Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I owszem, służę.
Niepokój znikł z jej oblicza, jego rozpogodziło się na chwilę i zajaśniało dawną, świetną pięknością.
— A co mi pani da wzamian za uległość?
— Czy to taka wielka ofiara?
— Dla mnie? Uległość? To nie ofiara, ale gwałt, zadany całemu życiu i naturze!
— Może więc nie stać mię na zapłatę?
— Owszem. Da mi pani pić, aż żar w sobie zagaszę.
— Dam panu lekarstwo na spokój i pogodę duszy. Zresztą proszę pierwej dopełnić swoich zobowiązań. O nagrodzie potem.
Starała się uśmiechnąć, ale blask z jego oblicza zbiegł i ją okryła chmura przykrości. Szli już, milcząc, znowu owładnięci nieufnością i chłodem.
Zanim zaczęła, opadła ją trwoga o rezultat tej pracy duchowej, wątpliwość o skutek, niewiara we własne siły. A jednak chciała spróbować, chciała bardziej niż kiedykolwiek w życiu.