drgający wstrętem i zapałem, zamarł i przeszedł w zwykły chłodny cynizm.
Studenci milczeli chwilę, nie wiedząc, czy się mają śmiać, czy obrazić, ale już Franz jakimś cudem wśliznął się do mówiącego i tkał mu cygaro, piwo, poncz.
— Jakto bambusami? I dostałeś?
Ten tylko szczegół zapamiętał z całej tyrady.
Bert obrzucił go od stóp do głowy pogardliwem spojrzeniem, jakiem człowiek rozumny patrzy na idjotę.
— Czy dostałem? Ja, Bert Andenberg, dostaję tylko to, co chcę dostać. Chodziło mi o córkę szanownego papy z trzema guzikami na czapce i z dwoma wachlarzami u pasa. Bambusy darowałem mu na pamiątkę.
Ton poważny tej odpowiedzi był tak komiczny, że cała knajpa wybuchnęła homerycznym śmiechem. Zawrzało, jak w garnku.
— Kiedyś zaczął, to skończ! Czy Chinka ładna? Jakeś się z nią rozmówił?
Franz, żeby nie stracić ani słowa, wlazł na stół, nie zważając, że płomień gazu smalił mu tak starannie zachowaną czuprynę.
Andenberg patrzał na to z pod brwi. Uśmiech sarkazmu skrzywił mu usta.
— Czeng-Te-Fu, Tong Ta Lang, Diz-Ya-Mi-Flaming! — wyrecytował poważnie. — Tak mówił wielki Yo! Co znaczy, żebyś wiedział, szympansie bawarski: „Nie bądź ciekawy sprawy z kobietą bliźniego twego a dostaniesz placek w niebie.“ Nie będziesz go jadł, jurysto, jak szanuję wielkiego Lamę, i pójdziesz do piekła, pingwinie, gdzie będziesz szynkował djabłom tabakę, stara plotko! To ci zaręczam! Któż to roztropny potrzebuje lingwistyki w świecie? Jak w restauracji pokażesz język, to ci kelner migiem poda wołowy ozór, a pokaż Włochowi figę, to cię zasztyletuje bez dalszego tłumaczenia. Przecie kobiety roztropne w każdym kraju, gdy chodzi o ich wdzięki.
— A mandaryn, mandaryn? Co ten robił — piszczał Franz, bynajmniej niezrażony piekielnym hałasem.
— Mandaryn wrzeszczał: „O mi to Fo! O mi to Fo!“, patrząc na pogoń za mną. Przy ostatnim murze jakieś lekkonogie chińskie zwierzę chwyciło mnie za warkocz, bom był ubrany, jak prawowierny syn Niebieskiego państwa. Warkocz został mu w ręku, ja już byłem na swobodzie! Vale, piękna Yao-fe-mi! Poleciałem na „Pretty Rat!“
— Yao-fe-mi! Piękne imię! Jakżeś się dopytał, kiedyście milczeli?
— To już moje osobiste przypuszczenie! Wielki Yo nazywa tak pewnie cały ród kobiecy, bo to znaczy po chińsku: grzeszne ale smaczne! I racja jakem Bert włóczęga!
W gronie tem zdanie ostatnie zyskało ogólny poklask. Skierowane na ten tor, myśli i języki studenckie rozpoczęły formalną szermierkę. Rzucano koncepty, anegdoty, uwagi, parafrazowano temat na wszystkie sposoby. Oczy Berta strzelały gdzieś w dal ponad głowy wesołej, rozhulanej rzeszy. Zmarszczył brwi, szukał czegoś w swej pijanej głowie i nieporządnych wspomnieniach, potem uśmiechnął się zadowolony.
Z czego? Trudno było odgadnąć. Nikt zresztą w tej chwili nie śledził go, bo nawet Franz, wbrew zwyczajowi, siedział zamyślony i milczał.
— Bert, ja pójdę z tobą! — wyrwał się nagle, z impetem.
— Co? — spytał awanturnik.
— Zabierz mię z sobą na wędrówkę.
— Ha, ha, ha! Któryż to bujny projekt karjery? — zawołał któryś z kolegów.
— Kiedym go poznał, był w terminie u zegarmistrza, potem miał pokolei gust do aptekarstwa, tajnej policji, wojska; chciał zostać pastorem, hecarzem, śpiewakiem, teraz wertuje kodeks Justynjański i Spinozę. Podobno nawet jakiś czas namiętnie lubił garbarstwo!
— Bo mu własną skórę za mało garbowano! — zadecydował bardzo trzeźwo pijany Bert.
— Ale mnie weźmiesz z sobą? — prosił Franz, niezbity z tropu, błagalnie, żałośnie jak pięcioletnie dziecko.
— Wezmę dla przypomnienia garbarstwa, pędraku, i w dodatku dam dobrą radę. Dla zabicia manji włóczęgi roznoś pocztę po mieście lub chodź z katarynką. Ha, ha! zabrać ciebie, może z matką i stadem dzieciarni? Z was stu niema dwóch zdolnych na wagabunda, wy, ziemne krety, morskie cielęta, lądowe robactwo!
— Dlaczego? — spytał obrażony głos.
— Dlaczego, pawjanie? — Szare źrenice zamigotały zielono, pięść spadła na stół, jakby go roztrzaskać miała. — Dlatego, że każdy z was tęsknić potrafi i ma do czego wrócić. Jednegobym tylko wziął.
— Którego?
— Ot, tego tam.
Wszystkie oczy poszły ciekawie za ręką Andenberga; chwila milczenia, podziwu i nagle jednogłośny szalony wybuch śmiechu rozległ się ze wszystkich piersi, aż zadrżały szyby i drzemiący „ojciec Fratz“ porwał się na nogi, przerażony o swe ściany i zdrowe zmysły kundmanów.
Ten, co wywołał wesołość, siedział samotny w kącie sali, zdala, przy pustym stole. Biała czapeczka pokrywała kędzierzawe włosy, wysoka postać pochylona była nad stołem. Wsparł na nim oba łokcie, pięściami podparł skronie, z pod gęstych brwi wzrok strzelał bystro w twarz mówiącego.
Nie wiedziano, kiedy przyszedł, nie wmieszał się do ogólnego grona, nie odezwał się wcale, nie uśmiechnął się ani razu, tylko patrzał zasłuchany, poważny.
Twarz jego, o regularnych, wyrazistych rysach, uderzająco piękna, zachowała spokój nubijskiego sfinksa. Zagasłe oddawna cygaro gryzł w zębach bezmyślnie. Zdawało się, że nie widział knajpy, Berta, że nie słuchał opowieści o ideale awanturnika, że to tylko jego ciało odpoczywało na tej ławie, w zmęczonej, czy niedbałej pozie, a duch snuł jakieś mgliste, abstrakcyjne obrazy.
Drgnął na sto par oczu, utkwionych w sobie. Spuścił źrenice, które na sekundę zamigotały fosforem; obraźliwa wesołość kolegów wstrząsnęła nim całym, nie wybuchnął. Wyciągnął rękę po obok leżący dziennik i milczał.
— Czego się śmiejecie, małpy, rekinowe wyrodki, ławico ostryg? — potężny głos Berta opanował huragan śmiechu. — Myślicie, że go nie znam i rzucam słowa na wiatr, jak Tybetańczyk! Radwan, chodźże tu mały i daj łapę! Aleś wyrósł, ledwiem cię poznał! A pamiętasz nasze wakacyjne wycieczki, pędraku? Wróciłeś na stare śmiecie!
Ładna, żartobliwie uśmiechnięta twarz Feliksa wynurzyła się przed Bertem.
— Szacunku więcej i czci, panie Andenberg, dla sławy! — zawołał. — Na kolana przed mistrzem! To ani pański, ani tych panów kolega; to piramida, a my piasek pustyni!
Śmiechy zawrzały znowu, przeplatane niechętnem warczeniem, ale Bert nie słuchał. Lekceważąco spojrzał na mówiącego; można zaręczyć, że go obdarzył w myśli eleganckiem przekleństwem, i z jedną ręką do uścisku wyciągniętą, w drugiej podnosząc szklankę zapalonego ponczu, czekał.
Rafał podniósł się z miejsca i szedł niewzruszony, spokojny, przez tłum rozstępujących się kolegów.
Żylasta, zimna dłoń Andenberga spoczęła w dłoni filozofa.
Rafał wziął drugi kielich płonący; trącili się.
— Biorę cię za słowo! — mruknął Radwan.
Spojrzeli sobie w oczy.
— Powiedziałem! — rzekł stanowczo Bert.
Obadwa zgasili sinawy płomyk i wypili duszkiem rozpalony płyn.
Andenberg cisnął kieliszek o asfalt.
— Co nie ze stali, tak mu! — Zwrócił się do Rafała. — Masz swe przytulisko w tem przeklętem mieście?
— Na Salzgasse dawne mieszkanie ojca. Znasz?
— Znam. A wolnyś?
— Jak ptak.
— To chodźmy. Prześpię się i pogadamy. Basta! — zawołał, zeskakując ze stołu. — Bywajcie zdrowi! Jazda, Radwan!
— A to gdzie? — zawołał Feliks. — Do Egiptu z piramidą? Ostrożnie, pochłonie was Czerwone morze w postaci profesora Jana!
— Rafał musi zostać! Potrzebny do wyborów! — wrzasnął Egon z głębi.
Wypadł, jak bomba, przeszedł niewiadomo jak, chyba po głowach kolegów i już trzymał ideał turnerów za rękaw surduta.
Szturmem tylko i walką można się było od niego odczepić. Ale Rafał o boju nie myślał. Stał chwilę wahający, oczy spuścił, nerwy na twarzy bladej kurczyły się i wyprężały wewnętrzną walką. Nareszcie podniósł głowę. Nieustraszonem, zuchwałem spojrzeniem objął wszystkie twarze, zaciął zęby i gwałtownie, szybko, wrócił na swe miejsce.
Meinetwegen! — burknął krótko.
— Ja ciebie odprowadzę, Bert! — ofiarował się Franz, rad, że uniknie stanowczej chwili i głosowania.
Andenberg popatrzał, ruszył wzgardliwie ramionami, splunął w stronę Feliksa i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Za nim wysunął się Franz tchórzliwy.
W knajpie zapanowała cisza, wszyscy spiesznie zajmowali swe miejsca, szeptano po kątach.
Aż wreszcie u prezydjalnego miejsca podniósł się mężczyzna rosły, kwadratowej postaci, arszynowych piersi i pleców. Był to prymus, Köhler.
Zadzwonił, uciszyło się zupełnie.
Podniósł głos, co jak z otchłani wychodził, i mówił krótko, urywczo, po żołniersku, o turnerskim zjeździe całych Niemiec w Düsseldorfie, o jego celu i zwyczajach, o obowiązku każdego związku odznaczenia się chwałą na popisie tym, dalej wzmiankował, że, z powodu zwichniętej nogi, nie mogąc sam uczestniczyć, nadzieje swe składa w dziesięciu członkach monachijskiej korporacji, iż wrócą laurami uwieńczeni.
Potem powoli wyliczył tych wyborowych szermierzy dziewięciu i przystanął.
Milczano. Wybór zadawalniał wszystkich, przeszedł bez żadnej opozycji.
— A dziesiąty? — zawołał tylko ktoś z głębi.
Köhler miał oczka o tyle małe, o ile sam był wielki; zdobył się jednak na wyraźnie gniewne spojrzenie w stronę niecierpliwego studenta.
Oznajmił flegmatycznie, że odrzucony z dwóch kandydatów na prezesa, zostanie zwykłym członkiem.
Potem rzucił donośnie na łup studenckich języków dwa nazwiska i siadł zmęczony. Przemowy były słabą stroną olbrzymiego Köhlera.
O cudo! Król faraon omal nie zstąpił z szyldu, wskrzeszony podziwem! Języki burszowskie nie rozszarpały nazwisk; cichy szmer, szepty z sąsiadami — zresztą nic. Bójka wczorajsza i pozorna obojętność Rafała ostudziła zapalone pałki. Nie sam tylko żółciowy student brał stronę Feliksa; widocznie, że przez minioną dobę myśl podobna trafiła do niejednej głowy, wczoraj jeszcze oburzonej kandydaturą intruza.
Spojrzano na Rafała, oparty o ścianę, z kamienną martwotą na twarzy, słuchał bez znaku najmniejszej uwagi jakiejś żarliwej polemiki Egona, zapatrzony wpół przymkniętemi oczyma na pajęczyny sufitu. Studenci nie psychologowie; zdawało się im, że drzemie.
Odwrócono się od niego w stronę Feliksa. Opowiadał coś żywo, gestykulując i strojąc miny komiczne. Bił od niego zapał i gorączkowe zajęcie.
— Daję głos za Radwanem! — przerwał obserwacje bas Köhlera. — Pokolei, proszę o zdanie.
Dobył księgę i pióro i czekał.
Wszystkie głosy całego świata nie dadzą mu werwy i wymowy okolicznościowej! — zaśmiał się Feliks. — Radwan, powiedzno, jak przemówisz na polu popisu? Wypadnie ci biblję zacytować. Pamiętasz ową walkę Jakóba z aniołem? To byli pierwsi turnerowie, ten patrjarcha i twój patron. Będziesz musiał to wyznać!
— Czy dajesz głos za sobą? — zagadnął spokojnie Köhler.
— Daję za Egonem Falkenhorstem! Radwan może być bardzo szanowny filozof, nie znam się na tem, ale na turnera jest za ciężki i za zimny. Przytem jest aż śmieszny z swoją pewnością i dumą.
— Tu nie roztrząsamy charakterów, ale głosujemy! Dalej pokolei. Rahoza, czy Radwan?
— Radwan! — ktoś rzucił nieśmiało.
Dalej po kątach rosły szmery niechętnie.
— Radwan! — zwrócił się Feliks do swej cierpliwej ofiary. — Pamiętaj biblję; niewyczerpana studnia paraboli turnerskich. Samson, Gedeon i tym podobni! Odśwież ją sobie w pamięci, bo urządzisz sam nielada farsę, jak przez pomyłkę wyrecytujesz tam na bankiecie ustęp z twego dzieła: „O istocie nieistniejącego.“
Ukłócia szpilek, zda się, nie tykały Rafała; najmniejszym ruchem nie zdradził się, że uważa.
— Wyzwij go na rapiery! — syknął oburzony Egon.
— Za mało! — odparł głucho. — I jeszcze nie pora!
— Być pod takim prezesem, co narzeka, że mu sznury trapezu psują ręce. Tfu!
— Do rzeczy i porządku! — zaburczał Köhler. — Maks, twój głos. Wyraźnie.
— Rahoza! — odparł żółciowy student.
— Dalej!
Chwilę wśród ciszy, przerywanej skrobaniem pióra pod ciężką ręką prymusa, padały krótko nazwiska, aż ostatni powiedział swe zdanie i usiadł.
Köhler zsumował.
— O trzy głosy Rahoza górą! — wymówił donośnie i wstał.
Na tępej, zimnej jego twarzy, znać było ostateczne znurzenie i przykrość. Sięgnął po godła prezesa, spoczywające przed nim na stole i włożył je na wybranego.
Fest, froh, frei! — zahuczało ze stu gardzieli, zrazu ciszej, potem coraz potężniej.
U bufetu wyjęto czop z beczki. Złotawy trunek trysnął strumieniem, pieniąc i rozbiegając się po kuflach.
Fest, froh, frei! — wrzeszczano nieludzko, i Rahoza, porwany na barki, wzniósł się nad rozhukany tłum.
Zanosiło się na hulankę całonocną.
Rafał wstał, zapłacił, zapalił cygaro i ruszył ku drzwiom. Ale Feliks już go spostrzegł wśród zamętu i zawołał imponująco:
— Hej, filozofie! W natchnieniu nad dziełem nie zapomnij, że wyjeżdżamy jutro. Żebyś się wczas stawił na dworcu.
— Uhm, będę! — odparł i po raz pierwszy tego wieczora uśmiechnął się.
Żeby Feliks ten śmiech dostrzegł i zrozumiał, straciłby wiele na humorze.
Ale on tryumf nad współzawodnikiem obchodził i szalał niefrasobliwy!



VII.

Na Salzgasse, w ciemnej sieni na parterze wchodziło się do mieszkania, pełnego ksiąg, pleśni i dymu.
Doktór Karol Radwan spędził w niem większą część swego żywota, a syn je odziedziczył i zachował nietknięte, jak najdroższą spuściznę.
Tu się urodził i wzrósł wśród tych ksiąg starych, w samotnem towarzystwie człowieka, zestarzałego przed czasem, wskutek ustawicznej umysłowej pracy i badań; tu w tej bibljotece, u stołu, zarzuconego papierami, po powrocie z gimnazjum, zasiadał naprzeciw uczonego i czytał.
Ksiąg nie brakło po szafach; dzieciak się na nich czytać nauczył, a potem ogarnięty od pieluch bałwochwalczą czcią dla ojca, pożerał tom po tomie, z upartem marzeniem, by mu kiedyś rozumem sprostać, w wiedzy go doścignąć.
Zdolności miał olbrzymie; lekcje, nad któremi ślęczeli inni, on tylko odczytywał; nie pilnowany nigdy, zawsze był pierwszym i, mając dziesięć lat, skończył drugą klasę.
W mieszkaniu tem, bez towarzystwa prawie, filozof i dziecko spędzali wieczory i część nocy, prawie się nie odzywając do siebie. Zimowe zadymki nie budziły w nich chęci do rodzinnego ogniska i pogawędki, a majowe wieczory nie wyciągały na przechadzkę. Lampa z zielonym kloszem paliła się na stole i przy jej świetle mędrzec pisał swe negacyjne traktaty, dziecko wertowało Spinozę i Darwina, nabijając sobie głowę fałszem i sofizmatami.
Życie to suche i bezbarwne przerywały ferje letnie, podczas których wyrostek, za wolą ojca, szedł pod opiekę szalonego Berta i uczył się życia, patrząc na hulanki i burdy mentora, słuchając jego cynicznych konceptów.
Aż dnia pewnego grom zburzył tę cichą egzystencję. Słuchacze medycyny nie zastali profesora na katedrze. Mędrzec legł, by nie powstać więcej. Lekarskie środki, któremi się oddawna podniecał, przestały działać; poczuł, że nieprzepartych praw natury nie zmoże i poddał się. Leżał ze wzrokiem zagasłym, nieczułym, smutny, ale spokojny. Mieszkanie zamknięto dla natrętów, lekarzy nie przyjmowano, tylko kolega i przyjaciel, profesor Jan Andenberg u tego samotnego łoża siadywał i chłopak dwunastoletni, znękany a milczący zawzięcie.
A filozof zamierał powoli i zawsze spokojny i chłodny, uśmiechał się lekceważąco na troskliwość kolegi.
— Daj pokój! — mawiał. — Rdzawą jestem maszyną; czas mi się wycofać z kursu i wypocząć. W życiu nie było na to czasu, ale przede mną leży nicość i zniszczenie, próżnia i moc, a zmrok tak miły po dziennej jasności! Mówisz, że mnie żałować będą? Iluzje, mój drogi. Człowiek każdy jest zawsze tylko kołkiem w płocie; zgnije, to go innym zastąpią. Nie myśl, bym z goryczą i żalem to mówił; kto ludzkość zrozumie, ten się niczemu nie dziwi i nic go nie boli! Przez pięćdziesiąt lat szukałem prawdy, by na ziemi było lżej i swobodniej; dla siebie nic nie chciałem i nic też nie miałem. Rad umieram! Wczoraj był tu u mnie, umyślnie wysłany z Rzymu, Włoch, jezuita. Mówił o życiu przyszłem, o pokucie i karze. Brednie! Niebo, czyściec i piekło tu przechodzimy, na ziemi, i tu nasz kres ostatni w śnie dłuższym, niż zwykle!
Urwał nagle; zabrakło mu tchu i siły. Wyciągnął rękę i dotknął zlekka ciemnej głowy syna, co tu, u tego posłania, skulony, trwał dnie i noce bez snu, jadła i wytchnienia.
— Daj mi pić, Rafale! — rzekł.
— Komuż to dziecko zostawisz? — spytał profesor Jan.
Chory oddał szklankę i oczyma, co się ożywiły nagle, spoczął na twarzy chłopca.
— Materjalnie — tobie, kolego, i krewnemu w Rydze, do którego pisałem; moralnie — jemu samemu. Pamiętajcie nie tykać jego duchowej swobody i woli. Niech się sam kształci, sam uczy, sam wybiera, sam szuka prawdy. Dlatego nie dałem mu żadnej religji, bo wiara powinna być rzeczą wyrozumowaną, przekonaniem, a nie narzuconą niemowlęciu formułą. Niech samodzielnie roztrząsa i waży i boryka się z własnym umysłem. Ja go znam i ufam; to już prawie człowiek; nie nakładajcie mu pęt i kajdan, bo zmarnieje, jak ludzkość cała marnieje, skrępowana wiekowemi fałszami!
— Stanie się twa wola, kolego! — rzekł Andenberg, skłaniając głowę, choć w nim wielkie wątpliwości powstały na ten tak zuchwały program.
Potem odszedł, odwołany przez obowiązek, a ojciec i syn pozostali sami w mrocznej sypialni.
Rafał, skulony u łóżka, trząsł się, jak w febrze, i zapadał powoli w stan odrętwienia i przykrego półsnu.
Słowa ojca tworzyły mu w głowie fantastyczne obrazy, szumiały, napełniały go dumą i rozkoszą. Zrozumiał, że zimny filozof myślał o nim, obserwował, kochał.
— Rafał! — wyrwał go z zadumy schrypnięty głos starego.
Zerwał się na nogi i spojrzał. Mędrzec leżał na wznak, kościano-żółty, z kroplami potu na czole. Ręce szarpały bieliznę na piersi; brakło mu już powietrza. Oczy, zapatrzone w cienie pokoju, zachodziły mgłą szarą.
— Rafale! — powtórzył.
Syn pochylił się nad nim.
— Czy widzisz? Lampa gaśnie, życie uchodzi. Trzeba się śpieszyć. Mam ci coś powiedzieć jeszcze, a już mnie ciemność ogarnia i umysł się mroczy. Jak tu duszno! Otwórz okno!
Chłopak usłuchał. Kłąb świeżego powietrza zaleciał od ogrodów miejskich i księżyc z za uchylonej firanki zajrzał aż na wychudłą, spaloną gorączką twarz konającego. Wyglądała martwa, zimna, mroczna. Ręka śmierci sięgnęła już ku niej i rysy zesztywniały pod tem dotknięciem.
A jednak żył w nim duch jeszcze i rzucał swe ostatnie, dogasające błyski, jak rakiety, świetne, lecz przelotne.
— Posłuchaj mię uważnie, a jeżeli nie zrozumiesz, to cię życie nauczy kiedyś: strzeż twego serca logiką i rozumem, bo z serca przychodzi śmierć człowiecza. Zapamiętasz?
Rafał głową skinął.
— Przyjaciela, brata powiernika, nie szukaj wśród ludzi, ale stań się tem sam dla siebie. Sądź się surowo i milcz w bólu i radości, bo gdy się przyznasz do szczęścia, to ci je ludzie zatrują lub odbiorą, a gdy się im w bólu poskarżysz, to cię wyśmieją i odepchną.
Dziecko, zapatrzone w oblicze ojca, powtarzało słowa te w myśli. Pisały mu się one, jak ewangelja, na życie całe.
— W sobie miej swój świat: niedole i radości, walki, upadki i tryumfy. Niech je zna tylko ten Bóg, którego imię stanie ci się kiedyś religją; a ludzie nigdy, nigdy. I pamiętaj, że na świecie jest jeden grzech: podłość, jedna cnota: szlachetność; jedno szczęście: spokój. I jest prawda, ale kto powie, że ją posiadł? Komu duch przestanie stawiać pytania i wątpliwości aż do końca?
Sięgnął pod poduszkę, dobył niewielki, gęsto zapisany zeszyt.
— Oto treść półwiekowej pracy i badań. Dzieła moje drukowane będą ci chwałą i dumą, a to niech ci będzie pomocą, towarzyszem w pracy, pamiątką po mnie. Zachowaj!
Zimna dłoń filozofa spoczęła znowu na kędzierzawych włosach jedynaka, jakby się ogrzać chciała żarem rozpalonej głowy.
Umilkł. Lampa gasła; na tle czarnego pokoju wyglądała jak mroczna gwiazda. Płomyk drgał, wznosił się. trzepotał, jak umierający motyl skrzydłami.
Tik-tak, tik-tak — kołatał zegar monotonnie, nie wiedząc, że znaczy ostatnie sekundy tułaczki ziemskiej dla duszy człowieczej. Konający skrzywił się niecierpliwie.
— Rogate życie! — wyrzekł, z trudnością poruszając usty. — Rozjaśnij lampę, Rafale, i przeczytaj cośkolwiek. Konanie wyda się mniej długiem.
Światło buchnęło, tłumiąc blask księżyca, rozjaśniając ściany i sprzęty. Oczy profesora przeszły po szafach i stole, pełnym ksiąg. Pożegnał je ostatniem spojrzeniem.
— Przyjaciele! — szepnął ze smutnym uśmiechem. — Służcie mu, jakeście mnie służyli!
Rafał naoślep wziął z półki zakurzony, mały tomik, przyklęknął u łóżka i czytać począł ze środka na chybił trafił, nie spojrzawszy na tytuł, nie rozumiejąc słów, machinalnie.
Chory nie przerwał czytania, może nie słyszał treści; chrapał, cisnąc dłońmi piersi.
A nad nim monotonny, niepewny głos chłopca czytał przez łzy słowa wielkiej wiary i prawdy, odrzuconej i wyszydzonej w tem mieszkaniu; czytał ewangelję świętą.
Skąd ona się znalazła w księgach ateusza?
Czy była spuścizną matki lub innej kobiety, która przez życie filozofa przeszła, jak spadająca gwiazda, nie zostawiając po sobie wspomnienia i pamięci, śladu żadnego pobytu? Dziwny traf!...
A może i on słyszał parabolę o nie ludzkiem miłosierdziu i łasce tego Boga, którego porzucił.
— „A gdy wieczór przyszedł, rzekł Pan sprawcy swemu: Zawołaj robotniki i oddaj im zapłatę, począwszy od ostatnich do pierwszych. Gdy tedy przyszli, którzy około jedenastej najęci byli, wzięli każdy po groszu. Przyszedłszy też i pierwsi... wzięli także po groszu. A wziąwszy, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: ci ostatni jedną godzinę robili, a uczyniłeś je równymi nam, którzyśmy znieśli ciężar dnia i upalenie! A on, odpowiadając, rzekł jednemu z nich: Przyjacielu... czyli mi się nie godzi uczynić, co chcę? Czyli oko twoje złośliwe jest, iżem ja jest dobry? Tak ci ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi!...“
Oddech filozofa cichł, odzywał się, jak z otchłani, potem zadygotał razy parę i znieruchomiał: nie żył...
Lat dwanaście ubiegło od tego dnia. W mieszkaniu były te same księgi, ten sam fotel skórą obity, stół papierami zarzucony, wyschły kałamarz, twarde posłanie bez krzyża i obrazka, ten sam chłód i pustka. Dziecko wyrosło na młodzieńca, pięknego, jak efeb grecki, strasznego, jak anioł strącony.
Spuściznę filozofa wykonali koledzy. Zostawiono go samego z sobą, z chaosem myśli, co mu ryły mózg, z miljonem sprzecznych zdań i teoryj, z walkami, co burzyły błędną duszę, osiadając na jej dnie mętami.
Sam był, gdy chwytał jakby przebłyski prawdy w tumanie i tracił je, dochodził do nowych rozdroży i wracał do niewiary, jeszcze błędniejszy, zrozpaczony, wściekły, bluźniąc tylko i plwając na wszystko pogardą.
Karol Radwan, dając mu wolność nieograniczoną, przeczuł jego umysł potężny, jego ducha wszechstronnego, jego myśl bogatą; zresztą nic.
Czarną, bezdenną tonią była natura ta, a pod wodą tą cichą i niezbadaną był wulkan piekielnej złości, dumy, pychy, ambicji i żądzy panowania.
A nie było dłoni bratniej, coby go ugasiła; nie było rady druha, pociechy serca kochającego.
On sam go nie szukał. Duma się wzdrygała na myśl wyznania, pokory, skargi. Sądził się dość silnym do walki samodzielnej, a był tylko zuchwałym i pysznym, i pycha rozsadzała mu piersi, wyjąc: ja pan, władca, moja istota do mnie należy, moją jest niewolnicą.
Aż nareszcie wulkan wybuchnął, zahuczał, stojąca woda zakotłowała do czarnego dna, zaszumiała, obryzgując brzegi brudną, mętną pianą. Pochłonął ten wir wszelkie zastanowienie i miarę, podruzgotał nawet pozory spokoju.
Obudził to drzemiące piekło szału Feliks swemi drwinami, dokonał dzieła zjazd turnerski, porażka i publiczne już upokorzenie.
Blady, ze ściągniętą brwią, stał tejże nocy Rafał pod światłem wiszącej lampy u stołu bibljoteki.
Oczy zmrużone i mgławe utkwił w stary, wytarty rękopis, ściął usta; jak migotliwa toń lub smugi ogniska mieniła się twarz cała.
Czytał spuściznę po ojcu, duchowy testament mędrca, co mu być miał wskazówką i przewodnikiem w pracy.
Nie odrywał oczu od stronicy; w piersi szalało, głowa gorzała, wulkan wył, a tam stała ostatnia przestroga dla młodzieńca, kreślona drżącą, może już tężejącą, ręką filozofa.
Rafał powtarzał ją półgłosem, machinalnie, blademi wargami:
— „We wnętrzu człowieka mieszka złodziej, zwany namiętnością. Strzeż się, by nie wykradł tego, co jest złotem w tobie.“
Wargi szeptały bez współudziału ducha. Rada już była spóźniona. Ze skarbów natury został kwarc, podłe metale, nikczemne krzemienie; złoto już zabrał złodziej i zbrudził lub zniszczył swem dotknięciem.
Rafał gorączkowo przerzucił kilka kartek. Wzrok i myśl z lubością spoczęły na innem, sprzecznem zdaniu:
— „Pokora i darowanie uraz, to cnoty słabych i niedołężnych. Duch wielki nie zapomina krzywd i obrazy, jak nie zapomina dobrodziejstwa.“
Młodzieniec wyprostował się i odłożył manuskrypt. Dyszał ciężko, a oczy błyskające zielonawo, jak tygrysie, szukały czegoś po ścianach i sprzętach.
— Nie chcę być pod tobą, a zatem nie będę. Bodaj cię to tylko zbyt drogo nie kosztowało, ten honor i wyprawa.
Przystąpił do drzwi, rozwarł je trochę, lewą rękę po łokieć włożył w szczelinę, prawą drzwi przycisnął i nagłym, bardzo szybkim ruchem, skręcił uwięzione ramię tak gwałtownie, że aż jękły stawy. Było to dziełem sekundy.
— Ah! — wydarł się z gardła szaleńca okrzyk dojmującej boleści, a oblicze zbladło, jak kreda.
Chwiejnym krokiem doszedł do stołu i usiadł ciężko, gryząc z bólu wargi. Milczał już, ale mu pot okrywał skronie. Potem z wybuchem wściekłości targnął martwe ramię.
— Ból! ból! — zasyczał przez zęby. — Szarp, rozdzieraj! On mi za to zapłaci! Wezmę ja mu za to wszystkie jego bóle, połamią go ot tak! A potem?
Wzrok objął księgi, niestały, dziki od nieprzytomności.
I jakby w odpowiedzi na to ostatnie pytanie, drzwi się rozwarły, kopnięte nogą, i w progu stanął Bert Andenberg z fajką w zębach i z pijaństwem w zaognionych źrenicach.
Wszedł, na gospodarza spojrzał i zaklął.
— Do stu par rekinów! A tobie co?
— Głupstwo. Zwichnąłem rękę. Siadaj, Bert! Czekałem na ciebie. — odparł Rafał spokojnie już.
— Dobrze się stało. Nie będziesz kozłów wywracał w Düsseldorfie pod wodzą tej małpy. Tfu! cré nom! Za moich czasów taką lalę wyrzuciliby za drzwi „Pod Faraonem“, i drogę za nim zamietli. Pokaż swoje kalectwo!
I Bert, bez długich ceremonij, ściągnął surdut z pleców, rozciął koszulę, obejrzał rękę.
— Fe, brzydko, już puchnie! Przemęczysz się parę tygodni. A teraz nie krzycz, bo ci ją naciągnę.
Rafał ani się odezwał, a Bert nie po raz pierwszy zapewne występował w roli chirurga i uwinął się prędko i wprawnie.
Fajki z ust nie wypuszczał i, bandażując ramię, gadał swobodnie:
— Teraz spocznij. No, zuch z ciebie. Nie gnić tobie tutaj, bratku, a iść ze mną. Nie z filistrami nam żyć i nie w skorupie, ale z wichrami i swobodą. Kpem cię nazwę i głupcem, jeśli nie pluniesz im w oczy i ze mną się nie zabierzesz! Hej, hej! a wiesz ty, do jakiej ja cię uczty wołam! A wiesz ty, do jakiego życia!
Dzikie oblicze awanturnika straciło zwykły cynizm, nozdrza rozdymały się jak u wpółdzikiego konia, gdy mu wiatr przyniesie gorące tchnienie pustyni.
Wyprostował się i, podniecając się wspomnieniem, jął malować jaskrawo, dosadnie, czasem ohydnie i nago, chwilami z odbłyskiem groźnej poezji, to życie bez wczoraj i jutra, bez terminu i celu, dowolne i nieokiełzane, w ciągłych walkach z przyrodą i ludźmi, z bestjami puszcz odwiecznych.
I przesuwały się przed myślą i oczyma słuchającego cyklony oceanów i trąby równików, pożary puszcz i wybuchy gazów, lodowce polarne, płowe lwy Afryki i amerykańskie grzechotniki. A wśród tego, barwną mozaiką almee arabskie, Japonki i kobiety z Tahiti, sceny z portowych szulerni, awantury z policją, krwawe zajścia po płóczkarniach złota, swawola wszystkich krajów, żargon całego świata, anegdoty śmieszne i ohydne, — cały szkic tego życia bez strachu przed śmiercią, bez porządku i reguły.
A Rafał słuchał chciwie.
Wulkanowi w piersi było tu za ciasno. Ugaszą go może orkany oceanów, zdławią szpony tygrysie, lub sploty wężowe, wchłoną w siebie lodowce bieguna.
— Ot, życie! — zakończył Bert ochrypły, gdy już szary brzask świtał w oknach. — Pójdziesz?
— Pójdę, tylko nie dziś, nie jutro. Ostatnią robotę odbyć muszę. Za miesiąc, czy dwa, gotów będę i nic już za sobą nie zostawię. Poczekasz na mnie?
— Poczekam. A jeżeli kompana sobie podobnego znajdziesz, zabieraj z sobą! Za dwa miesiące tutaj!
Uścisnęli sobie dłonie. Umowa była zawarta.
— Spać teraz będę! — oznajmił Bert.
— Turnerzy tam na mnie czekać będą i nie uwierzą na list. Bert, zrób mi przysługę i sam ich zawiadom o moim wypadku. Tobie uwierzą.
Bert zaklął straszliwie, ale zabrał się i wyszedł.
Dowód to był niesłychanej łaski dla nowozwerbowanego towarzysza. Rafał sam pozostał.
Oczy mu gorzały maligną. Bert nie wrócił.
Zapewne wpadł pod troskliwą opiekę Franza, lub znalazł inne legowisko.
Wieczorem Radwan się zerwał. Ręka paliła żarem, usta spiekł ogień wewnętrzny; podniecony gorączką, począł z szaf i stołów zrzucać na stos i nogami deptać pergaminy, księgi, manuskrypty.
— Gińcie, marnijcie! Zabrałyście mi siedem lat na darmo! Pleśń wasza miała mi dać spokój i prawdę.... Kłamstwo! Nędzę dałyście mi i niewolę! Precz idźcie! Wy, śmiecie głupich wieków i płytkich głów. Skończyłem z wami! Gińcie, gińcie! Wracajcie w błoto, w rynsztok!
Miotał się, mruczał głucho i chrypliwie, i burząc swe stare bogi, plwał na nie i butami tratował, jakby całą książkową mądrość i naukę ludzi, co ją budowali, miał pod stopami i miażdżył wściekły, poniewierając i szydząc, aż mu sił nie stało, gorączkowy wybuch ustąpił i, słaniając się, na stos tych skarbów ojca swego upadł i stracił przytomność.
Gdy słońce drugiego dnia zajrzało przez dymne okna, półki były puste, jak szczęki bezzębne, bibljoteka, jak po trzęsieniu ziemi miasto, a wśród poniszczonych ksiąg i sprzętów zdeptana także biała czapka, przepaska honorowa i cały strój studencki.
I tę swą ukochaną skórę uniwersytecką zrzucił Rafał i przeobraził się w inną zupełnie formę.
Ostrzyżony i uczesany modnie, w śnieżnej bieliźnie i eleganckim letnim garniturze, zawiązywał krawat przed lustrem i przyglądał się sobie raz pierwszy uważnie.
Piękny był; cieszyło go to widocznie, bo się uśmiechał i, kończąc starannie resztki toalety, gwizdał aryjkę.
Zszedł wreszcie na ulicę, u kwieciarki na rogu kupił gardenję, rzucił jej monetę i żart dwuznaczny, i tak przeistoczony, niepodobny do wczorajszego Rafała, jak dzień do nocy, zadzwonił na jednej z bocznych ulic do mieszkania na piętrze, a otwierającą dziewczynę spytał o pana, podając zarazem swą kartę.
Niedługo czekał odpowiedzi. Z głębi mieszkania wypadł do sieni Kazimierz Sarnecki, jak stał, w bluzie i z paletą w garści.
— Żeby nieboszczyk Rafael we własnej osobie zstąpił do swego lichego naśladowcy, mniejby mnie zdziwił i ucieszył, niż jego imiennik, tylekroć proszony i pożądany. Dziękuję, że pan mnie raczył sobie przypomnieć. Pół roku nie odwiedził nas pan. Żeby nie rzadkie spotkania w waszym „Egipcie“ u ojca Fratza, doprawdy zaginęłaby nasza znajomość.
— Właśnie wskutek naszej ostatniej tam rozmowy zgłaszam się osobiście, gdyż znalazłem u siebie ową książkę, o której pan wówczas wspominał, jako o czemś bardzo rzadkiem. Rad jestem, że mogę nią panu służyć.
— Stokrotne dzięki! Proszę pana do pracowni tymczasem, bo w salonie nieład, zwykły przed wyjazdem.
— Państwo w tych dniach wyjeżdżają?
— Zapewne. Zwlekamy dla Rahozy, który prosił, by bez niego nie wyruszać.
Stali w pracowni. Panna Aniela podniosła się z kanapki i ukłoniła zlekka gościowi, z oczyma spuszczonemi.
On też pozornie nie zwracał na nią wielkiej uwagi. Usiadł i ozwał się swobodnie:
— Sądziłem, że państwo wyjeżdżają pierwej i że pojedziemy razem, bo ja też wyruszam w tamtą stronę.
— W stronę Sarnowa? — spytał ciekawie malarz.
— Przed dłuższą i dalszą podróżą wstąpię na kilka tygodni do dawnego kolegi w Rahoźnej. Stamtąd mam zamiar odwiedzić dalekie światy.
— Przez kilka tygodni będzie pan w Rahoźnej? Panie Rafale, ryzykuję dostać jeszcze jedną odmowę, ale pytam: co będzie z moim potępieńcem?
— Czy bez mego udziału obejść się on nie potrafi? — odrzucił Rafał zupełnie wesoło i uprzejmie.
— Jak sztuka bez ideału — nie. Wie pan, od czasu, jakem pana ujrzał ze strzelbą w ręku, w cieniu jodeł, w pysznem oświetleniu letniego południa — zginąłem! Mam ćwiek w mózgu, i do czego się wezmę — fiasco! Muszę pana malować, albo pendzel połamię! Patrz pan, ile tu szkiców odkradłem podstępnie; mam pana pełną tekę. Żeby choć pięć jeszcze posiedzeń!
— Szkoda więc, że teraz los nas rozdziela. Służyłbym panu chętnie przez te dni dziesięć, które spędzę na wsi. Ponieważ jednak państwo czekają na Rahozę, a on przed tygodniem nie będzie gotów do drogi, okazja chybiona.
— Jakto, chybiona? Możemy przyśpieszyć! Co, Anielko?
— Ach, to pani obiecała Rahozie? — zwrócił się Rafał do panienki.
Spotkali się wzrokiem. Jego gorejące źrenice spojrzały dziwnie badawczo w jej szafirowe, jasne oczęta. Pod wrażeniem pytania, czy spojrzenia tego, pokraśniała nagle i zawahała się w odpowiedzi.
— Ja nie; ja nic nie obiecałam panu Feliksowi. Mnie bardzo tęskno do Sarnowa — wyjąkała wreszcie.
— Co? Już? I kto kobietę zrozumie! Nie dalej, jak wczoraj, mówiłaś, że mamy czekać.
— Przywidziało ci się — rzekła kapryśnie.
— A nie boisz się wyrzutów Feliksa? — roześmiał się.
— Ach, jakiś ty! — zawołała już gniewnie. — Nie chcę na nikogo czekać i nikogo się nie boję! Poco wmawiasz niestworzone rzeczy?
— Żeby postawić na swojem z twojej inicjatywy! Tęsknisz do Sarnowa? Bardzo pięknie! Pakuj się zatem, bo jedziemy jutro. Alea iacta est! Mam mego potępieńca! Przepyszny będzie! Panie Rafale, zrobiłeś szczęśliwym człowieka! To rzadki wypadek! Dziękuję panu!
— Tak małym kosztem! — rzekł Radwan, odpowiadając rzetelnie na uściski. — Być uwiecznionym, to także coś znaczy! Boję się tylko, czy nie zrobiłem pani przykrości.
— Niech pan nie słucha Kazia. On zawsze bredzi — odparła swobodnie.
— Ładna rekomendacja! — oburzył się artysta.
— Bardzo rada jestem z wyjazdu. Nie cierpię miasta obcego, ciasnoty i tych wizyt tylu! Użyję swobody w Sarnowie. Owszem, wdzięczna jestem panu za przyśpieszenie terminu. Pan Feliks mógł się do nas zastosować, a nie my do niego. Zachciało mu się gimnastykować z tymi Niemcami!
— Ale, a pan nie należy do tej sławnej delegacji? Miał pan być prezesem, słyszałem.
— Honor mnie ominął, a na dobitkę zwichnąłem w ostatniej chwili rękę. Jestem inwalida do niczego.
— Chwała Bogu! Kalectwu może tylko zawdzięczam posiadanie pana.
— O, bynajmniej. Wiele jednak rzeczy stało między mną a państwem. Niezawsze dogadzać wypada swym chęciom.
Anielka spojrzała na niego, zastanawiając się, jakie to były przeszkody. Nazwisko Radwana obiło się jej często o uszy. Kazimierz entuzjazmował się jego pięknością i wybitnym typem nieprzystępnego młodzieńca, Feliks drwił i ośmieszał, widocznie niechętny. Malował jego dzikość i dumę, jego chłód i ponury charakter.
Obadwa zaciekawili dziewczynę i zrobili to, że często myślała o przelotnie widzianym mężczyźnie, częściej, niż się zdawało. Teraz mogła mu się napatrzyć do woli, a on czuł to ciekawe, trwożne spojrzenie i czarował ją melodją głębokiego głosu, uśmiechem swobodnym, grą wyrazistej fizjonomji.
Profilem zwrócony do niej, rozkoszował też i zdumiewał Kazimierza wyczerpującą rozmową o sztuce. I to znał i badał i pojął szybko, ze zwykłą sobie bystrością umysłu i rzadkim darem pamięci.
Potem rozmowa przeszła na arcydzieła starych, wygasłych cywilizacji, i Sarneccy umilkli, zasłuchali się, bardzo zajęci i zaciekawieni.
A z ust mruka i odludka płynęła barwna opowieść o starych Indjach sanskryckich, o ich pomnikach i pieśniach, obyczajach i przyrodzie.
Oczy mu promieniały, kańciaste czoło wypogodziło się, z pod ciemnych wąsów błyskały zęby w uśmiechu. Przeistoczony był, a tak porywający wyrazem i wdziękiem, że Kazimierz chwycił węgiel i szkicować go zaczął, a dziewczyna, podniecona i przejęta, w twarz tego potępieńca utkwiła już śmielej oczy i myśli. Zadzierżgnęła się już między nimi tajemnicza nić wrażeń, a w piersi tego demona odzywała się już pewność tryumfu.



VIII.

W cichą noc letnią zaskrzypiała furtka straży Lachnickiego pod dłonią dalekiego wędrowca.
Domostwo leżało ciche i jakby opuszczone. Pies się nie odezwał na obce kroki i tylko jedno okno, słabo oświetlone, świadczyło, że tu ktoś mieszka i, pomimo spóźnionej pory, czuwa jeszcze.
Wędrowiec do okna tego przystąpił i zastukał w szybę.
— Kto tam? — ozwał się głos Adama.
— Czyś już żonaty, że się złodziei boisz?
— Rafał! — zawołał Adam radośnie, otwierając okno.
Pomimo nocy, ubrany był jeszcze, ale nie w mundur swój, ani w cywilne odzienie, lecz w siwo-zieloną, leśną liberję Rahozów. Zdziwiło to przybysza.
— Coś ty się po ojcowsku przebrał? — spytał, ściskając dłoń dawnego kolegi i zajrzał do izby. — A stary twój gdzie? Śpi? — dodał.
— Śpi! — powtórzył Adam głucho. — Już półtora roku śpi tam na wzgórzu.
— Umarł?
Adam tylko głową skinął.
— A ty? — zagadnął Rafał żywo.
— Wziąłem jego służbę.
Verflucht, verdammt! — zaklął Radwan.
— Cicho, nie klnij, co to pomoże? Prorokowałeś, że się zmarnuję. Stało się. Niema o czem mówić. Ale ty skąd przychodzisz? Pisałem do ciebie kilka razy. Nie otrzymałeś listów?
— Może i otrzymałem, ale ja listów nigdy nie czytam. Zapewne je wyrzuciłem z innemi. No, otwórz mi swoją warownię. Pogadamy.
— Daruj, że cię trzymam na dworze. Zrobiłeś mi tak wielką i radosną niespodziankę, że o bożym świecie zapomniałem. Zwątpiłem, że się kiedykolwiek w życiu spotkamy.
Po chwili siedzieli naprzeciw siebie w dawnej sypialni nadleśnego.
— Gadaj teraz — rzekł Rafał.
— Stało się to następnej zaraz jesieni, w adwencie. Pan Rahoza postanowił urządzić leśne gospodarstwo. Sprowadził jakiegoś Włocha, poczęto las ciąć w kwadraty, dzielić na folwarki, rozgraniczać trybami, numerować drzewa. Roboty było mnóstwo. Ojczysko się zmógł, może się zgryzł nieraz, może żałował starych jodeł i cichych legowisk zwierza, przeziąbł, zmordował się i dostał zapalenia płuc. Tak to szło piorunem. Panna Kazimiera wezwała mnie depeszą, ale zanim się uwolniłem i dojechałem, zastałem w chacie heblowiny z trumny, swąd jałowcu i opróżnione posłanie. Wszystko się beze mnie skończyło.
— Tem lepiej. Trzeba było zawrócić, plunąć i dalej swoją drogą iść!
— Pomodliłem się na grobie, obszedłem kąty i tak miałem zrobić, jak mówisz, gdy mnie na drugi dzień wezwano do dworu. Poszedłem, nie rozumiejąc, czego chciano ode mnie. Pan Rahoza przyjął mnie chłodno. Dziwny człowiek! Ty go nazywasz dobrodusznym staruszkiem; nie masz pojęcia, jakim tyranem być umie, gdy ma kogo pod swoją ręką i mocą. Spytał od niechcenia, co myślę robić dalej, a gdym odpowiedział, że kształcić się, wyjął jakiś papier z biurka i podał mi go. „A co z tem będzie?“ — spytał zimno. Spojrzałem i pociemniało mi w oczach. Był to weksel z podpisem ojca na pięćset rubli. Milczałem chwilę, nie przygotowany do tego ciosu, i nareszcie poprosiłem, by poczekał, aż skończę studja, a pierwsze zarobione pieniądze oddam na ten dług święty. Zaśmiał się. „Zapewne — powiada — dług to święty, bo ojciec, nie mogąc ci wystarczyć, choć od ust odejmował, pożyczał u żydów i lichwę opłacał, odmawiając sobie wszelkich wygód. Gdy zachorował, poprosił mię o zapłacenie i wystawił ten weksel wraz z tą kartką do ciebie.“ I kartkę tę odczytałem — nowy cios! Ojciec mię zaklinał, już stygnącą ręką i myślą, bym pana Rahozy, jak jego, słuchał i poważał i bym mu należność uiścił, jak i kiedy zechce. Błogosławieństwo kończyło tę ostatnią przestrogę i wolę, a jam zmartwiał! Oddawał mię biedny, otumaniony ojciec w moc człowieka, niechętnego mi oddawna. Musiałem ulec i dużo goryczy, milcząc, znieść, i zgodzić się na to, co on łaską nazywał, że mnie, zamiast lokajem lub strażnikiem, naznaczył odrazu na miejsce ojca, ze stu rublami pensji rocznie, która na dług idzie, i z utrzymaniem w tej straży, takiej dla mnie smutnej i ciężkich wspomnień pełnej. Trzeciem pokoleniem jestem, przykułem do tej chaty i boru. Da Bóg, będę ostatnim może. Nikt tu już po mnie ojców i dziadów pomarłych wspominać nie będzie i z szumem jodeł tylko samotnych wieczór spędzać. Oto i koniec moich marzeń i nadziei.
Chłopak umilkł i dłonią przeciągnął po czole, które straciło już dawną jasność i pogodę. Próbował po staremu się uśmiechnąć, ale usta słuchać nie chciały i pozostały poważne i ostre. Pochylił głowę.
— Tak się musiało skończyć! — wybuchnął Rafał. — Kto głupią miłość i jeszcze głupsze skrupuły włóczy za sobą, ten nie na orła się zdał, ale na jucznego osła czy muła! Niedołęga jesteś ostatni!
— Nie było innej drogi wyjścia i ty w mojem położeniu nie inaczejbyś postąpił.
— Ja? Ha, ha! Żeby mi ten Rahoza śmiał słowo przykre pisnąć, tobym go zabił; a żeby mi przymus chciał narzucić, tobym jego folwark podpalił, a sam poszedł w świat i żył całą piersią. Nie bredź, żeś został dla marnych kilkuset rubli i przestróg ojcowskich; zostałeś dla swej panny!
— I dla niej także — szepnął Lachnicki.
— Temu to wierzę! Czy przynajmniej przez te dwa lata, zrezygnowawszy z perspektywy małżeństwa, postąpiłeś naprzód i zostałeś kochankiem?
— Rafale!
— Widzę, żeś się na jotę nie zmienił. Cóż dalej będzie?
Dalej! Myśl tę, pieszczoną niegdyś, Adam odpychał teraz od siebie, jak czarną zmorę rozpaczy.
Wzdrygnął się, jakby rany dotknięto, i, oburącz objąwszy głowę, milczał zgnębiony.
— Poco o tem myśleć i mówić? — odparł wreszcie. — Będzie, co Bóg da, wszak On nad nami.
— Wygodna religja i dobry sobie ten wasz Bóg, który nie ma nic lepszego do roboty, jak swatać ciebie z Rahozówną! Przypuśćmy jednak, że i jego wpływy nie pomogą; co dalej będzie, powtarzam?
— Poco uprzedzać wypadki? Złe zawsze w porę przyjdzie. Wolę nie myśleć i nie zatruwać sobie chwil gorzkiego szczęścia. Może mi tych chwil zaledwie miesiące, może tygodnie.
— A może dni — zamruczał Rafał.
— Przez te dwa lata tyle mi gromów biło w głowę i tyle bólów szarpało duszę, że się już i nie poznaję. Za silnego nigdy siebie nie miałem, ale myślałem, że więcej zniosę cierpliwie i wytrwam i że nawałnica ta nie mnie zmoże, ale ja ją!
Urwał, jakby się wahał, czy wstydził wyznania; wyciągnął ręce przed siebie i głowę w tył odrzucił ruchem bezmiernego zmęczenia.
— Zmordowany jestem ostatecznie — rzekł głucho — jak ten zwierz z tutejszej kniei spędzony nowym porządkiem, shasany, oszołomiony, bezprzytomny! Nie wie, dokąd dąży, nie poznaje drogi, nie zgaduje, skąd i jakie przyjdzie na niego zniszczenie, choć to czuje, że lada chwila zginąć musi! Widziałem wczoraj takiego łosia, odbitego od stada. Szedł zygzakiem, ze łbem zwieszonym, a ujrzawszy mnie, ani o ucieczce, ani o obronie nie myślał. Stał i patrzał wielkiemi, błędnemi oczyma i czekał ciosu!...
Zgarbiony, z czołem przerżniętem kilku już brózdami, z grymasem przykrej goryczy na wargach, chłopak był widmem dawnego idealisty i zapaleńca.
Nawet egoista i niedbały Rafał spostrzegł to, przestał szydzić i pierwszy może raz w życiu nad losem cudzym się zastanowił, mimowoli zajęty.
— Pocóż się upierasz, jak osioł nad strumykiem — zawołał gwałtownie. — Skocz.
— Gdzie?
— A choćby w przepaść, byle nie żyć w niepewności!
— A potem? — szepnął sam do siebie Adam.
— Potem! Ha, ha, świat szeroki!
Lachnicki głową potrząsnął.
— I co mi ten pusty świat da? Iść i iść przed siebie dobrze temu, co duszę ma szczęśliwą i serce wolne. A ja wszędy za sobą poniosę wspomnienia i tęsknotę.
Rafał się porwał na nogi, wzburzony i zniecierpliwiony.
— Wolisz tu gnić i wegetować, więc milcz przynajmniej! Głupcem jest, kto kocha i sam dobrowolnie zakuwa swe człowieczeństwo w nikczemne kajdany; ale kto, kochając, nie idzie przebojem, nie próbuje walki, tylko pleśnieje w bezczynności i siłę ma jedynie do skargi i lamentów, ten już nie głupi nawet, ale podły!
Lachnicki poczerwieniał, dotknięty tym bezwzględnym sądem. W głębi jego gołębiej natury poczynał się budzić bunt, opór i energja rozpaczy.
Oczyma, co zabłysły po dawnemu, spojrzał na kolegę i, otrząsając się z martwej rezygnacji, spytał śmiało:
— Więc mam iść do Rahozy?
— Iść i o córkę prosić.
— Pójdę! Cóż z tego? Wypędzi, jak psa, z domu i majątku.
— Wypędzi! Naturalnie! Wówczas pannę zabrać i uchodzić!
— Nigdy! Dokąd? Poco? Jaki los jej zgotuję? Co jej dam wzamian za utraconą rodzinę, kraj, pozycję, mienie! Nigdy! Sam pójdę!
Ciszej dokończył, już znowu opadnięty strachem przed tem rozstaniem, żalem i mnóstwem skrupułów.
— Pójdziemy może razem! — rzekł Rafał.
— Razem? Dokąd? — zagadnął Adam.
— Het! — Ręka Radwana wskazała przed siebie. — Pójdziemy, jeżeliś wart, by cię zabrać z sobą! Dokąd? Śmieszny jesteś. Dopóki myśli stanie i aż rękoma nie uchwycimy skłonu widnokręgu!
— Żartujesz, czy mówisz prawdę?
— Ja nigdy nie żartuję.
— Więc jakże? A twoje studja filozoficzne?
— Do djabła. Skończony mój z niemi rachunek. Teraz będę żył całą piersią!
— Więc już znalazłeś prawdę i Boga?
— A tobie co do tego! — odparł burkliwie Rafał. — W każdym razie znalazłem coś lepszego, niż ty, bo jestem wolny.
— Każdy wymaga czegoś innego od szczęścia — szepnął Adam.
Umilkli. Rafał zabawiał się dymem cygara, towarzysz, zapatrzony w światło lampki, rozmyślał.
Na dworze dzień się już zrobił i bielało niebo nad wierzchołkami starych jodeł, a przez otwarte okno rzeźwiący prąd rannego powietrza wkradał się do izby, chłodząc rozpalone czoło filozofa i zmęczone oczy biednego sieroty. Obadwa czuli, że w doli ich nadchodzi stanowcze rozwiązanie, pełne walk i posępnych dramatów. Jeden się wzdrygał przed bólem i, przymknąwszy źrenice, sen swój młody chciał śnić jeszcze przez chwilę; drugi, podniecony zemstą, chłostałby czas, jak rumaka, byle prędzej mógł dokonać dzieła zniszczenia, byle prędzej dogodzić żądzy, co, jak hydra, piła mu krew, szarpała szponami rozhukaną duszę.
— Zabawisz długo tutaj? — zagadnął Adam.
— Miesiąc. Mam interes.
— I pójdziesz potem? — szepnął, jakby do siebie mówił.
— Pójdę z tobą, albo sam!
— To i młody pan może z tobą przyjechał! — zwrócił Lachnicki rozmowę na inny temat. — Podobno razem byliście w Monachjum. Na artystę się kieruje i z Sarnecką żenić się zamyśla, słyszałem.
— Póki wasz młody pan przyjedzie, dużo wody upłynie! — zaśmiał się sardonicznie Rafał. — Byliśmy razem, cha, cha! zapewne już raz ostatni w życiu. Nacieszyliśmy się sobą dowoli! Ja tu przyjechałem bez niego, ale z jego narzeczoną!
Wstał, przeciągnął się powolnym, leniwym ruchem drapieżnego zwierzęcia. W podwójnem oświetleniu ranka i lampy, gibkie jego członki miały elastyczne ruchy dzikiej, głodnej żeru bestji. Zaśmiał się raz jeszcze. W śmiechu tym wszystko było, oprócz wesołości.
— Bywaj zdrów tymczasem! Idę już, — rzekł, sięgając po czapkę.
— Dokąd? Nie zostaniesz u mnie?
— W straży Rahozów! Nie. Jest przecie, sądzę, Schowankowa w miasteczku. Raz już pan Feliks zabawiał sąsiadów moim widokiem, jako strażnika, to dosyć!
Przez okno na podwórze wyskoczył i zniknął, jak widmo, jak pokusa i jak zwykle, zostawił za sobą gorycz i przygnębiające wrażenie.
Odszedł, ale zmora nie uszła, pokusa została, i jak puch marny, rozlatywały się resztki snów złotych, ostatnie gasły skierki utrzymywanych tak długo nadziei.
Bezwiednemi ruchy Adam okno zamknął, strzelbę ze ściany zdjął i na ramię zarzucił, ociężałym krokiem ruszył na swój zwykły obchód po leśnych rewirach.
Wierzchołki jodeł złocił świt promienny, w borze budziło się ptasie życie i napełniało ciszę świergotem, dzwonieniem. W człowieku, co szedł, zwiesiwszy głowę i opuściwszy ramiona, zagościła posępna jesień.
Czuł w sobie chłód i wycie listopadowego wichru i widział nagość drzew i słyszał szelest padających ostatnich liści i osnuwały go nici pajęczyn.
Jak to był zwykł, wychodząc z domu, przeżegnał się i pacierz chciał mówić, ale nie mógł. Słowa modlitwy umykały z pamięci, lub gmatwały się chaotycznie. Przestał i w myślach czarnych pogrążony, szedł, nieświadomy drogi i celu.
Gdy się opamiętał wreszcie i oczy podniósł, orjentując się w położeniu, spostrzegł, że stał na trybie wyciętej w gąszczu starodrzewiu, nad małem jeziorkiem, porosłem sitowiem i łozą, otoczonem łączką i dębami.
I przypomniał sobie, z powracającą falą rozpaczy, że tu właśnie, przed laty, budowali w myśli chatkę samotną i osiadali zdala od ludzi, ze szczęściem.
Jeszcze jedna z tysiąca złotych niteczek, które przędli w swych egzaltowanych głowach, w długich wycieczkach wakacyjnych po borze.
Z zakątkiem tym los się obszedł, jak z nimi.
Siekiery się wdarły do pustelni, wypłoszyły zwierzynę i ptactwo, tak niegdyś bezpieczne, odsłoniły bezczelnie tajemniczą polankę.
Adam patrzał i patrzał. Chciał się orzeźwić tem wspomnieniem dalekiem, zapomnieć o gryzącej trosce; ale czar, raz zerwany, nie dawał się nawiązać i, jak słowa pacierza, pamięć chwil wesela odbiegła go i wbrew chęci, powtarzać musiał tę prawdę nagą i ohydną:
— Za miesiąc, może prędzej, rzucisz to wszystko i precz pójdziesz, samotny na całe życie! Nie wyprzędą już ci Parki złotej nici, nie wskrześnie twój sen prześniony.
Młody człowiek wzdrygnął się.
— Nie, nie! — wyszeptał do siebie. — Nie pójdę... będę milczał.
Nie było to jednak silne postanowienie; był to strach tylko, marna obrona przed pokusą Radwana.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Rafał znalazł u Schowankowej to, co przed dwoma laty pożegnał; grubą gospodynię, Trudę zalotną, wybladłego wyrostka i dawnych gości oberży. Dostał alkierzyk na mieszkanie, wychodzący na wewnętrzne dziedzińce i ogrody, umówił się o wikt, żyda faktora posłał, żeby mu kupił konia, spytał o Ruprechta i legł nareszcie spać.
Zbudzono go o południu. Na gniadosza, którego mu żyd zachwalał, ledwie spojrzał, zapłacił co chciano i kazał go do stajni odprowadzić.
Pedagoga o jego bytności uprzedziło chyba przeczucie, bo już był, rozradowany, ożywiony i napadł go pytaniami o Franza i ukochaną Minnę.
Zasiedli obaj do piwa i obiadu u otwartego okna, z widokiem na rynek i dworską wysadę.
— Dobry punkt do obserwacji — zamruczał Rafał przez zęby ze złośliwym uśmiechem.
Gdy to mówił, pod oknem przesunęła się jakaś niewielka, zgarbiona postać, za nią z krzykiem i śmiechem biegło kilku obdartusów.
Po licach Radwana przeszło bezmierne zdumienie: wychylił się prędko przez okno i spojrzał za tą czeredą.
Potz Blitz! — szepnął sam do siebie. — A to co? Halucynacja?
— Ach, panie! — wzdychał Ruprecht żałośnie. — Więc pan z Monachjum prosto! O weh! I Minnę pan widział? Jakże ona wygląda? Franz, pisała mi, będzie uczonym. Czy też wspominają mię oni?
— Wasza synowa szwalnię ma podobno, a wasz Franz czeka, by pobudowali przytułek dla idjotów. Tam się ulokuje — odparł.
Ruprecht głową pokiwał.
— Braknie tam, braknie męskiej głowy i dłoni... — rzekł, starając się wyprostować i przybrać wyraz męskiej siły. — Pieniędzy tyle posyłam, a zamiast podziękować, coraz nowych żądają. Co pan myśli? A żebym ja do nich pojechał?
— Jak się podoba.... Wypędzą niezawodnie z domu.
— Co pan mówi? Gott erbarme! Całe życie im poświęciłem!
— To i cóż z tego? Ludzie tem się różnią od zwierząt, że znoszą dobrodziejstwo jak hańbę, a wdzięczności się wstydzą.
Znowu wyjrzał na rynek i poruszył brwiami.
— To jednak szczególne! — zauważył półgłosem.
Ale wnet nowa myśl mu przyszła, bo rozparł się na stole i, pochylając się ku Niemcowi, spytał szydersko:
— Na cóż? Gadają w waszym pałacu o małżeństwie pana Feliksa?
— Czekają lada dzień jego przyjazdu i zapewne jeszcze tego lata coś się stanowczego stanie.
— Pewnie! — potwierdził Rafał ze śmiechem.
— Nie pojedzie już więcej zagranicę.
— A bo i poco? Posiadł już wszystkie rozumy.
— Starzeje się nasz pan! — szeptał dalej Niemiec, uśmiechając się grymasem złośliwej małpy. — Okradają go na wszystkie strony i rozszarpaliby prędko te jego bogactwa, gdyby nie miał tego młodego Lachnickiego. Taki to dziwny człowiek! Zabićby się dał za Rahozów!
— Za to go pewnie oni zabiją! — rzekł niewyraźnie Rafał.
— Pan mówi?
— Nie do was.
Do oberży ktoś wszedł i zażądał wódki. Schowankowa podniosła protest i domagała się pieniędzy. Powstał spór i kłótnia, najeżona przekleństwami. Rafał się obejrzał.
— Cicho, babo! — krzyknął spojrzawszy na strój obdarty i mizerną twarz gościa. — Daj mu wódki, ja zapłacę.
Obdartus przyjrzał mu się i podszedł bliżej.
— Dziękuję panu! To tałałajstwo z naszej krwawicy się wzbogaciło, a teraz na panów się zapatruje! Och, te pany! Żeby im dobra Bóg nie dał!
Mizerny, łachmanami odziany, osiwiały i dziki, podniósł pięść chudą i w stronę dworu pogroził.
Still! Still! — zawołał Ruprecht lękliwie.
— Co ty mi będziesz przeszkadzał, Szwabie? — zawarczał człek zuchwale. — Gryszan milczał tam w lesie i w pańskiej kancelarji. Karczma nasza i ja teraz swój pan!
Kieliszek wódki wypił i w boki się wziął.
— To już nie służycie? — spytał Rafał, rzucając za niego monetę na szynkwas.
— Nie! Wygnał mnie, jak psa, ten błazen ze straży. I zaco? Za marną furę gałęzi, com szwagrowi dał. Wygnał! Poczekaj ty, farmazonie! Niechno ja opowiem, co wiem o tobie! Będzie ci gorąco i prędzej ode mnie wylecisz i dalej! Ha, ha! zobaczymy!
Ręką pogroził i wyszedł, trzaskając drzwiami.
So ein Lump! — oburzył się Ruprecht.
Czeszka zawtórowała mu ochoczo. Rafał się uśmiechnął, jakby uradowany.
— Gadaj, gadaj, — zamruczał. — Niech się to do dna wzburzy. W to mi graj!
Wstał i pożegnał Niemca. Potem się przebrał, konia sobie kazał podać i pojechał za rzekę w las i dalej. Gdy wracał, noc była głucha.
Nazajutrz, gdy Adam przyszedł go odwiedzić, zastał znowu z nogą już w strzemieniu.
— Dokąd jedziesz? — spytał.
— Na Cyterę! — odparł.
— Ty? żartujesz! Czyżby kamień mógł zakwitnąć?
— Może się rozpalić.
— Nie uwierzę nigdy w twą miłość.
— To wierz w nienawiść. Są to poniekąd synonimy.
Prowadząc konia za uzdę, szli razem przez rynek, ku mostowi.
Gdy mijali dom sądu pokoju, drzwi się rozwarły i na ganek wyszła gromadka ludzi.
Rafał spojrzał po nich obojętnie i stanął nagle.
— Znowu! Co u licha? — zaklął. — Widmo Brzezowej prześladuje mię już drugi raz!
Adam oczy podniósł i głową potrząsnął.
— Nie widmo to, ale ona sama... biedna ofiara!
— Co? To naprawdę Brzezowa? A ona się tu skąd wzięła?
Obadwa patrzyli w jedną stronę. Gromadka ludzi rozeszła się w różne strony, zmierzając do szynków i zajazdów. Przez rynek, z głową zwieszoną, potykając się na kupach śmieci i kamieniach, wlokła się i oddalała w przeciwną od nich stronę postać drobna i chuda, odziana w mantylkę zrudziałą i staroświecki pogięty kapelusz.
Miała w jednej ręce parasolkę połamaną, w drugiej woreczek kanwowy, z którego wyglądały papiery.
Jeżeli Rafał jeszcze wątpił, to go do reszty przekonał piesek obłocony i chudy, który za nią szedł kulejąc, ze spuszczonym ogonem i uszami.
Tak, ta wynędzniała żebraczka była to jego dawna gospodyni; ten pies nieokreślonego koloru, z przebitą nogą i zakrwawionem uchem, to był dawny, fertyczny, tęczowy Żuczek.
— Brzezowa? Tutaj?... — powtarzał Radwan, coraz więcej zdumiały. — Osobliwe! Co ona tu robi?
— Nic już nie robi... — rzekł Adam smutno. — Lampka, co jej w mózgu się paliła, zgasła... pamięć odbiegła. Spotkał ją najcięższy dopust Boży: pomieszanie zmysłów!
— Zwarjowała? No, mało jej do tego brakło i dawniej. Ale to mi nie tłumaczy, co ona tu robi?
— Przegrała proces. Gdy otrzymała wyrok, byłem tam jeszcze i przeraziłem się spokojem, z jakim ten cios przyjęła. Popatrzyła na papier i nie rzekła słowa, nie wydała z siebie jęku. Tylko tejże nocy poczęła pisać i pisać, niby skargi, niby prośby, bez sensu już. Wyobraziła sobie, że sprawę, kazano jej zacząć na nowo, od najniższej instancji; potem zdawało się jej, że staje przed sądem i broni swej krzywdy — i już taką została.
— A córka? Umarła? — zagadnął Rafał.
— Nie. Biedne dziecko! Bez młodości, zdrowia, szczęścia, tego wszystkiego, co każdy z nas miał choć chwilę w życiu! Czyśćcowy żywot od kołyski, znoszony z kamienną, martwą rezygnacją. Po tym ostatnim ciosie jednak wszystko się rozprzęgło. Lokatorowie się wynieśli, nędza straszna zagościła u nich.
— Żebyś to streścił trochę... Wiem i sam, że w takich warunkach dobrobyt nie rośnie. Nie wiem tylko, dlaczego dotąd nie poumierały z głodu. Ty ich utrzymujesz?
— Ja nie mogłem... sam rozumiesz. Napisałem tylko do panny Kazimiery, a ona, zamiast odpowiedzi, sama przyjechała z ojcem. Nie pojmuję, jak go namówiła, ale przyjechał, obejrzał wszystko i zgodził się zaopiekować tą nieszczęsną. Domek jej tu dał w miasteczku na mieszkanie i kilka korcy zboża rocznie. Resztę dokłada panna Kazimiera i ja, ile mogę. I kto, patrząc na tę dolę, będzie jeszcze na swoją narzekał!
— A córka?
— Uczy się. Tej wiosny tu była na tygodni parę, a potem ruszyła w świat, do Genewy na uniwersytet. Ach, żebyś ją widział! Z żalu nad takiem wyniszczeniem mnie łzy do oczu nabiegały.
— Osobliwość, że żyje. Anemja ją żarła i malarja. Nie sądziłem, by wytrzymała. Kamienny organizm! Ha, ha! Gotowa mnie wykierować na złego obserwatora i dobrnąć do celu!
— Nie wierzyłeś, by wytrwała?
— Naturalnie, że nie.
— Pocóż więc ją podniecałeś do walki?
— Przez prostą ciekawość medyczną.
— Wstyd ci! A jeżeli unieszczęśliwi ją twoja nauka?
— Każdy powinien mieć rozum dla siebie. A mnie co do niej?
— Kainowa odpowiedź!...
— Moja własna i zupełnie logiczna.
— I bez serca.
— Nie mówimy o sercu, ale o Brzezowej i Brzezównie. Żegnam cię tymczasem.
— Powiedz, dokąd jedziesz. Nie zdradzę zaufania.
— Może być, ale ja powiernice i powierników toleruję tylko w greckich dramatach.
— Gdzież się zobaczymy?
— U Schowankowej każdego rana, jeśli chcesz.
Siadł na koń i ruszył z kopyta do Sarnowa.
I tak każdego poobiedzia, potem i rano, jechał tą samą drogą codzień weselszy. Adam go raz spotkał o zmroku, wracającego do miasteczka i zaczepił.
— Skąd jedziesz?
— Z Cytery! — odparł po swojemu, a mijając go, nucił aryjkę operetkową.
Nie, on nie kochał Anielki! Serca nie miał, a krew jego burzliwa wrzała chęcią odwetu i piekielną radością coraz pewniejszego zwycięstwa.
Tydzień minął, a Feliks nie wracał. Potępieniec Danta, Paweł, występował cudownie piękny z ram obrazu Kazimierza, wkradał się do serca dziewczyny. Schwytała się na gorącym uczynku niepokoju, gdy spóźniał się, tęsknoty po odjeździe, drżenia serca, gdy w jej oczy zatapiał płomienne źrenice.
Feliksa polubiła powoli, jasnem uczuciem; Rafał ogarniał ją nagle, jak płomień, pożarem namiętności.
Kazimierz nic nie widział, oprócz swego przepysznego, nieocenionego modelu. Malował z lubością kochanka, wykrzykując zachwyty po włosku, po niemiecku, po francusku, nad świeżością rysów i karnacji. Dziewczę, przejęte i oczarowane, całowało kwiaty potępieńca i usypiało z jego imieniem na ustach, a rozkoszną nadzieją w sercu.
A Feliks wciąż się opóźniał, aż wreszcie w Sarnowie przestano go nawet wspominać, a wizytę w Rahoźnej odkładano z dnia na dzień.
Po przymusie całodziennym wracał Rafał do oberży, zrzucał maskę z odzieżą i w kurcie rozpiętej, rozparty po studencku, niedbały, pogardliwy, ziewając i kopcąc cygaro, spędzał wieczory w gwarnej izbie, wśród publiki nieokrzesanej, rozmawiając z Ruprechtem, lub grając w karty. Wtedy się czuł samym sobą i szydził w duchu z serca dziewczyny, z głupoty malarza i z całego świata.
Rano Adam go odwiedzał, ale w izbie siedzieć nie lubił, więc w alkierzyku Radwan zaspany i zniecierpliwiony połykał śniadanie, a leśniczy siadał u stołu naprzeciw i, podparłszy głowę, bił się z myślami, codzień bledszy i smutniejszy.
Naprzeciw tego okna, z małego domku, wychodziła codzień Brzezowa, przesuwała się, jak cień, przez podwórze i, utykając, nędzna i zbiedzona, szła wśród wrzasku rozpustnej dziatwy miasteczkowej do sądu.
Psina głodna, ten Żuczek stary, szedł zawsze za nią. Na ganku sądowym odpędzano go precz, i zostawał skurczony, zwinięty w kłębek, skowycząc czasem żałośnie, gdy go trafił kamień łobuza, i czekał cierpliwie długie godziny.
Brzezową znano już, więc jej nikt wstępu nie bronił. Siadywała w sądzie na ławce pod ścianą, dobywała z torby papiery i odczytywała je po raz setny. Gdy wywoływano nową sprawę, powstawała i słuchała chciwie, potem twarz jej kurczyła się zawodem, głowa opadała na piersi, a z oczu bezmyślnych, na papiery, trzymane konwulsyjnie, spadało łez parę i tak pozostawała do nowego wywoływania, do nowego zawodu.
Gdy sąd się zamykał i ludzie rozchodzili, wstawała jak automat, zbliżała się do stołu.
— Panie mój — pytała sędziego pokornie — a kiedy wezwą mnie i Zudrów? Czy prędko?
— Otrzymacie pozew! — odpowiadał urzędnik spokojnie, przywykły już do jej obłędu.
Wówczas wychodziła za innymi.
— Same ruiny, same ruiny! — szepnął raz Adam, patrząc z alkierzyka na jej kroki chwiejne i oczy zgasłe.
Rafał ramiona wzniósł w górę.
— Kto sobie ćwiek w głowę zabija, nie dziw, że mu wreszcie mózg przewierci!
— A jednak psychjatra mi mówił, że każdy ma taki ćwiek, ma punkt, na którym można zwarjować.
— To go nie wbijać, ale wyrywać, póki czas.
— Nie wiem, co gorzej boli? — rzekł Adam zmęczonym głosem.
Tu Rafał przestał pić kawę i spojrzał na niego bystro.
— Ty oddaliłeś strażnika Gryszana?
— Ja. Kradł i zwierzynę sprzedawał.
— No, to on cię zdradzi za to.
— Zdradzi? Co?
— Ano, twój stosunek z pańską córką. Onegdaj odgrażał się z tem u Schowankowej na sali.
Lachnicki zbladł śmiertelnie.
Więc już po karczmach wspominają Kazię z jego powodu, pijane usta włóczą ich miłość przejrzystą! Ohyda i wstyd porwały go za gardło i dławiły. Z bladego stał się czerwonym, purpurowym od krwi, co mu się rzuciła do oczu i skroni. Nie mógł wymówić słowa.
— Warto, żebyś uprzedził tę denuncjację! — zaśmiał się Rafał po swojemu. — Bo jeśli po tej wieści z ust Gryszana nie padnie trupem sam stary, to niezawodnie ciebie zabije.
— Ach Boże! — zajęczał Lachnicki, chwytając się za głowę.
— Produkcyjne są te jęki! — burknął Radwan. — Ciekawym jednak, czyś swą sprawę posunął choć o krok przez te dni dziesięć, co tu bawię.
— Mówiłem już z panną Kazimierą — szepnął Adam. — Prosiła, żebym się nie narażał na gniew pana. Ach! Ona, ten mój anioł biały, ona gotowa żywot cały cierpieć, byle mi goryczy oszczędzić!
— Więc czekajcie zemsty Gryszana, pijaka.
— Nie, nie, to niepodobna! To ohydne! Trzeba kończyć, trzeba wszystko kończyć i ginąć!
Głos jego skonał złamany i długi czas milczeli.
Rafał kalendarzyk dobył z kieszeni i coś liczył, kreśląc w nim czerwone linje.
Zum Menker! — zaklął pod wąsem. — To już trochę za długo tej głupiej komedji. Czas i mnie kończyć, bo mię tu nuda pożre! Gdzie u licha siedzi ten błazen? — Wstał i niecierpliwie kopnął nogą krzesło. — On mi nie przestanie dokuczać zawsze i wszędzie, aż go nie stanie chyba! — wyrzucił z siebie z dziką wściekłością.
Adam, jak ze snu obudzony, podniósł głowę.
— Gniewasz się na mnie? — spytał łagodnie.
— Pytam, kiedy twój młody dziedzic się ukaże?
— Nie wiem. Oczekują go codzień. Dziwnie się opóźnia w tym roku.
— Umyślnie. Żeby moją cierpliwość doprowadzić do ostatecznych granic.
— Masz do niego interes?
— Mam stare rachunki do uporządkowania przed odjazdem w świat.
— W świat! — powtórzył Adam, jak lunatyk. — I weźmiesz mię z sobą?
— Wolnego, tak i na zawsze!
— Na zawsze, a pewnie! Do czego mi wracać i do kogo!
Posiedział jeszcze chwilę milczący, potem wyszedł, zataczając się, jak pijany.
Za nim Rafał popatrzył drwiąco i zawołał na Trudę, by szła na plebanję po róże, które z sobą zawsze wiózł do Sarnowa.
Ton jego rozkazu był niecierpliwy i złośliwy, jakby chodziło o splatanie komu figla.
Po południu gniadosza siodłać kazał i, wyświeżony, z maską swobodnej uprzejmości na twarzy, z różą u klapy surduta, wyszedł przed oberżę.
W tejże chwili, na środku placu zgiełk się podniósł i zbiegowisko ludzi skupiać się poczęło i śmiać.
Młody człowiek, prowadząc wierzchowca za cugle, zbliżył się, rozepchnął gapiów, zajrzał do wnętrza gromady.
Tam, na kupie śmieci, twarzą do ziemi, leżała Brzezowa bez ruchu. Piesek wystraszony przypadł do niej, tuląc się przed pociskami urwisów.
Padały na niego, jak grad, trzaski, zlepki zeschłego błota, grudki cegieł. Niektóre, zamiast w niego, trafiały w leżącą nędzarkę i pokrywały ją kurzem i śmieciem.
Po każdym trafnym pocisku pies podnosił się na tylne łapy i opadał znowu, wyjąc żałośnie. Gawiedź bawił ten rodzaj sportu: śmiano się.
— Umarła ona! — zawołał Rafał, przeciskając się bliżej i tak przejęty, że aż na jego twarz zimną wybiła się odraza i przykrość.
— Nie, to tak ze strachu przyczaiła się! — odparł drab w poplamionym surducie, szczerząc szeroko zęby.
Młody człowiek wyrostka, podnoszącego w górę garść potłuczonych skorup, za kołnierz porwał, wstrząsnął i w tłum rzucił.
— Bydło! — krzyknął wściekle, tnąc drugiego szpicrutą przez plecy.
Odskoczyli wszyscy, a jednocześnie rozstępowali się i szept pobiegł z ust do ust:
— Panienka, panienka!
I nagle, jakby ich wiatr zdmuchnął, rozpierzchli się na wsze strony, a Rafał, ledwie spojrzawszy na pannę Kazimierę, pochylił się nad leżącą i dźwignął ją na ręce.
— Co to się stało? — zawołała zdyszana panienka.
— Bydło! — powtórzył raz jeszcze.
Oboje teraz pochylili się nad staruszką, którą młody człowiek, przyklęknąwszy, o siebie oparł, obejmując ramieniem.
— Truda, wody! — krzyknął donośnie, dotykając pulsu i skroni i oglądając ją okiem doktora.
— Musiało ją słońce porazić! — rzekł wreszcie do Panny Rahozówny, która, z rąk Trudy przyjąwszy wodę, zmywała twarz staruszki, śmieciem poplamioną, wykrzywioną dziecinną żałością, tragiczną w otoczeniu zburzonych siwych włosów, z wyrazem tym okropnym.
Wreszcie rozwarła swe oczy błędne, powiodła niemi wkoło i uśmiechnęła się dobrotliwie.
— Upadłam, panie mój, upadłam! Tyle bo drogi odbyłam za tym procesem! Przepraszam mojego pana!
Mówiła to, patrząc już przed siebie w próżnię, i spróbowała stanąć, ale się osunęła znowu.
Ręce jej poruszały się niespokojnie, chcąc podnieść torebkę i parasolkę. Żuczek lizał te biedne ręce i, jakby jej pomóc chciał, podskakiwał.
— Przepraszam mojego pana. Wdowa ja teraz i skrzywdzona, ale to nic! Jest sąd na krzywdę, jest, a ja go się doczekam, wspomni pan moje słowo.
Rafał wziął ją na ręce, jak dziecko, cały czerwony od nieznanego sobie wrażenia i, zwracając się do panienki:
— Gdzie jej dom? — spytał głucho.
Panna Kazimiera wzięła torbę i parasolkę, poszła przodem, a staruszka dała się nieść i mówiła:
— Żartuje mój pan, żartuje! Nie czas mnie jeszcze w górę podnosić. Ale to przyjdzie. Wdowa Brzezowa pójdzie wysoko, wysoko! Wszystko jej wrócą, wszystko zapłacą, a Zudrowie nędzni będą, podli będą, pognębieni będą! Doczekam się, jest sąd, tylko niema dotąd mojej kolei! Niema.
Zamilkła. Na rękę Rafała, którą ją podtrzymywał, spadła gorąca kropla, potem druga i trzecia. Wchodzili na próg domostwa.
Stara sługa, opłacana przez panienkę, podniosła lament. Posłano ją po doktora, a Rafał swój ciężar złożył na posłaniu i podczas gdy panna Kazimiera rozbierała ją z kapelusza i mantylki, stał i patrzał z brwią ściągniętą i dzikim błyskiem oczu.
— I są głupcy, co świat ten cenią i ludzkość szanują. Niech tu przyjdą i popatrzą! — zawołał wybuchając.
Panna Kazimiera pogodne swe oczy podniosła ku niemu.
— A przecie żyć i pracować trzeba, a nienawidzieć nie wolno, bo może my wobec Boga najgorsi! — rzekła zcicha.
Rafał bystro na nią spojrzał.
— Za to też was kocha ten lunatyk. Dobraliście się w korcu maku! Bóg — wynagrodzenie za wszystko!
Panienka zarumieniła się i zamilkła chwilę. Potem znowu ogarnęła go tem spojrzeniem swem jasnem i uśmiechnęła się łzawo.
— Pan, gdy wszystko wie, dlaczego się dziwi? Coby zostało cierpiącym, gdybyście nam Boga wzięli? Znam pana z opowieści pana Adama. Jednych nawraca pieśń tylko, innych grom. Panu gromu trzeba i dlatego serdecznie żałuję pana! To pana gniewa? Przepraszam, alem panu bardzo życzliwa, choć się tak mało znamy!
Drzwi się rozwarły, wszedł doktór. Znał Rafała z wieczorów w oberży, a Kazię od dziecka.
Chorą obejrzał i ręką machnął.
— Nic jej nie będzie. Przydusiło ją gorąco w sądzie, potem przypiekło słońce. Lód, parę synapizmów, orszada i spokój. Idjoci mają twarde zdrowie. Jutro będzie Zudrów procesować!
Pogadał chwilę i odszedł.
Rafał też za czapkę brał, gdy drzwi się znowu rozwarły i wszedł Adam.
— Twój koń mnie nastraszył. Złapałem go koło leśniczówki i bałem się wypadku. W oberży objaśniono mnie. Jakże ta nieboga?
— Doktór spokojny — odparła panna Kazimiera. — Zostanę tu jednak do wieczora, aż się nie polepszy.
— Zostań i ty, Rafale! — poprosił chłopak.
Radwan zrozumiał, że pod jego strażą i oni oboje będą mogli być razem i, pomimo drwiącego uśmiechu, został. Wolał to, niż wizytę w Sarnowie.
Przy łóżku chorej przesiedzieli kilka godzin.
Rozmowa jednak nie szła gładko. Tamci bali się jego sarkazmów, a on wyjątkowo posępny, rozglądał się po pustych ścianach mieszkanka, po sprzętach nielicznych i ubogich, po tej ruinie człowieczej i kipiał wściekłością.
O zmroku ledwie ocknęła się biedna ze swej martwoty. Spojrzała wokoło i zatrzymała zgasłe oczy na Rafale, który siedział najbliżej.
— Chorowałam, panie mój — zaczęła mówić po dawnemu prędko. — Trochę się zmęczyłam i dobrzy ludzie podnieśli, słyszę. Dziękuję panu doktorowi, że mnie odwiedził.
— Nie poznaje mnie pani? — spytał, pochylając się.
Oczy jej zamrugały i na sekundę nabrały stalszego wyrazu, wnet jednak zagasły znowu.
— Poznaję, panie mój, poznaję! Tylko mi oczy popsuły te papiery i druki, więc nie dojrzałam narazie. W Ochajnach raz ostatni widziałam pana mojego! W zły dzień, jak nas z oficyn Zudry wygnali! Przypomniał sobie pan starą znajomą! Dziękuję, dziękuję! Na obiadek proszę. Dawno pan z naszych stron? Cóż tam słychać? Stoi jeszcze stara kuźnia przy drodze i kasztany czy żyją?... Ach, panie mój, jak to daleko i ciężko tam wrócić! Może pan Zudrów widuje? Proszę ode mnie powiedzieć, że znajdę taki sąd, co krzywdę moją oceni i za mną prawo przyzna!
Kazia, bardzo blada, słuchała z bezmierną przykrością tej mowy bezładnej. Pochyliła się do niej.
— Może panią co boli? — spytała.
— Ach, to ty, Leonka! Wróciłaś przecie! Doczekać się ciebie nie mogłam. Boli! Pewnie, że boli, ale to nic. Przejdzie! Byłaś u Chruścickiego?
— Może pani głodna?
— Pewnie, że głodna i Żuczek głodny. Herbaty mi, dziecko, przygotuj, bo długo pisać będę. Może jutro pozew przyjdzie, trzeba być gotową!
Piesek, słysząc swe imię, wspiął się na łóżko i skomlał żałośnie. Panna Kazimiera wyszła do kuchenki, a mężczyźni siedzieli milczący, nie śmiejąc się poruszyć.
— No i gdzie wasz Bóg — spytał nareszcie Rafał półgłosem, gorzko.
Adam głowię zwiesił.
— Cierpliwy, bo nieśmiertelny! — zacytował wreszcie cicho.
Pod oknem rozległy się kroki i ktoś drzwi otworzył.
— Proszę jasnej panienki! — ozwał się głos lokaja.
— Czego chcesz? — spytała, podchodząc.
— Jasny pan przysłał konie. Jasny panicz przyjechał.
Rafał podskoczył i w ciemności oczy jego mignęły zielono, jak wilcze.
— Nareszcie! — mruknął przez zęby.
Panienka śpiesznie dawała zlecenia służącej i żegnała się. Adam ją przeprowadził.
Gdy powrócił, zastał Rafała u okna.
Wyglądał rozpromieniony i szczęśliwy.
— Bywaj zdrów, albo chodź ze mną. Wypijemy ponczu u Schowankowej. Wesół jestem.
— Dlaczego?
— Kończy się mój czas próby!
— Jakiej?
Radwan za czapkę wziął.
— Idziesz?
— Nie. Zostanę przy tej biednej.
— No, to się nie dowiesz. Do widzenia.
Nie spojrzał na Brzezową, ogarnięty już inną myślą, i wyszedł gwiżdżąc.
Na dworze wyprostował się i wstrząsnął, jakby go dreszcz przeniknął.
— Łatwiej nawet w ich Boga uwierzyć, niż udawać dwa tygodnie. To nie moja specjalność. Brr! Jakie to męczące! Trzeba kończyć, bo nie wytrzymam.



IX.

Czerwone, mgliste słońce wzeszło nad Rahoźną.
Ranek nie dał kropli rosy, powietrze było ciężkie i duszące, a zbierające się oddawna nad lasami chmury groziły długo spodziewaną, straszną, lipcową burzą.
Od przyjazdu Feliksa upłynął tydzień spokojny. Rafała nie widywano nigdzie. Po całych dniach siedział u Schowankowej i czatował, jak pająk w środku sieci, wyglądając oknem na drogę dworską i rynek. Ruprecht przynosił mu co wieczora wieści z pałacu, a dwa razy widział sam, że Feliks przejeżdżał do Sarnowa i zpowrotem. On czekał, jak górnik, co, zapaliwszy saletrzany lont miny, czeka wybuchu.
W ów ranek, przed burzą, wyruszył wreszcie, konno w stronę lasu. Wiatr się już zrywał i kręcił piasek po drodze, płuca, pomimo wczesnej pory, wciągały z trudnością suche i gorące powietrze.
Pomimo to Rafał wyglądał ożywiony i wesół. Gniadosza popędzał do prędkiego biegu i, jak huragan, wpadł do leśniczówki Adama.
Lachnicki, sczerniały i zżarty przez ciągłą troskę i walkę, spotkał go na progu chaty i spojrzał na niego z wyrzutem.
— Czyś taki rad z mego nieszczęścia? — spytał.
— Ozon w powietrzu działa na mnie alkoholicznie! — odparł Rafał, wprowadzając konia do stajenki. — Odjeżdżam dzisiaj!
— Już!
— Zdaje mi się, że pora! Trzy tygodnie mija; za tydzień mamy z Bertem wyruszyć już razem.
— Pójdę i ja z wami!
— E, ja i dnia więcej czekać nie myślę.
— To też dzisiaj pójdę do pana Rahozy. Wypędzi mnie i sponiewiera, wiem to. Tymczasem chciałbym z nią spędzić te kilka godzin. Nie zobaczymy się na ziemi już nigdy.
— Więc idź. Ja tu do trzeciej zabawię, potem pojadę na godzin parę za interesem i wrócę. Czekać ciebie będę do siódmej, potem w drogę! Nie będzie nam, sądzę, ciemno, błyskawice przyświecą!
Oczy mu się paliły żądzą wymarszu na bezgranicze, na swobodę i dziką fantazję.
— Pieszo pójdziemy?
— Naturalnie. Nienawidzę kolei!
— Wrócę na czas, o! I wcześniej jeszcze. To tak łatwo i prędko panu Rahozie mnie na proch zetrzeć i zgubić na wieki! Nie będziesz czekał długo.
Westchnął i ruszył przed siebie krokiem automatu.
Rafał na zwalonej kłodzie u drogi siadł i, zapatrzony na mrówki, uwijające się w mchu, pozostał zgarbiony i bezczynny.
Podniósł oczy dopiero na bliskie kroki i spotkał się z wzrokiem Feliksa.
Młody Rahoza wyglądał chmurny i zmartwiony.
Z rękoma założonemi w tył, a wzrokiem utkwionym w ziemię, ujrzał dawnego towarzysza, gdy się prawie już otarł o niego i stanął.
— A, to ty! — zawołał, starając się przybrać swobodny wyraz twarzy. — Zdziwiony byłem bardzo, gdy mi Sarnecki powiedział, że przyjechałeś jednocześnie z nimi.
— Razem z nimi — poprawił Rafał spokojnie.
— Mniejsza o wyraz! Kazimierz w rozpaczy, żeś nie był tam już tydzień. Może dzisiaj pojedziesz?
— Może — spojrzał na chmury.
— Bo i ja będę po południu, choć grozi straszną burzą.
— To i dobrze. Zbierało się na nią oddawna.
Feliks obejrzał go od stóp do głowy.
— Ależ, filozofie, nie poznaję ciebie. Pozujesz na eleganta. Czy to dla Trudy z oberży?
— Mniejsza o wyraz. W każdym razie dla mojej kochanki.
— Ach, tak. Masz kochankę! Winszuję! Cywilizujesz się widocznie.
— Mając przez tyle lat taki przykład żywy, jak ty, musiałem się wykształcić.
— Bardzo mi przyjemnie. Gotówem ci zawsze służyć w tym celu. Długo jeszcze zabawisz?
— To ode mnie nie zależy.
— Cha, cha, cha! Od twojej kochanki zatem?
— Nie, od wypadku, jak świat cały.
— Zaczynasz filozofować. Zmykam! Mam nadzieję, że się spotkamy jeszcze.
— Niezawodnie.
Spojrzeli sobie w oczy; Feliks spróbował się uśmiechnąć, ale dobry humor nie przychodził na zawołanie. Zawrócił się na obcasie i odszedł.
Za nim Rafał się podniósł. Burza gdzieś w oddali się zrywała i szła, hucząc; chmury zgęszczały się już nad Rahoźną żółto-bure, złowieszcze. Po szczytach boru wicher już poczynał hulać i z czarnych tych głębi szło ponure wycie.
Tumany piasku wzbijały się z drogi, porwane w szalony ruch wirowy. Gdzieś tam na skraju horyzontu padł pierwszy piorun, jeszcze głuchy, jak sygnał walki przyrody.
Machinalnie Feliks się obejrzał. Rafał stał w miejscu i patrzył za nim.
I raz pierwszy w życiu pomyślał, że chłopak ten wyniosły i piękny, był jakby duchem huraganu i zniszczenia. Wśród poczynającej się walki stał wyprostowany i urągał wichrom. Na jego mizerną twarz rzucały chmury cień posępny, a w oczach miał ognie, zapalające się nagle i ginące w chwili jednej, jak jaskrawe smugi błyskawic.
Burza szła do niego, a on ją witał, jak siostrzycę. Feliks głową pokręcił, kapelusz nacisnął na oczy i ruszył dalej, borykając się z wichrem.
Rafał jeszcze czekał. Burza teraz szła szalonym pędem, jak stado rozhukanych koni; szerokiem skrzydłem objęła Rahoźnę, pola i bór, tylko tam, nad Sarnowem, jak ostatnie wspomnienie słońca, został brudno pomarańczowy rąbek, obrzeżający sine obłoki, nad Rahoźną już była noc i groza huraganu. Grom padał za gromem, a w głębiach boru łączył się z łoskotem piorunów i wichrem trzask walących się olbrzymów i wreszcie deszcz lunął strumieniami, przenikając do nitki stojącego wciąż Rafała. Wówczas on się poruszył, ale się do chaty nie schronił, tylko na zegarek spojrzał, konia ze stajenki wyprowadził i ruszył z kopyta na ten rąbek słońca za lasem.
Tuż obok niego piorun trafił w szczyt świerku z ogłuszającym łoskotem i, wężykiem zbiegając ku ziemi, zrył drzewo żywą szramą.
Gniadosz stanął, jak świeca, chrapiąc dziko.
Jeździec ciął go szpicrutą między uszy, pognali szalonym pędem, naoślep.
A twarz Rafała w tem rozpasaniu żywiołów miała wyraz rozkoszy i wielkiej szczęśliwości. Jego to była muzyka, jego biesiada!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tak, w Sarnowie była cisza. Nawałnica jakby pożałowała białego dworu i kwiatów Anielki: deszczem je zrosiła i poszła dalej.
— Nie było pana cały tydzień! — szeptał cichy, gorący głos dziewczynki w altanie z powojów i caprifolium, gdzie ją zastał Rafał.
Kazimierza nie było. Ustrojony w płaszcz nieprzemakalny, poszedł z teką i parasolem w ślad burzy. Chciał ją schwycić i przenieść na płótno w szale i zniszczeniu.
Dzieweczka wymówiła to powitanie bezwiednie. Może nie chciała tak właśnie powiedzieć, lecz się serce rwało ku niemu i tak tęskniła przez ten tydzień.
Stali pod zieloną ścianą altany, ona ze spuszczoną głową, onieśmielona, drżąca; on, trochę roztargniony, natężając słuch, czy wśród dalekich grzmotów nie rozróżni tętentu konia.
A gdyby ten, ten drugi, odłożył wizytę, zastraszony deszczem?
Nie, delikatne ucho Rafała musiało coś dosłyszeć. Wyraz niepewności znikł z twarzy, oczy spoczęły na pochylonej głowie Anielki.
— Czułem się niepotrzebnym, pani! Obraz już prawie gotów i Feliks Rahoza powrócił.
— Cóż on mnie może obchodzić? — szepnęła.
— On, wszak jest pani narzeczonym!
— Pan Feliks? — Podniosła oczy na Rafała, lecz wnet je spuściła. W rączkach bezwiednie kręciła biały kwiatek caprifolium. — Nie kocham go i nigdy nie pokocham. On mi jest niczem!
— Dlaczego, pani?
— Bo kocham już.
W oddali żwirową ulicą ktoś szedł ku altanie. Szedł lekkim, elastycznym krokiem, nucąc zcicha piosenkę.
— Kogo, Anielko? — głos filozofa drżał.
Byłoż to uczucie, czy tryumf, czy niecierpliwość? Dziewczynce dźwięk ten wkradał się do serca, jak pieśń niebiańska.
— Kto tym szczęśliwym? — pytał, a jednocześnie otaczał ją wpół.
Podniosła rękę, jakby się bronić chciała, lecz już ręka nie słuchała woli, miłość zmogła wrodzoną wobec niego nieśmiałość. Objęła szyję młodego człowieka, główką przytuliła mu się do piersi.
Zapanowało długie milczenie. Serce jej kołatało mu pod ręką; oddychała ciężko, rozmarzona, kochająca.
Pochylił się ku niej i, biorąc kwiatek z ręki, zajrzał namiętnie w oczy.
— Pocałuj mię! — szepnął niewyraźnie.
Leniwie jakby, ciężko podniosła skroń z jego ramienia; koralowe usta spoczęły na wargach Rafała...
Sploty caprifolium i powojów u wejścia rozdzieliły się w tejże chwili. W otworze stała smukła, zgrabna postać Feliksa.
Wszedł wesół, uśmiechnięty, ze swobodnem słówkiem powitania na ustach. Skamieniał. Twarz pokryła mu się szkarłatem i zbielała natychmiast, jak kwiaty wiciokrzewu. Ręka ścisnęła mu się w pięść. Szarpnął gałęzie gwałtownie.
— Ach!... — wybiegło mu z ust mimowoli.
Na ten okrzyk Anielka drgnęła, wyrwała się z uścisku, fala żywej krwi okryła ją szkarłatem; jak spłoszona sarna, rzuciła się uciekać.
Machinalnie Feliks usunął się nabok. Dziewczynka wyskoczyła do ogrodu, zapadły za nią wonne sploty. W altanie nikt się nie odzywał przez chwilę. Rafał pobieżnie spojrzał na intruza i, jakby nic nie zaszło, rozparł się niedbale na ławce i zapalił cygaro.
— Mógłbyś na swe odwiedziny wybierać stosowniejszą porę i bawić kolegę malarza, zamiast mi tu przeszkadzać! — ozwał się wreszcie chłodno i spokojnie.
Feliks to bladł, to czerwieniał; otwarta jego twarz mieniła się wszystkiemi wyrazami wstydu, upokorzenia, żalu, zazdrości i gniewu. Zębami gryzł wargi, w pierwszej chwili chciał płakać, potem wściekłość stłumiła inne uczucia i skoczył do Rafała.
— Słuchaj, ty! Jakie masz prawo całować ją? Gadaj!
— Nie mam wcale ochoty gadać z tobą... Cha, cha! Przywykłeś zanadto do tryumfu! Nie wszystko się jednak bierze tą bronią, co turnerskie prezesostwo!
— Zdrajco nikczemny! — krzyknął Feliks, postępując krok naprzód.
Ręka Rafała sięgnęła powoli do kieszeni surduta, lecz spuścił ją po chwili namysłu.
— No, no, no! Powoli, mój mały! — rzekł pogardliwie. — Niema tu dla kogo układać retoryki. Radzę ci w milczeniu strawić porażkę. Dziewczyna moja i do ciebie pewnie nie wróci. Poszukaj sobie innej!
— Pierwej mi tę płać! Słyszysz? Ja ci tego nigdy nie daruję?
— Alboż ja cię proszę o darowiznę? I owszem, obrachujmy się. Tylko teraz, w cztery oczy ze mną, nie zwyciężysz twoją ulubioną bronią. Tu trzeba trochę ołowiu i dużo krwi, mój panie! Cha, cha! To cię może ostudzi? Co?
Pomimo pozornego chłodu i szyderstwa, głos miał schrypnięty i głuchy, a twarz zmienioną szałem.
— Milcz i dawaj broń jaką! — wrzasnął Feliks, drżąc cały. — Nauczę cię, jak mi podstępnie bałamucić narzeczoną! Nauczę cię!...
Głosu mu nie stało.
Va bene! Chodźmy! — odparł Rafał, ruszając ramionami. — Poco tyle próżnej gawędy?
Wyszli z altany. Burza szalała nad Rahoźną. Gromy biły raz po razie, jak salwy armatnie, błyskawice kreśliły na czarnych chmurach, jakby litery tajemniczego pisma.
Obadwa dosiedli koni i ruszyli w stronę lasu, milcząc.
Wicher z deszczem siekł im twarze; droga w dół ku rzeczce była łożyskiem strumienia; wierzchowce, gnane prętami, sadziły przez zwalone pnie i gałęzie, obryzgując je wodą i błotem.
Minęli galopem straż, u ostatnich drzew boru stanął Rafał. Rahoźna, w tuman deszczowy owinięta, leżała przed nimi. Wskazał na nią.
— Może ci szkoda dziedzictwa? — spytał sarkastycznie.
— Milcz i kończmy! — krzyknął Feliks. — Masz rewolwer?
— Mam. Bierz go, a mnie daj swój!
Feliks dobył broń z kieszeni siodła i podał. Zeszli nad sam brzeg rzeki, puszczając konie na los szczęścia.
— Szkoda, że niema leśnych dzwonków teraz... — śmiał się wciąż Radwan. — Mam zato caprifolium od mojej kochanki! Ty lubisz romantyczne cele. Patrz! Zatykam go w klapę. Wtłocz mi go pod obojczyk...
— Łżesz! — wybuchnął Feliks. — Ona nie była, nie jest i nie będzie twoją kochanką! Masz za to, żeś śmiał to powiedzieć.
Zmierzył niepewną ręką i targnął za cyngiel. Strzał padł, ale przeszedł ponad głową Rafała i utkwił w pniu świerku.
— Cha, cha, cha! Czy nie byłeś prezesem na jakim zjeździe strzelniczym? Kwalifikujesz się na króla kurkowego! — szydził Radwan.
— Strzelaj! — wyjąkał nieprzytomnie Feliks.
— Nic nie nagli... Pamiętasz, jakeś dowodził, że trafiam przypadkiem! Będzie źle, gdy ten przypadek dziś się powtórzy. Nie będę mierzył do czapki, ale w bok lewy tym razem.
— Strzelaj! — wrzasnął desperacko Rahoza.
Rewolwer się podniósł. Wzdrygnął się chłopak przed czarną lufą, szczęki się zacisnęły nerwowo. Może mu błyskawicą myśli przeszło wspomnienie szczęścia i wesołego żywota, bo zbladł bardzo.
Rozległ się wystrzał. Sekundę stał jeszcze i nagle się zwalił na twarz, wyciągając bezwiednie ramiona. Z lewego boku bluznęła krew obficie i wsiąkała w mokry piasek. Zajęczał parę razy i ucichł na wieki.
Minuta minęła, długa, jak wieczność. Zabójca stał nieruchomy, jakby się sam dziwił trafności swego strzału; potem pochylił się nad leżącym, posłuchał oddechu, rzucił rewolwer o ziemię, dobył swój z bezwładnej już dłoni zabitego i odszedł spokojnie ku drodze.
Wierzchowiec jego stał opodal pod drzewem, złowił go, dosiadł i ruszył ku miasteczku.
Twarz jego straciła wyraz podniecenia i tryumfu, była już, jak zwykle, twarda i ponura... Wyrzutów nie doświadczał; w głębi jego duszy odzywała się tylko nieokreślona nuda i niesmak. Doznawał uczucia pijaka, który się wytrzeźwi, szulera, gdy zostanie bez grosza, lekkomyślnika nad rankiem, po nocy szału.
Przed oberżą zsiadł z konia i wszedł do izby. Pusta była, tylko Ruprecht wyglądał oknem, a ujrzawszy go, podbiegł prędko z miną tajemniczą.
O Herr Je! O Herr Je! — szeptał przerażony. — Takiego dnia nie przeżyłem drugiego! Same awantury, sceny.
Rafał obojętnie ręką machnął i wszedł do alkierza. Ruprecht, nieproszony, wcisnął się za nim.
— Niech pan posłucha! — prawił, zamykając drzwi i drepcąc za młodym po izdebce. — Dziś rano pan zawołał syna i oznajmił mu, że z Sarnecką żenić się nie pozwoli. Czemu? Co? Ho, ho! Stary chytry! Przewąchał, że artysta przeszastał zagranicą fortunę i majątek wisi na włosku. Zabronił amorów stanowczo! Młody wtedy wymówił posłuszeństwo, krzyczał, warjował i zapowiedział, że dlatego właśnie dzisiaj jeszcze się oświadczy i ożeni, z wolą, czy bez woli ojca. Sądny dzień nastał, bo i baronowa trzymała ze starym. Młody, ani rozkazów, ani próśb, ani perswazyj słuchać nie chciał; wyleciał z domu i przepadł, zagroziwszy, że się zabije. Pan wtedy wpadł w pasję i nakazał mu, żeby wracał do domu posłuszny, albo wcale nie. Gott im Himmel! Co to za naród! Co to za obyczaje! Nie mogłem patrzeć i słuchać!
Rafał pakował swe manatki w ręczny tłomoczek i nie zdawał się słuchać tej gawędy, zajęty swą robotą i myślami. Ruprecht gadał dalej, gestykulując:
— Myśli pan, że to koniec? To dopiero początek... To było rano; o południu przyszedł ten łotr Gryszan i prosił o posłuchanie. Pan go przyjął w kancelarji... minutę, może dwie, potem powstał tam krzyk, zawołał służby, kazał człowieka tego wyrzucić za drzwi, a taki był straszny, że aż struchlałem! Nic nie mówił chwilę, tak mu usta drżały, a potem krzyknął: „Sprowadzić mi tu Lachnickiego!“ i zamknął się znowu w pokoju. To dzień, panie, to dzień! Burza wybuchła, Lachnickiego nigdzie nie mogli znaleźć, aż go spotyka wychodzącego lokaj... wie pan skąd? Z mieszkania panny Kazimiery! Gott im Himmel! Słyszał pan? Z mieszkania córki dziedzica — leśniczego! Widziałem na własne oczy, jak pod oknem szedł, bardzo blady i wszedł do kancelarji.
Rafał podniósł nareszcie głowę.
— No, a wyszedł stamtąd żyw?
— Nie wyszedł... wyleciał. Pan Rahoza za kark go wyrzucił, nazywając okropnemi wyrazami. Chłopiec opadł w sieniach i okrwawił się, potem wyszedł bez słowa, a pan poszedł do panienki. Nie wiem, co się tam działo, bo uciekłem. Nie uważałem na deszcz, na pioruny; przybiegłem tutaj panu się wywnętrzyć. Panie, ja te dzieci uczyłem niemieckich cnót i cywilizacji, wpajałem w nie kult wyższości, zamiłowanie do wzniosłych czynów i poezji. I oto co wynikło! Syn grozi ojcu, córka w stosunkach poufałych ze sługą. Co to za kraj! Jakie to umysły! Gott erbarme!
W tej chwili uchyliła Truda drzwi.
— Warjatka przysłała do pana! — rzekła z umizgiem, śmiejąc się zalotnie do młodego człowieka.
— Brzezowa? — spytał zdziwiony.
— A tak, przysłała służącą.
Rafał wziął tłomoczek na plecy i wyszedł do sali.
— Poczekam na pana... — rzekł Ruprecht.
— Czekaj — zaśmiał się dziwnie, — a żebyś się nie znudził, jak się spóźnię, masz cygara; a ty, Truda, lej mu piwa na mój rachunek. Bywajcie zdrowi!
Zaśmiał się raz jeszcze i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Musiał bardzo nisko schylić głowę w drzwiach Brzezowej; gdy ją podniósł, stał oko w oko z Kazią.
— Gdzie on? — spytała bez żadnego wstępu, cicho.
— Nie wiem! — odparł. — Ma na mnie czekać w straży. Ruszamy za godzinę w świat!
— Tak. Mówił mi. Przepraszam, żem tu pana sprowadziła podstępem, ale chciałam prosić, żebyś go pan nie opuścił tam, daleko! On taki samotny!
— tem lepiej. Będzie mu lżej umierać!
Spazm bólu przebiegł rysy dziewczyny. Oczy pełne łez wzniosła ku temu kamiennemu obliczu potępieńca.
— Niech pan mu nie da samemu cierpieć! — szepnęła. — Proszę mu, sierocie, być bratem i przyjacielem!
Przez oczy jego przeszła dziwna łuna.
— Czy pani wie, kto ja jestem? — spytał krótko.
— Wiem, że on pana kocha, pomimo wszystko!
Zamilkł i z brwią ściągniętą, wyglądał zamyślony.
— Zostanie pan z nim zawsze! — powtórzyła swą prośbę. — Nie rzuci go pan samego.
Poruszył się niecierpliwie.
— Nie potrzebuję niczyjego przywiązania, i on mi niepotrzebny! — mruknął. — Niema zresztą o czem mówić. Zechce iść ze mną, to zostaniemy razem. Poco pani płacze? Takie głupstwo ta cała historja!
Ręką machnął i, ruszając ramionami, zawrócił do odejścia.
— Dziękuję panu! — zawołała za nim.
— Niema za co — odparł już za drzwiami.
Na dworze wciąż deszcz padał i Rafał nikogo nie spotkał na drodze do leśniczówki.
Przechodząc przez most, spojrzał w lewo, na to miejsce, gdzie leżał jego rywal. Za krzakami nic nie było widać. Burza się oddalała, pioruny padały rzadsze i cichsze już; nad ziemią siał się mrok, od deszczu i chmur posępny.
Na ganku straży, wygnany sierota stał, już do drogi gotów, i podszedł na spotkanie towarzysza.
Bardzo był blady. Z pod czapki, na skroni, widać było szramę świeżą i krwawą.
Miał na sobie odzież własną, starą i nędzną, w ręku kij tylko. Nic więcej nie wziął z domu, gdzie trzy pokolenia jego rodu przeżyły na wiernej, ciężkiej służbie wiek cały.
Ruszyli w milczeniu. Rafał naprzód, Adam za nim, nie oglądając się za tem, co żegnał na wieki.
Oczy miał suche i wargi zacięte, tylko rękę wsunął w zanadrze, jakby tam ranę bolącą cisnął i tak szli, smagani wichrem, zlani deszczem, w czarną noc, ku nieznanym światom i celom.
Na rozstaju, koło wielkiego krzyża, wśród brzóz płaczących, Adam przystanął i, przyklęknąwszy, ziemię szarą pocałował i tak pochylony chwilę pozostał. Potem garstkę piasku w róg chustki zawiązał i podniósł się.
Znowu szli dalej i dalej. Nareszcie Rafał się obejrzał.
— No, cóż? Bardzo cię serce holi? — zagadnął.
— Szczęście moje Bóg mi łatwo dał; teraz za nie czas zapłaty przyszedł. Gotówem życiem płacić. Tak długie było i tak wielkie! — odparł głucho.
— Rahoza cię bił podobno.
— Bodajby tylko bił! Krew, co cieknie, nie boli, ale słowo, co błotem i plwocinami czystą duszę obrzuca, gorzej śmierci boli! A łzy jej, jak żar, na mnie padły i zostaną już!...
I znowu szli, nie odzywając się wcale. Noc coraz była ciemniejsza, deszcz ich przejmował do kości, parę ostatnich błyskawic rozdarło niebo i przy ich świetle ukazali się raz jeszcze na pustej drodze. Jeden zuchwały i pyszny — prawie szatan; drugi w bólu cierpliwy, w rozbiciu spokojny — prawie anioł. Szli razem, skojarzeni na wspólną dolę i życie tajemniczą siłą przeznaczenia!...



X.

I poszli!
Poszli w świat szeroki, obcy, różnobarwny; i przebyli na włóczędze bez planu i celu ośm najpiękniejszych, najbujniejszych lat życia!
Gdzież ich nie było!...
Widziały ich prerje amerykańskie i lodowce bieguna, koszary różnych krajów i dżungle Gangesu, zalewy Amazonki i stepy Azji środkowej.
Poznali miasta, wielkie jak kraje, i śnieżne chaty Eskimosów; doznali nędz i chorób tysiąca; borykali się ze śmiercią, co szła na nich z zatrutych strzał i szponów tygrysich, z mrozów polarnych i duszących wyziewów trzęsawisk równikowych, z gazów kopalni i odmętów oceanu.
Nauczyli się piętnastu może żargonów i zwyczajów narodów wpół dzikich, żuli prymkę i betel, palili opjum i konopie, żywili się tranem rybim i pysznemi owocami Wysp Azji południowej.
I szli z miejsca na miejsce, z awantury jednej w drugą, jeszcze gorszą, z zajęcia do zajęcia!
Bert uważał się w tej spółce i kompanji za głowę i wodza, dlatego zapewne, że najwięcej pił, najbrutalniej przeklinał, znał wszystkie kryjówki i wykręty i posiadał, obyczajem marynarskim, aż trzy żony, rozmieszczone bardzo oględnie w portach całego świata. Gdy nie było zarobku, a głód doskwierał, albo gdy wycieńczonym się czuł i potrzebował wytchnienia, odwiedzał je pokolei w Japonji, Sidney i Rio, a wracał zawsze z dobrą myślą, z pełną kieszenią, oporządzony od stóp do głowy, czerwony, zdrów, z zapasem nowych anegdot, wódki i rumu.
— Czyńcie, jak ja, bawoły, Botokudy, kretyny! — namawiał kolegów, niestety, bezskutecznie.
Adam milczał i tylko oczy jego, jak kryształ czyste, spoglądały ze zgrozą na Andenberga.
Miały te oczy i łagodna powaga cichego chłopca taką dziwną moc, że awanturnik spuszczał swe zaognione trunkiem ślepie i cichł, nawet w przystępie najgorszego paroksyzmu przekleństw, a Rafał mitygował swe wybuchy szału i zemsty i sam nie wiedział, kiedy pozwolił sobie na słabość pokochania towarzysza.
Bert był głową, Rafał najpierwszym wykonawcą najszaleńszych projektów, szedł naoślep, tam nawet, gdzie nie było prawie prawdopodobieństwa ocalenia; ale Adama było zasługą, że nie popełniali kryminałów, nie mieszali się do nikczemnych spraw.
Szanowali go bezwiednie, ulegali jego łagodnemu słowu, słuchali niemego nawet spojrzenia bez oporu.
On się nigdy prawie nie odzywał; rzucony fantazją losu i chwilowym wypadkiem, spełniał sumiennie robotę każdą, nie ustawał w żadnym trudzie.
Lubili go zwierzchnicy i zatrzymywali zwykle, proponując służbę lżejszą, wynagrodzenie, mogące zapewnić byt spokojny i dostatek.
Daremnie! Odchodził z kolegami, a na wzmiankę spokojnego bytu miewał tylko uśmiech, od łez smutniejszy, i wzgardliwe machnięcie ręką.
On śmierci szukał, a jemu obiecywali życie.
On wrażeń i biedy chciał, by nie myśleć, a obiecywano spokój i dostatek...
Rafał przez te lat ośm na stal się zahartował. Z chłopca, pięknego jak Adonis, wyrobił się człowiek siły niedźwiedziej, sprężystości kociej, opalony na kolor cegły skwarami równika, o ramionach i dłoniach zgrubiałych od lin, wioseł i topora, o twarzy, z której świeżość i żary młodości starły lata, nędza i przebyte doświadczenie.
Gdzież się podział filozof i mędrzec?...
Został daleko, w mrocznej mgle wspomnienia.
Otrząsnął się z niego, jak z szaty niedogodnej, w dniu, gdy antykwarjusze i aferzyści rozerwali po sztuce bibljotekę ojca, gdy wyszedł ostatni z pustego mieszkania, ustępując miejsca nowym, obcym lokatorom.
A teraz, czyż był czas w tem życiu burzliwem na metafizyczne mrzonki, studja i badania? — Ba, czy nawet była ochota?
Bańki mydlane, fatamorgany pustyni, mamidła lodów polarnych!...
Mieli jeszcze czwartego kolegę: Franza Ruprechta.
Uciekł z domu od dziatwy i obowiązków. Myślał, że tam, za oceanem, ni pracować, ni uczyć się nie będzie potrzeby. Biedny chłopiec. Tułał się po świecie, okpiwany i wyzyskiwany, nie mogąc sobie w niczem poradzić. Trafem dziwnym spotkali się w New-Yorku, przy zaciąganiu na wielorybnik. Bert, którego gawędy „Pod Faraonem“ wywołały i w nim tę żądzę włóczęgi, zasypał go gradem przekleństw i dosadnych przymiotników, ale Adama zdjął żal nad obdartym, nędznym wagabundą.
— Niech idzie razem! — rzekł.
Bert zaklął, ale sprzeciwiać się Lachnickiemu nie miał zwyczaju.
Rafał splunął i mruknął przez zęby: „Małpa!“ nie opierając się przyjacielowi. Franz został i przyczepił się do nich, jak rak do sieci.
W miesiąc potem Adam żałośnie przyznał, że koledzy znali lepiej Ruprechta.
Rafał ruszył brwiami.
— Lepiej zły, niż głupi! — zawyrokował.
Był to dopiero początek. Ileż kłopotów przyczynił im ten człowiek!
Ginął co chwila, zawsze z powodu miłostki; odnajdywano go z wielkim trudem, wydzierano często z rąk pijanej gawiedzi siłą pięści i rewolwerów; a gdy sam wracał, był osowiały, zbity, okradziony, i zaklinał się, że to raz ostatni, do nowej zachcianki.
Dziwnie tępa była to mózgownica, krótkowidz dosłownie i w metaforze, przytem próżniak, papla i zarozumiały.
Wędrówka nie nauczyła go niczego. Dziwiło go wszystko, wierzył każdej baśni, bał się strachów i słuchał zawsze ciekawie anegdot Andenberga, choć te rzeczy znał i widział po tysiąc razy.
Był jeszcze piąty towarzysz: Kate, uistiti Adama, mała, sprytna małpeczka. Żuła prymkę, paliła tytoń, jadła ze wspólnej miski strawę żołnierską, lub gryzła naprzemian z właścicielem suchar okrętowy.
Na lądzie i morzu dzieliła ich trudy i zabawy, przyczepiona do ramiona Lachnickiego, lub wsunięta w zanadrze bluzy marynarskiej, rozglądając się ciekawie krągłemi, wiecznie mrugającemi oczkami i strojąc śmieszne grymasy.
Nawet obojętny Rafał miał dla Kate pewne względy; z Franzem czubiła się bez ceremonji, a Bert tolerował, gdy mu z rąk odbierała najlepsze kąski.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Ach, czego się nie przeżyło, nie poznało, nie zniosło, przez te lat ośm i jak minęło, i kiedy?!...
Znikło, jak sen młodości, a na końcu stanął grób, co wszystko zamknął złowrogą pieczęcią, grób wśród falujących pampasów Ameryki...
Gdy myśl Rafała szła wstecz, te lat ośm były różnobarwną wstęgą, którą czas i okoliczności zbieliły i zatarły i tylko jeden obraz pozostał zawsze świeży i żywy, a smutny nad wyraz.
Jak żywą i świeżą miał w pamięci i przed oczyma jasną noc tropikalną i rozpiętą na niebie konstelację Krzyża, bezmierne łąki, stada bydła, ognisko pod kępą drzew i ich czterech.
Byli, jak zawsze, w komplecie, w charakterze stróżów stad jakiegoś Francuza z Buenos-Aires, „który pakował mięso w porcelanowe tabakierki“, wedle określenia Berta.
Czterech było, ale jednego gwałtem zabrali z sobą.
Wymawiał się biedak, że zawadą im tylko będzie i widzieli sami, że w oczach żółkł i marniał, nie siłą pracował, lecz wolą, a nocami w gorączce się rzucał, to się potami oblewał.
Na myśl jednak zostawienia go samego, oburzali się, jak jeden.
— Żółta febra! Bzdurstwo! Zdrów będziesz od stepów! — wołał Bert.
— Ja za ciebie będę robił — ofiarował się poczciwie Franz.
Rafał ostatni przemówił, ponuro i, nie patrząc na kolegę, jakby się bał ze zgryzotą zdradzić:
— Żyliśmy razem i padniemy obok siebie! Tak mnie twoi prosili i tak będzie. Nie gadaj głupstw!
Ach, te pampasy!
Sześć miesięcy biwakowali wśród nich po nocach, z siodłem pod głową, doglądając pasących się koni, słuchając ryku kaguarów w oddali.
Bert właśnie wrócił niedawno od japońskiej żony, był w stanie bliskim białej gorączki i plótł niestworzone rzeczy; Franz szczerzył zęby, wtórując mu śmiechem głupowatym; Rafał w milczeniu łatał rzemienie i odzież; Kate, łakomiec, jakich mało, nie spuszczała wzroku z kotła karmiciela; Adam leżał milczący, patrząc w gwiazdy.
Pewnego wieczora, Radwan ostatni wrócił, po całodziennej, szalonej jeździe, zmęczony nad wyraz.
Spojrzał na słabego kolegę, twarz mu się zamroczyła przykrością, odmówił jadła i, nie rzekłszy słowa, legł, owinąwszy się w szynel stary, zabytek jakiegoś garnizonu. Gniewały go dzisiaj portowe anegdoty i śmiech bezmyślny; zasnął i marzyło mu się coś gorączkowo.
Płonące stepy, gauchos schyleni do grzywy końskiej wśród stada uciekających byków i antylop, ogień zewsząd, krew spieczona w żyłach, w mózgu, w gardle, w oczach, a rumak pędzi, nie tykając ziemi. Czy się ocalą? Lub czy ich żar obejmie gorącą obręczą i padną martwi na kępy agawy?
Ocknął się i siadł, jeszcze cały pod wrażeniem zmory.
Ogień tlał, koledzy chrapali, cisza zalegała stepy, przerywana parskaniem koni i śpiewem cykad. Pożaru jeszcze nie było.
— Nie śpisz, bracie? — spytał go cichy głos Adama.
On czuwał, leżąc nawznak, z rękoma pod głową, zapatrzony, jak zwykle, w kopułę błękitną swemi wpadłemi oczyma.
— Spałem już! A ty? — odparł Radwan, siadając koło niego.
— Ja nie mogę. Tak mi jakoś dobrze. Żal przesypiać takie noce.
Zwrócił oczy na step daleki i mówił dalej:
— Od tych stepów jakieś do mnie idą z każdym powiewem wonie i cudne melodje. Nic tak nie lubiłem, jak pieśni i wonie kwiatowe. Upajam się teraz i nigdy tak mi lekko nie było.
Poruszył się i uśmiechnął tęsknie.
— Czy pamiętasz, jaki śpiew słyszeliśmy najpiękniejszy, schodziwszy z końca w koniec ziemię? Nie z naszych, z cudzych i dalekich.
— Ktoby spamiętał?
— To ci przypomnę. Ranek to był, tam, tam, w starych Indjach. Polowaliśmy z oficerami na tygrysa. Osada Hindusów stała nad świętą rzeką i, w ów ranek pogodny, oddawano falom zwłoki młodzieńca. Pamiętasz? Nieśli go na noszach, a za nim rodzina szła, płacząc. Rzucono go w fale Gangesu, naprzeciw dziwacznego posągu, co na wysepce stał, bożek zapewne. Wokoło niego głębinę czarną pokrywały lotosy w kwiecie, biało-rożowe, śliczne. Ciało młodzieńca uwięzło wśród nich chwilę, nim go prąd porwał na czystą wodę, a stara niewiasta została sama z orszaku i śpiewać poczęła pieśń monotonną, siedząc skurczona na brzegu. Pamiętasz?
— Pamiętam. Niewiasta powtórzyła mi ją, a potem wytłumaczono treść.
— Od tych stepów ona teraz do mnie idzie, ta pieśń. O lotosach różowych, rosnących nad głębiną, a które Hindus nazywa kwiatem miłości. I słusznie: miłość tylko kwiatem być może, a mowa jej pieśnią. Kwiatem, z głębi bezdennych wyrosłym, a pieśnią — pogrzebową!
Jakby odpowiadając niemej prośbie biedaka, Rafał śpiewać począł.
Adam oczy zamknął.
Po ciemnej jego twarzy przechodziła łzawa rzewność, to kurcz bólu, to łuny gniewu, to martwota rezygnacji.
Może mu życie złamane stanęło w myśli i toczył walkę, ostatnią już, z człowieczeństwem, które się skarżyło na krzywdy poniesione, trudy daremne, potargane uczucia szlachetne, zamiary zniweczone.
Melodja się powtarzała bez końca, dojmująca właśnie tą rozpaczą monotonną i beznadziejnym smutkiem i skonała wreszcie w ciszy stepu jakąś skargą, którą echo dalekie przeciągało w nieskończoność.
Adam otworzył oczy.
— Umarłym tylko śpiewają tę pieśń nad Gangesem, bo miłość śmiercią jest tutaj, życiem — tam, wysoko, przeto szczęśliwy, kto bieg swój skończy! — szepnął.
— A przecież żyć trzeba i poco? — mówił po chwili przerwy zmęczonym swym, dyszącym głosem. — Tyle bólów i potu i łez... i poco i dlaczego? Żeby zarobić grób i nic więcej! I pocóż, jeśli tak być musi, Bóg dał światu złote słońce i wonne kwiaty, białe obłoki i melodje? Poco dał piękno to całe i kazał człowiekowi zarazem śmierci żądać i krwią serdeczną przez życie całe ociekać?
Bardzo cicho mówił, wstydząc się może zniechęcenia i goryczy, a Rafał powstał z ziemi i, pięść zwiniętą wznosząc do gwiazd, wybuchnął długo tajoną nienawiścią:
— Poco tam w górę patrzycie? Kogo tam myślicie mieć? Boga? Fikcja! Pusto tam i głucho. Bóg, to wypadek, ślepe fatum, w którem was uczą widzieć łaski i kary. Widziałeś ty sprawiedliwość na świecie? Widziałeś ty słuszność i równość? Pokaż mi Boga w doli twojej: jeśliś pewny, poco cierpisz; jeśli cierpisz, zaco pokutujesz? Lawiny, co druzgocą i pożary podziemne, co lawą i popiołem zioną, takąż mają myśl i sprawiedliwość, bo niszczą doliny śmiejące się, zasypują miasta i ogrody! W nich mieszka Bóg wasz, niszczyciel!
Adam podniósł się nawpół.
— Rafale! — zawołał żałośnie. — Taki dobry dla mnie byłeś przez te długie lata tułaczki! Jak brat! A teraz bluźnisz znowu, gdy ja już odchodzę! O, nie mów tak, nie mów! Nie truj mi tej cichej chwili!
Radwan zamilkł i, przyklęknąwszy, dotknął czoła jego i rąk.
— Boli cię co? Gorzej się czujesz? — spytał niespokojnie.
— Nie! Nad wyraz mi dobrze, tylko czuję, że kresu dobiegam i chciałbym wszystko pokończyć. Bracie, czybyś ty mi wypełnił ostatnią prośbę?
— Mów śmiało.
— Jeżeli cię losy rzucą gdzie niedaleko od kraju, wstąp do Rahoźnej. Powiedz jej, żem już wolny i tam, gdzie kast niema, ni różnic urodzenia, i że mi była po tchnienie ostatnie duszą i myślą i marzeniem o niebie. A Rahozie oddaj za dług ojcowski grosze moje, com zbierał lat ośm, jak skąpiec, i powiedz, że mu z serca odpuszczam. Dopełnisz?
— Jeżeli żyw będę, dopełnię!
— Słuchaj, jeśli ci groszy zostanie, to połóż kamień ojcu w Rahoźnej. Tyle lat marzyłem o tej pamiątce! Czy też on daruje mi, gdy się spotkamy, żem na pańskie dziecko oczy wzniósł i rękę po nią wyciągnął. Czy on mi daruje?
Leżał chwilę, zmęczony długą rozmową.
— W borach Rahoźnej było jeziorko sitowiem porosłe, wkoło łączka i dęby — zaczął znowu, jakby do siebie. — Także marzenie szklane... Czym ja myślał, że się rozstaniemy i że mi przyjdzie głowę położyć do spoczynku wśród pampasów, samemu!... Gdzie te czasy, gdym jej śpiewał „Wędrowca“ w noc cichą, na powitanie!...
Zamilkł. Oczy obu poszły zamyślone na krzyż z gwiazd, rozpięty nad nimi; chory się do niego uśmiechał jasno, jak żołnierz konający do sztandaru. Rafał złorzeczył w duszy nieznanej, niezbadanej potędze! A od stepów cichych szły do Adama coraz cudniejsze wonie, coraz słodsze pieśni!

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Nazajutrz o świcie pojechali trzej tylko. Lachnicki został w obozie, skulony, w paroksyzmie dreszczów okropnych. Gdy dosiedli koni, pożegnał ich serdecznem spojrzeniem.
— Bóg z wami! — zawołał.
Do Rafała, który się ociągał, rękę wyciągnął.
— Dziękuję ci za opiekę, a nie zapomnij prośby! — szepnął.
— Może razem pójdziemy i tam! — odparł Radwan głucho.
Wskoczył na konia, a ten, wpół dziki, w szalonym galopie popędził za towarzyszami, rżąc i wierzgając. Obozowisko znikło w jednej chwili.
Dwa dni i dwie noce uganiali się za rozhulałemi bykami. Bert wyczerpał cały zapas przekleństw, Franz jęczał, że umrze, i uciekłby oddawna, gdyby nie bojaźń pięści Andenberga i zbłądzenia.
Rafała trapił nieznośny, ciągły niepokój.
Trzeciego dnia, niezdolny dłużej zapanować nad troską i złem przeczuciem, popędził naoślep, kierując się instynktem konia wciąż na północ.
Step zieleniał w całym przepychu, a on w uszach słyszał szum pożaru z gorączkowej zmory.
Gaucho pędził, leciał jak strzała; dym rósł, dusił, płomienie lizały już nogi końskie, ratunku nie było; jeszcze chwila, a rumak i jeździec padną bez tchu na popioły z traw...
Słońce zachodziło, gdy dopadł obozowiska. Adam leżał na swem zwykłem miejscu, z płaszczem nasuniętym na oczy. Uistiti powitała piskiem przybyłego. Zeskoczył na ziemię i podbiegł do chorego.
— Adam! — zawołał.
Nie było odpowiedzi, tylko słyszał gwałtowne, nieregularne bicie własnego serca.
— Adam! — powtórzył głośniej, uchylając płaszcza.
Nowe, dłuższe milczenie zapanowało wśród bogatej, słońcem oblanej płaszczyzny.
Serce Rafała przestało bić na sekundę, zimny pot oblał skronie, członki przeszedł dreszcz zgrozy.
Klęczał nad zimnemi zwłokami, a purpurowy zachód oblewał ich obu morzem jaskrawych płomieni, odbijając się, jak ostatnie pożegnanie ziemi, w szklistych, martwych źrenicach biednego rozbitka.
Wpoprzek tych zwłok, wyniszczonych chorobą i troską, filozof się zwalił i znieruchomiał, jak drewno.
Pożar, co go trapił zmorą w nocy, dobiegł go, powalił, dławił, niszczył. Raz pierwszy w życiu ból poczuł czysto ludzki, raz pierwszy zrozumiał rozpacz.
Leżał, szarpany żalem, cierpieniem, bezmiernym smutkiem i dzikim, bezsilnym buntem całej natury.
A ból ten tak nowym i nieznanym mu był, że ogłuszony nim, oniemiał i zmartwiał; a bunt ten tak go przejął i zgnębił, że nie klął i nie złorzeczył, tylko, zgrzytając zębami, dyszał nierówno.
Czemże on był wreszcie? Panem samego siebie? Ha, pocóż cierpiał zatem i tyle! Panem swego losu? Pocóż więc tracił tego jednego człowieka, co mu czemś był na świecie, tracił bez powrotu, bez ratunku na zawsze?
Więc czemże był? Zerem! Ha, ha! Tylko zerem, wobec własnego bólu i tej ciemnej potęgi, co go rzucała teraz w proch przed sobą!
Ha, ha! I aby dojść do takiego rezultatu, przewertował ksiąg tysiące i żywych studjów i doświadczeń odbył lat tyle!
Żeby cierpieć, jak półgłówek, żeby zgrzytać zębami, jak szaleniec! Przekleństwo!
Zawył dziko, jak zwierz drapieżny i, podrywając się nieco z ziemi, gwałtownym ruchem wydobył rewolwer z pasa.
Wściekłość go ogarnęła beznamiętna i trzęsącemi się z szału ustami jął bełkotać:
— Boli mię, to prawda, ale ty nie tryumfuj! Nie ulegnę ci! Ha, ha! Prosić łaski nie będę! Panem moim chcesz być i swą moc pokazać! Ha, ha! Jeszczem ja swój pan! Bolisz i kurczysz się, ty nikczemne, masz za to! Będziesz milczało teraz!
Bezwiednie broń w pierś wtłoczył prawie.
Rozległ się suchy trzask i śmiech zuchwały.
Bladą i zimną twarz Adama obryzgały gorące krople krwi; szaleniec osunął się na niego, już cichy.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Pampasy gorzały łuną słońca. Gaucho leżał w kałuży swej krwi; szalony, myślał, że zabił ból i rozpacz.
Na widnokręgu purpurowym sylwetka jeźdźca wystąpiła jeszcze daleka i gnała w stronę obozowiska.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·


XI.

Marcowa zadymka szalała nad borem i okolicą.
Upadające państwa i strąceni władcy mają w ostatnich chwilach swej egzystencji takie szały dzikie, takie orgje i wybuchy wściekłości, jak zima, gdy ją wstrząsa na jej tronie wspaniałym słońce rosnące, prąd na pozór łagodnego wiatru, który, niby pieszczotą, burzy jej gmachy i potęgę.
Zrywa się władczyni i wyje i huczy, nocami mrozem ściska, a pobita o południu, szaleje zadymką, miota śniegiem, przejmuje lodowatym wichrem.
W taki dzień ponury i wyjący, pod wiatr, co z nóg walił, pod tumany mokrych, wielkich płatków śniegu, drogą od Sarnowa, przez bór, do Rahoźnej, z torbą przez plecy, a kijem w ręku, szedł człowiek samotny.
Szedł wytrwale, borykając się z burzą, co go gwałtem chciała zawrócić, zapadając czasem głęboko w rozmiękłych już zaspach.
U krzyża, wśród brzóz płaczących, przystanął chwilę, czoło z potu otarł, rozejrzał się i ruszył znowu.
Pochylony naprzód, jak żóraw, przewodnik stada, piersią rozbijał huragan i szedł wielkim krokiem.
Niebo było szare, zbałwanione chmurami, na ziemię mrok schodził. Człowiek podwajał kroku.
W straży, na skraju boru, wśród wiecznie zielonych jodeł, zapalono już światło, gdy, jak cień, czarniejszy od nocy zimowej, on ją mijał.
Zatrzyma się znowu. O płotek przydrożny się oparł i sekundę patrzał w te okna, czerwone od wewnętrznego płomienia. Może wstąpić tam chciał i spocząć, może tylko zobaczyć, żali w tych czarnych ścianach duchów znajomych nie spotka? Poszedł jednak dalej po chwili, sam, jak duch cichy i fantastyczny.
Raz jeszcze przystanął na moście nad rzeczką, jeszcze lodem skutą i tylko gdzieniegdzie przebłyskującą już brudno-burą łachą wezbranej wody.
Z pod szerokich kresów wytartego filcowego kapelusza, oczy wędrowca półkolem obeszły pusty krajobraz, zatrzymały się dłużej na zaroślach pod borem, jakby coś nowego tam dostrzegły.
Może wtedy, gdy tu był, nie stał tam jeszcze wysoki, samotny krzyż z szarego kamienia, ogrodzony żelazną poręczą, ozdobiony zeschłemi wieńcami, które wiatr szarpał i rozdzierał, posępnie chichocąc.
I znowu przez sekundę zdało się z ruchu wędrowca, że zboczy w to ustronie i poszuka napisu, czy znaku jakiego na tym kamieniu, ale wnet się zwrócił i poszedł dalej swą drogą ku miasteczku.
Topole w dworskiej wysadzie, jeszcze sztywniejsze w swej zimowej martwocie, chyliły się tu i tam w wichrze, jakby szeptały sobie jakie tajemnice. U ich stóp samotny człowiek szedł coraz wolniej, aż do drzwi pałacu, i rozejrzał się po ciemnych oknach i pustych dziedzińcach.
Dwór, niegdyś tak żywy i ruchliwy, jak zaklęty stał i wymarły.
Wędrowiec minął główne wejście, otworzył cicho drzwi w skrzydle i stanął w pokoju dość dużym i mrocznym, oświetlonym jedną tylko lampą na stole, zarzuconym skrajaną bielizną i książkami.
Na skrzyp drzwi, w dalszych pokojach ktoś się poruszył i zbliżył.
— Kto tam? — rozległ się głos panny Kazimiery.
Stanęła w progu.
Mało się zmieniła przez te długie lata. Miała tę samą gęstwinę złotych włosów nad białem czołem, te same jasne, przejrzyste, jak woda, oczy, ten sam wyraz tęsknej zadumy i łagodnego spokoju w rysach. Tylko niegdyś żałoby nie nosiła i może właśnie od tych szat czarnych wydawała się jeszcze drobniejszą i bielszą, eteryczną prawie, jak widziadło nieziemskie, a złote jej włosy nad bladą twarzą wyglądały prawie jak obręcz, którą wyobraźnia chrześcijan kładzie nad głową wybranych.
Spojrzała na gościa i nie poznała go.
— Kto wy? — powtórzyła.
— To ja, Rafał Radwan! — odparł schrypniętym głosem.
Zachwiała się i zadrżała. Oczy jej zabłysły, poszukały za nim kogoś i zgasły nagle.
— Pan sam? — szepnęła bezdźwięcznie.
— Sam! — potwierdził ponuro i głucho.
Umilkli. On, zmęczony długą, zapewne pieszą wędrówką, o ścianę się oparł i posępnie patrzał w światło lampy; ona oparła się o stół i oburącz zakryła twarz kredowo-białą, zmienioną spazmem bólu.
— Dawno umarł? — spytała wreszcie.
— Przed pół rokiem. Żółta febra go zżarła i natura własna. Widocznie są ludzie, co jak rośliny, nie znoszą przesadzenia. Takim on był. Nie widziałem, jak zmarł, ale mi jeszcze przedtem polecił przy sposobności tutaj wrócić, gdy go nie stanie. Więc przyszedłem, późno, bo droga daleka, a jam jej odbyć zrazu nie zamierzał. Co zostało po nim, odnoszę wam. Tak chciał.
Postąpił kroków parę i jął rozpinać kożuszek swój przemokły. Światło lampy padło na niego w pełni teraz i oświetliło wypukłe, głębokie, ostre linje, które mu te lat dziesięć pokreśliły na twarzy i czole. Rylec czasu, namiętności walk i cierpień rzeźbił je twardo: ani jednego rysu nie naznaczyło szczęście i spokój. Taki sam był, jeszcze piękny, a dzikszy!
Na stół wyrzucił z zanadrza woreczek z pieniędzmi, wytartą książkę, zblakłą fotografję, papierów garść pożółkłych i drobny przedmiot, w szmatę siwego płótna owinięty, a podsuwając je ku niej, mówił urywczo:
— Winien był pięćset rubli, resztę odliczcie i mnie oddajcie; kamień na grobie swego ojca chciał położyć; ja to zrobię za niego. Dług zwróćcie panu Rahozie.
— Ojciec mój od roku nie żyje! — szepnęła. — Pisałam do niego o tem. Nie otrzymał listu zapewne.
— Nie. I wicherby nas nie zgonił, tem mniej list. Oto pieniądze, różną monetą zebrane po świecie, a ot wasza książka i portrecik i krzyżyk wojskowy, w Algierze zdobyty, nie wiem ilu ranami, i papiery jego służbowe. Zabierzcie wszystko, ja już dopełniłem swego.
Drżące dłonie Kazi zebrały spuściznę. Były to relikwje złamanego życia, starganego szczęścia, prześnionej młodości. Czara się rozprysła, jak wszystko, co cienkie i wątłe. Na ziemi został grób daleki, którego jej oczy nie ujrzą nigdy, i ta odrobina pamiątek żałosnych; a tam, za ziemią, czekało wynagrodzenie...
Rafał odstąpił od stołu i mówił dalej:
— Małpiątko miał, Kate, i lubił je bardzo. Wziąłem i ją, idąc do was, ale mi nie dotrzymała towarzystwa. Daleka droga, a to kaszlące było i zbiedzone wędrówką w zimę. W zanadrzu ją chowałem i grzałem, jak mogłem. Aż mi zastygła wreszcie pewnego wieczora... Nie doniosłem!
Panna Kazimiera wyciągnęła do niego obie dłonie.
— Dziękuję panu za wszystko. Za opiekę nad nim i za przyjaźń i za dobrą pamięć. Bóg tak chciał.
Zdławiły ją łzy i urwała w pół słowa.
Spojrzał na nią z pod brwi i po chwili wahania ozwał się niepewnym głosem:
— Nie dziw, żeście go kochali. Kochali go też tacy po was, co w nic i w nikogo nie wierzą, a jabym wolał dżumę wam przynieść, niż tę wiadomość, i sam zginąć, niż jego zwłoki zobaczyć...
Odzież swą przemokłą zacisnął na piersi i po kapelusz sięgnął, który był wraz z laską u progu zostawił.
— Zabawię w miasteczku czas jakiś, zanim ten kamień na grobie nie stanie. Bywajcie zdrowi!
— Ale mnie pan odwiedzi jeszcze — zawołała prosząco. — Sama zostałam sierota. Brat zginął, nieszczęsny szaleniec, z własnej ręki, ojciec za nim poszedł! Teraz ten dom nasz, jak puste gniazdo na jesieni, ruina, pajęczyną zasnuta, i tylko stara babka, przeżywszy tamtych, gaśnie, jak kaganek, i ja z nią! Wstąp pan, proszę, i zostań długo.
Znowu się zawahał, ale spojrzał na nią i skłonił głową.
— Przyjdę! — odparł krótko.
Gdy to wymawiał, drzwi za nim rozwarły się żywo. Usunął się na bok i obojętnie spojrzał na nowego gościa. Kobieta to była, ośnieżona, bardzo szczupła i wysoka, otulona od stóp do głowy w płaszcz nieprzemakalny.
Nie zwróciła uwagi na obcego, co się do ściany przed nią uchylił, i zagadnęła prędko pannę Kazimierę:
— Jakże chora?
— Bez zmiany. Ale czyż się godziło w taką niepogodę i noc trudzić się pieszo! Posłałabym po ciebie konie w razie nagłej potrzeby.
— Mniejsza o niepogodę. Wyznam ci, że nietyle mi szło o chorą, co o ciebie. Uśpiłam swoją matkę i ruszyłam w odwiedziny. Poczytamy i pogwarzymy godzin parę.
Rafał w twarz mówiącej oczy wlepił, jakby ich oderwać nie mógł wcale.
Zrzuciła płaszcz i kaptur i stała w całym wdzięku młodzieńczych kształtów, profilem do niego zwrócona.
Gęstwina hebanowych włosów otaczała jej bladą, drobną twarz, osłaniała wysokie, gładkie czoło.
Włosy te, obfite i niesforne, przypominały mu bardzo dawne lata i stosunki.
Lica miała blade i trochę śniadawe, o złotawym odcieniu dzieci południa, oświetlone parą oczu, jak gwiazdy świecących, jak noc czarnych, o bardzo bystrem i stanowczem spojrzeniu.
Zdawało mu się, że i oczy te nie były mu obce zupełnie, ale gdzie je widział i dlaczego zapamiętał wśród tysiąca innych, nie pojmował.
Poruszył się wreszcie, ale na ten ruch i spojrzenie Kazi, nowoprzybyła obejrzała się szybko.
— Przepraszam! — rzekła. — Byłaś zajęta. Przerwałam ci. Kończ, proszę, interes, a ja tymczasem baronową obejrzę i wrócę.
Spojrzała na milczącego mężczyznę i zatrzymała się. Uczucie, które, jak iskrą, przebiegło jej rysy, był to przestrach; zwróciła oczy na Kazię.
Właścicielka Rahoźnej uśmiechnęła się blado i, odpowiadając na to spojrzenie, rzekła cicho:
— To pan Radwan! Przyniósł mi pożegnanie Adama i te po nim pamiątki. Wszystko już skończone.
— Umarł? — szepnęła głucho, patrząc na Rafała.
Skinął potwierdzająco głową i znowu ją objął wzrokiem, zdziwiony, że twarz tę gdzieś, kiedyś widział i zapamiętał.
Jakby zrozumiała to pytanie i podziw.
— Pan mnie nie poznał? — rzekła.
— Nie! — odparł spokojnie.
— Nie dziw, tyle lat! Ja jednak poznałam pana.
— Może być. Nietyle wrażeń i twarzy przeszło przez wasze życie, ile przez moje — rzekł, biorąc za kapelusz.
— I nie dlatego, sądzę; ale pan był dla mnie zjawiskiem wybitnem, ja dla pana cieniem tylko. Może pan tego nie pamięta, że przed laty dziesięciu mieszkał z panem Rahozą u wdowy Brzezowej i uczył jej córkę?
— Owszem, pamiętam. Cóż z tego?
— No, więc to ja jestem.
— Kto?
— Leonja Brzezówna.
— Pani!
Nieruchoma i zimna jego twarz pokryła się niebywałym wyrazem zajęcia i żywości. Jeszcze raz objął wzrokiem jej toczone kształty, delikatne rysy, bladoróżowe usta i oczy przepyszne i głową potrząsnął.
— Nie zmieniła się pani, ale przeistoczyła. Poznać nie mogłem, bom takiej nie znał.
— Rada jestem z tego spotkania. Pan za to ani przeistoczony, ani zmieniony. Ten sam, mój dawny mistrz!
Uśmiechnęła się trochę z przymusem i, zwracając się do Kazi, zmieniła zupełnie ton i wyraz.
— A więc prawdą był twój sen, czy marzenie, przed pół rokiem... pamiętasz? Mój pozytywizm się oburzał na opowieść. Radziłam ci laurowe krople. Lecz jednak ustroje nerwowe snadź widzą naprawdę szczególne rzeczy.
— Bóg nam zsyła pociechę w tem i pokrzepienie. Widuję go często! — szepnęła panna Kazimiera.
Rafał spojrzał na nią uważnie i ramiona wzniósł.
— Nie ustrój nerwowy to czyni, ale chorobliwe rozwinięcie abstrakcji i ekstazy. W ostatnich czasach i on widzeniom podlegał; absorbowany jedną myślą, opowiadał mi czasem, co się tu dzieje, i widywałem w noce jasne, gdy leżał zapatrzony w przestrzeń pustą, że się do pani odzywał, czasem pytał, to znów odpowiadał. — „Zdrowa panna Kazimiera?“ — spytałem raz półgłosem, by go nie zbudzić. — „Nie skarży się, ale cień z niej został! Widzisz te cienie fioletowe pod oczyma! Ona się kryje, ale ja wiem, że je podkreśliły łzy i bezsenność! Prędko już oboje płakać przestaniemy, a radości nie będzie końca!“ — Ostatnie słowa już nie do mnie mówił, ale do pani, którą wciąż widział przed sobą. Człowiek ten ostatnie lat dziesięć w malignie żył. Nadzwyczajne to, ale tak było. Myśl, co go opanowała, była zmorą i rozpaczą, a jednak znajdował rozkosz w niej i, zamiast zapomnieć i wyrwać się z pod jej opętania, trwał i w cierpieniach miał swe szczęście. Nie pojmowałem, ale zrozumiałem wreszcie przez przykład.
— To dowód, że pan mało badał ludzi; — ozwała się Leonka. — Podobnych panu Adamowi jest wielu na świecie, a między północnemi ludami szczególnie. Marzyciele, idealiści! Pół-anieli!
— Marzyciel mrzonkę sobie wytwarza; idealista, acz nieudolnie, dąży do swego ideału. Adam ani jednym nie był, ani drugim. Prototypu jego nie znajdzie pani pod zimnem niebem północy, ani wśród codziennych warunków. Pójść do niego trzeba do starych Indyj, do kolebki wszelkich religij, pierwowzoru wszelkich urządzeń, zwyczajów, nawet uczuć. Jam był tam i pojąłem wiele rzeczy, które świat nowy nazywa zagadką, anomalją lub wyjątkiem. Tam są to rzeczy powszednie, utrwalone wiekami. Tam, gdy bóstwem co uznają, umieją mu służyć i wierzyć. Indywidualizm niknie, zamiera; czucie tępieje, wrażenia streszczają się w jedno: w tego Boga. Wówczas człowiek nie ma już nerwów drgających, krwi gorącej, samolubnej, rozsądku i chęci własnych; zatraca nawet ten instynkt zachowawczy, mimowolne prawie cofanie się przed bólem. Nie jest już czemś samoistnem; jest łupiną wątłą, w której zolbrzymiałe w potwór pojęcie bóstwa się rozpiera, rozsadza go, tratuje i dusi wszelkie czucie. Jest to nirwana, obleczona w postać dla oczu dostępną.
Umilkł. Zmarszczone jego brwi rozsunęły się i twarz wypogodziła, jakby obraz, który mu stanął przed oczyma, był zdolen pokryć nawet jego ponure myśli.
— Był ranek jeszcze rzeźwy, skwarem nie spalony. Nad świętą rzeką gaj figowców zstępował do nurtów, a jego brzegiem gościniec szedł. Wracaliśmy uznojeni kilkudniowym dalekim marszem z zapadłych dżungli, dokąd nas oficerowie zagnali byli dla obławy na tygrysy; ale ranek ten stał za najlepszy wypoczynek, a cień figowców za dobroczynną siestę. Jak zwykle, szliśmy z Adamem obok siebie, ale, zamiast broni, nieśliśmy zwłoki szeregowca, zabitego przez grzechotnika, i skórę zabitego zabójcy zarazem. Nagle stanęliśmy i wszyscy się zatrzymali. Pod figowcem stała chata, a raczej szałas z gałęzi, a w otworze coś siedziało. Adam lękał się wszelkiej brzydoty i oczy odwrócił; ja podszedłem. Siedział tam, a raczej klęczał na skorupach glinianych fakir pustelnik, ot taka łupina, prawie bez ciała i człowieczych form, pełna nirwany. Ramiona miał przed siebie wyciągnięte, w najniewygodniejszej pozycji, ręce zwinięte w pięści, w oczach jakiś błędny tuman. Był to szkielet w worku ze skóry, pokryty gęstwiną siwych, olbrzymich włosów. Przybliżyłem się, spojrzałem. Nie wierzyłem oczom, dotknąłem więc ręką. Paznokcie jego przeszły skórę, mięśnie i sterczały z wierzchu dłoni; skorupy gliniane wjadły się w kolana i łydki i sterczały przez nie; w ramionach od niewygodnej pozycji potworzyły się skrzywienia i kalectwa; a on się uśmiechał, zapatrzony wzrokiem ekstazy na Ganges, toczący o sto kroków żółte, spienione nurty. Oficer dotknął jego ramienia. Nawet nie spojrzał.
— Aum! — wybełkotał.
— Dobrze wam? — pytam ich językiem.
— Aum! Aum!
Zawołałem Adama. Spojrzał i wzdrygnął się cały. Napój chłodny dobył z manierki, przytknął do ust świętego. Tamten usta uchylił.
— Aum! Aum! — powtarzał swój okrzyk święty na cześć trójcy.
Kazano ruszyć; ruszyliśmy, niosąc ciało kolegi.
— Adamie, ten fakir to twój brat rodzony. Obadwa wyznajecie jedną wiarę, czcicie jedno bóstwo, inaczej tylko nazwane — rzekłem.
Nie oburzył się, ani rozgniewał — on taki cichy był — uśmiechnął się owszem i po chwili namysłu powiada:
— Może być, bo rozumiem, że mu dobrze i że go ta męka nie boli.
Urwał opowiadający i zamyślony pozostał, bezwiednie może wpatrzony w zasłuchaną poważnie twarz Leonki.
— Marzyciel z raju wytrącony, jak Toggenburg z ballady, nie odszedł dalej, jak za kres światła z okna klasztoru. Idealista, tułając się po świecie, roiłby o cudownem rozwiązaniu i powrocie do ideału choć po latach. Jemu za radość i nadzieje wystarczał ciągły ból i beznadziejna rozpacz. Fakir na Ganges spoglądał, on w niebo gwiaździste. Jeden i drugi przez ból moralny i cielesny odrywali się od ziemi. Byli szczęśliwi w tem odrętwieniu człowieczeństwa. I tylko gdy konał prawie, raz jeden o pieśń ziemskiej miłości poprosił, a i pieśń ta rodem z Indyj była, gdzie lotos miłosny jest bóstwa zarazem kwiatem.
— Szczęśliwy był, bo wierzył, że światem kieruje nie traf ślepy i wypadek, ale Bóg dobry i miłosierny. Nie cierpiał, bo cichy był i pokorny. Hindus pozostanie zawsze ciemnym bałwochwalcą, a ofiara jego próżnem szaleństwem — rzekła panna Kazimiera.
Leonka Brzezówna wstała i spojrzała prosto i bystro w dzikie oczy mężczyzny. W spojrzeniu tem zmierzyły się po raz pierwszy ich dusze. Jego źrenice pełne były żądz pogańskich i rozstroju; jej jasne i energiczne, pełne panowania i wyrobienia duchowego.
— Są ludzie, którym trzeba gromu i ognia, tak jak są metale, które tylko ciśnienie tysięcy atmosfer topi lub krystalizuje! — rzekła po chwili.
Patrzyli wciąż na siebie. Jego oczy nabierały w tem długiem natężeniu czerwonych błysków, jej nabiegały iskrami zapału i podniecenia.
— Są też tacy, co wolą śmierć, niż zmianę lub upokorzenie. Takich i grom nie nawróci.
— Zapewne, bo i w cóż ten grom bić ma, gdy serca nie mają? — odrzekła żywo.
Umilkł i dziwnie się zaśmiał.
— Może w tem cała ich siła! — zamruczał.
Lokaj drzwi otworzył.
— Od chorej organiściny przybiegł chłopak.
— To po mnie — rzekła Leonka. — Do zobaczenia jutro, Kaziu.
Rafał skłonił się także gospodyni i wyszedł.
Za nim ruszyła Leonka.
Zadymka wzmogła się jeszcze i zaraz na progu cisnęła na nich tuman mokrego śniegu, wraz z przeciągłym gwizdem wichru.
Panna Brzezówna otuliła się szczelniej płaszczem, Rafał szedł obok niej obojętny.
— Zły czas dla pani — ozwał się.
— Przywykłam przez długie lata mieć zawsze wiatr w oczy — odparła z uśmiechem. — Pan zresztą lżej ubrany na tę zawieruchę i zdrożony zapewne.
— Ja nie cierpię ciszy i pogody. Gdy się żywioły rozpanoszą wściekle, we mnie się robi ciszej i lżej. Czy pani tu z matką zamieszkała?
— Panna Kazimiera sprowadziła mię tutaj zaraz po skończeniu medycyny. Jestem doktorem.
— Tak? — wyrzekł bardzo zdziwiony.
— Tak, panie. Zdobyłam patent, wbrew pańskim przepowiedniom, może właśnie z ich powodu. Chłostał mnie pan, szydził i upokarzał, a we mnie te słowa lekceważące budziły zaciętą wytrwałość i chęć postawienia na swojem. O, pamiętałam ja dobrze pana w każdej chwili tych lat dziesięciu! Wszystkie swoje bóle zawdzięczałam panu, ale też i każdy tryumf. Pamięta pan te czarne horoskopy? Miała mnie pożreć malarja i histerja, miała mi skrzydła przyciąć natura kobieca, wrażliwa i słaba. A teraz, gdym dopięła celu, sama nie potrafię powiedzieć, czy bardziej dziękuję panu za ten hartujący system, który mi wiele dał, czy bardziej nienawidzę za to wszystko, co mi wziął z duszy.
— Aż tak dalece? I cóż wziąłem pani? — zagadnął ciekawie.
— Młodzieńczą wiarę i zapał, młodzieńcze marzenia i ideały.
— Tylko tyle? Balast zatem nieużyteczny.
— Nie balast, ale skrzydła.
— Ikarowe.
— Chociażby.
— Lepiej wcale nie wzlatywać, jeśli spadnięcie jest nieuchronnem. I za to więc pani może mi być wdzięczną.
— Nie, za to nie mogę, bom cierpiała, a ból darowują chyba tacy bohaterowie, jak pan Adam, albo tacy święci, jak ten fakir zdrewniały z pańskiej opowieści.
Dziwna rzecz, nie zaśmiał się szydersko, ani po swojemu nie ruszył ramionami. Wielkiemi oczyma, zdziwiony, spojrzał na nią i milczał.
— Nie dały mi szczęścia pańskie zasady — mówiła dalej smutno — ale przeto ciekawą jestem, czy wina to zasad samych, czy gruntu nieodpowiedniego, na który je pan przeszczepił? Mistrzu, czy dały one tobie samemu zadowolenie? Czy wystarczyły duszy? Pytanie to dręczyło mnie lata całe.
On głowę spuścił i pobladł. Wbrew swemu zwyczajowi, nie bryzgnął jej sarkazmem lub cynizmem. Milczał.
— Mam przecie prawo spytać, ja, pańska niegdyś uczennica i wielbicielka. Nie dorównałam panu umysłem i nie dorównam, ale zrozumiem łacniej, niż niegdyś.
— Uczyłem panią tego tylko, w com wierzył wtedy i com w tej dobie za prawdę miał. Od tego czasu lata minęły. Przed nami nad zagadką życia myśleli różni; zostały po nich ksiąg góry olbrzymie i pył marny. Teraz my w ich ślady stąpamy, a po nas inni przyjdą. Ile gwiazd, tyle prawd i pytań, ile atomów w przestworzu, tyle teoryj było, jest i będzie. Pokaż mi pani choć jedną z prastarych ran ludzkości, zagojoną ludzkim rozumem, i pokaż jedną zdobycz moralną bez równoważnika nowego trądu i świeżego rozkładu, bierna, niema, darmo szukać! Nauka, to błędne koło bez wyjścia; duch ludzki, to trawiąca samego siebie zmora, a my sami, pyły wirujące bezwiednie, rzucone szyderczą dłonią wypadku, bez celu, bez wyjścia, bez żadnej potrzeby. Pyta mię pani o zasady te moje dawne. Nie pamiętam ich; tyle przeszło potem, a o wszystkich zwątpiłem z chwilą, gdy poczułem, że mogę cierpieć! Zostałem, jak inni, atomem bezwiednym. Cierpiałem, choć nie chciałem cierpieć. Bolało mię, sam nie wiem: we krwi, w piersi! Przedziurawiłem kulą tę podłą pierś, wytoczyłem tę krew słabą! Ha, cóż z tego? Wyżyłem przecie i jak na urągowisko mej wiedzy i potędze — ból został. Odtąd już w nic nie wierzę i niczyim mistrzem być nie mogę!
— Przeciwnie; mnie się zdaje, że teraz pan ma prawo nauczania, gdy sam ludzkiego bólu doznał. Nie ten, wedle mnie, jest człowiekiem, kto nad świat wyższy własną pychą, ale kto te rany zbadał i w sobie nosił, a potem dopiero na nie lekarstwa szuka. Teraz dopiero myśl pana będzie jaśniejszą, rozum prawszym!
— Teraz już ani myślę, ani badam. Zamknąłem tę księgę na zawsze. Teraz za kilka tygodni wrócę do swego życia. Z orkanem będę brał się za bary i tygrysy dusił w uścisku. Wtedy mi dobrze! Nie mają granic moje żądze i nie rozumieją oporu, a tam szeroko! Tam prędzej koniec i nicość! Tam legnę!... Pani pamięta filozofa Rafała; dla mnie on już umarł. Głupi był za długo. Oto jego nekrolog!
Zaśmiał się teraz na zakończenie swym dawnym, przykrym śmiechem.
— Kto szczęśliwy zatem i zadowolony? — spytała smutno.
— Ci, co znają tylko instynkty i ich zaspokojenie.
— Biedna ludzkości, jeśli twe gwiazdy tak nisko spadają! — wyszeptała zamyślona dziewczyna.
Znowu szli czas jakiś w milczeniu.
— A matka pani? — zagadnął.
— Jak ją pan widział raz ostatni. Mówiono mi, że raz omdlałą pan na rękach do domu odniósł. Dziękuję za nią biedną. Teraz zawsze to samo. Rozum i pamięć nie wróciły, a siły słabną. Nie mam żalu do Zudrów za krzywdę materjalną, ale jej nieszczęścia darować im nie potrafię. Zabiliby ją lepiej, niż to!
— Nie szukała pani rady?
— Owszem. Badali ją najsławniejsi psychjatrzy. Na manję i spokojny obłęd niema ratunku.
— Pani z nią sama mieszka?
— Sama. Daleko nas wicher odegnał z rodzinnych stron, a krewni — teraz krewni Zudrów. Nie mamy nikogo.
Dochodzili do miasteczka i tam się ich droga rozdzielała. Zatrzymali się chwilę.
— Do widzenia, sądzę — rzekła, wyciągając do niego rękę.
— Do widzenia! — powtórzył, kłaniając się.
Odeszła, a on chwilę w miejscu pozostał, zapatrzony w jej niknącą postać.
Potem, zamiast zawrócić do oberży, poszedł w tym samym kierunku aż do mieszkania organisty.
Za nią drzwi się zawarły, on do okna się zbliżył i długo patrzał.
Wreszcie się od szyby odchylił, otrząsnął i, jak złodziej, szybko uszedł.
— To nie tamta, to nie ona! A jednak gdziem ja ją widział i co mi jest?... Spocząć trzeba.
W oberży tłusta Schowankowa drzemała za stołem w pustej izbie.
Poznała go zapewne, bo się przeżegnała, jak przed upiorem, i zkiepska po polsku zaczęła witać.
— Alkierz pusty? — spytał.
— Pusty.
— To prowadź i zapal światło.
Zrzucił swą odzież przemokłą, obejrzał kąty i przez okno spojrzał.
— Kto tam mieszka? — spytał, domek stary ukazując.
— Aha, kto! Tam mieszka taka rzecz, co pan nigdy nie widział. Taka kobieta, co ludzi leczy, lepiej niż wszystkie tutejsze doktory, ilu ich było. Ot, dziwy na świecie.
— Jeść co masz, to daj; a nie masz, idź spać!
Jedzenie i ogień na kominie zjawiły się w okamgnieniu. On usiadł i pożerał, jak wilk, ona gawędziła.
— To się moja Truda ucieszy! Zawsze pana wspominała. Za młynarza poszła i dzieci ma czworo. A Gaspar mój mały u księdza służy. A słyszał pan, że Gryszan po pijanemu obwiesił się na dworskiej topoli? Taki szelma! Został mi winien cztery złote groszy dwadzieścia. I ksiądz jest nowy i panicz nasz się zastrzelił! Pan też umarł i baronowej, powiadają, że lada dzień nie stanie. Dziesięć lat, to jak cholera! Tylu ludzi weźmie!
W izbie rozległ się brzęk szkła.
— A kac, a kac! — krzyknęła, wytłaczając swą obfitą postać przez zbyt wąskie drzwi.
Rafał fajkę zapalił i, łokciami na stole oparty, odpoczywał, czy rozmyślał.
Potem wstał, jeszcze raz do okna się zbliżył i popatrzał, poczem gwałtownie się odwrócił i coś zamruczał w niezrozumiałym żargonie.
Stanął przy ogniu, ziewnął, zrzucił surdut i przeciągnął swe zmęczone członki, jak zwierz dziki. Czerwony żar oświecił ostro i wyraźnie atletyczny, muskularny kontur i mizerne oblicze.
Potem rzucił się na posłanie i zasnął twardo, ciężkim snem utrudzenia.
Pomimo to, śniło mu się coś. Nie zadymka przecież i nie wypadki ostatnie, ale dalekie dżungle Indostanu; Ganges płynął majestatycznie, noc była tropikalna, jak dzień jasna, odurzająca wonią; śpiewały jakieś ptaki, czy owady, przelatywały świetlne lucciole i szerokoskrzydłe nietoperze.
Wśród rzeki kapliczka z bałwanem fantastycznym, otoczona girlandą biało-różowych lotosów.
Na wybrzeżu czerniały nieruchome członki śpiących kaimanów, z dżungli przesuwały się bez szmeru pręgowane ciała tygrysów.
Lotosy chwiały się jak żywe, jakby go witały tem monotonnem kołysaniem, a za każdym ruchem woń rozkoszna drażniła jego powonienie.
I nagle poczuł żądzę zerwania tego kwiatu z bezdennych odmętów i poszedł, jak był zwykł, nieustraszony, między bestje i trzęsawiska. Chciał go mieć, a zatem weźmie pod paszczą kaimanów, pod ślepiami tygrysów. Szedł, gdy go opamiętał śmiech szyderski.
Obejrzał się. Za nim Bert Andenberg szczerzył dwa rzędy popsutych przez szkorbut zębów i mówił swym ochrypłym głosem:
Mord und Weh! Więc już i ty w topiel idziesz za zielskiem, jak Franz i inne bydlęta! Nie twoja to robota kwiaty rwać i nie twoje ręce potrafią je dostać! Rzuć, kolego! Dla nas inna zabawa i nie takie trudy!...
Sen się splątał i obraz cudny znikł, przysłoniony mgłami szynkowni i brudnych nor portowych. W żadnem jednak z tych widzeń zgmatwanych nie dostrzegł Rafał zmarłego dobrego kolegi i przyjaciela.
Gdy się obudził, wielki już był dzień na świecie.
Śniadanie podała mu Czeszka na zwykłem miejscu przy oknie, wychodzącem na rynek, i zabawiała go skargami na ciężkie czasy.
Roztargniony i chmurny, wyglądał przez okno, jakby czekał na coś, i nie odpowiadał wcale.
Nareszcie z za węgła wysunęła się drobna, zgarbiona postać starej kobiety.
Poznał ją i uważnie się przyglądał. Zamiast starej mantylki miała na sobie futerko porządne i znać było, że staranne, kochające ręce zawiązały jej chusteczkę na szyi, kapturek pod brodą, ociągnęły drżące dłonie ciepłemi rękawiczkami.
Zdrobniała tylko i zgarbiła się mocniej, ale zachowała żywość ruchów, od których boleśnie odbijały martwe rysy i wzrok szklany, w próżnię utkwiony.
W ręku, jak zwykle, niosła worek, papierami wypełniony, i parasolkę.
Nie sama szła. Za nią o krok postępowała córka, uderzający kontrast tej ruiny i starości, smukła, piękna, z pociągającym wdziękiem ruchów i wyrazem bladawej twarzyczki.
I nie tak, jak niegdyś, prześladowana przez gawiedź i dziatwę, ale spokojna i bezpieczna była Brzezowa. Nikt nie szydził, nie krzyczał, nie urągał; ustępowano im z drogi i zobaczył nawet Rafał, że drab obdarty, o pijackiej twarzy, mijając je, uchylił czapki.
Przesunęły się i znikły. On się pochylił, potem otworzył okno i szedł za tą grupą wzrokiem aż do sądu. Staruszka weszła; do Leonki zbliżyła się kobieta uboga i poprowadziła ją za sobą do łoża cierpienia zapewne.
Rafał okno zamknął.
— Słuchajcie — przerwał gawędę oberżystki — nie wiecie wy, kto tam mieszka w tym dworze za lasem, w Sarnowie?
— Generał jakiś. Już trzeci dziedzic od czasu, jak pierwsi to sprzedali.
— To Sarnowskich niema?
— Oje! Już i pamięci po nich niema! Sprzedali, bo panna poszła, słyszę, za Italjana zamąż, a młody pan tam kędyś przy nich maluje.
— Ha, ha, ha! — zaśmiał się szydersko Rafał. — Narzędzia nie połamała tamta robota! To i dobrze!
— Co pan każe?
— Kto to u was mogiłami zarządza?
— A któżby? Proboszcz.
— A gdzież on mieszka, ten wasz marabut?
— Podle kościoła plebanja — odparła, nie dosłyszawszy pogardliwego zakończenia.
— A zastanę go teraz?
— I pewnie. Po mszy odpoczywa, jeśli do chorego nie pojechał.
Rafał kapelusz nasunął na oczy i wyszedł.
Plebanja stara była i w ziemię wrosła. Wszedł do środka, lecz daremnie wołał i chrząkał, nikt do niego nie wychodził. Zajrzał dalej, zobaczył izdebkę prawie pustą, bez sprzętów i obrazów, tylko nad tapczanem, pokrytym mizerną pościelą, Chrystus ukrzyżowany, sczerniały od lat dawnych, wisiał, z pod cierni spoglądając na ziemię, a sikora oswojona na ramieniu krzyża ćwierkała wesoło.
Na stole leżała księga, twarde krzesełko stało przed nim, nikogo nie było.
Rafał rozejrzał się i wyszedł, trzasnąwszy niecierpliwie drzwiami.
Kościół wyzierał na rynek i, lubo probostwo stare było i opuszczone, on błyszczał świeżemi ściany i nowym dachem.
Rafał ujrzał drzwi od zakrystji otwarte i, po chwili wahania, wstąpił, jak do szynku, nie wyjmując rąk z kieszeni i nie odkrywając głowy. Minął sień i zakrystję, znalazł się w samej świątyni.
Mroczno było i pusto w obszernej nawie. Z umieszczonych prawię u stropu wąskich okien wpadały smugi słońca i odbijały się o ceglaną posadzkę, o świecące ozdoby bocznych ołtarzy, o kryształki świecznika.
Wielki ołtarz tonął w cieniu, więc Rafał, olśniony białością śniegu na dworze, nie ujrzał zrazu czarnego człowieka, co u stóp jego modlił się pochylony nisko. Wreszcie dostrzegł tę postać nieruchomą i podszedł kilka kroków.
— Domy wasze otworem stoją, ale puste! Gdzie wasz tutejszy gospodarz? — zagadnął ostro i niecierpliwie.
Czarna postać drgnęła, przerażona podniesionym głosem, który jak grom rozległ się po sklepieniu i spłoszył nawet kilka ptasząt, które na gzymsie okna u góry, przy wytłuczonej przez wiatr szybce, zaczęły, rozweselone słońcem, pieśń wiosenną.
Gdy się modlący podniósł, poznał Rafał, że to był sam ksiądz, suchotniczo wyglądający, młody jeszcze człowiek, tak chudy, że mu kości policzkowe, zda się, przebijały skórę, a ręce, w których trzymał różaniec, miały wysmukłe, twarde formy szkieletu.
Zamiast zaraz odpowiedzieć, pochylił się i przeżegnał. Potem paciorki wsunął do kieszeni i oczyma, pełnemi jeszcze błysków zachwytu, objął gościa.
— Pytasz o tutejszego gospodarza? — odparł zcicha i rękę ku ołtarzowi podniósł. — Oto on! Potrzebujesz go, synu?
Rafał obojętnie oczy podniósł.
Chrystus taki sam, jak na probostwie, tylko większy i jeszcze jakby boleśniejszy, wisiał rozpięty i z pod cierni na dom swój spoglądał. Przed nim migotała malutka lampka, jak iskierka złotawa.
Filozof ramionami ruszył.
— To drzewo! — odparł. — Ja drzewa potrzebuję do pieca tylko, a gadać z niem nie umiem!
Ksiądz się wzdrygnął, ale po sekundzie już się opamiętał i oczyma, które jeszcze promienniej zabłysły, popatrzał na bluźniercę przejmująco.
— A jednak On i ciebie zbawi, synu, ten Bóg ze swego drzewa. On i za ciebie cierpiał i znajdzie ciebie na pustyni i na ramionach odniesie do swej owczarni. Odkryj głowę, choć w Niego nie wierzysz, odkryj, bo On cię tak kocha, że ci wszystko daruje, gwałtem tej miłości kiedyś pod skrzydła zagarnie. Odkryj głowę, synu.
Filozof brwi zmarszczył, zaśmiać się chciał, czy bryznąć bluźnierstwem, nie rzekł jednak słowa. Ręka jego drgnęła kilka razy, po licu przeszło błyskawiczne wrażenie oporu, nareszcie ręka podniosła się powoli do głowy i zdjął kapelusz.
Ksiądz ukląkł, ustami dotknął kamienia i, podnosząc się, krzyż ręką nad głową zuchwałą zakreślił.
— Słucham cię, synu. Ja sługa tutejszy tylko i na twoje rozporządzenie, jeśliś smutny. Chodźmy.
Wyszli. Ksiądz kościół zamknął i wprowadził gościa do tej samej pustej izdebki. Ptaszyna zaświergotała radośnie i jak strzała spadła na ramię księdza.
— Niedawno tu jestem, więc nie znam ciebie. Zapewne metryk potrzebujesz, synu? Siadaj, proszę.
— Dziękuję, postoję. Nie możecie mnie znać, bom nie tutejszy.
Ksiądz się dobrotliwie uśmiechnął.
— A może o zapowiedzi ślubne przychodzisz?
— Ja swoich miłości w kościele nie załatwiam. Macie tu na cmentarzu mogiłę Lachnickiego. Syn jego ze mną był i przed śmiercią prosił, by ojcu kamień na grobie położyć. Powiedziano mi, że was trzeba o pozwolenie prosić, a zarazem powiedzcie mi, co u was za znaki kładą na mogiłach? Widziałem tyle ludów i cmentarzysk po świecie, żem zapomniał różnych zwyczajów. Przytem imienia tego starego nie pamiętam.
— Czy chcesz pójść ze mną na cmentarz? Poszukamy razem tej mogiły i grabarzowi dam potrzebne rozporządzenie. Krzyże stawiamy na grobach, synu, wszędzie krzyże. To nasze ukochanie i nadzieja.
— Pójdę, jeśli chcecie. Nie mam czasu długo tu zostawać.
— A gdzież twój dom i rodzina?
— Nie rozumiem nawet, co to znaczy — odparł obojętnie.
Ksiądz ptaszynę w ręce wziął i pocałował.
— Ciepło już, drobino — rzekł z uśmiechem. — Może chcesz wrócić do swoich? Otworzę ci okienko.
Sikorka pokręciła główką i zaćwierkała swobodnie. Potem wyśliznęła mu się z rąk i pofrunęła na ramię krzyża.
— Mrozy jeszcze będą, kiedy to na świat Boży się nie wydziera, ale w izbie zostaje.
Rafał od księdza na ptaszynę oczyma powiódł.
— Miałem kolegę — rzekł łagodnie — który hołubił mewy na masztach, że mu do rąk szły, i najdziksze zwierzę ugłaskać umiał. Szczególny snadź to magnetyzm. Zdaje mi się, że wy do niego podobni.
— A do ciebie, synu, ten kolega nie był podobny?
— Gdzie zaś! Jak ogień i woda.
— Czemuż więc byliście razem?
— Czemu? Ja nie wiem. Dobrze mi było z nim.
— Nim stąd odejdziesz, może i ze mną ci będzie dobrze, kiedym do niego podobny.
— Nie. Jak nie on, to nikt inny. Chodźmy.
Nikt pewnie nie widział Rafała w podobnem towarzystwie i jemu samemu wydawało się to bardzo dziwnem.
— Pochwalony Pan Jezus! — pozdrawiano księdza, a on się uśmiechał i czasem zagadywał znajomych dobrotliwemi słowami.
Wpół rynku z ubogiej chatyny wynurzyła się Leonka Brzezówna i stanęła osłupiała; ksiądz się zatrzymał.
— A co tu słychać, moje dziecko? — zagadnął.
— Źle. Dzieci co do jednego leżą na krup i odrę, kobieta wyrzuca resztki płuc. Tam już ja nie poradzę, a chyba Kazia i proboszcz dobrodziej. Dzieci zdrowe będą, ale sieroty.
— A organiścina?
— Prawie zdrowa. Dziś w nocy kryzys przeszedł szczęśliwie. Zastałam rano śpiącą.
— Gdzież idziesz teraz?
— Do straży. Leśniczemu róża poszła w rany. Nogi ma zupełnie bezwładne.
— Daj ci Boże tylko zdrowie i siły. Nie trzeba ci przypominać obowiązku, moje dziecko. Idziemy w jedną stronę teraz, bo ja tu z tym młodym na cmentarz dążę.
— Ach tak, w sprawie grobu ojca pana Adama. Dzień dobry panu.
— Znajomi jesteście? — spytał proboszcz zdziwiony.
— O, i bardzo starzy nawet!
Ruszyli we troje. Ksiądz ucichł, i w myśli coś sobie tylko wiadomego kombinował. Młodzi nie odzywali się także, jakby już w tej wieczornej rozmowie wczorajszej wyrazili wszystko, co ich łączyło kiedykolwiek, a jakby ta noc jedna odrzuciła ich precz, daleko od siebie, napełniła dziwną nieufnością. Nie patrzyli już sobie prosto w oczy, tylko on zpodełba rzucał jej dziwne błyski swych dzikich źrenic.
— Proboszcz dawno nas nie odwiedzał — ozwała się, przerywając kłopotliwe milczenie.
— Nie miałem czasu wieczorem, moje dziecko, a w dzień was nie zastałem przedwczoraj. Służba nasza podobna i dużo czasu zabiera, jak wiesz.
— O, nie podobna! Ksiądz zawsze ratunek i zbawienie przynosi, ja tylko pomoc nieudolną. To moja rozpacz. Myślałam, że hartowniejszej nade mnie niema kobiety, a przecie dotąd przemóc nie zdołam żalu, gdy kogo nie wyratuję. Doktorowie zwykle znoszą to filozoficznie, a ja — wstyd powiedzieć — płaczę jak dziecko.
— A sądzisz, żem ja nad duszami nie płakał? Przychodzi za to wyzdrowienie cudowne, a radość wszystkie łzy przewyższa. Chore dusze jak i chore ciała. Nic my nie poradzimy, bez pracy organizmu, bez chęci własnej człowieka. Nieprawdaż, panie? — zwrócił się nagle do Rafała.
Ten, jak ze snu obudzony, oczy podniósł.
— Nie słuchałem, coście mówili. Byłem daleko.
— Może w Indjach? — spytała żartobliwie.
— Zgadła pani. Nad Gangesem.
Zaśmiał się i dodał powoli:
— Kwiat rwałem.
— Kwiaty? Pan?
— Tak. Są takie, które nawet ja zerwać chcę, jak każdy przeciętny głupiec.
— Jak można kwiaty zrywać? — wtrącił ksiądz. — Mnie się zdaje, że je to boli bardzo, a potem więdną.
— To też takie, co nie chcą być zrywane, rosną na szczytach i, aby je dostać, trzeba ważyć także życie — odparła Leonka, rzucając wzrok na Rafała.
Starli się spojrzeniem. On ramionami ruszył.
— A któż dba o życie, gdy ma chęć do zaspokojenia? A raczej, co warta chęć, w której o życie lub śmierć nie chodzi?
Stali u furty cmentarnej i ksiądz przerwał dysputę, która przybierała ostry charakter.
— Do widzenia, moje dziecko! — rzekł. — Postaram się uwolnić na wieczór i z wami go spędzić.
— Dziękuję, proboszczu.
Rozdzielił ich płot i droga. Grabarz wyszedł ze swego domku i na pytanie księdza poprowadził ich daleko w głąb. Cmentarz był ze śniegu oczyszczony, bardzo starannie utrzymany. Rafał, mijając nagrobki, czytał machinalnie napisy. Leżeli tam jego znajomi: Rahoza, ojciec i syn, pod marmurowym obeliskiem, stary doktór, lubiący piwo i izbę Schowankowej, a opodal, bliżej płotu, dostrzegł na krzyżu drewnianym tabliczkę, na której widok mimo woli się uśmiechnął: „Bodo Ruprecht, 76 lat“.
— I tyś tu? — zamruczał. — Doguwernerowałeś się swojej ziemi i prawdziwej własności.
Grabarz przystanął przed mogiłą, ozdobioną nowym krzyżem i wieńcem nieśmiertelników.
— To panienka położyła na Zaduszki — rzekł.
Proboszcz dawał mu instrukcje i polecił pomagać Rafałowi, a młody człowiek tymczasem do płotu podszedł i gdzieś w dal spoglądał.
— Możemy wracać, synu! — wyrwał go z zadumy głos.
— Zostanę tutaj. Jutro do was wstąpię po datę śmierci i imię tego starego. Dziś mam dosyć tej historji.
Pozostał o płot wsparty i nieruchomy, jak karjatyda, godzinę przeszło. Leonka ukazała się znowu na drodze z powrotem. Wówczas on się poruszył i wyszedł z cmentarza.
Spotkali się znowu.
Ona, zaskoczona nagle jego widokiem, pobladła i obejrzała się, jakby szukała księdza. Potem zapanowała nad wzruszeniem i spytała swobodnie:
— Dokąd pan idzie?
— Przed siebie.
— To może być bardzo daleko. Ja zaś po matkę, a potem do domu na obiad. Po południu przyjmuję chorych u siebie. Może i pan zechce sobie przypomnieć dawne czasy i u stołu naszego znowu zasiąść?
— Dziękuję. A da mi pani tyle, żeby mój głód nasycić, pragnienie ugasić?
Popatrzyła na niego bardzo smutno i łagodnie.
— Dałabym wiele, żeby pan był innym.
— Jakto inny?
— Chciałabym swego mistrza za ucznia teraz mieć. Tyle rzeczy poznałam, o których pan pojęcia nie ma, a które takie dobre są, tyle szczęścia dają!
— Niech pani spróbuje.
— Pan żartuje?
— Nigdy.
— Spróbuję zatem.
— I owszem, służę.
Niepokój znikł z jej oblicza, jego rozpogodziło się na chwilę i zajaśniało dawną, świetną pięknością.
— A co mi pani da wzamian za uległość?
— Czy to taka wielka ofiara?
— Dla mnie? Uległość? To nie ofiara, ale gwałt, zadany całemu życiu i naturze!
— Może więc nie stać mię na zapłatę?
— Owszem. Da mi pani pić, aż żar w sobie zagaszę.
— Dam panu lekarstwo na spokój i pogodę duszy. Zresztą proszę pierwej dopełnić swoich zobowiązań. O nagrodzie potem.
Starała się uśmiechnąć, ale blask z jego oblicza zbiegł i ją okryła chmura przykrości. Szli już, milcząc, znowu owładnięci nieufnością i chłodem.
Zanim zaczęła, opadła ją trwoga o rezultat tej pracy duchowej, wątpliwość o skutek, niewiara we własne siły. A jednak chciała spróbować, chciała bardziej niż kiedykolwiek w życiu.



XII.

W domku Brzezowej zapadał mrok. W sypialni mała lampka paliła się na stoliku, przy którym stara kobieta pisała na wielkich arkuszach i rozmawiała od czasu do czasu sama z sobą, gestykulując i płacząc chwilami płaczem małego, skrzywdzonego dziecka.
W pierwszym pokoju, służącym za gabinet Leonki, nie było światła.
Przez okno otwarte wpadało trochę blasku i wilgotne powietrze wczesnej, bezbarwnej i bezwonnej jeszcze wiosny. U tego okna proboszcz siedział, zapatrzony w skrawek nieba, i dumał.
Czekał już dobrą godzinę, gdy nareszcie drzwi skrzypnęły, w sieni rozległa się rozmowa ze służącą i weszła Leonka.
— Jak tu ciemno! Przepraszam proboszcza; zaraz zaświecę; zamarudziłam nad miarę.
— Nie trzeba światła, moje dziecko. Oddawna wybierałem się do ciebie i tak się zwlokło. Usiądź proszę, mam do ciebie interes.
Dziewczyna zrzuciła prędko okrycie i podeszła do okna. Pomimo zmroku, ujrzał ksiądz, że bardzo była blada.
— Nie będziesz mi miała za złe, moje dziecko, prostego, szczerze życzliwego pytania? — spytał łagodnie.
— Nie, owszem! I odpowiem podobnież — odparła, trochę zmienionym głosem.
— Czem on ci jest, ten człowiek?
Dreszcz ją przeszedł, a z bladej stała się papierowo białą. Nie odpowiadała chwilę i drobnemi zębami gryzła wargi, a wzrok jej wybiegł za okno i zmętniał nagle.
— Czem on ci jest? — powtórzył ksiądz powoli.
Podniosła dłonie do głowy, splotła je na hebanowych włosach i tak stała nieruchoma.
Potem spuściła ku pytającemu przejrzyste oczy i odparła bez wahania:
— Ja za jego duszę życiebym dała z ochotą!
— Kochasz go więc?
— Kocham! — odparła równie stanowczo.
— I zaco go kochasz, dziecko? — badał ksiądz dalej.
— Zaco? Zaco kocha kobieta? Za bóle zwykle! Taka nasza natura niezbadana i tajemnicza! I ja go kocham chyba za te cierpienia i walki, którem z jego powodu znosiła i przebojowała, za te sny złote, które mi szyderstwem potargał, za te ideały, które cynizmem zatruł. Powinnam nienawidzieć, a kocham.
— Nad wszystko?
— Nad wszystko nie, ale nad siebie, nad życie.
— I poświęciłabyś mu wszystko?
— Wszystko, oprócz czci i duszy.
— Dziecko, i dlaczegóż kryłaś to przede mną, ty, taka prawa, i czekałaś, aż spytam?
— Nie kryłam, o nie! Gdybym tajemnicę grzeszną miała i sromała się oczy podnieść, tobym żyć nie mogła. Dwa tygodnie temu ujrzałam go — po dziesięciu latach. Przez te dwa tygodnie miałam wiele pracy i trochę nadziei. Myślałam, że przyjdę do was z radosną wieścią jego powrotu; a potem... a potem....
Urwała z głuchem westchnieniem.
— Potem nie było poco iść! — dokończyła złamanym głosem.
— Na czem budowałaś, dzieciątko, tę nadzieję?
Blada jej twarz poczerwieniała nagle.
— Miałam złudzenie, że on mnie kocha, kochać może, że go złagodzi uczucie; a on...
— A on? — powtórzył ksiądz.
— On mnie tylko pożądał!! — wymówiła z trudnością. — A zamiast złagodnieć, jak zwierz się stał dzikim i straciłam go już na zawsze.
— I kochać przestałaś?
— Nie, księże. Albo to można przestać kochać? Bólów swoich dusznych zapomnieć?
— A pomyślałaś ty kiedy, czy on wart miłości i takiej?
— A gdy pomyślę, cóż z tego? Wiem, że to mi serca nie zmieni. Ksiądz jest święty, nie rozumie mnie może, a ja i sama wyraźnie opowiedzieć nie zdołam. Poznałam go dawno, byłam półdzieckiem zahukanem, nędznem, wycieńczonem już życiem, a tak samotnem ze swą naturą, jak badyl przydrożny. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, nikt nie rzekł przychylnego słowa. Aż raz, w noc późną, nad jakiemś zadaniem rachunkowem spłakałam się okrutnie. W głowie miałam obłęd ze zmęczenia, w oczach mgłę i gorączkę. Zaciskałam zęby, by nie jęczeć. Zacięta byłam i nieprzywykła do skargi. Nie słyszałam, że ktoś wszedł i tylko poczułam dłoń na czole i głos troskliwy:
— „I wartoż to płakać, dzieciaku! — Spocznij, a daj mi ten zeszyt. Nad siły bierzesz!“
— Co mu się stało wtedy, raz w życiu? Potem nie słyszałam z jego ust nigdy takiego głosu, nie dostrzegłam nigdy współczucia, ale i poco? — on tem wziął sobie me serce i, pomimo wszystko, zachował. Księże proboszczu, czy to podobna, żeby zły mógł od złego odwieść? Tak było ze mną. Jego wspomnienie uratowało mi serce, może sto razy nad przepaścią. Ciężko żyć kobiecie młodej, samej, wśród kolegów różnych, bez żadnej opieki. Widziałam wiele. Może mnie ustrzegła natura, wyrobiona biedą i samotnością, ale ustrzegło mnie także to jedno kochanie, to jedno powiedzenie serdeczne, ta dłoń, co dotknęła czoła bolącego, ten głos, co mię nazwał „dzieciakiem“. Zapomniałam wszystkich jego złych nauk i wpływu bezbożnego; tego nigdy nie zapomniałam i nie zapomnę już do śmierci.
Ksiądz, uważnie słuchający, o nic już nie pytał, a ona, ze swą zmienioną wrażeniem twarzą, mówiła szczerze i jasno, z rzewną nutą w głosie, a smutną chmurą w oczach.
— Teraz on odejdzie stąd, może już odszedł, nagrobek skończony będzie za dni parę, a jego natura straszna już się wydziera w te światy dzikie, jak on! Pójdzie i, przeklęty, z nieba strącony, legnie w walce z orkanem, bluźniąc i złorzecząc stygnącemi usty. Księże proboszczu, a z duszą jego co będzie wtedy?
— Będzie przeklęta, bo nic nie kochał!
— Księże proboszczu! Bóg taki dobry, czy u Niego żadnym kosztem tej duszy kupić nie można, żadną ofiarą? Ona taka bogata, tylko jak świat przed stworzeniem chaotyczna! Czy koniecznie ma ginąć marnie?
— Bóg w tym człowieku przykład daje, czem jest dusza bez wiary i kochania ofiarnego. I Bóg jej nie zbawi bez jej własnej woli.
Leonka opuściła ręce i odetchnęła głęboko. Wielkie dwie krople zbiegły po rzęsach i ból dojmujący skurczył twarz.
— Wiecie teraz wszystko, księże proboszczu. Czym bardzo zgrzeszyła? — spytała bezdźwięcznie.
— Bardzoś cierpiała, dziecko, i bardzoś biedna! Daj ci Boże zapomnienie.
— Poco? Szczęśliwa, możebym zapomniała o cierpiących, a tak rozkosz mam, mogąc im usłużyć. Myśli ksiądz, że skarżyć się umiem i pozwolę temu, co wewnątrz, zapanować? — Nie! Nauczyło mię życie milczeć, a miłość znosić! Nie ustanę nigdy w pracy, tylko niech mnie ksiądz nie pyta więcej o to. Powiedziałam wszystko, wbrew naturze i skrytości. Mnie nie robi ulgi wywnętrzenie. Cierpię podwójnie.
— Chciałem ci dopomóc, moje dziecko!
— Dopomóc! Bez woli jego i gromu, kto mi dopomoże? Skończone wszystko, a on stracony dla szczęścia i spokoju. — Powiodła dłonią po czole i właściwą sobie siłą woli opanowując wzruszenie, dodała innym tonem: — Zajmuję księdza swemi sprawami, a nie powiadam, że Kazia zabrała już do siebie dzieci Gryszana. Kobiecie choć pod koniec spadła z piersi ciężka troska. Wie ksiądz, co mi opowiedziała dzisiaj? Oto jej mąż właśnie wydał przed panem Rahozą stosunek Adama z Kazią, ale jak ohydnie, za to, że go Adam za niedbalstwo i kradzież z miejsca wyrzucił. I Kazia to wie!
— Boża służebnica! — szepnął ksiądz radośnie. — Od niej się uczyć jak cierpieć.
W pokoiku zrobiło się zupełnie ciemno, a z sypialni głos staruszki rozległ się niecierpliwie:
— Leonka! Leonka! Co ty sobie myślisz? Rady sobie sama dać nie mogę, a ta się uczy i uczy. Porzuć te książki, chodź, posłuchaj, jak ja tę obronę przerobiłam!
Ksiądz powstał z westchnieniem i nad pochyloną dzieweczką krzyż nakreślił.
— Do zobaczenia! Dziękuję ci i przepraszam, ale nie mogłem ścierpieć wątpliwości co do ciebie. Bolało mnie. Teraz odchodzę spokojny. Nie zawiodłem się na tobie. Pocieszy cię Bóg, zobaczysz!
Wyszedł, a Leonka poskoczyla do sypialni, gdzie starowina wstała od stołu i, trzymając w ręku zapisany arkusz, jęła czytać:
— W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego Amen!
„Wdowa Brzezowa jestem, wyzuta z mienia i ziemi i kąta własnego, skazana na żywot tułaczy, rękami Zudrów, ich wyzyskiem skrzywdzona. Oni pieniądze mają, mnie zostawili tylko siły sterane i krew. Pójdę do sądu, do Boga, do ludzi dobrych i przemogę ich, a wyjdę cała i z tryumfem, i zapłacić mi będą musieli i za wdowieństwo moje i za te siły i za krew. Każcie im płacić, bom stara i tyle już lat sprawiedliwości czekam. Gdzie ona? W sądzie pokoju? W gubernji? W senacie? Wszędzie dojdę, tylko powiedzcie, pokażcie, nie dajcie krzywdzie żyć, bezprawiu panować!“
Pochylona, z twarzą w dłoniach ukrytą, Leonka słuchała cierpliwie. Brzezowa przerwała:
— A co? Dobrze?
— Dobrze, mamo! Możeby mama nie pisała więcej dzisiaj. Ja skończę. Proszę zjeść cokolwiek.
— Skończysz? Dobre z ciebie dziecko! Jeść, mówisz, a czy wrócił Żuczek?
Żuczek dawno nie żył. Zabił go kamień ulicznika w progu sądu. Ona jednak zawsze myślała, że się gdzieś zabałamucił i wróci.
— Niema jeszcze! — odparła Leonka. — Zostawimy mu kolację, na wypadek gdy wróci, a mama niech zje tymczasem, bo już późno.
— Aha, późno, a do nas pozwów jak niema, tak niema!
— Prędko będą.
— Kto ci mówił? Sędzia?
— Sędzia. Lada dzień nadejdą.
— To dobrze. Trzeba jeść zatem, żeby siły wzmocnić, a potem spocząć, bo może to już jutro.
W pół godziny potem światło z sypialni przeniosło się do gabinetu.
U biurka przy oknie usiadła dzielna pracownica i pochyliła, jak niegdyś, ciemną głowę nad książką. Długo w noc świeciło się w tem oknie, bo i późno czasem pukano do tych drzwi z wezwaniem do chorego.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W parę dni potem nad wieczorem, Kazia, pokończywszy interesy z rządcą, siedziała w swym dawnym, narożnym pokoju i, uśpiwszy też chorą babkę, zebrała wkoło stołu kilkoro dziewczątek małych, które o tej godzinie zwykle uczyła katechizmu i robót.
Lekcja kończyła się już i dzieci świergotały wesoło, gdy drzwi się rozwarły i wszedł Rafał.
Od tygodnia nie widziała go. Nikomu nic nie mówiąc, odszedł i przepadł bez wieści; teraz prosto z drogi snadź wracał, obłocony, zmokły, a tak zmieniony był strasznie przez te dni kilka, że, spojrzawszy nań, nie mogła okrzyku powstrzymać.
— Pan chory!
— Ja? Czemu?
— Taki zmizerowany i blady. Ledwie poznałam pana. Proszę usiąść; zaraz każę wina podać.
— Nic mi nie jest. Dziesięć mil dziś zmachałem w taką bezdroż.
— Niepokoiliśmy się długą pana nieobecnością bardzo.
— Kamień kupiłem. Jutro go położą. Skończyłem już prawie swoją tu robotę.
— I pójdzie pan znowu w świat?
— Naturalnie. Za długo już siedzę!
Podała mu kieliszek wina, ale odmówił.
— Dziękuję pani, nie mogę pić teraz. Jestem już i bez tego pijany!
Spojrzała na niego przerażona. Pijanym nie był, ale chorym niezawodnie. Oczy mu świeciły nienaturalnie, usta miał czarne i spalone wewnętrznym żarem, na czole głęboką brózdę od natężenia myśli.
Usiadł ciężko, a podczas gdy ona żegnała dzieci, zgarbiony i niemy, spoglądał uparcie w ziemię.
— Dlaczego pan odchodzi i do czego? — spytała łagodnie, siadając naprzeciw niego i biorąc robotę do rąk. — Czy ma pan gdzie daleko, do czego i do kogo wrócić?
— A poco mi to? Nie znałem nigdy niewoli.
— I nigdy panu taka pustka nie dokuczyła?
— Łatwiej, chcąc, pustkę zapełnić, niż wyrwać coś z siebie. Na to żadna wola nie wystarczy.
— Poco wyrywać, co dobre?
— A skądże pewnik, że to dobre? Może złe? — zamruczał. — Pani znała dwoje duchów: siebie i Adama. Ha, ha! Coby pani rzekła, żeby zajrzała w głąb innych!
— Pożałowałabym ich z całego serca.
— Żal! Co to za głupie uczucie. Kropla wody w kipiątek. Nie zgasi i nawet nie ochłodzi, tylko ten wrzątek bardziej rozdrażni. Oceany lać trzeba w ten war, wszystkie lody bieguna stopić. Dla tego właśnie mnie w świat iść trzeba, gdzie te oceany, bo biada, gdy w miejscu zostanę!
— A jednak pan umie być tak dobrym dla ludzi!
— Głupstwo! Poco pani wmawia mi jakąś tam dobroć? Co to jest dobroć? Słabość, nędza i upokorzenie. Jeślim był dobry dla niego, to mnie za to los wyszydził. Żeby był Bóg i dobro na świecie, toby on żyć powinien, a ja nie! Nie pojmuję, jak może pani w Boga wierzyć, straciwszy jego; albo panna Leonja, patrząc na matkę. Ha, ha! Same wierzyć i mnie, mnie, chcieć nawrócić do takiego kultu, gdzie cierpieć zalecają i naturę gwałcić, dla jakiegoś tam imaginacyjnego nieba, w którem także ani woli, ani samodzielności niema! I jam sekundę słuchał cierpliwie! Głupiec!
Zaśmiał się demonicznie.
— Nie był pan nigdy nieszczęśliwym! — rzekła Kazia. — Wtedy ten Bóg, na pozór straszny i niedościgły, zmienia się w ojca czułego, a ta wiara sroga staje się cichą przystanią, od orkanów życia ratunkiem i ucieczką. Zda się wtedy, że na duszę, jak na ocean wichrem smagany, do głębi wzburzony, kładą się ręce kochające i uciszają czarem, że na rany krwawe i palące spływa gojąca oliwa; a gdy człowiek, jak rozbitek, śmierci czeka, otwierają mu wrota nieznane do innego życia.
— Nie rozumiem, jak człowiek może być nieszczęśliwym.
— A jeśli straci to wszystko, co ukochał?
— Co to jest ukochać!? Żądać! Żądać duchem i krwią, nerwami i rozumem, całym sobą. Gdy mężczyzna tak ukocha kobietę, to ją zdobyć musi pomimo waszego Boga i nieba i piekła, pomimo całego świata walk, a wbrew jej własnej woli nawet. Żądza ludzka, to także bóg potężny, nadewszystko mocniejszy.
Powstał, to mówiąc, i zmienił się cały. Purpura krwi wyjrzała z za mizernych policzków, nabiegła białka oczu i czoło, przecięte żyłami, nabrzmiałemi jak sznury. Ogień buchał mu ze źrenic, rozdymał, zda się, nozdrza, a postać wyniosła, gibka, skurczyła się w sobie, jak pantera do skoku.
Kazia odsunęła się mimowoli, przestraszona.
— Panie Rafale! — zawołała. — To się miłością nie nazywa, ale szałem! I nie Bóg to, ale szatan zniszczenia. Pan sam, choć to mówi, takby czuć nie potrafił.
— Ja, żebym kochał...
Przerwała mu, siląc się na swobodę:
— Toby się pan uczciwie ożenił.
— W kościele może? Przy wtórze swędu kadzidła i organowych pisków? Klecha ma mi coś bredzić i ja mam przysięgać brednie, jak świat stare i jak świat światem niedotrzymane, i brać na całe życie kajdany. Cha, cha! Tego głupstwa nie doczeka się nikt po mnie. Kobietę pożądaną, jak chęć każdą inną, mieć muszę, naprzekór waszym sakramentom, księżom i starym babom! Cóż to jest małżeństwo? Ułatwienie spisu ludności i powstrzymanie koczowniczego życia. Jeśli wasz Bóg jest czystym duchem, poco taki związek odbywacie w kościele? To bezsens! A jeśli go wasz Bóg sam błogosławi, czemu kobietę potem zatrzymujecie przed tym samym kościołem, jak zbrodniarkę, i polewacie święconą wodą, jak nieczystą. Nie zachowujecie w dogmatach swoich najmniejszej logiki i jak stado owiec dajecie się bezrozumnie kierować. Zwierzętami jesteśmy poniekąd w naszych żądzach, a wy chcecie zwierzę nawet uświęcić. Nieszczególnie to wam się udaje między wierzącymi nawet, a wolni, oprócz śmiechu pogardy, nic dla was nie mają.
— A jednak myśmy szczęśliwi i spokojni, a oni...
— Oni nieliczni i samotni jeszcze, jak olbrzymy wśród karłów! Przyjdzie jednak dzień, gdy jak zmurszały budynek zwalą wasz świat, a zasady wasze na wiatr rzucą i odmłodzi się cudnie ziemia nowa!
— W ów dzień Bóg nieśmiertelny zetrze tę ziemię. Ale on nie przyjdzie, nie, bo te karły nikłe dla tych olbrzymów uproszą łaskę!
Zaturkotał powóz pod gankiem. Kazia wstała żywo.
— Przepraszam pana, zaraz wrócę! — rzuciła, wychodząc. Nie było jej sporo czasu. Wróciła nie sama.
— Szczególne, ale bardzo pocieszające polepszenie — zabrzmiał w dalszym pokoju głos Leonki, — jeżeli tak dalej pójdzie, możemy spokojnie czekać lata. Marzec prawie się kończy.
— Chwała Bogu! A wiesz, że zrobię ci niespodziankę. Jest tu u mnie jeszcze jeden chory, potrzebujący twej opieki.
Leonka weszła i spojrzała dość obojętnie.
— I owszem! — rzekła i urwała.
— To pan! — szepnęła z mieszaniną przykrości i zdumienia.
Pani nie spodziewała się mnie widzieć więcej?
— Nie — odparła szczerze.
— Czy dlatego, żem pani nie pożegnał?
— Dlatego, że pan mówił, iż skończył swoją tu robotę.
— Jeszcze nie!
Poczciwa, zatopiona w abstrakcji i dobroczynnych uczynkach Kazia, nie rozumiała, że ta niespodzianka była gorzką dla obojga, jak owoc Martwego Morza, i wtrąciła dobrodusznie:
— Nieprawdaż, że pan Radwan fatalnie wygląda?
Leonka zmarszczyła brwi i zagryzła usta.
— Pan Radwan jest sam doktorem i wiedzieć powinien, co mu dolega. Mojej rady pewnieby nie przyjął. Pan dzisiaj wrócił?
— Przed chwilą.
— Zdrożony i pewnie głodny. Nie chciał jednak przyjąć ode mnie nawet kieliszka wina! — dodała Kazia.
Leonka popatrzyła na niego uważnie. W jej oczach mignął żal serdeczny, może jeszcze iskierka nadziei żyła.
Wzięła wino i podała mu.
— Proszę wypić za moje zdrowie, a potem opowiedzieć nam scenę jaką z tych pysznych zwrotnikowych krajów. Pan tyle widział, a tak niechętnie opowiada!
Wziął kieliszek i wypił bez protestu. Gdy szkło stawiał na stole, ręce mu drżały, jak w febrze, i głos był zmieniony, gdy odpowiadał:
— W moich wspomnieniach, jak we mnie, zawiele jest piekła dla waszych uszu. Nie opowiem nic, ale za to wino i na pożegnanie zaśpiewam pieśń daleką, tę samą, co Adama do śmierci kołysała.
Usiadł opodal od światła i, zapatrzony na Leonkę, śpiewać począł.
Język był niezrozumiały i rytm dziwny, oryginalny. Głos Rafała, pomimo nadużyć, jeszcze silny i giętki, zrazu był cichy i spokojny, jakby opowieść snuł, potem roztoczył się i zadźwięczał rzewną skargą, czy prośbą, czy modlitwą, polem rósł i potężniał, nabierał dźwięków metalicznych, łamał się jak rzeka po kaskadach, i wreszcie zagrzmiał gamą urywanych, namiętnych tonów, wybuchów szału, okrzykiem boju, dyszeniem wściekłości i urwał się nagle... jeszcze jeden akord tryumfu, westchnienie rozkoszy — śpiewak ucichł.
Po kątach pokoju obiło się przeciągle echo i jakby duszący powiew zwrotnikowy przeszedł, potem zapanowała cisza.
Rafał wstał i jakby odpowiadał na nieme pytanie o treść tej fantastycznej melodji, począł mówić półgłosem:
— Lotosy, kwiaty życia i miłości, wychylają swe różowe kielichy z wód toni. Nie dojrzy ludzkie oko ich narodzenia. Wczoraj na tem miejscu były wody czarne, głąb niezbadana i pusta — o świcie są kwiaty, smukłych kształtów, barwy jutrzenki, woni odurzającej. Wstaje młodzian, wczoraj dziecko, i spogląda na nie. Spogląda i ubóstwia i staje się człowiekiem! Lotosy drażnią go i wabią, bezpiecznemi się czują pod strażą bezdni niedostępnych, zwierząt głodnych i zazdrosnego boga, który je wydał ze swego łona, sobie tylko na podziw. Hindus, młodzieniec o krwi gorącej i wyobraźni wschodu, w zachwycie swym rośnie i olbrzymieje. Żary jego piersi pożądają uścisku, usta pocałunków, krew rozkoszy. Kwiaty się rozchylają i gorejące jego oczy widzą z za płatków różowych, z nad koron bladawych, purpurowe wargi, ramiona kobiece, oczy głębokie. Niema odmętów potężnego Wisznu; jest on tylko i jego chęć! Wstaje i idzie! Kaimany go ćwiartują, tygrysy duszą i krwawią, odmęty ciągną w śmierć sto razy, Wisznu piorunuje — on idzie i idzie. Dopóki krwi kropla, życia atom, nerw choć jeden cały — on idzie. Lotosy coraz bliżej, woń coraz mocniejsza, dochodzi, zrywa kwiat rozkoszy — i pada. Niech go wtedy biorą bestje i odmęty, niech go zabije bóg. On doznał nirwany szału, on posiadł niebo miłości! On żył!... Tak się pieśń kończy!...
Gdy kobiety podniosły zamyślone głowę na skrzyp drzwi, Rafała nie było w pokoju.
— Szalony! — wymówiła pierwsza Leonka.
— Żebyś słyszała to, co dziś mówił! Boję się!
— Czego?
— Jakiego nieszczęścia z nim. On chory, ciężko chory.
— Biedak! — szepnęła Leonka. — Ta choroba to jego zwykły stan, może w tej chwili bardziej wybitny. Kiedy pomyślę, żem ja taką była i możebym została, gdyby nie wpływ twego narzeczonego, twój i twardej szkoły nieszczęścia, to mnie zgroza ogarnia i żal nad nim okropny. Przeklęty ten rozum ludzki i przeklęta wola, niczem nie krępowana! Wszak on samego siebie nienawidzi, i myśl szczęścia ze wstrętem odrzuca! I marnie, marnie zginąć musi!
— Leonko, czy ty się go nie boisz? — zagadnęła Kazia niespokojnie.
— Nie. Znam go dobrze. Zresztą my, pionierki nowych dróg i światów, nie możemy się bać, bobyśmy nigdy do celu swego nie doszły. Wam tradycje wyrównały tor życia, osłoniły was szczelnie przed każdym kamieniem obrazy; nam te kamienie pokrwawiły stopy, a tory własną siłą trzeba było zdobywać! Hej, hej! Między naszą bracią bojującą wykwitnąć muszą trzy rzeczy, rzadko znane kobietom: odwaga, zimna krew i zdrowie, jak stal hartowne; a zaniknąć także trzy: wrażliwość, plotkarstwo i płochość! Inaczej, nie będzie nas!
— Zazdroszczę ci tej siły i odwagi. Żebym podobną tobie była, stokroć więcej mogłabym innym dopomóc.
— Ejże, nie wywołuj komplementów, bo jak zacznę wyliczać twoje ofiary i moje, będę się musiała wstydzić, a ty żenować. Czytajmy lepiej; są gazety.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Pod włoską topolą, w ulicy, wiodącej do miasteczka, Rafał się zatrzymał, o pień stary oparł i szarą płachtą nocy zakryty — czekał.
Wilgotne powietrze miało już w sobie balsamiczną woń pączków, wiatr łagodność pieszczoty, śnieg ginął, czarna ziemia wyzierała zewsząd, a rzeczka, latem tak mała i licha, huczała i pieniła się, jak potok górski. Z miasteczka rozlegały się śpiewki i muzyka, wszystko wkoło radowało się nadchodzącą wiosną, orzeźwiało i weseliło po długiej niewoli zimowej.
Człowiek u topoli nieruchomy czekał.
Tak tygrys, zaczajony nad potokiem w puszczy, czatuje na sarnę, spragnioną, a nieoględną!...
Nareszcie wyszła Leonka. Lekki, elastyczny jej krok coraz był wyraźniejszym. Zapatrzona w ziemię, wbrew poprzedniej swobodzie i wesołości, była zamyślona i poważna. Gdy minęła Rafała, nie dojrzawszy go w ciemności, on się oderwał od topoli, ruchem kocim przesadził rów i szedł za nią.
Drgnęła, wyrwana z zadumy szelestem kroków, i obejrzała się. Poznała go, ale w oczach nie strach mignął, tylko surowy chłód, gniew i obraza.
Nie rzekli do siebie słowa; ruszyła dalej, nie zwalniając i nie przyśpieszając kroku.
Po chwili, jakby rozdrażniona, zwróciła się znowu i spytała spokojnie jeszcze, ale już z błyskiem w oczach:
— Czy pan towarzyszy mi z wypadku, czy umyślnie?
— Umyślnie.
— Ma mi pan co do powiedzenia?
— Mam!
— Więc służę! Nie lubię fałszywych pozycyj i nie chcę, by pan mnie ścigał! Skończmy i rozstańmy się. Czego pan chce ode mnie?
— Chcę pani samej!
— Nie rozumię pana.
— Kocham panią i przysiągłem sobie zdobyć!
— Podałam panu warunki. Jeśli pan innym się stanie i tak pokocha, jak szlachetny człowiek, — gotowam zostać pańską żoną. Poco mnie pan prześladuje.
— Ja mieć panią muszę i będę!
Stali naprzeciw siebie, i zdawało się, że lada chwila on się rzuci na nią, jak tygrys na sarnę. Niewiadomo, co go hamowało przed ostatecznem szaleństwem.
Rozdrażniona, oburzona, dysząca zgrozą, spiorunowała go wzrokiem i, odstępując o krok, wybuchnęła:
— Więc do tego doszło między nami! Więc to mi mówi dawny mistrz, co namiętność nazywał złodziejem, a miłość zgubą człowieka? Pamiętam pana słowa! Toć była moja ewangelja młodzieńcza i pierwsza wiara. Wziął mi pan wtedy zasady, Boga, spokój, duszę błotem okrył, serce podeptał i oszydził. O, ja pamiętam! Dziesięć lat bólu mnie to kosztowało, zanim ożyłam na nowo. Wtedy byłam szpetną, chudą, zaniedbaną dziewczynką, nie patrzał pan na mnie. Teraz wyrosłam, zajęłam pana oczy, podrażniłam nerwy, piękna jestem i ponętna, dla szału waszego mam być pastwą. Cha, cha! Zostawił mi pan wówczas cześć nietkniętą, a teraz, po latach, i to jedno jedyne, niezniszczone i niezabite przez pana, ma iść na ofiarę i łup. Tak, gdzie cierpiało wszystko, niech idzie reszta! Taki los! Cha, cha! Ale teraz ja mówię — nie! Dosyć pan wziął i dosyć cierpiałam przez pana. Czci mojej wam nie oddam, chyba razem z życiem. Możecie mnie zabić teraz, ale nie zdobyć. Wolę śmierć stokroć, niż tę hańbę ostatnią — z pana rąk. Nie doprowadzajcie mnie do ostateczności, bo trupa mieć będziecie. Proszę odejść!
On stał i dyszał. Niewiadomo, czy przez krew huczącą dotarły do niego te słowa, czy je zrozumiał. o krok był od niej i dygotał cały, przecie dłoni nie wyciągnął.
— Szaleję za panią! Nie kochałem nigdy! Teraz ani myślę, ani się zastanawiam, ani czuję nic więcej. Szaleję. Sto razy mogłem mieć panią, sto razy to pragnienie ugasić, głód zaspokoić. Czemu tego nie zrobiłem? Pani musi wiedzieć, ja nie wiem! Mnie coś trzyma jeszcze, ja jeszcze proszę! Odejdę i teraz — jeszcze mogę! Ale gdy przyjdę, zmógłszy ten głupi lęk, czy co to jest, wtedy prosić nie będę, mówić nie będę. Wtedy niech pani chyba broń ma i nie chybi mnie, bo inaczej, kobieto, będziesz moją, i żadne potęgi ziemi i nieba ciebie nie ochronią przed moją wolą i siłą.
— Obyż wtedy śmierć moja nie spadła na pana, ale zdruzgotała piekielną naturę. Oby pana krew moja nawróciła na dobrą drogę, otworzyła oczy, kiedy już nic innego pana nie zmieni! Odejdź pan i nie wracaj, chyba inny, bo i ode mnie nie posłyszy pan więcej ani jednego słowa!
Odwróciła się od niego i odeszła.
On się zawahał i skoczyć chciał, jak zwierz, gdy nie czuje na sobie wzroku pogromcy. Nie skoczył, zacisnął pięści i w pierś się uderzył, klnąc; potem zszedł z drogi i, zapadając po kolana w rozgrzęzłej roli, poszedł naoślep przed siebie w puste pola i bory.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Minął tydzień, nie wracał; upłynął drugi, nikt go nie spotkał. Nagrobek, już gotowy, pobłogosławił ksiądz, przestano wspominać Rafała, wierzyli wszyscy, że, jak zwykle odszedł już w świat, nikomu nie rzuciwszy słowa pożegnania.
Leonka, zrazu spędzająca bezsenne noce, przestała drżeć i zrywać się na każdy krok i szelest; sądziła, że się opamiętał i zapomniał; Kazia myślała o nim, jak o zmarłym; ksiądz modlił się niekiedy, ale nie pytał o niego.
Życie szło dalej dawnym trybem dla trojga tych istot, wśród których on się jak meteor i zmora prześliznął; zapełniały to życie obowiązki ciężkie i praca ciągła; obraz demona bladł.
Tylko Schowankowa, snadź opłacona po królewsku, strzegła klucz od alkierza, gdzie walała się odzieży garść, i czekała go co wieczór, odgrzewając wieczerzę i chłodząc piwo.
Wiosna postąpiła naprzód, zazieleniła smugami łąki, zasnuła sztywne gałęzie zieloną siatką drobnych listków, rozjaśniła swe niebo. Wieczory bywały ciche i ciepłe, przejęte orzeźwiającem tchnieniem, pełne śpiewu i radosnych odgłosów.
Pewnego takiego wieczora, drzwi oberży rozwarły się z łoskotem i Rafał wszedł, obdarty i dziki, jak opryszek.
— Pić! — krzyknął do gospodyni, kierując się wprost do alkierza.
Wystraszona i zelektryzowana tonem rozkazu, otworzyła mu drzwi, chciała zapalić światło.
— Nie trzeba! — burknął. — Pić dawaj!
Przyniosła piwa, odtrącił butelkę.
— Wódki chcę!
Spełniła w mig żądanie i wróciła do gości, których o tej porze bywało najwięcej.
Rafał wypił szklankę palącego trunku i, jak zwierz w klatce, począł chodzić po ciasnym alkierzu, potrącając sprzęty i rozbijając w rozpędzie czoło o ściany.
Schowankowa wsunęła się po godzinie, proponując wieczerzę.
— Pić! — odpowiedział, strącając na ziemię pustą butelkę.
Przywykła do jego żądań gwałtownych, podała drugą. Zawołano jej, wyszła, a on za nią drzwi na klucz zamknął i pił, chodząc wkółko bezustannie.
W izbie oberży wrzało długi czas, potem zwolna ucichło. Gospodyni odmawiała pacierze, łajała sługę, liczyła dzienny zarobek, potem zaryglowała drzwi i okna, zgasiła światło i odeszła na drugą stronę domu na spoczynek.
Musiało być późno. W domku Brzezowej lampka zgasła w sypialni, zajaśniało w gabinecie Leonki; miasteczko usypiało i zrzadka tylko kur zapiał, lub pies zawył, na niebie było chmurno.
W alkierzu rozlegały się wciąż kroki. Rafał drugą pustą butelkę ze stołu strącił i zatrzymał się wprost okna.
Szumiało mu w głowie i mózgu, po żyłach nie krew płynęła, ale wrzątek lawy, przez mgłę tę widział czerwono oświetlone okno naprzeciw.
Pijany był alkoholem i szałem i, na nic już niepamiętny, gotów do zbrodni.
Otworzył okienko i wyśliznął się na pusty dziedziniec.
Noc ciepła i wonna rozmarzyła go do reszty. Dysząc, poszedł na to samotne światło, bez wahania chwili.
Zastukał do drzwi. Tak zawsze czynili ci, co przychodzili w nagłych razach po pomoc lekarską.
Słychać było, że z zewnątrz ktoś drzwi otworzył, potem rozległ się stuk jakiś, hałas padającego sprzętu, — potem światło zgasło i wszystko ucichło.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Noc minęła i ranek promienny, cichy, jak szczęście pogodny, wstał na Rahoźną.
Rafał na zwykłem miejscu w oberży siedział u okna, blady, apatyczny, z brodą pięściami podpartą, patrząc bez myśli przed siebie szklistemi źrenicami pijaka. W zębach gryzł cygaro i nie odpowiadał ani słowa gadatliwej gospodyni, od czasu tylko do czasu spluwając przez zęby.
Wtem, bez żadnego wstępu i widocznego powodu, krzyk się podniósł za domem, potem tupotanie nóg biegnących, potem jakaś kobieta wypadła na rynek, głośno wołając i machając rękoma.
Wokoło niej zebrała się migiem gromadka ciekawych i gwar się zrobił; zewsząd zbiegli się ludzie.
— A tam co się dzieje? — zawołała Schowankowa, wybiegając na rynek.
Za domem raz, drugi i trzeci krzyk ten sam co pierwej się rozległ. Podobny był do żałosnego wycia.
Rafał głowę podniósł. Coś go tknęło w tym dźwięku. Nie poruszył się jednak, gdy w tem Schowankowa wpadła zdyszana, łamiąc ręce, i wrzasnęła nieludzkim głosem:
— O Jezu! Słyszy pan, co się stało? Nasza dobrodziejka, ta panienka, panna Leonja! O Jezu!
Jak sprężyną ruszony, podskoczył. Czeszkę odtrącił, drzwi sobą rozwarł, wypadł na rynek, i o nic nie pytając, rzucił się tam, za oberżę.
Na krzyk ten straszny biegł, wskoczył do domku. Drzwi stały otworem. Znalazł się w pokoju. Stanął i sam nie wiedział, co się z nim działo i czy tam kto był jeszcze i kto jęczał.
W pokoju, na podłodze u okna, leżała Leonka. Chwilę myślał, że omdlała tylko; przypadł do niej. Dotknął rąk odrzuconych — były chłodne; dotknął serca — stało cicho, a obok na podłodze, straszny pewnik, walała się flaszeczka, z charakterystyczną trupią głową na etykiecie.
Powstał i o krok postąpił, wpatrzony obłąkanym wzrokiem w to ciało sztywne, w tę twarz białą, w sine usta i wielkie zagasłe oczy.
Rozpłynęły się włosy krucze po podłodze, a słońce poranne rzeźbiło wyraźnie każdy rys, każde skrzywienie oblicza.
Lotos jego leżał zerwany, zwiędły i nieżywy już. Nie ucieszy jego oczu, nie pociągnie szałem.
On przysiągł i ona przysięgła. Dotrzymali oboje. On przez zbrodnię — ona przez śmierć... śmierć... śmierć...
Żaden głos nie wydobył się z niego. Grom to był, co go zmiażdżył, odebrał wszelkie czucie, pozbawił pamięci. Nic nie słyszał z zewnątrz. A tam w środku czuł ból rosnący, wzbierający, wiercący każdy nerw, wydzierający mu po kawałku wszystko, co boleć mogło. Chwilami czuł, że go od tego bólu przytomność odbiega, że warjuje, że ginie; to znów te kleszcze poczynały szarpać, wpijać się w głąb, wywlekać zda się wnętrzności.
Naprzeciw niego, skulona na ziemi, trzęsąca się, leżała prawie biedna obłąkana.
Ona pierwsza rano zobaczyła swe dziecko martwe i wydała ów krzyk przeraźliwy, który ludzi sprowadził. Potem szarpała nieżywą i dźwignąć ją chciała, a wkońcu usiadła nad nią, bezsilna i zgnębiona zupełnie.
Z wzburzonym włosem, ledwie odziana, z szeroko rozwartemi źrenicami, bez myśli, nie spuszczała oczu z córki i zawodziła żałosnym głosem:
— To Zudry, Zudry ją zabili! O Boże, stąp Ty raz jeszcze do nas — na sąd. Wdowa Brzezowa jestem i nikogo już nie mam i na sprawiedliwość darmo czekam lat tyle. Leonka, Leonka! Moje ty ostatnie! Panie Boże, niech Zudry i Ochajny zatrzymają, bo i na co mi one teraz? Ale sprawiedliwość mi dajcie za całą krzywdę. Ja wszystkie sądy znam. Takie małe i ciasne, i wielkie jak kościoły, ja wszędzie byłam. A teraz wy, ludzie, i Ty, Boże mój, powiedzcie, gdzie ja teraz to dziecko poniosę? W jakim sądzie mnie za nią sprawiedliwość dadzą? Powiedzcie ludzie, powiedzcie! Ja pójdę... tylko sama nie wiem! Mnie jeszcze nikt takiej krzywdy nie zrobił. Pierwszy raz! Powiedzcie, ludzie! Powiedzcie! Leonka, Leonka!
Mówiła ciągle, monotonnym, jednostajnym tonem. Czasem tylko jakie słowo krzyknęła donośnie i znowu szemrała półgłosem.
W izbie zbierała się ciżba, wznosiły się szlochania i westchnienia głuche.
Tych dwoje, co najbliżej wartowało ciała, nie słyszeli nic, nie widzieli nikogo, tylko ten kwiat blady i skoszony w zaraniu, skarżący się im kurczem bólu i martwotą sztywnych rysów.
Wreszcie mężczyzna oczy oderwał i powiódł niemi wokoło. Potem się poruszył, ciżbę ramionami roztrącił i wyszedł.
Poco miał patrzeć i pozostawać? Gdzie spojrzał, widział ją, gdzie się obrócił, ból go nie opuszczał. Szedł, szedł, szedł!
Przez rynek, przez ulicę, na most. Tam stanął chwilę i znowu szedł, jak automat, czy lunatyk.
W głębi jego już nie bolało, — za słaby to wyraz, — jego ta męka kładła na łoże i rozśrubowywała członki ze stawów, wyciągała żyły pokolei, brała czaszkę w obręcz i zaciskała jak w prasie, palącemi kleszczami ryła po sercu.
Szedł ciągle i już nie pamiętał, gdzie w głębi puszczy zwalił się bez czucia u stóp świerku, obejmując głowę rękoma, na twarz, piersią wyjącą do ziemi, niezdolny iść dalej, cierpieć dalej, żyć dalej.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Chaos był, huragany ognia i wody, kłębiące się odmęty, ziejące czarne otchłanie. Niczem samum pustyni, niczem cyklony równika, niczem trąby powietrzne. Z niezbadanych szczytów Bóg zstępował, ze słowem stworzenia, życia i światłości.
Nad chaosem stanął i dłonie wyciągnął wszechpotężne. I dla tej ziemi przyszedł dzień Genezy.
W otchłani żaru i płomieni waliły się przekonania, mądrość, naukowe teorje, doświadczenia życia; druzgotała je jakaś moc nieznana, miażdżyła na proch i popiół ręka wszechwładna! Żar zalewały potopy i wody, rozpalając się na wrzątek, kotłując, burząc pod niebiosa, hucząc jak setne gromy...
Ogień opadał, gasł — otchłanie się równały, przepaście nikły...
Ziemia była pusta, głucha, bez życia, lecz duch Boży już się nad nią unosił w tem pierwszem zaraniu, a ona czekała, dysząc, zmęczona, bezsilna, jak dziecko cicha — pierwszego rozkazu: „Niech się stanie światło“ — by zakwitnąć dla Niego.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·
· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Chrystus, na krzyżu rozpięty w głębi swego przybytku, patrzył pewnego wieczora z pod swych cierni krwawych na człowieka, co klęczał u Jego stóp.
Lampka, jak skierka złotawa, oświecała oblicze Zbawcy, pochylone pod ciężarem korony tej i grzechów całej ludzkości; i zdawało się temu klęczącemu, że twarz ta nie z drzewa, ale żywa, i do niego się przez swe bóle dobrotliwie uśmiecha; że te ramiona nie gwoździe trzymają, ale że one tak do niego się wyciągają — miłosne i stęsknione.
Patrzył, oczu nie odrywał od tego drzewa, a nad nim łagodny, cichy głos księdza ascety szeptał... — Zmiłuj się nade mną, Panie, bom chory! Uzdrów mię Panie, bo zmęczone są kości moje...“
Z oczu mędrca, wzniesionych w górę, rozszerzonych bardzo, jakby wypalonych cierpieniem, ściekły dwie wielkie, gorące, jak ołów ciężkie, krople, zaświeciły w odblasku lampy, zbiegły powoli po brózdach oblicza.
Robotnicy winniczni, wezwani o jedenastej godzinie, wynagrodzeni z pierwszymi narówni, imię Pana swego wymawiali takiemi łzami.
„Zmiłuj się nade mną, Panie, bom chory, bom zbrodniarz, bom potępieniec!“
Ramiona człowieka rozplotły się z piersi, rozszerzył je i, chyląc się, dotknął zuchwałem czołem, z głuchym jękiem zimnego kamienia, i tak rozkrzyżowany pozostał.
— Nie będę Cię prosił, Boże, nie będę! Nie mogę! — Ale psalm brzmiał dalej, a oblicze Chrystusa promieniało miłosierdziem.
— „Powstanę i zmiłuję się nad nim, bo przyszła chwila naznaczona, przyszedł dzień zbawienia.“

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·
· · · · · · · · · · · · · · · · · ·


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.