Kronika Jana z Czarnkowa/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jan z Czarnkowa
Tytuł Kronika Jana z Czarnkowa
Podtytuł archidyakona gnieźnieńskiego podkanclerzego królestwa polskiego (1370-1384).
Data wydania 1905
Wydawnictwo E Wende i Sp.
Drukarz Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Żerbiłło
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron




KRONIKA

JANA Z CZARNKOWA



Druk. i lit. Jana Cotty w Warszawie, Kapucyńska 7.
Kronika
Jana z Czarnkowa
ARCHIDYAKONA GNIEŹNIEŃSKIEGO,

PODKANCLERZEGO KRÓLESTWA POLSKIEGO.

(1370—1384)






PRZEŁOŻYŁ Z ŁACIŃSKIEGO,

WSTĘPEM I PRZYPISAMI UZUPEŁNIŁ

J. ŻERBIŁŁO.



Z zapomogi Kassy pomocy dla osób pracujących na polu naukowem
imienia Józefa Mianowskiego.




WARSZAWA

Skład główny w księgarni E Wendego i Sp.
krakowskie-przedm. Nr. 9.
1905.

Дозволено Цензүрою.
Варшава, 12 Апрѣля 1904 года.






WSTĘP.



1. Dzieło, które obecnie w przekładzie polskim podajemy, powstało w ostatniej ćwierci XIV wieku. Nie jest to kronika we właściwem znaczeniu tego wyrazu; najodpowiedniej byłoby nazwać je pamiętnikami, gdyż ma wszelkie cechy tego rodzaju utworów, tak następnie szeroko rozpowszechnionych, szczególnie we Francyi, a przedstawiających materyał historyczny pierwszorzędnej wagi. Bo też w rzeczy samej pamiętnikarz jest źródłem pierwszej ręki: pisze o tem, na co patrzy, w czem sam bierze udział; pisze w środowisku swego czasu, więc daje tysiące takich drobnych rysów, których nikt z piszących o przeszłości zebrać nie jest w stanie; pisze o ludziach, których widzi, zna, kocha lub nienawidzi, więc z masą takich szczegółów, które się nie mogą odzwierciedlić ani w aktach, ani w innych pomnikach historycznych.
Ale z drugiej znowu strony, dlatego właśnie, że sam działa, dlatego, że pisze o ludziach ukochanych lub nienawistnych, jest zawsze stronny, zwykle namiętny, zawsze patrzy na wszystko przez pryzmat swoich sympatyj i antypatyj, ze swego indywidualnego stanowiska. O ile więc cennym jest każdy pamiętnik, jako zbiór drobnych szczegółów, jako charakterystyka tła epoki, o tyle jednak z wielką ostrożnością należy z niego korzystać, aby nie patrzyć pod jego kątem widzenia. Najbardziej zimny, najbardziej objektywny pamiętnikarz pełnej historyi dać nie może, bo pisze jedynie o tem, co sam widzi, a często nic nie wie, co widzą w tem samem inni; pisze tak, jak wie, — ale częstokroć może, a nawet niekiedy musi błądzić. Dopiero pewna ilość pamiętników danej epoki razem zebrana mogłaby dać obraz jej wszechstronny i wierny.
Nasz autor również pisze o ludziach, których zna, widzi, lubi i nienawidzi; o faktach, na które patrzy, o czynach, w których bierze udział; podziela wierzenia i błędy swego czasu i swego środowiska. Nawet zewnętrzna forma jego dzieła jest pamiętnikowa, bo tylko trzy pierwsze rozdziały stanowią wstęp pragmatyczny, następne zaś wszystkie pisane były dorywczo, z roku na rok, prawie z miesiąca na miesiąc, bez powziętego z góry planu, w miarę tego, jak się materyał nagromadzał. A materyału był zasób nie mały. Że zaś nasz autor wykazuje umysł światły i wielką miłość do kraju, więc rzeczywiście daje nam taką masę szczegółów, taką ilość drobnych faktów, że z nich, jak z mozaiki, daje się odtworzyć barwny obraz całego panowania Ludwika i bezkrólewia po nim, a tak charakterystyczny i wypukły, że poprostu żal bierze, gdy się jest ku końcowi dzieła, albo gdy autor rozmyślnie nie chce się o czemkolwiek rozpisywać. Takiej historyi do tego czasu nie mieliśmy wcale; jestto wspaniałe przejście od suchych zapisek rocznikarskich i uczonych kronik średniowiecznych do wiekopomnej trzynastej księgi dzieła Długosza.
2. Któż był tym autorem, który pozostawił nam tak cenne, a jak na owe czasy wielkie i znakomite dzieło?
W kronice nie nazwał siebie ani razu; nie nazwali go też późniejsi pisarze historyczni, chociaż czerpali z jego pracy, jak to zobaczymy, całą dłonią.
Był nasz autor wielbicielem Kazimierza W., — „o którego podziwienia godnych czynach, wspaniałości i cnocie” (rozdz. 1) — w dwóch rozdziałach, zresztą dosyć krótko i sumarycznie, pisze. Wylicza jego zasługi dla kraju, podnosi zwłaszcza jego wewnętrzną pracę w urządzeniu królestwa; gani jego skłonność do uciech zmysłowych, ale tłumaczy ją hojnem uposażeniem natury i krwią gorącą; w ogólności, cały rozdział trzeci, poświęcony szkicowi dziejów Kazimierza, tchnie miłością ku niemu i uwielbieniem i wykazuje dokładną znajomość jego czynów. Następny (4-ty) rozdział, poświęcony opisowi śmierci Kazimierza, stanowi właściwy początek pamiętników. Autor był obecny przy ostatniej chorobie króla, towarzyszył mu z Przedborza na Sandomierz do Krakowa; przez niego król w Krakowie czynił wyrzuty lekarzom, że go nie dość pilnie doglądali w drodze; jemu dał zlecenie, aby posłał do Płocka, dla zbadania rumowisk kościoła Ś. Zygmunta, który chciał odbudować. Ma nasz autor bardzo dokładną wiadomość o testamencie króla, jak gdyby był przy jego sporządzaniu. Bezpośrednio po śmierci króla bierze nasz pamiętnikarz udział w całej sprawie o nieuszanowanie jego ostatniej woli (rozdz. 7); ma w ręku nadania jego przedśmiertne i idzie z niemi do arcybiskupa; następnie oburza się na to, że postanowiono ich nie wykonywać, i widzi je pocięte przez komorników krakowskiego i sandomierskiego. Po koronacyi Ludwika bierze czynny udział w uroczystościach egzekwialnych po Kazimierzu... Z tego wszystkiego widać, że autor był osobą z najbliższego otoczenia króla, był niemal jego powiernikiem.
Mówiąc jednak tak stosunkowo dużo o sobie, autor ani jednem słówkiem nie zdradza ani swej godności, ani swego urzędu. Dopiero następnie, opisując, także szczegółowo, olśnięcie arcybiskupa gnieźnieńskiego Jarosława (r. 18), po raz pierwszy, jakby się niechcący wygadując, daje nam o swej osobie już dokładniejszą wskazówkę. Oto stary arcybiskup, utraciwszy nagle wzrok, gdy się dowiedział, że nasz autor wszedł do jego komnaty, zawołał do niego: „Archidyakonie, oto nic nie widzę!” Frazes ten w rękopisach jest różnie oddany. W jednych czytamy — „Archidyakonie kościoła, nic nie widzę!” (archidiacone ecclesiae, nihil video!), w innych, jak wyżej, — „Archidyakonie, oto nic nie widzę!” (arch. ecce nihil video!)[1]. Nie zmienia to jednakże postaci rzeczy: oczywiście mówił to arcybiskup do swego archidyakona, t. j. do archidyakona gnieźnieńskiego. Ten frazes rozwiązuje nam zagadkę co do osoby naszego autora, z dokumentów bowiem wiemy, że w owe czasy archidyakonem gnieźnieńskim był Jan z Czarnkowa, podkanclerzy królewski, a więc rzeczywiście wysoki dygnitarz państwa i osoba zaufania króla.
Jan z Czarnkowa występuje w dokumentach jako podkanclerzy już na początku roku 1363 (K. d. Wp. III, 1493), ale jeszcze bez godności archidyakona gnieźnieńskiego, którą piastował wtedy Marcin (ib. 1499) — do kwietnia 1367 r. (ib. 1572) — lecz z tytułem dziekana władysławowskiego, którym był już dosyć dawno, bo zdaje się że od roku 1341 (K. d. Mp. III, 666). Jako archidyakon gnieźnieński występuje on, o ile mi wiadomo, po raz pierwszy w drugiej połowie 1367 r. (K. d. Mp. I, 293). Oprócz tych dwóch duchownych tytułów, miał Janko jeszcze tytuł kantora władysławowskiego, który znajdujemy przy jego nazwisku w dokumentach z r. 1365 i 1367 (K. d. Wp. III, 1554, 1573, 1575, 1576), — więc przed zamianowaniem na archidyakonat gnieźnieński, — i kanonika poznańskiego, może od r. 1357 (K. d. Wp. III, 1361), a w każdym razie od połowy r. 1360 (ib. 1436).
Czy należał nasz autor do wielkiej i możnej rodziny Czarnkowskich herbu Nałęcz, którzy prowadzili za jego czasów, po śmierci króla Ludwika, taką zaciętą walkę ze starostą Domaratem, — nie wiemy, lecz zdaje się, że nie należał, bo ani jednem słowem nie wspomina o tej swojej tak świetnej parenteli, a nadto, opisując ową walkę, on — w ogólności krewki i namiętny — pozostaje zimnym, walka nie pociąga go wcale, nie jest on stronnikiem Nałęczów, owszem, przygania im, że powstali przeciwko Domaratowi, i w opowiadaniu swojem wcale ich nie oszczędza, czego nie byłoby z pewnością, gdyby z Nałęczami łączyło go pokrewieństwo. Prawdopodobnie pisał się on z Czarnkowa dlatego, że z tego miasta pochodził[2]. Ma on wprawdzie dobra ojczyste (bona paterna, rozdz. 56), lecz sama ta okoliczność nie stanowi na owe czasy dowodu szlachectwa.
W r. 1366 był autor, jak to widać z rozdz. 22 Kroniki, w Awinjonie, na dworze papieskim, gdzie widział się z ks. Władysławem Białym. Wśród dokumentów z owego roku, które mamy pod ręką, nie znaleźliśmy żadnego z jego podpisem, co pośrednio stwierdza nieobecność jego w kraju.
Od śmierci Kazimierza W. datuje się upadek polityczny naszego autora. Miał on na dworze nowego króla, a raczej jego matki, która królestwem polskiem rządziła, nieubłaganych wrogów w osobach Zawiszy z Kurozwęk, późniejszego biskupa krakowskiego, i Mikołaja z Kurnika, późniejszego biskupa poznańskiego, o zajściach z którymi szeroko się rozpisuje w rozdz. 56 Kroniki. Wrogowie ci zaszkodzili mu w opinii królowej Elżbiety tak dalece, że odebrała mu podkanclerstwo i oddała je temuż Zawiszy, podówczas archidyakonowi krakowskiemu. Musiało to się stać najpóźniej w połowie 1371 r., bo już dokument z 8 października t. r. był wydany przez Zawiszę, jako podkanclerzego królowej (K. d. Mp., III, 844), zaś z 4 czerwca 1372 r. — przez tegoż Zawiszę, jako podkanclerzego dworu królewskiego (vicecancellarius aulae nostrae regalis, K. d. Wp., III, 1661), któryto tytuł dosłownie potwierdza to, co autor (w r. 56) podaje. Że nie był on już wtedy podkanclerzym królestwa (vicecancellarius regni) dowodzi dokument z 24 grudnia 1371 r., gdzie w liczbie świadków jest on wymieniony tylko jako archidyakon gnieźnieński (ib. 1655). Nie powtarzamy tutaj opisu całej walki, którą stoczył nasz archidyakon ze swymi możnymi przeciwnikami, odsyłając czytelnika do powyższego rozdziału kroniki. Nadmienimy tylko to, na co we właściwym przypisku zwracamy uwagę, mianowicie na odkryty przez Helcla formularz, zawierający oskarżenie Janka o przywłaszczenie 16,000 grzywien groszy, które miały być pobrane od Żydów krakowskich, a należały do skarbu królewskiego, o trzymanie nałożnicy Rusinki, o posiadanie jakiegoś czarodziejskiego pierścienia Żyda Lewka i t. d., aż do zarzutu o nieszlachectwo (Helcel „Starod. prawa pols. pomniki” t. I, XIII, p. 5). Całe to oskarżenie, zawarte w formularzu, rzuca jaskrawe światło na sposoby, których używali przeciwnicy Janka i przemawia niewątpliwie na jego korzyść. Zemścił się srogo nad swymi prześladowcami Janko, podając najdalszej potomności — „ohydne ich czyny, ażeby cnotliwi unikali ich spraw niebezpiecznych, a źli, haniebnem urągowiskiem zawstydzeni, od złego się odstrychnęli.”
Pozbawiony godności dworskiej i usunięty, już autor o tem, co się na dworze dzieje, mówi tylko ze słyszenia — „podług pewnej relacyi” (rozdział 31). Opisuje jeszcze zabójstwo Jaśka Kmity i rzeź Węgrów w Krakowie w roku 1376 (rozdział 32) szczegółowo, więcej już jednak o tem, co się działo na dworze, wcale nie pisze. Zapewne przeniósł się już wtedy na stały pobyt do swojej dyecezyi. W Uniejowie bowiem doszło go powtórne oskarżenie Zawiszy o roztrwonienie skarbu królewskiego (rozdz. 56). Z powodu tego oskarżenia był on następnie w Krakowie uwięziony, lecz wkrótce, około dnia Ś. Stanisława na jesieni — więc około 27 września — uwolniony. W którym to było roku, autor nie pisze. Mogło to być w roku 1373 lub 1375; po tych wypadkach bowiem nastąpił proces kanoniczny archidyakona i jego wygnanie, w drugiej zaś połowie lutego 1375 r. był nasz autor jako kanonik na kapitule poznańskiej, podczas obioru Mikołaja z Kurnika na biskupstwo. Jeżeli ten obiór odbył się po owym procesie, to proces należy cofnąć do r. 1373, gdyż od końca września 1374 r. do połowy lutego 1375 roku za mało byłoby czasu na niego; ostatni wypadek z tego roku (1373) zapisany w Kronice — zajęcie Szarleja przez ks. Władysława Białego — nosi datę 10 września, mógł więc zaraz potem nasz archidyakon wyjechać do Krakowa. Z roku zaś 1375 mamy w Kronice ostatnią dokładną wiadomość — o zajęciu przez ks. Białego Złotoryi (rozdz. 19) — także z 9 września, możliwe więc również, że Janko po tej ostatniej dacie wyjechał do Krakowa, był tam uwięziony i przed 27-ym września uwolniony.
We wrześniu 1376 r. bawił nasz autor we Wrocławiu, gdzie w imieniu kleru dyecezyi gnieźnieńskiej umawiał się z biskupem Majorki o opłatę od duchowieństwa na korzyść Stolicy apostolskiej (rozdz.30). — 7-go grudnia tegoż roku było owo zabójstwo Kmity i Węgrów w Krakowie, które autor tak szczegółowo opisuje, jak gdyby to wszystko działo się w jego obecności (rozdz. 32), aczkolwiek o bytności swojej w tym czasie w Krakowie nie wspomina wcale.
W kwietniu 1378 r. odbywa Janko z polecenia arcybiskupa gnieźnieńskiego, poselstwo do Władysława ks. opolskiego z prośbą o niepobieranie opłat od kmieci kościelnych. Poselstwo to, jak wiadomo (roz. 39), odniosło skutek tylko połowiczny — odroczenie opłaty. Stosunek jednak naszego autora z ks. opolskim musiał być dobry, skoro w parę lat potem, kiedy ten książę nie przestawał wymagać poborów od kmieci kościelnych i za to został wyklęty, nasz Janko był w liczbie czterech poręczycieli za niego o to, że zabrane pieniądze zwróci, wskutek czego książę został zwolniony z klątwy, w maju 1381 r. (rozdz. 48).
W lipcu 1381 r. (prawdopodobnie) widzimy autora u biskupa poznańskiego Mikołaja z Kurnika, gdzie w złą godzinę wyrzeczone słowo jego ściąga na biskupa febrę, a na proboszcza Mikołaja Strossberga najpierw upadek z wozu, wkrótce zaś potem długie więzienie (rozdz. 57), co nastąpiło w grudniu tegoż 1381 r. (rozdz. 54).
W kwietniu 1382 r. umiera arcybiskup gnieźnieński Janusz Suchywilk. Administratorami dyecezyi po nim zostają Jan archidyakon i Bronisław kanclerz. Z powodu małej niedokładności w tekście, nie wiemy napewno, czy pierwszy z nich był to Jan z Czarnkowa, czy też Jan z Trlangu, archidyakon kruszwicki. Sądzę jednak, że mowa tu o naszym autorze, który jako archidyakon gnieźnieński był bliższy rządzenia dyecezyą po zmarłym pasterzu, aniżeli archidyakon kruszwicki, a to tem bardziej, że Kruszwica należała do dyecezyi kujawskiej, nie zaś gnieźnieńskiej.
W sierpniu 1383 r. występuje Janko w godności kanonika władysławowskiego przy obiorze, po śmierci Zbiluta, nowego biskupa (rozdz. 92). Znaliśmy go jako dziekana władysławowskiego przed zamianowaniem na archidyakonat gnieźnieński. Widocznie jednak kanonikiem kapituły włocławskiej pozostał on i nadal, zrezygnowawszy z godności dziekana.
W ogóle, jak już powiedzieliśmy, po utracie godności dworskiej, przeniósł się nasz autor do Wielkopolski i tutaj brał czynny udział w życiu kościołów, do których należał. Do spraw świeckich nie mieszał się wcale, lecz bacznem okiem spoglądał na wszystko, co się wkoło niego działo, dokładnie i szczegółowo opisał zamieszki wielkopolskie z lat 1383 i 1384, bolał nad wyludnieniem i spustoszeniem kraju, które w części i jego dotknęło — zrujnowaniem mu dwóch wsi, Jankowa i Michowa, które trzymał od kapituły poznańskiej (rozdz. 68).
Rok i dzień śmierci Janka z Czarnkowa niewiadomy. Ostatni wypadek, który w swej kronice zapisuje, jest to zjazd szlachty w Sączu 8 maja 1384 r. (rozdz. 115) i wypadki w kilka dni potem. O przybyciu Jadwigi do Polski, o koronacyi jej 15 października tegoż roku, nic już nie wie. Kronika się urywa tak, jakgdyby autora przy pisaniu jej śmierć zaskoczyła albo jakgdyby dalszy ciąg jej zaginął. Dokumenty w tym względzie także nie dają nam dokładnych wiadomości. Wprawdzie w jednym z nich spotykamy Janka, archidyakona gnieźnieńskiego, jeszcze w samym końcu r. 1386, lecz mamy również dokument z początku stycznia 1385 r., gdzie jest wymieniony Bronisław archidyakon gnieźnieński (K. d. Wp. III, 1827); później znowu wraca Janko, jako archidyakon, jeszcze w trzech dokumentach, mianowicie z 7 kwietnia 1385 r., z 5 maja 1386 r. i nareszcie w wyżej wspomnianym — z 26 grudnia tegoż 1386 r. (K. d. Wp. III, 1829, 1848, 1859). We wszystkich tych trzech dokumentach Bronisław figuruje, jak i poprzednio, jako kanclerz; dopiero od kwietnia 1387 r. występuje on jako archidyakon, o Janku zaś z Czarnkowa od tego czasu w dokumentach nic niema. Prawdopodobnie więc nasz autor zmarł na początku roku 1387.
Wspomnieliśmy już wyżej, że Kronika Czarnkowskiego była znana późniejszym naszym historykom. Żaden z nich jednak ani razu nie wymienił nazwiska jej autora, nawet Długosz, który całemi stronicami z niej wypisywał. Do ostatnich czasów uchodziła ona za utwór Anonima, archidyakona gnieźnieńskiego. Tylko Paprocki w „Herbach rycerstwa polskiego” na str. 551 i 576 (wyd. pierwszego), przytaczając dwa ustępy z naszej Kroniki, mianowicie z rozdziałów 3 i 105 (na co we właściwych miejscach zwracamy uwagę w przypisach), przypisuje te wyjątki kronikarzowi Albertowi Strepie. Ponieważ żadnego dziejopisa tego imienia nie znamy, jak również nie znamy i archidyakona gnieźnieńskiego (a tym był niewątpliwie nasz kronikarz), któryby nosił to imię, przeto wiadomość Paprockiego należy przyjąć bardzo sceptycznie, zwłaszcza wobec znanej zkądinąd niekrytyczności tego autora. Musiała w tem być jakaś tradycya, jakieś pomieszanie imion, którego obecnie rozwiązać nie możemy.
3. Mówiliśmy już, że Kronika Janka z Czarnkowa posiada pierwszorzędne znaczenie historyczne. Rzeczywiście, gdyby nie ona, wiedzielibyśmy bardzo mało o rządach Ludwika i o bezkrólewiu po nim, gdyż nie mamy żadnego innego (wyjąwszy garści dokumentów) źródła historycznego do tej epoki. Długosz napisał o tych latach czternastu tylko tyle, ile znalazł u Janka, parafrazując jedynie, dodając lub ujmując, stosownie do planu swego dzieła[3]. Zarzucają naszemu kronikarzowi stronniczość, lecz w rzeczy samej stronnym jest on tylko o tyle, o ile jest takim każdy pamiętnikarz, piszący historyę swego czasu, w której osobiście brał udział. Musiał więc i Janko być przychylnym dla tych, którzy tak samo jak on myśleli, a wrogo usposobionym dla swych nieprzyjaciół i przeciwników. Że jednak był on człowiekiem bardzo rozumnym i trzeźwo na świat patrzącym, więc jego miłości i nienawiści moglibyśmy prawie zawsze zaufać i podzielić je. Jest on wielbicielem Kazimierza Łokietkowica; a któż z Polaków nie jest wielbicielem tego króla, jedynego, któremu, po Chrobrym historya nadała przydomek Wielkiego? Czuje on niechęć do królowej Elżbiety, matki Ludwika; lecz niechęć ta może jest i słuszna, bo już sam fakt, że Elżbieta kilkakrotnie porzucała rządy polskie i znowu do nich wracała, nie świadczy o niej dobrze. Pomijając już sprawę samego Janka, którą opisując był on poniekąd uprawniony do stronniczości (chociaż i w tym wypadku jest bardzo wstrzemięźliwy, bo oskarża królową właściwie tylko o zbytek powolności dla doradców), nie brak przecież zkądinąd faktów, świadczących niekorzystnie o jej rozumie politycznym: że wymienimy choćby owo wyniesienie na starostwo generalne wielkopolskie Ottona z Pilcy, pana małopolskiego, wbrew dawnym obyczajom i prawu, o których, jako urodzona Polka, musiała dobrze wiedzieć. Ostry jest bardzo sąd naszego kronikarza o Zawiszy z Kurozwęk i Mikołaju z Kurnika, swoich osobistych wrogach; lecz i tutaj, odrzuciwszy to, co osobista niechęć natchnęła, musimy przyznać, że obaj ci dostojnicy nie odznaczali się wielką moralnością, już choćby dlatego, że byli, — przynajmniej Mikołaj, — przyjaciółmi takiego Mikołaja Strossberga, defraudanta świętopietrza, o czem wiemy nie tylko z opowieści kronikarza, ale i z autentycznych dokumentów.
W ogólności, bardzo wiele faktów, nawet drobnych, przytoczonych w Kronice, dało się sprawdzić za pomocą dokumentów tamtoczesnych, które do nas doszły. Nie mając pod ręką wszystkich źródeł spółczesnych, nie mogliśmy przeprowadzić systematycznego sprawdzenia naszej Kroniki; przeglądając jednakże kodeksy dyplomatyczne, znaleźliśmy cały szereg dokumentów, które potwierdzają wiadomości Kroniki, ani jednego zaś, któryby jej przeczył, — na co we właściwych miejscach w przypisach zwracamy uwagę. Jest to olbrzymia zaleta naszej Kroniki, która ją zaszczytnie wyróżnia od wielu późniejszych pamiętników.
Powstała nasza Kronika nie odrazu, nie jako dzieło o pewnym z góry obmyślanym planie i o pewnem zaokrągleniu, lecz, jak wspominaliśmy, pisana była dorywczo, w miarę tego, jak rozwijające się wypadki dostarczały materyału. Tylko pierwsze trzy rozdziały, stanowiące niejako wstęp, oraz cztery rozdziały (19—22) o ks. Władysławie Białym, obejmują pewien cykl wypadków, opisywanych jednym ciągiem. Reszta pisana jest pod wrażeniem chwili, a ztąd pochodzi, że wypadki w rzeczywistości ściśle połączone z sobą, w Kronice przedzielone są innemi, zupełnie tamtym obcemi, wiadomościami. Ztąd też pewna chaotyczność w układzie, powtarzania, nierównomierność części. Pod r. 1381 pisze nasz autor (r. 52) o umowie, zawartej z Bartoszem co do Odolanowa, i wyraża wątpliwość, czy ta umowa dojdzie do skutku, gdyż król jest jej przeciwny. Pisane to było oczywiście przed śmiercią króla Ludwika (14 września 1382 r.) i przed późniejszemi zapasami o Odolanów, o których byłby niewątpliwie autor w tym miejscu wspomniał. Pisząc o wyniesieniu Bodzanty na arcybiskupstwo gnieźnieńskie (r. 58), pozostawia potomności opisywanie złych skutków tej, zbyt pośpiesznej, jak ją nazywa, prowizyi, jakgdyby już nic więcej o Bodzancie do powiedzenia nie miał; tymczasem w dalszym ciągu, aż do końca Kroniki, niejednokrotnie o nim wspomina. Chaotyczność w układzie, a nawet w wysłowieniu, dowodząca, że autor bez poprzedniego, ściśle obmyślanego planu, spisywał swoje wrażenia i spostrzeżenia, przejawia się niejednokrotnie. Naprzykład: w rozdz. 37 mówi o synodzie w Kaliszu, odbytym 7 czerwca 1378 r., potem cofa się do poprzednich wypadków, by w końcu r. 39 wrócić znowu do tegoż Synodu kaliskiego. W r. 56 opisuje obszernie chorobę i śmierć Mikołaja z Kurnika, w r. 57, zatytułowanym „O śmierci Mikołaja, biskupa poznańskiego”, to samo, tylko w krótkości, powtarza. W rozd. 29, obok wiadomości o śmierci Przecława, biskupa wrocławskiego, która nastąpiła w r. 1375, podaje wiadomość o śmierci papieża Grzegorza XI z r. 1378 — (do której autor następnie we właściwem miejscu — rozd. 37 — powraca) — i o wyjeździe antypapy Klemensa do Awinjonu w r. 1379; następnie cofa się do wypadków z r. 1376 i 1377-go, którym poświęca siedem rozdziałów. Wogóle zaś nasz autor zwykle naprzód opisuje skutek, czyli to, co się w tej chwili dzieje, potem zaś powraca do przyczyn, do faktów przeszłych. O tem, dlaczego Ludwik węgierski, a nie inny książę został na tron polski powołany, pisze (r. 6) po przybyciu Ludwika do Polski. Informuje o poprzednich dziejach Władysława Białego (r. 22) — po opisaniu jego trzechletnich prawie zapasów o księstwo gniewkowskie (rozd. 19—21)[4]. Opisuje naprzód złupienie kościoła wrocławskiego przez króla czeskiego Wacława, następnie dopiero przyczyny i powody tego złupienia wyłuszcza (roz. 50) i t. d. — Nawet składnia jest wadliwa, najwidoczniej tylko z tego powodu, że autor pisał dorywczo i już napisanego nie przeglądał: powtarza dwa razy ten sam wyraz (Bodzanta — str. 702 tekstu, — venientes — str. 733); r. 114 zaczyna się tak długim okresem, że trudno go zrozumieć i t. d.
W ogólności język autora jest dosyć zaniedbany, razi czasem dziwnemi zwrotami (taxare linguam), nawet polonizmami (soli inciterunt, solus quoque rex, manere propositum habuisset).
Jakeśmy zaznaczyli, niektóre lata w Kronice są przepełnione szczegółowemi wiadomościami, pod innemi zapisany jest tylko jeden lub dwa wypadki. Tak pod r. 1372 podana tylko jedna wiadomość — o niedoszłem do skutku wyniesieniu Mikołaja z Koszutowa na arcybiskupstwo gnieźnieńskie (r. 18); pod r. 1379 — również tylko jedna i to nawiasowo, o wyjeździe antypapy Klemensa do Awinionu (r. 29); pod r. 1380 — także tylko jedna — o śmierci królowej Elżbiety (r. 46); pod r. 1373 zaznaczone: w sierpniu śmierć Janusza, kantora gnieźnieńskiego (r. 18) i, we wrześniu, przybycie i pierwsze zdobycze księcia Władysława Białego (r. 19). — Rok 1374, jak również 1377 nie obfitują także w szczegóły; za to obszerniej opisane są lata 1375, 1376 i 1378. Od roku zaś 1381 zaczyna się opowieść bardzo szczegółowa, najobszerniejsza w latach 1382 i 1383: tu, zwłaszcza w roku ostatnim, — autor ma do zanotowania jakiś szczegół nie tylko w każdym prawie miesiącu, lecz czasami z drobiazgowością nieomal dzień po dniu wylicza bitwy i spustoszenia wojsk ziemian, Domarata i Mazurów. Autor patrzał na tę walkę bratobójczą i boleśnie ją odczuwał, dając niejednokrotnie folgę swemu oburzeniu.
Z chronologią naszego autora nie zawsze można się połapać, na ogół jednak jest ona ścisła — kronikarz chętnie notuje nie tylko rok i miesiąc, ale często i dzień wypadku, a przy najważniejszych — nawet godzinę.
4. Oryginału Kroniki Janka z Czarnkowa nie posiadamy; mamy ją w dziewięciu odpisach w tyluż kodeksach rękopiśmiennych, po większej części z XV w., jeden zaś (t. zw. Stanisława Augusta, znajdujący się obecnie w Bibliotece publicznej w Petersburgu) z początku tego wieku, lub nawet z końca XIV wieku, a więc z epoki bardzo blizkiej powstania oryginału. Pomimo to jednak, ani w tym, ani w innych rękopisach kronika naszego autora nie figuruje oddzielnie, jako całość w sobie, lecz zawsze jest poprzedzona przez roczniki, a po większej części przez roczniki też i zakończona. Aby przywrócić tekst pierwotny Kroniki i jej rozmiary, trzeba było przedsięwziąć cały szereg badań rękopisów oraz porównań co też uskutecznionem zostało w najnowszem wydaniu Kroniki, w „Monumenta poloniae historica” t. II, Lwów 1872 r. przez d-ra Jana Szlachtowskiego na str. 601 — 618, dokąd ciekawych pod tym względem czytelników odsyłamy.
Po raz pierwszy ogłosił Kronikę drukiem Fr. W. Sommersberg w dziele swojem „Scriptores rerum Silesiacarum” w t. II, wydanym w Lipsku 1730 r., gdzie na str. 78 znajdujemy ją pod nagłówkiem: „Anonima archidyakona gnieźnieńskiego krótka kronika krakowska”. Nasza Kronika jednakże właściwie nie tam się zaczyna, lecz dopiero na str. 96, to zaś, co ją poprzedza, są to zapiski kronikarskie różnych epok i różnego pochodzenia. Kończy się zaś Kronika u Sonimersberga na str. 154, lecz bezpośrednio po niej, niby dalszy ciąg jej, idą znowu krótkie zapiski rocznikarskie: o koronacyi Jadwigi, o przybyciu do Krakowa poselstwa litewskiego z prośbą o jej rękę dla Jagiełły, o przyjęciu Jagiełły w Krakowie, o jego ślubie z Jadwigą, i jeszcze kilka krótkich wiadomości, które wszystkie, razem z poprzedniemi, zajmują niecałą stronicę. Niewątpliwie są one zupełnie obce naszej Kronice i słusznie przez Szlachtowskiego zostały od niej oddzielone.
Następnie, prawie w takiej samej objętości jak Sommersberg, wydali Kronikę Załuski w r. 1752 i Wawrzyniec Micler de Kolof w tomie III-cim dzieła „Historiarum Poloniae et Magni Ducatus Litvaniae scriptorum... collectio magna” etc. w Warszawie w r. 1769. Wreszcie czwarte, najpoprawniejsze wydanie ukazało się w „Monumenta Poloniae historica” II, 619—756, z przedmową Szlachtowskiego, o czem było wyżej.
5. Najobszerniejsze studya o naszym kronikarzu napisali dr. Jan Szlachtowski — cytowane wyżej — i dr. Ludwik Kubala p. t. „Jan Czarnkowski i jego Kronika” (Biblioteka Warszawska 1871 r., zeszyty za wrzesień i październik). Dosyć obszerną wiadomość o nim podał Zeissberg w „Die polnische Geschichtschreibung des Mittelalters”, Lipsk, 1873 r. str. 157—161; (polski przekład tego dzieła wyszedł w Warszawie w r. 1876, gdzie o Czarnkowskim w t. I, str, 209—214). Pisał o nim także Wiszniewski w „Pomnikach historyi literatury polskiej” I, str. XXII—XXIV i w „Historyi literatury polskiej” II, 150—153. Porównanie Długosza z Czarnkowskim, zwłaszcza co do spraw ruskich, przeprowadził Zubrycki w dziełku „Анонимъ гнљзнeнcкiй и Ioaннъ Длyгoшъ” Lwów 1855.
W historyi literatury polskiej z ostatniej doby traktowany jest nasz autor po macoszemu: Chmielowski (w „Historyi literatury polskiej” Warszawa 1899 r. w t. I, str. 73, 74) poświęca mu półtory kartki, przepisując głównie zdania Szlachtowskiego; Brückner (w „Dziejach literatury polskiej w zarysie”) i Tarnowski zaledwie wspominają o nim.
6. Tłumaczenie niniejsze jest pierwsze, oddające w polskim języku pamiętniki Jana z Czarnkowa[5]. W pracy tej doznawaliśmy pewnych trudności, które nasuwał nam zarówno sam tekst Kroniki i jej niezbyt poprawny język, jak i brak dzieł pomocniczych i źródeł, gdyż mogliśmy korzystać tylko z tych, które posiadamy w swojej bibliotece. Braki w tłumaczeniu i w przypisach raczą czytelnicy uwzględnić.

Tłumacz.





Kronika Jana z Czarnkowa.





1. O śmierci Władysława Łokietka, króla polskiego.

Roku pańskiego 1333-go, w czwarty dzień Id Marcowych[6], zmarł przesławny pan Władysław, król polski, w zamku krakowskim, i tamże, w kościele krakowskim katedralnym, z lewej strony chóru, naprzeciw wielkiego ołtarza, spoczywa pogrzebany. Pozostawił on jedynego syna, imieniem Kazimierza, dziedzica królestwa i spadkobiercę, o którego podziwienia godnych czynach, wspaniałości i cnocie niżej się pisze. — Ten Kazimierz, jeszcze za życia ojca swego Władysława, a z jego rozkazu, dla dobra i pokoju królestwa polskiego, pojął za żonę córkę wielmożnego księcia pana Gedymina, wielkiego księcia litewskiego, imieniem Annę[7]; gdy ją zamierzał razem ze sobą koronować, matka jego, córka niegdyś Bolesława, księcia kaliskiego, syna Władysława Odonicza, powiedziała, że to podług prawa dziać się nie powinno, ponieważ żyje ona, prawa królowa koronowana, za jej życia przeto innej na to samo królestwo koronować nie należy[8]; wszelako, zgadzając się dobrotliwie na prośby syna, którego bardzo czule kochała, w stąpiła do klasztoru Ś. Klary w Starym Sączu, i tam, przyjąwszy regułę Ś. Franciszka, pod habitem zakonnym, razem z siostrami tam żyjącemi, do końca żywota służyła Panu z pobożnością i wielką pokorą[9].

2. O koronacyi króla polskiego Kazimierza.

Roku pańskiego 1333-go, w ósmy dzień Kalendów majowych[10], był Kazimierz ze czcią w kościele krakowskim na króla polskiego koronowany przez czcigodnych w Chrystusie ojców: Jarosława, arcybiskupa gnieźnieńskiego, oraz biskupów — Jana krakowskiego, Jana poznańskiego, Michała kujawskiego i Stefana lubuskiego, w obecności wielu książąt, panów i szlachty polskiej. Po koronacyi swej był on we wszystkiem bardzo szczęśliwy, zwłaszcza co do powiększenia i rozszerzenia królestwa polskiego. Albowiem ziemię kujawską, którą jeszcze za czasów ojca jego, ś. p. króla polskiego Władysława, zajęli brodaci Szpitalnicy N. P. Maryi Jerozolimskiej, z domu niemieckiego, czarny krzyż na białym płaszczu noszący, bez wojny i jednego cięcia mieczem od nich odzyskał[11]; niedługo zaś potem, po śmierci Kazimierza[12] księcia całej Rusi[13], zwanego Jerzym, syna księcia mazowieckiego Trojdena, który to Kazimierz nastąpił w księstwie ruskiem po swoim wuju, i został potem przez Rusinów otruty, — wspomniany Kazimierz król polski, w chęci pomszczenia się za zgładzenie swego krewnego, z wielką siłą ludu na Ruś wtargnął. Książęta, panowie i cała szlachta ruska, nie mogąc się oprzeć jego potędze, dobrowolnie poddali mu siebie i swoje mienia, przyjęli go za swego pana i hołd mu wierności przysięgą stwierdzili.
Gdy po dokonaniu tego król Kazimierz szczęśliwie do domu powrócił i przebywał w królestwie polskiem, pewien pan niegodziwy, imieniem Datko[14], trzymający zamek Przemyśl, razem z niejakim Danielem z Ostrowa[15], tajemnie, bez wiedzy innej szlachty ruskiej, upewnili cara Tatarów[16], że król Kazimierz napadł na Ruś, zabrał ją i przeszkadza płaceniu haraczu, który Rusini Tatarom zwykli byli dawać. Na to ich doniesienie, car tatarski wysłał na Ruś ogromne wojsko, z poleceniem, aby razem z Rusinami Polskę po nieprzyjacielsku napadło i okrutnie ją spustoszyło. Gdy podchodzili do rzeki Wisły, król Kazimierz zabiegł im drogę ze swojem wojskiem, mężnie się oparł i przejść tej rzeki nie dopuścił, straciwszy jednego bardzo walecznego rycerza swojego, imieniem Czeleja, wojewodę sandomierskiego, który, przebity strzałą tatarską, na miejscu ducha wyzionął. Tatarzy zaś, powracając, usiłowali wziąć zamek lubelski, który natenczas był tylko z drzewa zbudowany; lecz mieszkańcy jego[17], broniąc się ile było możności, siłą zmusili ich do zaniechania oblężenia.

3. Jakim sposobem rządził Kazimierz państwem i narodem.

Królewską uwieńczony koroną, rządził on powierzonym mu przez Boga państwem i narodem dzielnie i z pożytkiem. Albowiem, wedle proroka, miłował pokój, prawdę i sprawiedliwość: był najżarliwszym opiekunem i obrońcą dobrych i sprawiedliwych, zaś najsroższym prześladowcą złych, grabieżców, gwałtowników i oszczerców. Kto tylko popełniał łotrostwa lub kradzieże, chociażby to była szlachta, tego kazał ścinać, topić i głodem morzyć[18], z braćmi ich i krewnymi jednakże nie przestając jadać, pijać i sypiać, bo mając Boga za pomocnika, nie obawiał się tego, co-by mu człowiek uczynił. Oszczerców zaś, gdy ich znajdował, kazał piętnować na twarzy rozpalonem żelazem[19]. Za jego czasów żaden z potężnych panów lub szlachty nie śmiał biednemu gwałtu czynić, — wszystko się sądziło według szali sprawiedliwości. Ponieważ zaś w królestwie polskiem, w sądach prawa polskiego, sądzono z dawnych czasów podług pewnych zwyczajów, które się bardzo skaziły, a przez różne osoby rozmaicie zmieniane, wprowadzały wiele podstępów i krzywd, — przeto ten król, w żarliwej dbałości o sprawiedliwość, zwołał prałatów, szlachtę i panów z całego królestwa, i odrzuciwszy wszystkie zwyczaje przeciwne prawu i rozumowi, ustawy z prawem i rozumem zgodne, według których sprawiedliwość mogła-by być wszystkim jednakowo i równomiernie wymierzaną, za zgodą ogólną prałatów i panów, zawarł w piśmie, dla zachowania na wieczne czasy[20].
Zgodnie też ze słowami psalmisty „ukochał całą usilnością ozdobę przybytku Pańskiego”[21]. Albowiem pokrył chór kościoła katedralnego krakowskiego ołowiem, a sklepienie chóru złoconemi gwiazdami ozdobił. W tymże kościele kaplicę Wniebowzięcia N. P. Maryi, i drugą u braci zakonu Kaznodziejskiego, oraz wiele kościołów, mianowicie: w Sandomierzu, w Wiślicy, Ś. Michała i Ś. Jerzego na zamku krakowskim, szpital między Krakowem a Kazimierzem na Skałce, w Niepołomicach, w Korczynie, w Kargowie, w Szydłowie, w Stopnicy, w Solcu, w Opocznie, w Piotrkowie, klasztor w Łęczycy, — mocnemi murami, ozdobną rzeźbą, malowidłami i podziwienia godnemi dachami upiększył i pokrył. Wiele z tych kościołów obdarzył drogocennemi ornatami, złoconemi kielichami i wielką ilością ksiąg.
A chociaż w sobie był lubieżny, jako mąż wysokiego rodu i hojnie od naturu uposażony[22], duchownych jednak, o których wiedział, iż są czyści w życiu i w mowie, bardzo lubił, i dawał im przy ich kościołach prelatury, prebendy i beneficya, jakiegokolwiek byli pochodzenia, — ponad szlachtę i dworzan swoich; prałatów zaś i kanoników wszystkich kościołów upominał, aby przy kościołach swoich przebywali[23].
Tak tedy król ten ponad wszystkich monarchów polskich dzielnie rządził rzeczą pospolitą; albowiem jak drugi Salomon podniósł do wielkości dzieła swoje — murował miasta, zamki, domy. Naprzód ozdobił zamek krakowski podziwienia godnemi domami, wieżami, rzeźbą, malowidłem, dachami wielkiej piękności. Naprzeciw zaś zamku krakowskiego, po drugiej stronie Wisły, około kościoła, który się nazywa Skałką, wymurował miasto, które od imienia swego nazwał Kazimierzem[24], jak również wiele innych miast, jako to — Wieliczkę i Skawinę, Lanckoronę, zamek Olkusz, Będzin, Lelów, miasto i zamek Czorsztyn, zamek Niepołomice, zamek Ojców[25], zamek Krzepice, zamek w ziemi sandomierskiej i samo miasto Sandomierz, Wiślicę, Szydłów, Radom, Opoczno, Wąwolnicę, miasto Lublin, miasto i zamek w Sieciechowie, w Solcu, w Zawichoście, zamek w Nowem Mieście zwanem Korczyn, w (Wielko-)Polsce Kalisz, Pyzdry, Stawiszyn — miasta, Konin miasto i zamek, w Nakle, w Wieluniu, w Międzyrzecu, w Ostrzeszowie — zamki, Wieluń miasto, Bolesławiec zamek, w ziemi kujawskiej Kruszwicę, Złotoryę, Przedecz, Bydgoszcz; w ziemi sieradzkiej obronny zamek Piotrków, miasto Brzeźnicę i zamek; w ziemi łęczyckiej samo miasto i zamek (Łęczyca), w Inowłodziu miasto i zamek; na Mazowszu miasto Płock, zamek zaś, który poprzednio był otoczony jednym tylko murem, drugim opasał murem; w ziemi ruskiej miasto Lamburg, inaczej Lwów, i dwa zamki, zamek Przemyśl, zamek i miasto Sanok, miasto Krosno, Lubaczów, Trębowlę, Halicz, Tustań zamki. Wszystkie te miasta i zamki bardzo mocnemi murami, domami i wysokiemi wieżami, nadzwyczaj głębokiemi rowami i innemi urządzeniami obronnemi otoczył, na ozdobę narodowi, na schronienie i opiekę królestwa polskiego. Za czasów tego króla, w lasach, gajach i dąbrowach tyle założono wsi i miast, ile bodaj nie powstało kiedy indziej w królestwie polskiem[26].
Królestwa swego dzielnie bronił; Krzyżacy bowiem, widząc jego potęgę i przedsiębiorczość, ziemie kujawską i dobrzyńską, które zajęli za czasów jego ojca, na powrót mu oddali i zawarli z nim pokój wieczysty. Gdy zaś książę żegański pewną przestrzeń królestwa polskiego z miastem, zwanem Wschową, oddawna przemocą trzymał, król Kazimierz, roku pańskiego 1343-go, zebrawszy zbrojną siłę, miasto powyższe zdobył i wielu tam wziął jeńców, poczem ziemię tego księcia obrócił w popiół i perzynę, zamek zaś jego murowany, zwany Cieniawą, zwaliwszy mury zdobył. Dopiero potem, zmiękczony prośbami i obietnicami księcia, listami jego umocnionemi, że nigdy tej ziemi dla siebie nie będzie chciał przywłaszczyć, powrócił do domu[27].
Po tych wypadkach, w roku pańskim 1339, umarła wspomniana królowa pani Anna[28]; zaś w roku następnym, gdy Bolesław, syn Trojdena księcia mazowieckiego, obrany przez Rusinów jednogłośnie na księcia i pana, zgładzony został za pomocą trucizny, bo usiłował zmienić ich prawo i wiarę, — Lubart, syn Gedymina, księcia litewskiego, posiadł to księstwo ruskie, do którego następnie w roku pańskim 1349 król Kazimierz z mocnem wojskiem wkroczył, i całkowicie, ze wszystkiemi miastami i zamkami je zabrał, ustąpiwszy Lubartowi z własnej dobrej woli jedynie miasto Łuck z jego powiatem[29].
Po powrocie (Kazimierza) z tryumfem pomyślności do Krakowa, gdzie był wspaniale przez kler i naród przyjęty, zdarzyło się, że, za podszeptem dyabła, niejaki Marcin Baryczka, wikary kościoła krakowskiego, został przed królem fałszywie oskarżony przez jego przybocznych; w dzień św. Łukasza[30] uwięziono go, a następnej nocy w rzece Wiśle utopiono, bez żadnej przyczyny, zupełnie niewinnego[31]. Odtąd, niestety, wszelka pomyślność odstąpiła króla, który pierwej nad nieprzyjaciółmi szczęśliwie tryumfował[32]; odtąd książęta litewscy niejednokrotnie napadali na księstwo ruskie, miasta Włodzimierz i Lwów, grody, wsie pustoszyli, obracając w popiół i perzynę, zamki zaś warowniejsze, mianowicie Włodzimierz, Bełz, Brześć i inne pomniejsze całkowicie zdobyli, a spustoszywszy większą część ziemi łukowskiej, sandomierskiej, radomskiej, niezliczone mnóstwo chrześciańskiego ludu do niewoli uprowadzili. I, niestety! ilekroć Litwini z Polakami w jakiejkolwiek pojedyńczej bitwie się spotykali, zawsze Polacy, z dopuszczenia bożego, byli zwyciężeni. Po wielu klęskach i spustoszeniach, król Kazimierz, widząc, że Litwinom oprzeć się nie zdoła, gdyż stale unikali walnej z nim bitwy i jako srogie wilki po złodziejsku ziemię pustoszyli, a potem ze zdobyczą uciekali, — zawarł z nimi układ, mocą którego odstąpił im miasto i ziemię włodzimierską, sobie zaś zatrzymał, prawem własności zwierzchniej[33], ziemię lwowską ze wszystkiemi zamkami, miastami i wsiami.
Nareszcie, szczerze żałując i pokutując za ową tak wielką zbrodnię, wspomniany król wyprawił do dworu rzymskiego posłów i wyjednał sobie rozgrzeszenie, zadaną zaś pokutę pokornie wypełnił[34]. Ponieważ zaś u wszystkich królów był w wielkiem poważaniu, chcąc więc okazać chwałę swojego królestwa, roku pańskiego 1363-go wydał w mieście Krakowie wielką ucztę, na której byli obecni Karol, cesarz rzymski i król czeski, ze swojemi książęty, król węgierski ze swojemi książęty, król Cypru, król Danii, wszyscy książęta polscy i różnych ziem rycerstwo. Jaka była wesołość na tej uczcie, jaka wspaniałość, sława i obfitość — opisać nie podobna, chyba powiedzieć tylko, że wszystkim dawano więcej niż sami życzyli. Powrócili ci królowie i książęta do siebie przyrzekłszy i umocniwszy wzajemną pomiędzy sobą przyjaźń, od Kazimierza zaś, króla polskiego, obdarowani królewskiemi, wielce cennymi upominkami[35].
W roku 1366 król Kazimierz, zebrawszy wielką ilość wojska, potężnie wkroczył do Rusi, gdzie poddał się jego władzy książę Jerzy bełzki, — jak się później wykryło, obłudnie. Król zaś, ziemię włodzimierską, którą trzymał Lubart, ze wszystkiemi jej zamkami zawojowawszy, całą oddał księciu Aleksandrowi, synowcowi Olgierda i Kiejstuta, najwierniejszemu ze wszystkich książąt, wyjąwszy zamek Chełm, który oddał księciu Jerzemu. Książe Aleksander dzierżył tę ziemię aż do śmierci króla, wiernie mu służąc[36].
Roku pańskiego 1368-go książe litewski Kiejstut pospołu z innymi Litwinami zrabował Pułtusk i spalił w nim zamek razem z wielką ilością ludzi, których do niewoli wziąć nie mógł, innych zaś ludzi w wieczną niewolę uprowadził[37].

4. O śmierci Kazimierza, króla polskiego.

Roku pańskiego 1370-go, miesiąca września dnia ósmego, który był dniem Narodzenia Najświętszej Panny Maryi, gdy tak często wzmiankowany najjaśniejszy król Kazimierz bawił na dworze Przedborz, — przezeń na nowo razem z miastem założonym, a przepięknie i zbytkownie urządzonym, — chciał, jak to było w jego zwyczaju, iść na łowy jelenie. Gdy już wóz jego królewski był przygotowany i król chciał wsiadać do niego, niektórzy z wiernych radzili mu, aby w ten dzień jechania na łowy zaniechał. Zgadzając się na to król zamierzał już był pozostać; atoli któryś niecnota podszepnął mu parę słów o jakiejś, — jak podobniej do prawdy sądzą, — zabawie, wskutek czego król, nie zważając na rozsądną radę, wsiadł na wóz i pośpieszył do lasu na łowy. Tam, nazajutrz, goniąc jelenia, gdy się koń pod nim przewrócił, spadł z niego i otrzymał niemałą ranę w lewą goleń[38]. Z tego uderzenia niebawem wywiązała się gorączka, która jednakże w krótkim czasie go opuściła[39]. Ponieważ jednak wbrew zakazom swoich lekarzy, przez nieumiarkowanie i łakomstwo, nie chciał powstrzymać się od różnych pokarmów, zwłaszcza surowych owoców, orzechów laskowych i innych, przedewszystkiem zaś od łaźni, która mu była przez mistrza Henryka z Kolonii, lekarza jego nadwornego, męża wielkiej sumienności, w mieście Sandomierzu zakazana, więc tego samego dnia, kiedy wyszedł z łaźni, zapadł jak to rzeczony mistrz Henryk przepowiedział, w ciężką gorączkę; nią trawiony ruszył rankiem do Krakowa, i uszedłszy jedną milę od Sandomierza, napił się dużo zimnej wody, poczem jeszcze się więcej rozpalił, mordowany żarem wewnętrznym. W takim stanie przywieziono go do pewnej posiadłości pana Grota rycerza, kasztelana lubelskiego, który króla pana razem z całym jego dworem do siebie zaprosił; tutaj król spoczywał, tak silną gorączką dnia tego trawiony, że tak lekarz jak i wszyscy dworzanie o życiu jego zupełnie zwątpili. Na drugi dzień, gdy za staraniem lekarza gorączka żar swój złagodziła, wierni dworzanie, serdecznie współczując jego niemocy, w wozie do klasztoru Koprzywnickiego braci Cystersów, sposobem koni się wprzągłszy, a piechotą wóz ciągnąc, ostrożnie króla przewieźli. W tym klasztorze przez całe osiem dni leżąc wypoczywał; tutaj też ślubował Bogu i Ś. Zygmuntowi, że chce podźwignąć z ruin świątynię płocką, w której ze czcią przechowywały się relikwie Zygmunta króla i męczennika, i wikarjuszom kwartę, mianowicie każdemu pół grosza dziennie na wieczne czasy, ku czci Wszechmocnego i N. P. Maryi i Ś. Zygmunta króla, przeznaczyć. Potem, gdym się zbliżył do niego i gdy rano mnie i innym obecnym o ślubie oznajmił, zaraz uczuł się cokolwiek wolniejszym od gorączki i polecił mi, abym posłał do miasta Płocka dla obejrzenia zwalisk świątyni i doniesienia mu o liczbie wikaryuszów, co niezwłocznie, jak było rozkazane, wypełniłem, śpiesznie wysyłając w tej sprawie szlachetnego męża, księdza Jana ze Skrzyna, kapelana dworu królewskiego. Następnie, gdy króla przewieziono do dworu, zwanego Osiek, i pewien lekarz jego, mistrz Mateusz, wbrew zakazowi i woli mistrza Henryka i nas wszystkich, pozwolił mu napić się miodu, od tego znowu zapadł on w większą gorączkę. Potem jednak, gdy przybył do Nowego Miasta, tam we dworze swoim, przepysznie zbudowanym, wziął od lekarzy na przeczyszczenie i siły znakomicie odzyskał, tak iż bez pomocy siadł na wóz i stanął w Opatowcu, gdzie zabawiwszy sporo dni, bardzo dobrze się poprawił. Ale za namową wspomnianego wyżej lekarza, mistrza Mateusza, pojechał dalej do Krakowa; w drodze już pierwszej nocy porwała go, jak się zdaje wskutek ruchu, gorączka, jak i przedtem nie jedna lecz potrójna, gdyż przebywał codzienną, trzydniową i czwartaczkę, które zdawały się być dosyć lekkiemi, lecz gdy wszystkie się zeszły jednego dnia, męczyły go srodze. Odtąd też dzień w dzień, aż do samego przybycia do Krakowa, cierpienia jego się nie umniejszały, lecz dręczyły go, coraz się powiększając. W przedostatni dzień miesiąca października przywieziono go na zamek krakowski, gdzie też pierwszego dnia listopada kazał pytać przezemnie lekarzy, stojących przed jego łożem, czy już jest w Krakowie. Gdy ich zapytałem: „czy król pan jest w Krakowie?”, wyżej wspomniany mistrz Mateusz rzekł: „czy on majaczy, czy dostał pomieszania zmysłów, że się pyta, czy król jest w Krakowie?” Na to mu odrzekłem: „wie on dobrze, że jest w...[40] ordynując lekkie lekarstwa, których będąc w drodze mieć nie mogliście; teraz jednak zdaje mu się, że żadnych starań do tego nie przykładacie.” Na to mistrz Mateusz, jakby piorunem rażony, powiedział, że będzie ze swoimi kolegami dokładał najusilniejszych starań, o ile będzie umiał. Wkrótce potem król przezemnie kazał się ich zapytać, czy spostrzegają w nim jakiekolwiek znaki śmierci, (żądając) aby mu to przez Boga wyjawili, by mógł rozporządzić co do zbawienia swej duszy i co do domu. Oni zaś, obyczajem lekarzy, wróżyli mu i przepowiadali długie życie. Król wszakże, wątpiąc o odzyskaniu zdrowia, trzeciego dnia tegoż miesiąca, rano o wschodzie słońca, napisał testament, w którym tak kościołom, jak ubogim i sługom swoim wielką ilość dóbr i dziedzictwa zapisał. Niektórym z nich, mianowicie Zbigniewowi, Przedborzowi i Pakoszowi braciom, zwanym Zbigniewicami, miasto Włodzisław z przynależytościami zapisał; naturalnym synom swoim, Niemierze i Bogucicowi, zapisał Kutów, Puznicz, Drugrę i inne wsie[41]; Paszkowi — Słodzień[42], Niekłań, Mieczdę; Janowi — zamek Międzygórze i wójtostwo Sobotę w Zawichoście, oraz wiele innych zapisał; Jaśkowi Żerawskiemu — Podgaje, i wielu innym dużo (majętności) legował, co następnie było w części przez Ludwika, króla węgierskiego i polskiego, i rodzicielkę jego królowę Elżbietę, siostrę rodzoną króla Kazimierza unieważnione. Synowi ukochanej swej nieboszczki córki Elżbiety, żony Bogusława, księcia szczecińskiego i pana Kaszubów, wnukowi swemu, imieniem Kazimierz, księstwa dobrzyńskie, kujawskie, sieradzkie i łęczyckie, z zamkami kruszwickim, bydgoskim, Wielatowem, Wałczem zapisał. Krzyż złoty, bardzo wielkiej ceny, wartości przeszło dziesięć tysięcy florenów — kościołowi krakowskiemu; ramię Ś. Koźmy we wspaniałem pozłacanem cyboryum — kościołowi poznańskiemu; monstrancyę z relikwiami i biblię ozdobną kościołowi gnieźnieńskiemu zapisał. Dwom córkom swoim[43] przeznaczył wszystkie ozdoby łoża, kotary i okrycia z cienkiego płótna, purpurą, perłami cennemi i drogiemi kamieniami suto sadzone, oraz czary z czystego złota wyrobione, wartości wielu tysięcy grzywien srebra, — tudzież połowę wszystkich naczyń srebrnych i klejnotów różnego rodzaju, drugą zaś połowę żonie swojej Elżbiecie, córce Henryka księcia głogowskiego[44]. Rozporządziwszy tedy przyzwoicie i prawnie tak tem, jak i wszystkiem innem, w następny wtorek, który był piątym dniem miesiąca listopada, rano o wschodzie słońca, w obecności wielu osób ze szlachty i duchowieństwa, odszedł szczęśliwie do Chrystusa. Był natenczas obecny Władysław, książę opolski, zrodzony z córki siostry rzeczonego króla[45], wysłany przez wspomnianego króla węgierskiego dla wyrażenia współczucia w królewskiej chorobie.

Po odprawieniu uroczystych po zejściu króla egzekwij, był on w następny czwartek, t. j. siódmego dnia wspomnianego miesiąca, z prawej strony chóru kościoła krakowskiego, przez wiernych (sług) swoich pochowany, w obecności Jarosława, świętego gnieźnieńskiego kościoła arcybiskupa, oraz biskupów Floryana krakowskiego i Piotra lubuskiego. — Jaki był jęk, jaki płacz, jakie głośne narzekania panów i szlachty, prałatów, kanoników, mężów kościelnych i ludu podczas złożenia zwłok jego, tego język ludzki nie łatwo wypowiedzieć zdoła[46].

5. O przybyciu króla węgierskiego Ludwika do Krakowa i o jego przyjęciu.

Roku, miesiąca i dnia rzeczonego[47], gdy wspomniany król Ludwik węgierski przybywał do Krakowa, naprzód zabiegli mu drogę w Sączu i dalej panowie i starszyzna królestwa polskiego i, ze czcią go spotkawszy, do Krakowa odprowadzili. Gdy tam wjeżdżał, wyszli mu na spotkanie za miasto do góry Lasoty mieszczanie krakowscy z purpurowemi chorągwiami, oraz zarządzili, aby cała społeczność rajców niosła chorągiew, na której był wyobrażony herb miasta i klucze, i każdy cech rzemieślniczy, w oddzielnem gronie postępując, niósł swoją chorągiew, ozdobioną stosownemi godłami i kluczami, i aby wszystko to złożyli do rąk króla, — i tym sposobem z wielką czcią, poprzedzeni przez procesye duchowieństwa, odprowadzili go aż do większego kościoła zamkowego.

6. Dla czego[48] nie żaden z książąt polskich, lecz Ludwik, król węgierski, był powołany na króla.

Za czasów Karola, ojca wspomnianego króla Ludwika, najjaśniejszy król polski Kazimierz, pragnąc królestwo swoje polskie, — za przodków jego, mianowicie po wygnaniu ojca, króla Władysława, przez Krzyżaków z domu niemieckiego, margrabiów brandenburskich i innych książąt sąsiednich zajęte, — do całości przywrócić, oraz aby to pewniej i prędzej, bez ostatecznego wyczerpania swego ludu i bez strat, do pożądanego końca doprowadzić, zamyślił prosić o pomoc wspomnianego Karola, który siostrę jego miał za żonę. Gdy to uczynił, prosząc Karola przez uroczyste poselstwo o zbrojnych ludzi, rzeczony król z pochodzenia Gall[49], człek bardzo mądry, synowiec Roberta króla Sycylii, pierwej nim obiecał dać mu pomoc orężną, rozważył, jakich by się mógł ztąd spodziewać zysków lub korzyści. Król Kazimierz, zwiedziony radą swoich, jak mniemał, wiernych doradców, oświadczył Karolowi, królowi węgierskiemu, że, w razie gdyby nie miał syna, — a miał już dwie córki z małżonki swej Litwinki[50], — chciałby przeznaczyć swoje królestwo polskie pierworodnemu jego synowi Ludwikowi, jako swemu najukochańszemu siostrzeńcowi. Miał bowiem wtedy wspomniany król Karol trzech synów: Ludwika, Andrzeja i Stefana, i postanowił sobie w duchu, że Ludwika w Polsce, Andrzeja w Sycylii, a Stefana w Węgrzech uczyni królami. To się też prawie spełniło, chociaż następstwa nie były dobre. Ożenił bowiem syna swego Andrzeja z Joanną, córką Roberta, króla Sycylii, która była z nim w trzecim stopniu pokrewieństwa; ta zaś potem kazała go haniebnie udusić i pozwoliła wyrzucić z okna sypialni, w roku pańskim 1345[51] Stefan zaś, połączywszy się małżeństwem z jedyną córką córki Ludwika, księcia bawarskiego, cesarza rzymskiego, przeniósł się do Chrystusa, — i tym sposobem pozostał sam Ludwik.
Tak tedy Karol, nadzieją obiecanego zysku podniecony, najwyższym (dostojnikom) króla Kazimierza, Zbyszkowi proboszczowi i Spytkowi kasztelanowi krakowskim[52], których radami rządził się król Kazimierz, natenczas jeszcze młody, czynił wielkie dary, nadawał zamki i posiadłości i corocznie pewne opłaty składał, byleby królowi Kazimierzowi doradzali, aby nie odstąpił od zaczętego dzieła, lecz syna jego Ludwika za następcę sobie w królestwie przyjął. Aby zaś tem łatwiej mogli skłonić Kazimierza ku uczynieniu tego, Karol przyrzekł, że syn jego Ludwik wszystko, co do królestwa polskiego należało, a przez kogokolwiek było zabrane lub zajęte, zwłaszcza zaś Pomorze od Krzyżaków, własnym staraniem i kosztem odbierze i przywróci. A zatem król Kazimierz, dając posłuch namowom swoich doradców, jak również obietnicom wspomnianego króla i swej siostry, owego Ludwika wybrał sobie na następcę i dziedzicem ustanowił. Właściwa umowa, przysięgą i aktem piśmiennym stwierdzona, zawierała, między innemi, głównie trzy następujące warunki: po pierwsze, przyrzekł król Ludwik wszystkie granice królestwa Polskiego (opatrzyć), w szczególności zaś zobowiązał się sam, swoimi ludźmi, własnym kosztem i staraniem odzyskać Pomorze; dalej, jeśli wspomniany król polski Kazimierz zejdzie bez męzkiego potomstwa, a Ludwik, król węgierski, po nim na królewstwie nastąpi, nie wynosić na urząd starościński żadnego cudzoziemca, lecz jedynie któregokolwiek z Polaków; nareszcie, żadnych nowych opłat czyli podatków nie nakładać, prawa zaś, przywileje i swobody ziemianom nienaruszenie zachowaćPrzypis własny Wikiźródeł [53], oraz wszystko, co było niesprawiedliwie zabrane tak mężom kościelnym jak świeckim, zwrócić, bez najmniejszego sprzeciwiania się. Ze swej strony, panowie i szlachta całego królestwa polskiego, jemu i synom jego jedynie, gdyby miał ich, przyrzekli (wierność), jeśli i o ile będzie dotrzymane to, co im ten pan obiecał[54].

7. O tem, co się działo przed koronacyą króla węgierskiego.

Gdy tedy szlachetny król Ludwik węgierski zamieszkał na zamku krakowskim, na drugi dzień po jego przybyciu do Krakowa czcigodny mąż Janusz zwany Suchywilk, dziekan i kanclerz krakowski, prawny wykonawca sporządzonego przez szczęśliwej pamięci króla Kazimierza testamentu, przedstawił nowemu królowi wszystkie przywileje nadań, uczynione przez rzeczonego Kazimierza, króla polskiego, w jego ostatniej woli, a z polecenia księcia pana Władysława opolskiego do przyjazdu króla węgierskiego zatrzymane, — pytając go, czy ma je stosownie do postanowienia jego wuja rozdać. Król miłościwie odpowiedział, że należy je porozdawać, i polecił wypełnić wszystko, co było przez króla Kazimierza przekazane i rozporządzone; wkrótce jednakże, gdy mu niektórzy zawistni zdradliwie zaczęli odradzać, polecił odnieść owe przywileje do księży arcybiskupa gnieźnieńskiego i Floryana biskupa krakowskiego, oraz do szlachty, z której wielu było obecnych, i oddać do ich woli i rozporządzenia. Kiedyśmy wskutek tego do nich z przywilejami temi przybyli, oni wszystkie potwierdzili i rozdać kazali, wyjąwszy przywileje Kazimierzowi, wnukowi zmarłego króla Kazimierza, na księstwo sieradzkie, na zamki i ziemie łęczycką i dobrzyńską, Kruszwicę, Bydgoszcz, Wielatów i Wałcz, jak również naturalnym synom ś. p. króla, Niemierze i Janowi, na pewne nadane im i wyznaczone zamki i wsie, — które to przywileje kazano przedstawić do głębszego rozważenia. Następnie zaś, zgromadziwszy się w domu księdza Jarosława, arcybiskupa gnieźnieńskiego, chcąc zniweczyć nadania, wspomnianym synom nieprawego łoża uczynione, polecili komornikom Mścijonowi Sandomierskiemu i Janowi krakowskiemu przeciąć przywileje; jakoż zostały przecięte i tak są obecnie zachowane. Nazajutrz rano, gdy arcybiskup i biskupi oraz szlachta przedniejszego dostojeństwa byli razem zebrani, król Ludwik, z namowy niektórych cudzemu szczęściu zazdroszczących, posłał do zgromadzonych Władysława, księcia opolskiego, z zapytaniem, czy mógł zmarły król, nie pytając krewnych, jakiekolwiek ziemie, zamki, wsie oraz inne rzeczy na przypadek swej śmierci legować, i żądał zarazem, aby mu powiedziano, jak jest podług prawa. Chociaż na to arcybiskup i biskupi żadnej odpowiedzi nie dali, a pomiędzy resztą zebranych wszczął się z tego powodu spór, bo jedni utrzymywali — i słusznie, — że testament zatwierdza się przez samą śmierć testatora, i że ostatnia wola z obowiązku musi być wykonana, jednakże inni, ostrożniejsi, chcąc pozbyć się odpowiedzialności, twierdzili, że rzecz tę powinni sędziowie podług prawa roztrzygnąć. Zatem Pełka Zambr, sędzia sandomierski, i Wilczko z Naborowa, podsędek krakowski, więcej przez wzgląd na relatora niż na przepisy prawa polskiego, orzekli, że nikt nie może na przypadek swej śmierci kosztem swoich krewnych czegokolwiek legować. Chociaż król wyśmiał to orzeczenie, gdy o niem z relacyi wspomnianego księcia usłyszał, jednakże potwierdził i posłał tegoż księcia do arcybiskupa i szlachty, prosząc, aby mu przedłożyli je na piśmie, stwierdzonem pieczęciami arcybiskupa i biskupa, oraz szlachty tam obecnej. Posłyszawszy to, arcybiskup i inna szlachta, niejako strapieni, zaczęli sprawę nanowo roztrząsać i wreszcie przyszli do wniosku, iż to orzeczenie powinno wyjść na niekorzyść Kazimierza, księcia szczecińskiego, oświadczyli więc, że uczynili je tylko co do ziemian, nie zaś co do książąt, gdyż prawa książęce w tym wypadku są im zupełnie nieznane[55]. Tym sposobem w jednej i tej samej sprawie znaleźli się sami z sobą, niestety, w sprzeczności, bo z początku orzekli, że wszystkie nadania przez króla uczynione są ważne, zaś na drugi dzień, jak wspomniano, powiedzieli, chcąc się (nowemu panu) przypodobać, że nie mają one żadnego znaczenia. Nie zważając jednak na takie orzeczenie, wszystkie nadania, — oprócz uczynionych na korzyść naturalnych synów — zostały utrzymane, zaś księciu Kazimierzowi były odebrane ziemie sieradzka i łęczycka, natomiast księstwo dobrzyńskie, tudzież miasta i zamki Wiełatów i Wałcz były mu przez króla węgierskiego we władanie oddane. I to była pierwsza zmiana za nowego panowania szlachetnego króla Ludwika, którą uczynił, jak sprawiedliwie sądzą, niechętnie. Albowiem niektórzy magnaci i niby pierwsi w radzie zmarłego króla, wielce sprzyjający stronnictwu węgierskiemu, sądzili, że książe Kazimierz, z ziem sieradzkiej, łęczyckiej i dobrzyńskiej i z zamków wyżej wymienionych, przy pomocy szwagra swego, Karola, cesarza rzymskiego, i ojca swego, Bogusława, księcia szczecińskiego, może przyjść do rządów królestwa polskiego, jako dziedzic i prawny następca dziada swojego, niegdyś króla polskiego Kazimierza; w obawie więc tego, przekładali królowi Ludwikowi, że w żaden sposób nie może być cierpiany ten książe w ziemiach sieradzkiej i łęczyckiej, przy których zmarły król Kazimierz, przysposabiając go za syna, obiecał go utrzymać i dać nawet więcej. Za namową tedy owych doradców, król zamiast księstw sieradzkiego i łęczyckiego, które zatrzymał sobie, ofiarował mu księstwo gniewkowskie; lecz książe Kazimierz, idąc za radą swego otoczenia, przyjęcia tego księstwa odmówił. A to z dwóch przyczyn: naprzód dlatego, że zmarły król pan obiecał zachować go przy tamtych ziemiach, jak powiedziano wyżej, i dodać jeszcze więcej; powtóre, że księstwo gniewkowskie miało żyjącego jeszcze, przyrodzonego swego pana, mianowicie księcia Władysława Białego[56], syna Kazimierza, któremu, aczkolwiek był mnichem zakonu Św. Benedykta, król Kazimierz świętej pamięci nie chciał dziedzictwa odbierać. Ostatecznie jednak, gdy król Ludwik miał się na króla polskiego koronować, chciał on, aby wspomniany Kazimierz młodszy zadowolił się księstwami dobrzyńskiem, bydgoskiem, Wiełatowem i Wałczem, obiecując za to go czem innem opatrzyć. Kazimierz, widząc że inaczej uczynić nie może, zgodził się, i podczas koronacyi króla pana księstwo dobrzyńskie z pomienionemi zamkami jako lenno od króla pana i od korony królestwa polskiego przyjął.

8. O zdradliwem wydaniu zamku Santoka.

Gdy wieść o śmierci błogosławionego króla Kazimierza do państw sąsiednich doszła, pewien rycerz Hasso de Huchtenhayn, syn Hassona de Wedel, starosta czyli wójt[57] Ottona, margrabiego brandenburskiego, syna Ludwika, niegdyś cesarza rzymskiego, natychmiast, skoro się tylko o śmierci króla dowiedział, przekupił pieniędzmi i obietnicami niejakich trzech Sasów w zamku santockim, aby z ich pomocą go opanować. Sasi, widząc, że załoga zamkowa uczuwa już pewien niedostatek żywności, i że jest zbyt nieliczna, by mogła się oprzeć nieprzyjacielowi, jako też że przełożony zamku Sędziwój z Wiru, kasztelan bniński, jest nieobecny, postarali się o tem przez jednego z pośród siebie dać znać wspomnianemu rycerzowi. Hasson niewielką liczbą ludzi bez zwłoki zamek obległ; załoga jego, szczególnie pewien młodzieniec Sędziwój ze Sleszyna, opierali się jak mogli, wyjąwszy tamtych trzech, którzy widocznie nie chcieli zadawać sobie żadnej pracy przy obronie. I aczkolwiek pan Przecław z Gołuchowa[58], wojewoda kaliski, natenczas starosta (wielko-) polski, obwołał wyprawę na obronę rzeczonego zamku, i cała ziemia (wielko-) polska już wystąpiła, jednakże skutkiem powolnego działania, zamek, nim przybyła odsiecz został Hassonowi wydany. Miał zaś wspomniany starosta (wielko-) polski listy owego Hassona i pewnej szlachty z marchii brandenburskiej, ów zaś Hasso miał odwrotnie listy starosty i szlachty polskiej, któremi było na pewien czas ustanowione zawieszenie broni, zgwałcone tym sposobem przez Hassona. Strofowali też Polacy Sasów za to zgwałcenie pokoju, lecz Sasi wyśmiewając się z nich zabrali zamek[59].

9. O stracie zamku włodzimierskiego na Rusi.

Tegoż samego czasu Kiejstut, książe litewski na Trokach, najpotężniejszy pogromca chrześcijan, brat rodzony wielkiego księcia litewskiego Olgierda, gdy się dowiedział, że Kazimierz król polski umarł, razem z Lubartem, księciem łuckim, obległ zamek włodzimierski, który król Kazimierz, pozostawiwszy stary zamek drewniany w poprzednim stanie, na innej górze zamkowej, gdzie był założony z cegły kościół katedralny na cześć Najświętszej Panny, na dwa lata niespełna przed swoim zgonem zaczął wznosić z bardzo mocnego muru, lecz zaskoczony śmiercią, pozostawił niewykończonym. Był jednak ten zamek na tyle już obwarowany, że mieszkańcy jego mogli się dobrze napadającym wrogom bronić. Atoli gdy książę Aleksander, syn Michała czyli Koryata, a synowiec Olgierda i wspomnianych książąt litewskich, który trzymał od króla Kazimierza zamek i ziemię włodzimierską, bawił natenczas w Krakowie, niejaki Pietrasz Turski łęczycanin, przełożony zamku, powodowany strachem, lubo nie doznał żadnej porażki, ani był przyciśnięty jakimkolwiek niedostatkiem, ów zamek włodzimierski wspomnianym książętom haniebnie oddał. Książęta zaś litewscy, zadowalniając się starym zamkiem, chociaż drewnianym, zamek murowany, nowo wznoszony, skopawszy mury, zrównali z ziemią, kamienia na kamieniu nie pozostawiając. Przy budowie tego zamku trzystu ludzi codziennie i wiele sprzężajów wołów i koni, dla zwożenia wapna, kamieni, cegły i drzewa, prawie przez dwa lata bez przerwy pracowało, tak że ze skarbu królewskiego na budowanie go (wydano) więcej niż trzy tysiące grzywien, a jeszcze na cztery dni przed śmiercią (król) kazał zawieźć sześćset grzywien przez Wacława z Tęczyna, presbytera, który miał dozór nad robotą; jednakże pierwej nim on z Krakowa wyjechał, król błogosławiony życie zakończył. Pieniądze te zostały napowrót do skarbu królewskiego złożone[60].

10. O koronowaniu króla węgierskiego Ludwika w Krakowie.

Po przyjeździe do Krakowa, Ludwik, król węgierski, chcąc się koronować na króla polskiego, usilnie żądał od czcigodnego w Chrystusie ojca Jarosława, arcybiskupa gnieźnieńskiego, aby dopełnił tego obrzędu. A chociaż wspomniany ksiądz Jarosław arcybiskup, a także niektórzy ze szlachty (wielko-) polskiej, jako posłowie całej Wielkopolski[61], twierdzili, że król pan powinien być koronowany nie w krakowskim lecz w gnieźnieńskim kościele, i prosili, aby z krzywdą Wielkopolski nie pozwolił się gdzie indziej koronować, jak tylko w kościele gnieźnieńskim; jednakże król, w obawie, aby ze zwłoki nie wynikło jakich złych następstw, nastawał na tem, aby mu w katedrze krakowskiej włożono koronę, obiecując, że się zjawi w katedrze gnieźnieńskiej ozdobiony królewskiemi insygniami, i że te insygnia, jako to: koronę, berło, jabłko i inne do nich należące, pozostawi w tejże katedrze; czego jednak później, przybywszy do Gniezna, za radą krakowian, bynajmniej nie uczynił, lecz śpiesznie ztamtąd odjechał i przez Poznań, Łęczycę i ziemię sieradzką do Krakowa podążył, gdzie odbywszy tylko jeden nocleg, wyruszył zaraz z powrotem do Węgier, pozostawiając w Krakowie matkę swoją, panią Elżbietę, królowę węgierską. W pierwszą zatem niedzielę po dniu Ś. Marcina, która była dniem 10-ym miesiąca listopada[62], król Ludwik był przez najczcigodniejszych ojców — Jarosława arcybiskupa, Floryana krakowskiego i Piotra lubuskiego biskupów, w kościele krakowskim, na króla polskiego z przyzwoitą uroczystością koronowany[63], w obecności szczupłej garstki szlachty i tylko dwóch książąt, mianowicie Władysława opolskiego oraz Kazimierza szczecińskiego i dobrzyńskiego, którzy obydwaj pewne księstwa czyli państwa[64] na koronacyi jako lenno od niego otrzymali, mianowicie: Władysław miasta i zamki bardzo warowne wieluński, bolesławski, brzeznicki, Krzepice, Olsztyn, Bobolice, dane mu w owym czasie przez króla Ludwika z ich powiatami, a które przez błogosławionej pamięci króla Kazimierza z wielkim kosztem były zbudowane. Kazimierz zaś otrzymał księstwo dobrzyńskie z zamkami Bydgoszcz, Wielatów i Wałcz[65]. Takiego rodzaju infeudacya nie była zgoła we zwyczaju innych książąt polskich, gdyż wszyscy książęta polscy zwykle byli sobie równi, i żaden z nich nie uznawał jakiejkolwiek władzy innego, lecz każdy swoją władzą się zadowalał. A to dla tego, że pochodzili z jednego rodu, a ztąd korzystali i korzystać chcieli z jednego prawa; aż dopiero przez Jana, króla czeskiego, syna Henryka hrabiego na Luczelborgu, następnie cesarza rzymskiego, — który to Jan, tak z nadania cesarza swego ojca, jak i przez żonę, jedyną córkę Wacława drugiego, króla czeskiego, był na królestwo czeskie przyjęty, — niektórzy książęta szląscy, więcej podarunkami i obłudną radą swoich (dworaków) oraz obietnicami podstępnie zwiedzeni, aniżeli najazdem zbrojnym pokonani, wolne księstwo szląskie i swoje dzierżawy, w niczem nikomu poprzednio nie podległe, lecz wolnie przez swoich książąt, bez czyjegokolwiek uznania, posiadane, od tegoż Jana, króla czeskiego, przyjęli jako lenno korony czeskiej, dobrowolnie poddając siebie i swoje (posiadłości), na wstyd i hańbę królestwa polskiego. Takie odszczepieństwo przyniosło tym książętom wieczną hańbę, to też odkiedy są hołdownikami korony czeskiej, żaden z nich na króla polskiego podczas bezkrólewia za to właśnie nie był obierany, lecz zarówno oni sami jak ich następcy, za karę ustawiczną, jako poddani państwa czeskiego, od następstwa na królestwo polskie zupełnie i nazawsze są odsunięci.

11. O żałobnem nabożeństwie po królu Kazimierzu.

Po koronacyi wspomnianego króla węgierskiego Ludwika odprawione były w najbliższy wtorek[66] we wszystkich kościołach krakowskich solenne po ś. p. królu Kazimierzu egzekwie, w obecności króla Ludwika, biskupów, książąt i wielkiej ilości szlachty. Na tych egzekwiach był taki porządek: naprzód szły cztery wozy, każdy w cztery piękne konie[67], a wszystko to — tak woźnice, jak konie i wozy — było czarnem suknem przybrane i pokryte. Potem kroczyło czterdziestu rycerzy w pełnych zbrojach na koniach[68], pokrytych suknem szkarłatnem; następnie jedenastu niosło chorągwie tyluż księstw, dwunasty zaś chorągiew królestwa polskiego, a każdy miał tarczę ze znakiem czyli herbem każdego księstwa. Za nimi jechał rycerz, odziany w złocistą szatę królewską, na pięknym stępaku królewskim[69], purpurą pokrytym, osobę zmarłego króla wyobrażający. Za nim szło parami procesyonalnie sześciu ludzi i niosło zapalone duże świece, z których dwie były zrobione z jednego kamienia wosku. Potem szły zgromadzenia zakonne i wszystkie osoby duchowne, ile ich było w mieście i na przedmieściach, śpiewając pieśni żałobne, a poprzedzając mary, pełne złotogłowia, sukna różnego[70] i innych drogich materyj, które miały być między klasztory i kościoły rozdzielone. Na końcu postępował król Ludwik, arcybiskup, biskupi, książęta, panowie i wielka moc ludu obojej płci. Pomiędzy nimi zaś a marami szli dworzanie zmarłego króla, w liczbie większej niż czterysta, wszyscy w czarną odzież przybrani, i wszyscy z wielkim płaczem i jękiem. Do którego zaś kościoła wstępował ten pochód z marami — jako to do Minorytów, N. Panny Maryi, Zakonu kaznodziejskiego, — tam składano dwie purpury złociste i dwie sztuki przedniego sukna brukselskiego różnych kolorów, po szesnaście łokci każda[71], oraz duże ofiary w pieniądzach i wielką ilość świec. Przed marami szedł jeden (z dworzan) i szeroko rozrzucał pieniądze biednym i każdemu, kto by je chciał podnieść, ażeby wolniejszą zrobić drogę idącym i aby tem goręcej za duszę zmarłego króla się modlono. Nadto dwóch doświadczonej uczciwości ludzi było przeznaczonych do niesienia mis srebrnych[72], napełnionych groszami, z których-to mis każdy, kto swej ofiary nie składał, brał ile chciał. Inni znowu nieśli wory[73] pełne groszów, i gdy tylko taka misa się opróżniała, w tej chwili napełniali ją znowu.
Z taką ceremonią i w takim porządku pochód doszedł do kościoła katedralnego, w którym czcigodny ojciec, ksiądz biskup krakowski Floryan mszę celebrował; zaś podczas tej mszy były złożone następujące ofiary.

12. O ofiarach, złożonych podczas żałobnego nabożeństwa za króla Kazimierza.

Było postanowionem, aby przy wszystkich ołtarzach, jakie są w kościele katedralnym krakowskim, stali kapłani do mszy przygotowani, tak aby wszyscy ofiarujący, ilekolwiek ich będzie, po złożeniu ofiar naprzód przy wielkim ołtarzu, gdzie biskup celebrował, następnie przy wszystkich innych ołtarzach ofiary swoje składali. Ponieważ zaś z powodu ogromnego natłoku ludu, który gorąco pragnął być obecnym na egzekwiach królewskich, nie można było obchodzić ołtarzy z ofiarami, przeto jeden z nas, mający stosowne polecenie, z misą srebrną pełną groszów, a otoczony z przodu i z tyłu pachołkami królewskiemi[74], z których jedni drogę torowali, podwakroć obszedł kościół, i każdemu z kapłanów mszę celebrujących składał tyle, ile mógł ręką z misy nabrać. Na wielkim ołtarzu złożono tym sposobem naprzód dwie drogocenne purpury, a drugim razem dwie sztuki drogiego sukna, jak i w innych kościołach, o czem było wyżej. Następnie urzędnicy zmarłego króla, każdy podług swej służby, złożyli na ołtarzu naczynia, któremi zarządzali: a więc naprzód komornik Świętosław i podskarbi podali na ołtarz misy srebrne z ręcznikami i obrusami[75]; potem stolnik Przedborz z podstolim złożyli cztery wielkie półmiski srebrne[76], potem cześnik i podczaszy — dzbany i kubki srebrne[77]; potem podkomorzy czyli marszałek przyprowadził najlepszego z koni[78] królewskich, podkoniuszy — zbrojnego rycerza, w królewskie szaty odzianego, na dzielnym a bardzo przez króla lubionym stępaku królewskim; a wszystkich tych poprzedzali chorążowie, niosący chorągwie, i ów rycerz, osobę zmarłego króla wyobrażający. Po złożeniu tych ofiar, gdy zaczęto, podług zwyczaju w takich wypadkach, kruszyć chorągwie, powstał taki krzyk żałosny, taki płacz i jęk wszystkich obojga płci obecnych w kościele krakowskim, że od tego płaczu i jęku wszyscy, osoby możne i nizkie, starzy i młodzi, ledwo się utulić mogli.
I nie dziw! Obawiali się bowiem, aby ze śmiercią króla pokój miłującego, nie znikł ten pokój, do którego za jego życia przywykli; nie spodziewali się już od nikogo tych uprzejmych przemówień, tego pocieszania strapionych, które od niego słyszeli i przywykli przyjmować; obawiali się, że przyjdzie to nieuniknione rozprzężenie królestwa, jakie po śmierci króla polskiego Przemysława, dziada Kazimierzowego, spadło na państwo, gdy bez męzkiego potomstwa umarł. Nadewszystko zaś owe przekształcenie królestwa, dokonane przezeń, i wielka jego przystępność, do bolesnego płaczu mieszkańców jego kraju pobudzały. Bo między innemi złemi następstwami obawiali się także, że — pierwej nim z woli boskiej powstanie w Polsce król z rodu królów polskich — cudzoziemiec na królestwo wyniesiony, który będzie chciał postępować podług obyczaju swojego narodu, będzie usiłował zmienić obyczaje i zwyczaje Polaków, nieznanych tutaj rodaków swoich wyniesie ponad ludzi miejscowych, i tym sposobem dążąc do zniweczenia praw i swobód Polaków, wywoła ku sobie nienawiść tudzież waśnie wzajemne; ci zaś, którzy mieli prawo do tronu, będą dążyli do odzyskania dziedzictwa swych przodków. Z tego wszystkiego i z innych rzeczy razem połączonych mogłaby wyniknąć bez wątpienia zguba królestwa, którą tylko oby Bóg przez swe miłosierdzie odwrócić raczył[79].

13. O przyjeździe Ludwika, króla węgierskiego i polskiego do Wielkopolski.

Po tych egzekwiach, jak powiedziano wyżej, solennie odprawionych, najjaśniejszy pan, już teraz Polski, Węgier, Dalmacyi etc. król, pośpieszył do Wielkopolski; niezliczona ilość Polaków wybiegła mu na spotkanie w Kaliszu i dalej i ze czcią go przyjęła, składając mu winny hołd jako swemu królowi. Razem z nimi król przybył do Gniezna, gdzie zatrzymał się dwa dni[80]. I chociaż w kościele gnieźnieńskim był przygotowany tron królewski złotogłowiem pokryty, aby tam, w szaty królewskie odziany, w koronie i z berłem, do użytku królewskiego zastosowanemi, wystąpił i zasiadł, stosownie do tego, jak było umówionem jeszcze przed jego koronacyą w Krakowie, jednakże król, za radą niektórych krakowian, zaniechał tego uczynić, mówiąc, iż toby go śmiesznością okryło[81].
Tak tedy, nic w królestwie polskiem nie ustaliwszy, powrócił król, jak się rzekło wyżej[82], do ojczyzny. Wtedy to było, że jego Węgrzy, towarzyszący mu w drodze, wdzierali się po wsiach do domów mieszkańców i gwałtem im rzeczy rabując z sobą zabierali; żaden zaś z tych ubogich a pokrzywdzonych nie miał dostępu do króla, bo Węgrzy temu przeszkadzali[83].
W nieobecności króla, podczas rządów w królestwie polskiem jego ukochanej rodzicielki, imieniem Elżbiety, królowej węgierskiej, działo się jeszcze gorzej niż przed tem, gdyż nie było i nie ma dotąd żadnej tam stałości ani pewności. Bo jeśli kto się uciekał do matki, ona go do syna odsyłała, a syn nawzajem odsyłał do matki, przez co nie mogło być i nie było rzeczywiście końca żadnym sprawom, chyba tylko tym, które jej się podobały[84].
Już to pierwsze zasadę niestałości wykazało, że wszystkich głównych doradców, przy których pomocy nieboszczyk król Kazimierz, brat królowej, sprawami państwa zbawiennie rządził, po kolei i nie bez skwapliwości od siebie oddaliła, innych zaś, których głos u wspomnianego jej brata nie miał żadnej powagi w radzie, za swych doradców przyjęła. I ci radzili jej nie tak, jak tego wymagał ogólny pożytek państwa, ale tak, jak pragnęła ich szalona chciwość; zdania zaś dawniejszych doradców, które zwykli byli dawać i rzeczywiście dawali najrzetelniej, owi doradcy nowi, obgadując ich zaocznie, najbezczelniej odrzucali. Za radą tych niegodziwców, zarówno urzędnicy dworu królewskiego jak i starostowie ziem bardzo się często, z nadzwyczaj wielką stratą dla mieszkańców królestwa, zmieniali.

14. O podziale skarbu królewskiego[85].

Po wyjeździe wspomnianego pana Ludwika, króla polskiego i węgierskiego, jak się wyżej rzekło, z Wielkiej Polski, najjaśniejsza pani Elżbieta, rodzicielka jego, zażądała, aby skarb świętej pamięci króla Kazimierza brata jej, został podzielony pomiędzy Jadwigą, wdową po nim, a córkami Anną i Jadwigą, stosownie do jego rozporządzenia i ostatniej woli.
Skarb ten, jedynie co do srebrnych naczyń, był podzielony na trzy części; na każdą z nich przypadło trzysta trzydzieści trzy grzywny i pół srebra ciężkiej wagi, oprócz ośmiu dużych mis[86] z czystego złota wykutych, trzydziestu sześciu roztruchanów[87], przedziwnie złotem i srebrem ozdobionych, flasz jaspisowych i kryształowych[88], pierścieni i drogich kamieni, okryć purpurowych[89], na których orły i inne herby królewskie z pereł, ze złota i drogich kamieni były przedziwnie i suto nasnute, oraz innych różnego rodzaju klejnotów[90], które nie były podzielone, lecz zachowane dla dwóch córek króla. Ten zaś skarb dwóch córek królewskich, nieoszacowanej według powszechnego zdania wartości, pani Elżbieta razem z niemi wywiozła do Węgier, pozostawiając wdowie po bracie swoim, która później połączyła się węzłem małżeńskim z Rupertem, synem Wacława niegdyś księcia lignickiego[91], tylko część wyżej wymienioną, i tysiąc grzywien szerokich groszy, jako wiano.

15. O usunięciu Przecława, starosty wielkopolskiego.

Z postanowienia tych doradców, o których było wyżej, królowa usunęła ze starostwa (w.-) polskiego pana Przecława z Gołuchowa, rycerza wojewodę kaliskiego, za którego najlepsza moneta kwartników[92], którą Kazimierz król za panowania swego wybijać rozkazał, tak dalece spadła w cenie, że gdy pierwej dwa kwartniki miały wartość grosza praskiego, potem za jeden grosz praski trzeba było dawać cztery kwartniki[93]. Wskutek takiej zmiany wielu bardzo ciężkie poniosło straty; bo kto pierwej miał dziesięć groszy, ten miał ich teraz tylko pięć. Wielu natomiast, kupując cztery kwartniki za jeden grosz, odnosiło duże korzyści, przetapiając pieniądze na czyste srebro[94].
Po usunięciu Przecława, około wielkiego postu roku pańskiego 1071-o[95], wyniesiono na starostwo (w.-) polskie szlachetnego męża Ottona z Pilczy[96], rycerza przezornego, dobroczynnego i możnego. Niektórzy ze szlachty (w.-) polskiej, natenczas w Krakowie przy królowej się znajdujący, długo odmawiali przyjęcia go za starostę, twierdząc, że go jako nie ich ziemianina, nie należało wbrew ich przywilejom nad nich wynosić. On zaś niektórym z nich obiecał dać w zarząd grody królewskie w tem starostwie położone; co też uczynił. Chociaż ogół Wielkopolan odmówił zrazu przyjęcia tego Ottona za swego starostę, jednakże gdy czcigodny ojciec Jan, biskup poznański, i jego krewni Doliwowie oraz niektórzy inni dali swą zgodę na niego, wszyscy go potem jako starostę uznali. Za czasów tego Ottona wielu zbiegłych i różnych innych ludzi dopuszczało się rozbojów i grabieży w królestwie. Starosta Otton, widząc, iż bez pomocy ziemian zbiegów i złodziejów w grabieżach i kradzieżach ukrócić nie potrafi, — ziemianie bowiem popierać go w tym kierunku zaniedbywali, — zrzekł się starostwa. Po nim nastąpił i trzymał starostwo wielkopolskie pan Sędziwoj z Szubina[97].

16. O piorunie spadłym na katedrę Poznańską.

Roku pańskiego 1371-go, w niedzielę, w którą się śpiewa Panu „Judica me etc.,”[98], piorun uderzył w wierzchołek krzyża na prawej wieży kościoła poznańskiego i koniec rogu tej wieży zrujnował. Piorun impetem swoim zrobił otwór w sklepieniu kaplicy królewskiej i potrzaskał zawieszone na ścianie portrety króla Przemysława i królowej[99].
W tym samym roku i w następnym było w Polsce wiele grabieży i rozbojów, i nikt im nie przeszkadzał.

17. O bardzo wielkiem morowem powietrzu w Polsce.

W owych dwóch latach, tak samo jak w roku śmierci króla, był wielki mór w Polsce; zaś w roku następnym od miesiąca września zaczęła się szerzyć w Polsce jeszcze większa morowa zaraza na ludzi, zwłaszcza na młodzież i kobiety, na męże i dziewice, i trwała przez rok aż do miesiąca września, przez który-to przeciąg czasu wiele tysięcy, niestety, ludzi umarło.

18. O olśnięciu Jarosława, arcybiskupa gnieźnieńskiego.

Roku pańskiego 1372-o, w piątek przed Narodzeniem Chrystusa grałem w szachy razem z innymi w Żninie, rano zaś w sobotę, w wigilię Tomasza Apostoła[100] wyjechałem do Gniezna, dla otrzymania czterdziestu grzywien groszy, które czcigodny ojciec Jarosław, gnieźnieńskiego kościoła arcybiskup, był mi pożyczył, — a widział wtedy jeszcze zupełnie dobrze, — ztamtąd zaś posłałem dalej do Poznania i po załatwieniu niektórych spraw, w wigilię wigilii, w śniadaniowej porze do Żnina wróciłem. Tam gdy od niektórych osób posłyszałem, iż arcybiskup oślepł, nie dałem zrazu temu wiary, aż dopiero gdy tegoż dnia przybyłem z (miasta) Żnina i do niego razem z innymi panami, aby z nim zasiąść do obiadu, wszedłem, on posłyszawszy nas, rzekł do mnie: „archidyakonie, oto nic nie widzę!”. Litowaliśmy się nad nim z powodu tej nagłej ślepoty, ale więcej jeszcze żałowaliśmy siebie i kościoła całego.
Gdy tak oślepł arcybiskup, który już z powodu głębokiej starości był prawie zupełnie pozbawiony przyrodzonej energii, krewny jego, Mikołaj z Koszutowa, proboszcz gnieźnieński, przy pomocy niektórych przyjaciół arcybiskupa podsunął mu myśl, aby jemu stolicę arcybiskupią odstąpił. Arcybiskup na to się zgodził i dał mu na piśmie cesyę oraz potrzebne listy; on zaś, nie mając na to zgody ani króla pana ani kapituły gnieźnieńskiej, losowi się powierzywszy, do dworu rzymskiego pośpieszył. Widząc to, Janusz syn Paska, kantor gnieźnieński, zebrał na kapitułę niektórych prałatów i kanoników gnieźnieńskich i po naradzie z nimi, we wtorek po niedzieli Laetare[101], wydał listy kapitulne, aby przeszkodzić kuryi rzymskiej w promocyi wspomnianego proboszcza. Z temi listami i pełnomocnictwem, na swoją osobę wypisanem, w osiem dni potem pojechał do kuryi rzymskiej, i stanąwszy tam po Wielkiej nocy, promocyi wspomnianego proboszcza w zupełności zapobiegł. Niemniej obaj zostawali tam prawie przez rok cały; proboszcz powrócił potem do ojczyzny, kantor zaś wspomniany, w roku pańskim 1373 w dniu... sierpnia, z powietrza, które natenczas przy kuryi grasowało, przeniósł się do Chrystusa[102].
Gdy roku tego i poprzedniego, niektórzy Mazowszanie, zwłaszcza Pietrasz, syn Krystyna, wojewody płockiego, za zgodą, jak powiadał, Ziemowita ks. mazowieckiego, w powiecie łowickim wielkie szkody, grabieże i łupiestwa czynili, arcybiskup Jarosław, nie mogąc tego księcia prośbami skłonić, aby swoich ziemian od tych łupiestw powstrzymał, obłożył całą ziemię mazowiecką ogólnym interdyktem, i nie wprzód zdjął, aż ogromnie przerażeni, oddali jemu i kościołowi jego gnieźnieńskiemu, za szkody wyrządzone, pewne wsie A. i B., na wieczne kościoła posiadanie, i nadania te dostatecznie przywilejami umocowali[103].
Po tem wszystkiem, tegoż roku, rzeczony ojciec arcybiskup, gorąco pragnąc ustąpić z katedry, postanowił oddać ją czcigodnemu mężowi Januszowi, doktorowi dekretaliów, dziekanowi krakowskiemu i kanonikowi gnieźnieńskiemu. Ów tedy dziekan, otrzymawszy od księdza Jarosława arcybiskupa pismo rezygnacyjne, wysłał do papieża Grzegorza XI pana Domarata rycerza i Jaranda kanonika gnieźnieńskiego, z pełnomocnictwem i listami promocyjnemi króla węgierskiego i polskiego. Ci jednak przybywszy tam nic nie uczynili, a to z powodu, że król Ludwik, zmieniwszy swoją wolę i wysławszy do papieża listy przeciwne, sprawie przeszkodził, a nadto, że nie mieli zgody kapituły gnieźnieńskiej. Gdy tak z niczem powrócili, wspomniany dziekan, otrzymawszy nowe listy króla pana i królowej, oraz Karola cesarza rzymskiego i króla czeskiego i kapituły gnieźnieńskiej, — około dnia Objawienia[104] roku pańskiego 1374 — sam osobiście do kuryi rzymskiej się udał. Jakoż przy pomocy popierającego sprawę kardynała Wilhelma, brata ciotecznego papieża, wspomniany papież Grzegorz opatrzył go arcybiskupstwem, i w niedzielę „Misericordia domini”[105] polecił go na arcybiskupstwo wyświęcić. Po swem wyświęceniu arcybiskup zaraz kuryę opuścił, spiesząc do domu, z powodu zarazy, która wtedy w mieście Awinjonie była wielka, i przybył do miasta Gniezna dnia 3-go miesiąca lipca, nazajutrz zaś w niedzielę[106] mszę celebrował, na której był obecny czcigodny ojciec biskup poznański i wiele innej szlachty.
Tego dnia i następnych aż do środy deszcz padał nieustanny.
Były zaś arcybiskup Jarosław zachował na swoje utrzymanie wszystkie dochody w Pomorzu i miasto Opatów ze wsiami przyległemi, oraz dziesięciny w powiecie kaliskim. Rezerwacyę tę Stolica apostolska potwierdziła, zezwalając mu na pobieranie tych dochodów[107]. Następnie przeniósł się on do klasztoru lądzkiego i w nim ze swemi sługami, habitu nie wdziewając ani ślubów zakonnych nie składając, przebywał prawie przez dwa lata[108].

19. O księciu Władysławie Białym.

Roku 1373-go, w sam dzień Narodzenia Najświętszej Panny Maryi[109], Władysław Biały, książę gniewkowski, pokryjomu przybył do Gniezna, i tam w domu burmistrza[110] Hanka, niepoznany, był goszczony; tam zjadłszy śniadanie, gdy został przez gospodarza poznany i obdarowany sokołem, niezwłocznie ustąpił i nazajutrz przybył do Włodzisławia, gdzie samoczwart, bez żadnej przeszkody wszedł do zamku, i, zwoławszy mieszczan, przyjął od nich hołd wierności; następnie, pozostawiwszy w zamku straż, śpiesznie udał się do Gniewkowa. Opanowawszy również i ten zamek, poszedł dalej do pewnej wsi, należącej do Romlika, i tego Romlika, przełożonego zamku Złotoryi, wziął do niewoli, żądając, aby mu zamek Złotoryę wydał. Kiedy zaś do Złotoryi podszedł, mieszkańcy zamku, widząc księcia i zważywszy, że w razie oporu, gotów jest ściąć ich przełożonego, niezwłocznie mu zamek oddali. Tym sposobem książę Władysław jednego dnia bez użycia broni zdobył Włodzisław, Gniewków i Złotoryę. Na drugi dzień rano, w sobotę[111], zgromadziwszy pewną część Włodzisławian i Gniewkowian, podstąpił śpiesznie pod niedostępny zamek Szarlej. Mieszkańcy jego tego dnia jako tako jeszcze się bronili, lecz nazajutrz rano, w dzień niedzielny, wydali mu zamek. Tak więc w piątek, sobotę i niedzielę książę Władysław otrzymał z czołobitnością miasta i zamki Włodzisław, Gniewków, Złotoryę i Szarlej, bez żadnej w swoich ludziach straty, wyjąwszy jednego tylko, imieniem Twoch, którego mieszkańcy w samej bramie zamkowej zabili, gdy poprzedzając księcia chciał wejść do zamku Szarleja.
Kiedy się o tem wszystkiem dowiedział Sędziwój z Szubina, (wielko-)polski oraz tych zamków i miast starosta, jęknął z boleści i ogromnie zaniepokojony tak haniebną stratą tylu zamków, po naradzie ze swoją szlachtą, rozesłał gońców i zebrał dosyć duże wojsko, z którem naprzód obległ miasto Włodzisław. Król zaś węgierski i polski Ludwik nakazał wszystkiej szlachcie (Wielko)-polski, Kujaw i innych ziem, aby, pod utratą czci i mienia, wspomnianemu Sędziwojowi potrzebną pomoc dla zdobycia pomienionych zamków dali; z tego powodu wielu Kujawian, którzy już przeszli na stronę księcia, opuściło go, usłyszawszy taki wyrok i polecenie królewskie. Widząc to wspomniany książę i nie będąc w stanie oprzeć się potędze królewskiej, a nadto przez niektórych niejako oszukany, zamyślił zdać się na łaskę króla, co też i uczynił. Albowiem gdy Włodzisławianie, przez wojsko królewskie bardzo trapieni, od księcia żadnej pomocy nie spodziewając się, zdali się na łaskę króla pana i w ręce pana Sędziwoja hołd złożyli, więc i książę Władysław, przez niektórych oszukany, pomimo że miał w zamkach Szarleju i Złotoryi dostateczną ilość ludzi i żywności, tak iż rok cały i dłużej mógłby się skutecznie przeciwnikom opierać, owe zamki, prawie niezdobyte, Sędziwojowi na łaskę króla pana ze wszystkiemi narzędziami (obronnemi)[112] oddał[113]. Nie uzyskawszy jednak od króla pana żadnej łaski, dotknięty wielkim niedostatkiem, prawie rok cały w zamku Drdzeń[114] przemieszkiwał.
Roku pańskiego 1375-go również nazajutrz po Najświętszej Pannie[115], książę Władysław, przy pomocy pewnych szpiegów[116], znowu opanował zamek Złotoryę, gdzie ci szpiedzy ujęli i dostawili mu śpiącego w łóżku przełożonego zamku, szlachetnego męża, rycerza Krystyna ze Skrzypowa. Książę zaś z nienawiści do pana Sędziwoja, którego siostrę miał ten rycerz za żonę, kazał tego Krystyna, już bardzo podeszłego w latach rycerza, zakuć w kajdany i do najściślejszego więzienia zamknąć, żądając za niego pięćset kop okupu. Atoli starosta Sędziwoj z Szubina, aczkolwiek szwagier rycerza Krystyna, nie chciał go wykupić, a to dlatego, że kiedy już około święta Jakóba Apostoła[117] rozeszła się po Polsce pogłoska o tem, że jeden z zamków kujawskich, mianowicie Złotorya, ma być dla księcia Białego potajemnie zdobyty, wtedy Sędziwój zażądał, aby mu Krystyn zamek Złotoryę oddał, bo się obawiał, że ten go straci przez swoją gnuśność (jak się też i stało); lecz Krystyn odpowiedział, że byłoby to dla niego wielką hańbą, gdyby zrzekł się zamku właśnie w tym czasie, kiedy rozeszła się pogłoska o grożącej jego stracie, i zapewniał a ręczył Sędziwojowi, że tak dobrze i starannie będzie strzegł zamku, iż może nie mieć co do straty jego żadnej obawy. Tymczasem szpiedzy księcia weszli w umowę z pewnymi rybakami, którzy przynieśli Krystynowi niby w upominku naczynia pełne wina i razem z nim siedząc w zamku pili, a gdy naczynia były wypróżnione, po inne wino do Torunia posłali. Krystyn, dobrze podpiwszy, tej nocy mocniej spał niż zwykle, aż szpiedzy po drabinach przez mur dostawszy się do zamku, i jego i zamek, jak powiedziano, wzięli[118].
W ten sposób książę Władysław stał się posiadaczem zamku Złotoryi. Mnóstwo włóczęgów i biedaków, ludzi silnego i hartownego ciała, napłynęło teraz do niego. Wkrótce zaś po tem na pomoc mu przyszedł rycerz, imieniem Ulryk de Osten, syn Bodczy z Drdzenia, z pewną liczbą Sasów. Pewnego dnia podstąpili oni pod zamek biskupi Raciąż, opanowali dzwonnicę kościelną i wielki dwór, który Zbilut, biskup władysławowski, na zewnątrz zamku wybudował, i zaczęli zamek gwałtownie zdobywać. Atoli mieszkańcy zamku mężnie ich odparli, i zmusili do odejścia z powrotem, bez nadziei zdobycia Raciąża. Jednakże po niewielu dniach wspomniany Ulryk ze swymi wspólnikami podszedł pod Gniewków i tam zaczął zdobywać zamek. Chociaż bronił go mężnie Gerward ze Słomowa ze swymi ludźmi, lecz gdy mieszczanie gniewkowscy dali pomoc Ulrykowi, zamek został podpalony i Gerward z dwudziestu pięcioma towarzyszami, pomiędzy którymi byli brat jego i dwaj synowie, z końmi, z orężem i innemi rzeczami, które przy sobie miał w zamku, oddał się Ulrykowi w niewolę. — Ten Gerward, razem z synami i innymi współtowarzyszami, przez wspomnianego Sędziwoja był od księcia Białego za wielkie pieniądze wykupiony. — Następnie Ulryk z polecenia swych braci Dobrogosta i Arnolda z tryumfem wrócił do domu[119].

20. O bitwie pomiędzy księciem Białym a ludźmi królewskimi.

Tegoż czasu, gdy pan Jaśko Kmita, rycerz dzielny i wszelakiej cnoty pełen, starosta sieradzki, przybył pod Inowrocław w pomoc panu Sędziwojowi, wóz zaś z jego skarbem szedł za nim, ludzie księcia Białego ten skarb razem ze strażą w drodze przejęli i księciu, znajdującemu się po tej stronie Wisły w Gniewkowie, dostawili. Nazajutrz książę, zebrawszy swoich ludzi i kmieci z ziemi gniewkowskiej, podążył pod Inowrocław, w nadziei opanowania tego miasta. Lecz wspomniany pan Jaśko Kmita razem z rycerzem Bartoszem z Weysemborga, starostą brzeskim, spotkał go w blizkości Gniewkowa; wszczęła się między nimi bitwa i ludzie księcia raptownie uciekać zaczęli, sam zaś książę Biały przez różne bezdroża śpiesznie do Nieszawy[120] popędził i, porzuciwszy konie, wsiadł samoczwart na statek i na drugą stronę Wisły się przeprawił, z wielką stratą swoich ludzi, którzy, ścigani aż do okrętów toruńskich, w części zostali pozabijani, w części zaś wzięci do niewoli.
Nie zważając jednak na to, książę Biały nie zaniechał napadów na Kujawy: spalił przedmieścia Inowrocławia i zewnętrzne bramy tego miasta, jak również wiele wsi na Kujawach, wielką moc łupu i jeńców do Złotoryi uprowadzając. Dla obrony przed nim pan Sędziwoj obwarował wieżę Jarosława w Służewie i w niej, jak i w innych miejscach zbrojną załogę osadził, która się nieustannie ścierała z ludźmi księcia Białego. Trzymał zaś wspomniany książę zamek Złotoryę od tego czasu aż do Zielonych Świąt[121], wielkie pożary po nocach, spustoszenia i uprowadzania do niewoli zarówno w (Wielko-) polsce jak i na Kujawach przez swoich ludzi czyniąc[122].
Nareszcie roku pańskiego 1376-go dzielni rycerze Sędziwój z Szubina i Bartosz z Wejsemborga, oraz Bartosz z Sokołowa, starosta kujawski, z Wielkopolanami i Kujawianami, zamek ten oblegli. Gdy im w pomoc przyszedł Kazimierz, książę szczeciński i dobrzyński, zaczęto zamek zdobywać przy pomocy machin i innych narzędzi oblężniczych. Książę Biały miał z sobą w zamku dużo ludzi, więc się przed nieprzyjaciołmi skutecznie bronił, napadając na nich także z okrętów na rzece Wiśle. Pomiędzy jego ludźmi byli dwaj w zamku, — jeden, imieniem Hanko, młynarz brzeski, bardzo biegły w sztuce budowania, i drugi, który zdradą zamek Złotoryę wziął i księciu oddał. Z tych pierwszy już raz był przez księcia wzięty do niewoli, kiedy ten poprzednio zdobywał zamki księstwa gniewkowskiego, lecz został uwolniony na obietnicę dobrej wiary. Teraz zaś książę pan listownie polecał mu, aby stosownie do obietnicy wrócił do niewoli. Gdy Hanko pokazał ten list Bartoszowi, staroście brzeskiemu, pytając, co ma czynić, pan Bartosz odpowiedział, że nic mu radzić nie może i że sam on wiedzieć powinien, co ma uczynić. Aż oto jednej nocy przyszli z wozem ludzie orężni księcia, Hanka wzięli z młyna pod Brześciem i z sobą do Złotoryi uprowadzili, aby dla nich machiny i inne narzędzia potrzebne dla zamku przygotował[123].

21. O zabiciu Frydryka z Wedla w zamku Złotoryi.

Kiedy tak szlachta zamek Złotoryę oblegała, Hanko, młynarz brzeski, widząc, że książę Biały nie będzie mógł oprzeć się potędze królewskiej, a bojąc się, aby mu za to, że robił w zamku machiny i inne narzędzia, przeszkadzające wojsku królewskiemu w obleganiu zamku, nie odebrano młyna, oznajmił potajemnie panu Sędziwojowi staroście (wielko-)polskiemu, że ma u siebie i chce mu oddać klucze od pewnej bramy zamkowej, przez którą wszedłszy z ludźmi będzie mógł zamek opanować. Lecz książę, mając go w podejrzeniu, kazał uwięzić; potem, kazawszy związanego nad stołem palić świecami, zmusił do wyznania zdrady, którą zamyślił uczynić. Wtedy książę posłał szwagra Hanka w jego imieniu do Sędziwoja, kazał mu się umówić z nim co do czasu i godziny i oddać klucze od tej bramy. Sędziwój wielce tem ucieszony, pragnął, by jemu jedynie przypadł zaszczyt zdobycia zamku; nie mówiąc przeto nic o tej sprawie panu Bartoszowi, wybrał mężów szlachetnych i dzielnych, którzy z nim powinni byli wejść do zamku. Gdy tedy do onej bramy przyszli i dwudziestu sześciu, co byli na przodzie, weszło, wówczas straż zamkowa, przez księcia po to postawiona, kratę, która nad bramą wisiała, — a do której kazał przywiązać dwa kamienie, aby tem szybciej na dół się spuszczała, — raptownie puściła, i ta, padając, przygniotła na śmierć szlachetnego męża Frydryka de Wedel, pana na Ujściu, mężnego i odważnego; tych zaś, którzy weszli do zamku, dopóty bito kamieniami, aż się oddali rzeczonemu księciu w niewolę. Tak więc Sędziwój zawstydzony powrócił do swoich stanowisk z wielkim smutkiem po stracie swych ludzi. Nazajutrz rano całe wojsko ruszyło, pędem rzuciło się na zamek i przez cały dzień nie przestawało do niego szturmować, w końcu jednakże, po stracie z obu stron niewielu w zabitych wielu zaś w ranionych, do swych stanowisk wróciło. W liczbie ranionych był książę Kazimierz[124], mocno kamieniem uderzony, z czego wkrótce potem, jak sprawiedliwie mniemają, zakończył życie. Książę zaś Biały rozkazał tego samego dnia wzmiankowanego Hanka młynarza razem z jego szwagrem spalić przed zamkiem, wynagradzając w jednakowy sposób i tych także, którzy zamek pod Krystynem oddali.
Po tym napadzie, wspomniany książę, zważywszy, że wojsko (królewskie) zamierza trwać w oblężeniu, on zaś po części uczuwał brak środków, wszedł w układy ze starostami i zamek Bartoszowi oddał, zdając siebie całkowicie na łaskę króla pana. Wychodząc z zamku, książę zażądał, aby Bartosz skruszył z nim kopię; ten na to się zgodził, i oto książę ze swoją kopią przeciwko Bartoszowi, a Bartosz przeciwko księciu, rozpędziwszy konie, z wielką siłą rzucili się jeden na drugiego, — i książę dostał od Bartosza w prawe ramię dosyć poważną ranę. Następnie książę Biały udał się do Węgier, do Ludwika, króla węgierskiego i polskiego, zaopatrzony w dostateczne środki na drogę przez Bartosza i brata jego, drugiego Bartosza. Tam, załatwiwszy z królem panem również inne sprawy sporne, sprzedał mu ziemię gniewkowską za dziesięć tysięcy florenów, otrzymał zaś od niego pewne opactwo zakonu Ś. Benedykta w Pannonii, gdzie przebywa dotąd[125].
Po jego ustąpieniu wielu szlachty i wojowników w Kujawach, którzy jego stronę trzymali, uwięzieni za to i podatkowani przez starostów, wpadli w długotrwałą nędzę, żadnej zaś pomocy ani ulgi od księcia nie otrzymali; i słusznie, podług słów proroczych: „nie ufajcie książętom, w których nie masz zbawienia”[126].

22. O pochodzeniu tego księcia Władysława Białego[127].

Książę Władysław Biały był synem Kazimierza a wnukiem Ziemomysła, księcia kujawskiego, łęczyckiego, sieradzkiego i dobrzyńskiego. Ten Ziemomysł, książę gniewkowski, miał trzech synów: Przemyśla, Leszka i Kazimierza, którzy, po śmierci ojca podzielili między sobą księstwo gniewkowskie. Przemyślowi przypadł Bydgoszcz, Leszkowi Inowrocław, Kazimierzowi Gniewków z kasztelanią słońską. Przemyśl i Leszek zmarli bezpotomnie; po Kazimierzu zaś, chociaż miał wielu synów i córek, pozostali tylko jeden syn, książę Władysław wyżej wspomniany, i jedna córka, którą pani Elżbieta, królowa węgierska, jej ciotka, wydała za pewnego księcia Bośnii[128]. Ten Władysław, książę gniewkowski, był ożeniony z jedynaczką[129] Alberta, księcia na Strzelcach, która bezpotomnie zeszła z tego świata. Przed tem jeszcze nim żona jego umarła, Kazimierz król polski, syn Władysława, — przyrodniego brata Ziemomysła[130], — dał księciu Władysławowi Białemu jako lenno Inowrocław. Lecz gdy Stanisław Kiwała, sędzia kujawski, wytoczył księciu Białemu przed królem Kazimierzem sprawę o rozgraniczenie pewnych włości dziedzicznych, i książę był uwięziony, aby żalącemu się sędziemu odpowiadał, wówczas podrażniony miasto to królowi odstąpił; a chociaż chętnie byłby wziął je napowrót, jednakże za życia króla już go odzyskać nie mógł. Po śmierci wspomnianej swej żony, którą wielce miłował, przejęty smutkiem, nie chciał żenić się z inną, lecz złożywszy swoje księstwo w ręce króla polskiego i otrzymawszy od niego tysiąc florenów, w licznem towarzystwie szlachty odbył pielgrzymkę do grobu Chrystusowego, zkąd powróciwszy, w Pradze, na dworze cesarza pana i w innych ziemiach czas jakiś przebywał. Potem, w roku 1376[131], przez Kujawy przybył do Prus; z wojskiem Krzyżaków poszedł na Litwę i, powróciwszy ztamtąd podczas wielkiego postu, również przez Kujawy, do żadnego ze swych zamków nie wstępując, udał się do Czech, zaś po Wielkiejnocy, w miesiącu maju, przybył do miasta Awinjonu, gdzie wtedy papież Urban VI ze swym dworem rezydował. Następnie, bez wiedzy żadnego z nas Polaków, — którzyśmy z nim wzajemnie w jego i w naszych gospodach w ciągu dni czterdziestu i więcej obcowali, — opuścił kuryę i udał się do Cisternum[132], gdzie stał się mnichem zakonu Cystersów. Po niejakim czasie, gdy mu się coś nie podobało, przeniósł się do klasztoru Ś. Remigjusza zakonu Ś. Benedykta w Dywjonie[133], zmienił habit szarych mnichów na habit czarnych, i tam aż do roku 73-go pozostawał. Pewną ilość pieniędzy dostarczali mu król polski i młodsza królowa węgierska, jego siostrzenica[134]. Następnie, zawiadomiony przez któregoś z Polaków o śmierci króla polskiego Kazimierza, niezwłocznie udał się z Dywjonu do kuryi rzymskiej, zleciwszy niektórym Polakom, aby nań czekali w Bazylei. Gdy ich tam, jak również w mieście Argentyńskiem[135] zastał, mianowicie: rycerza Przedpełka ze Staszewa, Stefana z Trlanga, Wyszotę z Kurnika i innych, którzy własnym kosztem przybyli szukając go, z nimi razem, również na ich koszt, udał się do Węgier, do króla pana. Na dworze królewskim przyjęto go niezbyt uprzejmie; pomimo to jednak, pozostał tam, wyprawiwszy swoich towarzyszy do ojczyzny. Następnie król Ludwik, na natarczywe nalegania swej żony, siostrzenicy księcia Władysława, wyprawił go wraz z poselstwem do papieża Grzegorza XI-go z prośbą o zwolnienie księcia od ślubów zakonnych, ażeby mógł pojąć żonę i objąć w posiadanie swe księstwo. Gdy zaś papież dla braku powodów odmówił mu dyspensy, książę, ogromnie tęskniąc do stanu świeckiego, potajemnie uszedł do Polski i swoje państwo gniewkowskie, jak wyżej opowiedziano, odebrał[136].

23. O pobieranie przez króla Ludwika podatku „poradlne.“

Tegoż roku[137], gdy król Ludwik zażądał od mieszkańców królestwa polskiego, zarówno duchownych jak i szlachty, podatku, zwanego „poradlne“, arcybiskup i biskupi, mężowie duchowni i szlachta całej Polski płacenia go odmówili, twierdząc, że od wszelkich takich danin i ciężarów na mocy jego własnych przywilejów są zwolnieni[138]. Nie mniej król, na znak swego zwierzchnictwa, jakiegoś podatku żądał. A ponieważ biskupi i szlachta polska twierdzili, że w listach swoich zaprzysięgli wierność tylko samemu królowi Ludwikowi i jego synom, gdyby ich miał, — on zaś, w braku męskiego potomstwa, pragnął, aby takąż samą przysięgę wierności złożyli jego córkom, przeto, nie mogąc inaczej uzyskać ich zgody, nowemi przywilejami uwolnił wszystkich ziemian od wszelkich podatków, zachowując dla siebie i dla swoich następców tylko po dwa grosze z każdego łanu[139], które corocznie do skarbu jego miały być płacone. Tym sposobem dawniejsze listy zostały unieważnione, nowe zaś były sporządzone, w których Polacy złożyli hołd wierności córkom królewskim, — rzecz dość hańbiąca, aby kobiety nad nimi królowały, — pozwalając, aby ich kmiecie płacili, jak powiedziano, na wieczne czasy dwa grosze czynszu z każdego łanu[140][141] Tylko arcybiskup i sufragani jego oraz wszystkich kościołów, odmówili poddania się tym opłatom, nie chcąc wyrzekać się przywilejów, poręczających swobody dóbr kościelnych[142], i dla tego, chociaż byli o to napominani, w żaden sposób nie pozwolili swym kmieciom opłacać owego podatku na rzecz króla pana. Wyjątek stanowiło uboższe duchowieństwo, którego włościanie zmuszeni byli płacić do skarbu królewskiego nie dwa, lecz dwadzieścia cztery grosze w przeciągu jednego roku; biskupi zaś, przez statuty prowincyonalne, które podatek ten ogólnie potępiły, z pomocą przyjść im zaniedbali i dotąd zaniedbują[143].

24. O śmierci Mikołaja, proboszcza gnieźnieńskiego.

Tegoż roku w dzień chwalebnej panny Cecylii[144], proboszcz gnieźnieński Mikołaj z Koszut, bratanek Jarosława, niegdyś arcybiskupa gnieźnieńskiego[145], we wsi Gozdowo, należącej do kapituły gnieźnieńskiej, po wielu tygodniach ciężkiej febry, zakończył dzień swój ostatni. Probostwem jego ksiądz Jan arcybiskup opatrzył Przejdla, plebana ze Żnina, swojego krewnego, wykazując tem większą miłość cielesności, aniżeli sąd zdrowego rozsądku, gdyż pominął niebacznie wszystkich prałatów i kanoników, z których niejeden, służąc kościołowi i poprzedniemu arcybiskupowi, dzielnie i statecznie ich bronił. Toż samo probostwo, jako pozostawione kollacyi Stolicy apostolskiej, papież Grzegorz dnia 26-go stycznia roku następnego nadał Mikołajowi Strosbergowi, kantorowi poznańskiemu, natenczas kolektorowi Stolicy apostolskiej w królestwie polskiem[146].

25. O statutach Jana, arcybiskupa gnieźnieńskiego, i jego kapituły.

Roku pańskiego 1375-go, w dzień 10-y miesiąca lutego, czcigodny ojciec ksiądz Jan, kościoła gnieźnieńskiego arcybiskup, odprawił przy tymże kościele generalną kapitułę. Na tej kapitule, po licznych uroczystych naradach z bracią swoją, postanowił i wykonać polecił, aby dochód ze wszystkich wsi kapituły gnieźnieńskiej szedł na ogólny użytek prałatów i kanoników, osobiście przy tym kościele przebywających. Dalej postanowił, że każdy z prałatów i kanoników po kolei odprawiać ma mszę przy wielkim ołtarzu, w przeciwnym zaś razie ma zapłacić kanonikowi, który ją za niego odprawia, pół grzywny groszy. Następnie postanowił, aby wszyscy prałaci i kanonicy dwa razy do roku, — w dzień Ś. Wojciecha i na przeniesienie jego ciała — do Gniezna się zjeżdżali, i przez ośm dni stale przy kościele katedralnym przebywając, kapitułę generalną składali; w razie niestawienia się, prałat trzy grzywny, kanonik zaś dwie grzywny obecnym zapłacić będzie obowiązany. — Powyższe oraz inne statuty, we właściwem piśmie zawarte, pieczęciami i przysięgą arcybiskup i kapituła umocowali[147].

26. O ustanowieniu biskupstw na Rusi.

Około roku pańskiego tysiąc trzysta siedemdziesiąt piątego czy szóstego, przy współdziałaniu króla Ludwika polskiego i węgierskiego, papież Grzegorz XI ustanowił trzy biskupstwa na Rusi, mianowicie: przemyskie, chełmskie i włodzimierskie czyli lodomeryjskie, tudzież arcybiskupstwo halickie[148].

27. O śmierci Jana, biskupa poznańskiego.

Tegoż roku[149], 14-go dnia miesiąca lutego, czcigodny ojciec Jan, kościoła poznańskiego biskup, z rodu Doliwów[150], mąż pobożny i szczodrobliwy, a wszystkich uciśnionych miłościwy orędownik, na Mazowszu, w kościelnej swej majętności, zwanej Ztbikowo, chorobą wodnej puchliny dotknięty, przeniósł się do Chrystusa[151]. Za swych rządów założył on w Dolsku miasto oraz wiele wsi w powiatach Krobi, Buku i w innych miejscowościach, należących do kościoła poznańskiego; majątek kościelny przez lokacye i nabywanie wsi tak pomnożył, iż pozostawił kościół swój bez żadnych długów. Przywieziono go do Poznania w dzień S. Piotra[152] i w katedrze przed ołtarzem Najświętszej Panny ze czcią wielką pochowano. Niech dusza jego teraz i na wieki szczęśliwie w Panu spoczywa.

28. O wyborze Mikołaja biskupa poznańskiego.

W sam dzień pogrzebu czcigodnego tego biskupa, Mikołaj z Kurnika, proboszcz Panny Maryi w Krakowie i kanonik poznański, doktór dekretaliów, podczas nieobecności Ditka, dziekana poznańskiego, nie pytając nikogo, ani Trojana proboszcza ani innych prałatów i kanoników, kazał swojemu notaryuszowi, tudzież innemu presbyterowi ogłosić, aby wszyscy członkowie kapituły zgromadzili się nazajutrz dla wyboru nowego pasterza. A jeszcze na trzy dni przed pogrzebem zmarłego biskupa, tenże Mikołaj, bez udziału proboszcza oraz innych prałatów i kanoników, którzy natenczas przy katedrze się znajdowali, wyznaczył własnowolnie administratorów, tak urządzając, aby jeśli nie cała kapituła, to przynajmniej część jej, na której mógł polegać, jego obrała; wskutek tego miał administratorów po swojej stronie. Zdarzyło się zaś, że gdy po wezwaniu łaski Ducha Ś. przystąpiono do obioru przyszłego biskupa, prawie cała kapituła zgodziła się na dwóch kandydatów: Trojana, swego proboszcza, i owego Mikołaja; należało więc drogą kompromisu do obioru któregokolwiek z nich przystąpić. Co się też stało; siedmiu wyznaczonych kompromisarzy podzieliło się: czterej oddali swe głosy na Mikołaja z Kurnika, trzej zaś na Trojana, poczem i ci ostatni zgodzili się na Mikołaja, jako obranego przez większość[153]. Wyboru tego arcybiskup Jan, z powodu pewnych nieporozumień, które między nimi zaszły, nie chciał potwierdzić. Atoli Mikołaj, nie pytając króla polskiego i węgierskiego, udał się do kuryi rzymskiej, gdzie mimo zastrzeżeń, czynionych przeciw jego promocyi w listach króla pana i innych osób papież Grzegorz w Awinjonie wyposażył go w biskupstwo poznańskie[154]. Otrzymawszy święcenia, Mikołaj wrócił pomyślnie do kościoła swojego około dnia Ś. Marcina[155].

29. O śmierci Przecława, biskupa wrocławskiego.

Tegoż roku, około połowy wielkiego postu[156], czcigodny ojciec ksiądz Przecław, biskup wrocławski, zwany Pogorzała, w głębokiej starości, pełen dobrych uczynków, w dzień ... zakończył żywot doczesny. Ów Przecław nastąpił po biskupie wrocławskim Nankerze, który za sprawą króla czeskiego Jana Ślepego, został niegodziwie za pomocą trucizny zgładzony, i który pierwotnie był biskupem krakowskim, przez papieża Jana XXII do wrocławskiego kościoła przeniesionym, biskupstwo zaś krakowskie otrzymał po nim Jan Grotonic, przebywający natenczas jeszcze na nauce w Bolonii. Obrany przez kapitułę wrocławską w roku pańskim 1341, w dzień piąty miesiąca maja, na biskupa, Przecław kupił dla kościoła wrocławskiego od Bolesława, księcia lignickiego i brzeskiego, miasto i zamek Grotków z powiatem, wiele zamków wybudował i bardzo mocnemi murami zaopatrzył, kościół zaś wrocławski ukończył i ozdobił wielu ornatami, tudzież złotemi i srebrnemi naczyniami[157]. Po jego błogosławionem zejściu, kanonicy wrocławscy, odrzuciwszy Polaków, wybrali niejakiego Teodoryka, Czecha, dziekana wrocławskiego, który zresztą, jak niegdyś błędną drogą wszedł na dekanat, tak i z obecnego swego obioru nie miał pożytku. Po śmierci bowiem mistrza Stanka, dziekana wrocławskiego, mianowicie w roku 1350, Jan zwany Starzyk, archidyakon głogowski, rodem Opolczyk, mąż szlachetny i rozumny, licząc na łaskę Klemensa VI papieża, który go na godność w kościele wrocławskim wyniósł, dziekanat wrocławski, jako należny sobie objął, i przez egzekutorów swoich kazał dla siebie go zająć. Tymczasem papież Klemens ten sam dekanat, jako pozostawiony jego kollacyi, w tym samym roku miłościwie nadał mistrzowi Albertowi, plebanowi z Bochni, kanclerzowi dobrzyńskiemu, natenczas posłowi króla polskiego Kazimierza przy Stolicy apostolskiej. Zaś wspomniany Jan Starzyk, pozwany przed kuryę rzymską, przeszło sześć lat toczył o to spór z mistrzem Albertem, nareszcie pokonany przegrał sprawę, jednakże, nic się nie troszcząc w swojej starości o wyrok ekskomunikacyjny, pozostawał aż do śmierci w dekanacie. Po jego zgonie i pochowaniu po za cmentarzem, Karol, cesarz rzymski i król czeski, owego czecha (Teodoryka), pisarza swej kuchni, przeciwko mistrzowi Albertowi osadził na dekanacie; a to z powodu, iż gdy cesarz, pragnąc poddać książąt szląskich pod zwierzchnictwo korony czeskiej, a biskupstwo wrocławskie przyłączyć do arcybiskupstwa praskiego, pokazywał pewne listy Kazimierza, króla polskiego, ów Albert oznajmił, że listy te są fałszywe, i tym usiłowaniom przed papieżem i kardynałami przeszkodził, — więc zarówno cesarz jak i Czesi mieli złość do tego mistrza. Gdy tedy w roku 1360 w sierpniu wspomniany mistrz Albert w Krakowie, podczas wielkiej śmiertelności w tem mieście, zakończył swój żywot, czeski wdzierca otrzymał dekanat. Tym sposobem piastował on dwie godności, które, zdawało się, tem łatwiej doprowadzą go do biskupstwa, należnego mu z wyboru kanoników, jednakże dojść do niego nie mógł, bo, z powodu przeszkód, stawianych przez cesarza, papież Grzegorz, przebywający ze swym dworem w Awinjonie, odmówił elektorowi prowizyi i polecił wrócić do domu, ponieważ on, papież, dopóki nie zamieszka z powrotem w Rzymie, nie chce się rozporządzać biskupstwem wrocławskiem. Zaraz potem posłał do Wrocławia Mikołaja, biskupa majorskiego, zakonu kaznodziejskiego, aby objął urząd biskupstwa wrocławskiego i dla Stolicy apostolskiej dochodził puścizny po zmarłym biskupie Przecławie. Gdy ów Mikołaj przybył do Wrocławia z listami apostolskiemi i zaczął domagać się należytego ich wykonania, kapituła wrocławska, złożona z ludzi rozumnych i przezornych, nie chciała go dopuścić do rządów biskupstwa, w obawie o utratę zamków i zniweczenie dóbr kościelnych, weszła więc z nim w umowę, iż corocznie, dopóki kościół wrocławski będzie pozbawiony pasterza, będzie dawała komorze apostolskiej osiem tysięcy florenów w złocie, nadto zapłaci za puściznę biskupią trzydzieści tysięcy florenów, dwa tysiące za dwuletnią prokuratoryę, przez tegoż biskupa nałożoną, i tysiąc na przewiezienie tych pieniędzy. Co się też stało, i Wrocławianie zapłacili jednorazowo do komory apostolskiej ogółem trzydzieści trzy tysiące florenów. Zaraz w roku następnym kapituła wrocławska wysłała swego elekta do Rzymu, lecz papież Grzegorz znowu zwlekał z prowizyą.
Roku pańskiego 1378-go, w niedzielę Laetare[158], papież Grzegorz zeszedł ze świata. Kardynałowie, zebrani, podług zwyczaju, w konklawe, gdy nikogo z pomiędzy siebie — czy to z obawy przed Rzymianami, którzy się domagali wyboru Rzymianina, czy z powodu niezgody, która się między nich samych wkradła, — wybrać nie chcieli, zgodnie wynieśli na tron papieski wielebnego ojca Mikołaja, biskupa Baru[159], zarządzającego natenczas wicekancelaryą Stolicy apostolskiej w imieniu wicekanclerza Piotra, kardynała pampeluńskiego. Cały bowiem lud rzymski, od najmniejszego do największego, wpadłszy z bronią w ręku do pałacu papieskiego, zaczął pierwotnie z wrzaskiem domagać się obioru na papieża Franciszka, kardynała Ś. Piotra, grożąc, że w przeciwnym razie i kardynałowie i wszyscy cudzoziemcy niezwłocznie będą zabici. Jeden z senatorów doniósł kardynałom, że ludu w żaden sposób nie będzie można uśmierzyć, jeżeli się nie obierze Rzymianina na papieża. Kardynałowie, widząc siebie w niebezpieczeństwie życia, nie wiedzieli jak śmierci uniknąć. Wtedy Robert, kardynał gebeneński, zerwawszy z jednego ze sług swoich kaptur, z narażeniem własnego życia wyszedł z konklawy i zaczął wołać: „Niech żyje, niech żyje papież Franciszek, kardynał Ś. Piotra!“ Co usłyszawszy, lud pochwycił owego Franciszka, kardynała Ś. Piotra, i w przekonaniu, że go na papieża wybrano, z wielką uroczystością zaniósł nad ołtarz Ś. Piotra, a następnie posadził na tronie papieskim. Gdy tym sposobem lud się uciszył i rozszedł się do domów, kardynał Franciszek, lubo wiedział, że nie jest obrany, zgodził się, aby uspokoić wzburzenie ludu, uchodzić za papieża do następnego dnia. Po uśmierzeniu zaburzeń ludowych, kardynałowie ogłosili wybór biskupa Baru na wikaryusza apostolskiego, i w dzień Zmartwychwstania pańskiego, podług zwyczaju, koronowali go na papieża, następnie zaś razem z nim, poprzedzeni procesyonalnie przez Rzymian, dla których była to wielka uroczystość, pojechali do Ś. Jana Laterańskiego, gdzie zabawili jedną godzinę, poczem powrócili do Ś. Piotra i doprowadzili go aż do pałacu papieskiego. Kiedy tak wybrany papież Urban, zaczął przyganiać chciwości kardynałów i kazał ograniczyć wielką ilość posiadanych przez nich beneficyów, a w niedzielę „Quasimodo geniti“ wystąpił przeciwko nim i duchowieństwu rzymskiemu z kazaniem głównie o symonii i mamonie, wtedy ci, obrażeni o tak niezwyczajną naganę, około dnia Ś. Trójcy, jeden po drugim wynieśli się z całem swem otoczeniem do miasta Fundi, przeciągnąwszy na swoją stronę dowódcę zamku Ś. Anioła oraz podkomorzego i innych urzędników papieskich, tak iż w Rzymie przy papieżu pozostało tylko trzech kardynałów, mianowicie medyolański, z Ursino i florencki. Atoli i ci trzej, gdy się udali do miasta Fundi w celu załagodzenia niezgody pomiędzy papieżem a kardynałami, zostali opanowani przez tamtych i, pozostawszy razem z nimi, już do papieża nie wrócili. Przewidując, że kardynałowie chcą sobie innego papieża wybrać, wyprawił papież do nich uroczyste poselstwo, z prośbą i upomnieniem, aby nie przystępowali do obioru, tudzież z obietnicą zwołania soboru powszechnego i abdykacyi, jeżeli wszyscy zebrani na tym soborze biskupi podniosą zarzuty przeciw jego obiorowi; wówczas kardynałowie będą mogli przystąpić godnie do obioru innego papieża. Kardynałowie jednak na to się nie zgodzili, zapewniając, że go wybrali pozornie, aby uniknąć rąk Rzymian, i domagali się, aby papież Urban zupełnie z papiestwa ustąpił. Gdy zaś tego uczynić nie chciał, przystąpili do nowego wyboru, i obrali na papieża wspomnianego Roberta, kardynała gebeneńskiego, pod imieniem Klemensa VII-go. Po tem wszystkiem popełniono w samym Rzymie i okolicy bardzo wiele złego. — Dowódca zamku Anioła, przyrządziwszy w nim machiny, zaczął pałac papieski i Rzym tak mocno i niezmordowanie oblegać, że papież Urban musiał ze swego pałacu uchodzić i przenieść się na Zatybrze do Ś. Maryi, gdzie prawie rok cały przemieszkiwał. Rzymianie także zamek oblegli i nie wypuszczali nikogo z niego ani do niego nie dopuszczali; pomimo to jednak zastęp Bryttów, wezwany na pomoc przez później obranego papieża Klemensa, złamawszy zapory pewnego mostu, pomimo oporu postawionej tam straży, przeszedł przez most i ku miastu Fundi się skierował; co widząc Rzymianie zwrócili się przeciwko niemu i stoczyli z nim bitwę, w której padło, jak powiadają, więcej niż pięciuset Rzymian. Wzburzony tem do najwyższego stopnia lud rzymski zabrał się do zabijania wszystkich cudzoziemców, zwłaszcza Francuzów. To też francuscy poborcy, pisarze[160] i inni, urzęda posiadający, potajemnie, każdy jak mógł, ratowali się ucieczką do ojczyzny przy okrzykach Rzymian: „niech giną od żelaza cudzoziemcy!“, aż nakoniec wyszedł edykt papieża i senatorów, zabraniający pod karą śmierci i tysiąca florenów zabójstwa któregokolwiek z cudzoziemców, z wyjątkiem jednakże Francuzów, którym nie poręczono żadnego bezpieczeństwa[161].
Do tego właśnie Klemensa przybył elekt wrocławski i, wyposażony przezeń w biskupstwo wrocławskie, był następnie na biskupa konsekrowany. Dowiedziawszy się o tem, papież Urban oddał dekanat wrocławski Władysławowi księciu lignickiemu, inne zaś beneficya porozdawał innym, pozbawiając tak elekta wrocławskiego, jak również kardynałów ich beneficyów w Węgrzech, Polsce i Czechach. Czech ten (Teodoryk) mając nadzieję, że kapituła wrocławska uzna go za biskupa, po otrzymaniu od tegoż Klemensa dla siebie i dla innych osób listów prowizyjnych i ordynacyjnych, w których rzeczony papież nadawał sobie władzę pozbawiania beneficyów tych wszystkich, którzy nie chcieli uznać go za papieża, i wyposażania niemi innych, przybył potajemnie do pewnej majętności kapituły wrocławskiej w Austryi, i wysłał nasamprzód ze swoimi listami niejakiego Mikołaja z Wołowej, kanonika poznańskiego. Ten jednak, przybywszy pokryjomu do Wrocławia i przekonawszy się, że kler i lud stanowczo są po stronie papieża Urbana, nie ośmielił się jawnie wystąpić i wrócił z niczem do pana swego, mniemanego biskupa wrocławskiego.
Wspomniany Klemens nie był w stanie się oprzeć papieżowi Urbanowi i sile zbrojnej Rzymian, i gdy przez posłów swoich nie znalazł poparcia ani u cesarza rzymskiego, ani u króla węgierskiego i książąt niemieckich, w roku 1379, na zaproszenie Joanny królowej Apulii i hrabiego Fundeńskiego, udał się z kardynałami swymi do Awinjonu, gdzie, mając po swej stronie królów Francyi i Nawarry, hrabiego Sabaudyi i całą prowincyę Prowancyę, uważał siebie za powszechnego papieża. Zaś papież Urban zarówno samego Klemensa jak jego stronników i przyjaciół, ekskomunikował jako odszczepieńców, i za wyklętych, schizmatyków i heretyków po królestwach węgierskiem, polskiem, czeskiem, niemieckiem i włoskiem, po wszystkich prowincyach i ziemiach publicznie ogłosić kazał, pozbawiając ich jednocześnie wszystkich dostojeństw, honorów i urzędów, tak kościelnych jak świeckich.


30. O śmierci Jarosława arcybiskupa gnieźnieńskiego.

Roku pańskiego 1376-go, przybyły do Wrocławia Mikołaj, biskup Majorki, zażądał, jak już powiedziano, od kleru prowincyi gnieźnieńskiej dwuletniej prokuracyi, która, stosownie do konstytucyi papieża Benedykta, zaczynającej się od słów „Vas electionis“, powinna być wizytującym biskupom dla kamery apostolskiej składaną. Z powodu nałożenia tej prokuracyi Jan, arcybiskup gnieźnieński, zwołał biskupów swojej prowincyi do miasta Uniejowa. Na to wezwanie przybyli osobiście biskupi Zbylut władysławowski, Dobiesław płocki i Andrzej cereteński[162]; krakowski zaś, lubuski i poznański, oraz kapituła wrocławska przysłali uroczystych posłów. Zjechano się w wigilję Narodzenia N. P. Maryi[163]; w same święto odprawiono solenne nabożeństwo, nazajutrz zaś toczono poważne obrady tak o tej sprawie, jak i o różnych innych. Wtedy, między innemi, postanowiono, aby statuty prowincyonalne któregokolwiek z biskupów, zwłaszcza przeciwko grabieżcom i napadającym na dobra kościelne, były w dyecezyi ściśle przestrzegane, oraz aby każdy podług zasobności swego kleru starał się wspomnianego biskupa majorskiego zadowolić.
W oktawę Narodzenia N. Panny[164], Jan, archidyakon gnieźnieński, zawarł z nim (biskupem Majorki) we Wrocławiu w imieniu kleru dyecezyi gnieźnieńskiej umowę o wypłaceniu 620 florenów i od kleru dyecezyi władysławowskiej 120 florenów. Na uiszczenie sum tych kler ma płacić z każdej grzywny swego beneficyum dwa grosze podług taksy dziesięciny.
W tymże czasie, mianowicie w sam dzień Ś. Lamberta, który był 17-tym dniem miesiąca września, we dworze arcybiskupim w Kaliszu, czcigodny ojciec Jarosław, niegdyś arcybiskup gnieźnieński, szczęśliwie przeniósł się do Chrystusa, sto lat życia aż do ostatniego dnia wypełniwszy. Był to mąż bardzo szczęśliwy, we wszystkim działający z pożytkiem, wielki w radzie i bardzo hojny. Niegdyś, gdy był jeszcze na naukach w Bononii, gdy pewien student Anglik, za cudzołóstwo z jakąś obywatelką — popełnione zresztą za zgodą jej męża za pieniądze — był przez mieszczan bonońskich ścięty, Jarosław, jako rektor uniwersytetu, przeniósł wykłady prawa kanonicznego z Bononii do innego miasta, i nie zezwolił na ich przywrócenie, aż znakomitsi obywatele z rozkazu papieża Jana XXII ufundowali na intencyę zbawienia duszy ściętego Anglika kaplicę i dostatecznie ją uposażyli, oraz dali studentom należyte zadośćuczynienie[165]. Następnie, obrany na arcybiskupstwo gnieźnieńskie 14-go stycznia roku 1341-go i w tym samym roku przez papieża Klemensa VI w mieście Awinjonie zatwierdzony i konsekrowany, po powrocie do domu niezwłocznie rozpoczął budować od fundamentów kościół gnieźnieński, który wszelako, umierając, zostawił niedokończonym. Zamki: Łowicz, Uniejów, Opatów i Kamień nowemi bardzo mocnemi murami, jak to dotąd widać, otoczył; w Uniejowie, w Kurzelowie, w Opatowie i w Kaliszu Panny Maryi kościoły, w Łęczycy zaś, w Krakowie, w Wieluniu, w Kaliszu i w Gnieznie dwory i domy z muru bardzo mocnego wybudował, opatrzywszy wymienione kościoły księgami i wielu innemi ozdobami. Miasto Kamień na granicy pomorskiej na nowo fundował i w lokacyę wyposażył. Do miasta Żnina sprowadził osadników i wiele dworów i domów mieszkalnych po wsiach i miastach swej archidyecezyi zbudował. W powiecie łowickim w chwili wyniesienia swego na arcybiskupstwo jedną tylko grzywnę groszy całkowitego dochodu znalazł, następnie w tym powiecie lokował wiele ludnych wsi i podniósł czynsz z nich do ośmiuset grzywien groszy, nie licząc czynszu ze zboża. Pozostawał zaś na arcybiskupstwie trzydzieści cztery lata, a po ustąpieniu z arcybiskupstwa żył jeszcze dwa lata. Nigdy nie chciał bez prałatów i kanoników swoich kościołów we dworze swym przebywać; przyciągał ich do siebie łaskawością, która sprawiała, że chętnie przy nim pozostawali, on zaś hojnie kazał im dostarczać wszystkiego, co było potrzebnem, i bez ich rady i zgody żadnej sprawy kościelnej nie załatwiał. Królowie, książęta i panowie królestw polskiego i węgierskiego oraz czeskiego czcili go jak ojca i męża wielkiej łaskawości i żywili do niego przywiązanie synowskie; ubogich i pognębionych był on najpewniejszym orędownikiem. O innych cnotach jego długo byłoby opowiadać... Pochowany w kościele gnieźnieńskim, w kaplicy, przez niego samego fundowanej i uposażonej, w sam dzień błogosławionego Mateusza apostoła i ewangelisty[166].


31. O spustoszeniu przez Litwinów ziemi sandomierskiej.

Tegoż roku, Elżbieta, matka Ludwika, króla węgierskiego, która w roku zeszłym — z powodu rozprzężenia, wywołanego gospodarką tych ze szlachty krakowskiej, którzy, stojąc u steru władzy, doprowadzili królową swemi przewrotnemi radami, w widokach korzyści własnej, do wielu nieopatrznych postanowień — zdała rządy królestwa polskiego w ręce syna swojego, wspomnianego króla węgierskiego, zaczęła natarczywie się ich napowrót domagać, lekce sobie ważąc wielotysięczny dochód, który jej syn w królestwie dalmackiem przeznaczył, zamiast dochodów w królestwie polskiem. Że zaś Ludwik życzeniu jej zrazu zadosyć uczynić nie chciał, wielce tem podrażniona, nie zawahała się powiedzieć najjaśniejszemu synowi swemu zapalczywe i znieważające słowa. Wówczas mądry król, który, podług przykazania boskiego, rodziców swych wielce szanował i kochał, matce znowu rządy w Polsce powierzył.
Z wielkim tedy orszakiem Węgrów, wyniosła, acz podówczas już osiemdziesięcioletnia, królowa udała się do Krakowa, przesławszy szlachcie krakowskiej i sandomierskiej przez posłów listy z poleceniem, aby z żonami swemi wybiegli na jej spotkanie do Sącza i dalej, i ażeby ją ze czcią i radością przyjęli; co też uczynili. Gdy stanęła w Bochni, niektórzy z przybyłych Sandomierzan donieśli jej, iż doszły do nich wieści, jakoby Litwini, zgromadziwszy się w wielkiej liczbie, zamierzają wpaść do ziemi sandomierskiej. Królowa, nie wierząc temu i ufając w potęgę syna, rzekła: „że ręka jej syna jest bardzo mocna i długa, więc Litwini, w obawie przed jego siłą i mocą, nie ośmielą się nic przeciwko niemu przedsięwziąć“[167]. Zwiedzeni taką nadzieją, Sandomierzanie zaniedbali wszelkiej ostróżności, wskutek czego książęta Kiejstut z Trok (brat Olgierda, wielkiego księcia litewskiego) z bratem swoim Lubartem łuckim i bratankiem Jerzym bełskim, tajemnie rzekę San poza Zawichostem, w dniu ... listopada miesiąca przeszli i spustoszyli niespodzianie, wiele wsi nad Wisłą aż do miasta Tarnowa, nie oszczędzając ani wieku ani płci, lecz mordując tych, których nie mogli zabrać do niewoli. Tym sposobem niezliczona ilość ludzi obojej płci była nieszczęśliwie uprowadzona w wieczną niewolę. Wielu kapłanów, po spaleniu kościołów, zabito, innych wzięto do niewoli. Zapłakał ród lechicki, widząc iż spełniło się nad nim przekleństwo proroka: „Niewiasta zabrała rządy i panuje nad moim narodem“[168]. — Podług pewnej relacyi, gdy o tej klęsce nieszczęsnej doniesiono[169] królowej pani, ta, jakkolwiek się w duchu zatrwożyła, nie chciała jednak przed wszystkimi zmartwienia swego okazać, lecz z wesołem obliczem pocieszała zasmuconych, mówiąc, iż król pan, syn jej, wywrze na książętach liteskich zemstę, jeżeli się rychło nie postarają o zwrot tego, co zabrali i uprowadzili i o zadośćuczynienie poszkodowanym[170].
Jest nad brzegiem Wisły wieś, zwana Baranów, należąca do rycerza Pietrasza syna Cztana, brata arcybiskupa gnieźnieńskiego, Janusza. Gdy plemię litewskie do niej przyszło, wspomniany rycerz wskoczył na konia i posadziwszy na niego chłopaka, jeszcze nie ochrzczonego, i żonę, przepłynął jezioro i rzekę Wisłę. Ścigający go Litwini puszczali za nim strzały, lecz płynąć przez jezioro i rzekę nie odważyli się. Pewna zaś pani, towarzyszka żony Pietrasza, chcąc ujść rąk Litwinów i za nią podążyć, rzuciła się do jeziora i tam przez Litwinów, którzy ją schwytać chcieli, była utopiona. Tegoż dnia jechała z wielką wystawą przed oblicze królowej do Krakowa wdowa po panu Michale z Tarnowa, kasztelanie wiślickim; gdy słudzy jej dowiedzieli się o napadzie Litwinów, zaledwie z panią i bardzo małym pocztem, porzuciwszy wozy i konie, dopadli promu na Wiśle i tym sposobem rąk litewskich uszli[171].


32. O zabiciu Węgrów i o śmierci Jaśka Kmity.

Tegoż czasu, w niedzielę nazajutrz po Ś. Mikołaju[172], kiedy królowa, przebywając ze swym dworem na zamku krakowskim, zabawiała się widokiem tańców i innych uciech ludzkich, które w obecności swej wyprawiać kazała, służba węgierska przejęła wóz siana, prowadzony dla szlachetnego pana Przedborza, ze wsi jego Brzezia, do jego domu przy bramie bocheńskiej, i zawróciła go do swej gospody; co widząc słudzy pana Przedborza przeszkodzili Węgrom i odpędzili ich od siana. Na wszczęty krzyk nadbiegli z pomocą Polacy Polakom, Węgrzy Węgrom. Gdy wieść o tych kłótniach doszła do królowej, poleciła ona staroście zamkowemu, panu Kmicie, oraz innej szlachcie, niezwłocznie udać się do miasta i uśmierzyć te zgiełkliwe zamieszki. Gdy ci przybyli na miejsce kłótni i chcieli zwaśnionych pogodzić, jakiś — jak powiadają — Węgrzyn, zresztą napewno niewiadomo, kto mianowicie, wypuścił strzałę, czy to umyślnie czy niechcący, i przeszył nią szyję rycerzowi staroście Jaśkowi Kmicie, który spadł z konia i na miejscu ducha wyzionął. Obecni temu Polacy, widząc, że mąż tak szlachetny, ozdobiony tylu cnotami, został w tak nikczemny sposób zabity, unieśli się wielkim gniewem na Węgrów, i zaraz gwałtownie na nich uderzyli, zabijając każdego, kogo tylko ująć mogli, a nie oszczędzając ani płci ani wieku. Pomiędzy innymi, jeden szlachcic węgierski, ale z urodzenia Słowianin i rycerz, imieniem Michał, przezwiskiem Pogan, znaleziony w jakiejś komórce swej gospody, został ztamtąd wywleczony i na ulicy haniebnie zabity. Dwóch zaś młodych ludzi, ulubieńców królowej i bardzo jej blizkich, ratując życie, uciekło do domu wspomnianego Przedborza; Przedborz kazał ich ukryć w jednej z komór swego domu i zamknął na klucz, przykazawszy surowo służbie, aby nikt się nie ważył ich wydać. Lecz kiedy potem udał się na zamek, aby donieść królowej, że ci młodzieńcy schronieni są w bezpiecznym miejscu, — za co mu królowa wyraziła wielką wdzięczność, — słudzy jego, korzystając, że noc tę przepędził na zamku, porozbijali zamknięcia, pochwycili bezlitośnie młodzieńców i zwlókłszy z nich szaty i srebrne pasy, wyrzucili ich oknem po za mury. Przyjaciele zabitego pana Jaśka byli tak okropnie rozjątrzeni, że strzałami i kopiami ciskali w tych Węgrów, którzy uciekali po drabinach, spuszczanych im z okien przez niewiasty i dziewice dworskie. Tego dnia i tej nocy zabito przeszło stu sześćdziesięciu Węgrów. Zmartwiona bardzo tą rzezią swoich Węgrów, królowa zeskoczyła z tronu, zapominając o głośnych i wesołych pląsach, i z płaczem i jękiem ukryła się do piwnicy, rozkazawszy strzedz pilnie bram wieży i murów zamkowych, w obawie, aby reszta Węgrów nie zginęła. Zabawiwszy potem kilka dni w Krakowie, powróciła do Węgier i synowi swemu, królowi panu, zdała napowrót rządy królestwa polskiego. — Tak więc pycha i używanie uciech były zwiastunem przyszłej zgryzoty, według słów mędrca: „śmiech będzie zmieszan z żałością, a końcem wesela będzie boleść“[173]. Chcąc wynagrodzić rodzinie Kmity śmierć tak szlachetnego męża, uczyniła królowa syna jego, imieniem Piotra, pomimo iż był jeszcze młodzieńcem, starostą ziemi łęczyckiej.[174]


33. O zmianie kilku starostów królestwa polskiego.

Przed swym w roku poprzednim wyjazdem z Krakowa do Węgier, oddała królowa pani ziemię kujawską, mianowicie miasta: Kowal, Brześć, Radziejów, Kruszwicę, Przedecz i Przypust z przyległościami, panu Pietraszowi, zwanemu Malocha z Malochowa, rycerzowi, rodem Sandomierzaninowi, za dwa tysiące grzywien rocznej opłaty do skarbu królewskiego. Przedtem ziemią tą rządzili pomyślnie przez trzy lata Bartosz z Sokołowa i Bartosz z Wejsemburga, stryj i synowiec, obaj dzielni rycerze, zacni i uczciwi, mężni obrońcy ziemi, gorliwi miłośnicy porządku i pokoju, a surowi prześladowcy łupieżców i złodziejów; płacili oni do skarbu królewskiego tylko ośmset grzywien. Na początku wielkiego postu roku bieżącego[175], owi panowie Bartoszowie ustąpili rządy tej ziemi Pietraszowi. — Zaś pana Sędziwoja z Szubina, starostę (wielko-)polskiego, ruszył król polski i węgierski Ludwik z tego starostwa i uczynił starostą ziemi krakowskiej, wyznaczywszy mu na wydatki 1000 grzywien groszy oraz dochody z pewnych wsi z folwarkami i młynów. Na miejsce Sędziwoja wyniósł król na starostwo (wielko-)polskie Domarata z Pierzchna, bo tego chciała i domagała się królowa pani, ponieważ Domarat, będąc podczas owej rzezi Węgrów w Krakowie przy królowej, dokładał usilnie starań, aby nie zabijano Węgrów. Ten Domarat, udając się od króla do Polski, przywiózł od niego do arcybiskupa gnieźnieńskiego, oraz do biskupów: krakowskiego, poznańskiego, władysławskiego i lubuskiego i do ich kapituł, listy, w których król pisał, że zamierza wyruszyć z całą potęgą na niewiernych Litwinów za to, że się odważyli po nieprzyjacielsku ziemię jego najechać, i prosił, aby mu pewną ilość zbrojnych ludzi na pomoc przeznaczyli. Kapituły jednak zbrojnych ludzi dać nie mogły, ponieważ ani one ani biskupi ich nie mieli, zgodziły się natomiast pobrać od kmieci kościelnych po ośm groszy pieniędzmi, oświadczając gotowość wydania ekskomuniki i interdyktu na tych, którzy tych ośmiu groszy odmówią[176]. Nałożywszy takie na kmieci pobory, arcybiskup i biskupi zebrali pieniądze, i arcybiskup ze swoją kapitułą uczcił króla dwustu grzywnami groszy, gdy ten, dążąc z wojskiem do ziem ruskich, zatrzymał się w zamku sandomierskim.


34. O zdobyciu zamku bełzkiego.

Tegoż roku najjaśniejszy król Ludwik ze swymi Węgrami obległ zamek Bełz; Krakowianie zaś, Sandomierzanie i Sieradzanie ze swej strony oblegli zamek Chełm, po zdobyciu którego podążyli do króla pana do Bełza. Pomimo, że Bełz był zamkiem mocno obwarowanym i trudnym do zdobycia, załoga jego straciła nadzieję utrzymania się, i książę bełzki Jerzy, za pośrednictwem księcia litewskiego Kiejstuta z Trok, zdał się na łaskę króla pana i zamek Bełz jemu odstąpił, od króla zaś, z łaski jego i szczodrobliwości, otrzymał inny zamek, Lubaczew, i sto grzywien dochodu z żup (solnych) w Bochni[177].


35. O śmierci księcia Kaźka i przyłączeniu jego zamków i państw do królestwa polskiego.

Roku pańskiego 1377-go dnia 2-go miesiąca stycznia, prześwietny książę Kazimierz, zwany Kaźko, książe dobrzyński, bydgoski, pomorski, kaszubski i pan na Szczecinie, syn Bogusława księcia szczecińskiego i kaszubskiego, urodzony z Elżbiety, córki króla polskiego Kazimierza, zakończył życie na zamku swoim Bydgoszczy[178], nie pozostawiwszy z córki Ziemowita żadnego potomstwa. Po jego śmierci księstwo dobrzyńskie, jakoteż zamki Bydgoszcz i Wałcz, zostały przyłączone do korony królestwa polskiego. Ciało jego spoczywa w Byszewskim klasztorze zakonu cystersów.
Ten książe Kazimierz był tak hojny, że porozdawał nieopatrznie swym sługom i innym ludziom wszystkie swoje wsie stołowe, a sam prawie nie miał z czego opędzać wydatków na swe książęce utrzymanie, póki po śmierci ojca, księcia Bogusława, ziem jego nie odziedziczył. Przyrodnia siostra jego Elżbieta, cesarzowa rzymska i królowa czeska, niejednokrotnie zaspakajała jego potrzeby, przesyłąjąc mu wielką ilość upominków w srebrnych naczyniach i gotowiźnie; książę wszakże niedługo te podarunki u siebie zachowywał, lecz, nie zważając na zakaz siostry, rychło je rozszafowywał, hojnie wszystkim rozdając. Miał on za żonę naprzód córkę Kiejstuta, księcia litewskiego; potem, po jej śmierci — córkę Ziemowita, księcia mazowieckiego. Od dzieciństwa wychowywał go dziad jego, Kazimierz, król polski; przebywał również kilka lat na dworach Karola cesarza rzymskiego, swego szwagra, i Ludwika, króla węgierskiego, swojego wuja. Był ciała wątłego, a chociaż gwałtowny i niestały, mimo to pełen życia i łatwo dający się do działania porywać[179].


36. O zwróceniu przez księcia opolskiego Władysława, zwanego Naderspan, ziemi ruskiej królowi Polski i Węgier, Ludwikowi.

Tegoż roku, książę Władysław, syn Bolesława z Opola, władca i pan całej Rusi, zwolennik pokoju i wielki jego zachowawca, widząc, że z powodu napadów Litwinów, nie zdoła utrzymać spokojnie niepewnego państwa ruskiego, odstąpił je królowi polskiemu i węgierskiemu, Ludwikowi, w zamian za ziemie i księstwa dobrzyńskie, gniewkowskie i bydgoskie[180]. Tegoż czasu, mianowicie w święto Narodzenia Chrystusa Pana[181], objął on księstwa gniewkowskie; zaś księstwo dobrzyńskie było zastawione za ośm tysięcy grzywien wdowie po księciu Kaźku, która nie chciała z niego wcześniej ustąpić, aż wyjdzie zamąż, i dopóki te ośm tysięcy grzywien nie zostaną jej wypłacone.

37. O nałożeniu dla Stolicy apostolskiej dwuletniej dziesięciny i zasiłku siódmej części dochodów.

Roku pańskiego 1378-go wielebny ojciec Mikołaj, biskup poznański, i Mikołaj Strosberg, na mocy władzy, udzielonej im przez Ojca świętego, papieża Grzegorza XI, nałożyli na duchowieństwo prowincyi poznańskiej[182], jako pomoc dla kuryi rzymskiej, pobór siódmej części dochodów i dwuletnią dziesięcinę. Od tego postanowienia ksiądz Jan, arcybiskup gnieźnieński, oraz biskupi Zbylut władysławowski, Floryan krakowski, Dobiesław płocki i Wacław lubuski, jako też kler ich, odwołali się do Stolicy apostolskiej; biskup zaś poznański nałożył na kler swój i ściągnął z niego dziesięcinę tegoroczną, jeden raz płatną.
Tegoż roku, w niedzielę, kiedy w kościele pańskim śpiewają „Laetare“[183], Ojciec święty, papież Grzegorz, przebywający natenczas w swym pałacu u Ś. Piotra, zakończył żywot doczesny. Po jego śmierci wynikło wielkie rozdwojenie w kościele bożym, jako to opisano wyżej, gdy była mowa o elekcie wrocławskim[184]. Obrany był bowiem Bartłomiej, arcybiskup z Bari, który zaraz po swej elekcyi i koronacyi okazał się surowym dla kardynałów i kleru rzymskiego, wskutek czago kardynałowie odstąpili go i obrali drugiego papieża. Z tego obioru powstało w chrześciaństwie wielkie zgorszenie.
Tegoż roku, obrany najpierw na papieża Urban potwierdził rozporządzenie co do pomocy i dwuletniej dziesięciny, wydane przez jego poprzednika i zalecone do wykonania biskupowi poznańskiemu i proboszczowi gnieźnieńskiemu, rozkazując im ściągnąć te dziesięciny i tę pomoc. Aby temu zapobiedz, czcigodny ojciec Jan, arcybiskup gnieźnieński, zwołał synod biskupów swej prowincyi. Z nich jedni — jakoto Zbylut władysławowski, Wacław lubuski i inni — wysłali swoich posłów, którzy w poniedziałek po zesłaniu Ś. Ducha[185] zjechali się z arcybiskupem w Kaliszu. Na tym zjeździe postanowiono wysłać posłów do Rzymu[186].


38. Jakim sposobem wspomniany Władysław, książę opolski, został wyznaczony na rządcę królestwa polskiego.

Ponieważ królowa węgierska i polska[187], Elżbieta starsza, z powodu rzezi Węgrów w Krakowie, nie miała zamiaru wrócić do królestwa polskiego i rządy jego, po raz już trzeci, ustąpiła synowi swemu, królowi polskiemu i węgierskiemu, Ludwikowi, król zaś również odmawiał przyjazdu do ziem polskich, twierdząc, że nie może znosić powietrza polskiego, — więc tegoż roku powierzył on rządy królestwa polskiego często wzmiankowanemu księciu Władysławowi, — z czego ogół ludzi ubogich był niemało zadowolony. Atoli znaczniejsi panowie wielkopolscy[188], na zjeździe, zwołanym na niedzielę „Laetare“[189] w mieście Gnieźnie, odmówili jego przyjęcia i posłali do króla i starszej królowej dwóch rycerzy, z usilną prośbą, aby nad nimi żadnego księcia rządcą nie ustanawiano. Książę był bardzo z tego nierad. Król bowiem już poprzednio obiecał i listami swojemi stwierdził, iż żadnego księcia nie ustanowi starostą nad Polakami, więc też i teraz tak uczynił, bynajmniej panom co do tego się nie sprzeciwiając[190].


39. O wybieraniu podatków[191] w majętnościach kościelnych.

W tym samym roku, Ludwik, król Polski, Węgier i Dalmacyi, posłał arcybiskupowi gnieźnieńskiemu i biskupom jego prowincyi przez swych starostów listy, z prośbą i zaleceniem, aby nie przeszkadzali i nie opierali się urzędnikom i poborcom podatków królewskich w ściąganiu z dóbr kościelnych opłaty „poradlnego“, po sześć groszy z łanu, i odstawianiu do śpichlerzy królewskich po ćwierci owsa i po trzy miary zboża[192], — dodając groźbę, że gdyby nie chcieli tych podatków płacić dobrowolnie, wtedy, pomimo woli ich i duchowieństwa, jeszcze większy podatek przez starostów i ich służebników będzie pobrany[193]. Przewielebny Jan, zwany Suchywilk, świętego kościołą gnieźnieńskiego arcybiskup, po naradzie z dostojną kapitułą i z wysłańcami niektórych biskupów, posłał Jana, archidyakona gnieźnieńskiego, i Dzierżka z Giwna, podstolego kaliskiego, do Wielunia, do księcia Władysława, syna Bolesława, niegdyś księcia opolskiego, dobrzyńskiego, gniewkowskiego i wieluńskiego, z usilną prośbą, aby raczył zabronić starostom wymuszania od kmieci kościelnych nałożonego podatku i uciemiężania ich braniem ciąży[194] za niepłacenie, dopóki arcybiskup, biskupi i całe duchowieństwo nie wyślą do Węgier, do króla pana, posłów z prośbą, aby zachować raczył kościoły w ich prawach i przywilejach. Książę, którego posłowie w piątek przed niedzielą palmową[195] znaleźli w jego zamku Krzepicach, miłościwie się do ich prośby przychylił i listami swemi przykazał starostom, ażeby do Ś. Jakóba Apostoła r. b. [196] nie ważyli się majętności osób duchownych napastować lub w czemkolwiek niepokoić.
Tegoż dnia[197], w tymże zamku Krzepicach, dzielny rycerz Bartosz, syn Peregryna z Chotla, trzymający ze szczodrobliwości i nadania króla Ludwika węgierskiego, a z miłościwego zarządzenia księcia Władysława, zamek Odolanów w powiecie kaliskim, prowadził w obecności wzmiankowanych posłów a za pośrednictwem niektórych rycerzy, układy o zawieszenie broni z tymże księciem Władysławem, z którym podówczas miał zatarg i którego ziemie około miasta Oleszna najechał i złupił, zabierając z nich nie małą zdobycz. Zawieszenie broni pomiędzy księciem a Bartoszem i jego poplecznikami zawarte zostało do Ś. Trójcy[198], z tym warunkiem, że w dzień Zesłania Ducha Ś.[199] w mieście Kaliszu będą musieli zgodzić się na arbitrów, których każdy z nich wybierze, (aby wydali wyrok) co do wszystkich krzywd, szkód i co do całego sporu. Co też następnie i uskuteczniono[200].
Powodem do zjazdu biskupów w Kaliszu, o którym wyżej[201], był nie tylko zamiar wyprawienia posłów do kuryi rzymskiej, — co wydawało się rzeczą mniejszej wagi, — lecz także sprawa poselstwa do Węgier, do króla Ludwika, z przedstawieniem, aby wbrew woli duchowieństwa nie nakazywał ściągać podatków z dóbr kościelnych, lecz raczej kościół polski zachował w przywilejach, nadanych mu przez niego samego i jego poprzedników. Posłami do króla byli na tym zjeździe przez duchowieństwo wyznaczeni: czcigodny ojciec Floryan, biskup krakowski, i jego dziekan krakowski, Dobrogost. Gdy przed Ludwikiem stanęli, wspaniałomyślny król, ujęty prośbami gnieźnieńskiego duchowieństwa, ściąganie podatków odłożył. Jednakże całkowicie od ich opłaty ludzi kościelnych nie zwolnił, zalecając, aby się kler porozumiał z nim co do kwoty, jaka ma być z każdego łanu kościelnego opłacana corocznie do skarbu królewskiego.


40. O spaleniu miasta Wełcza.

Tegoż roku, w sobotę, w wigilję Paschy[202], gdy jakiś piekarz piekł w Wełczu chleb, niespodzianie wybuchnął z jego domu ogień, który całe to miasto, razem z otaczającym je ostrokołem[203] tudzież kościołem, do szczętu spalił, wyjąwszy jedynie tylko zamek, który w całości nieuszkodzony pozostał. Ubodzy mieszczanie Wełcza, nie śmiejąc odbudowywać swych domów z obawy przez częstemi napadami szlachty pomorskiej, zwanej Borkowie[204], przesiedlili się w różne inne miejsca. Starosta w.-polski, Domarat, zebrawszy wojsko, wkraczał — i to niejednokrotnie — do ziemi tej szlachty, paląc i pustosząc w niej wiele wsi i grodów warownych.


41. O oblężeniu miasta[205] Człopy.

Tegoż roku, Świętobór, książę ze Starego Szczecina, zebrawszy, razem ze Starogrodzianami i mieszkańcami innych miast, wielką ilość silnych ludzi, postąpił z końmi i wozami pod miasto Człopę i zaczął je gwałtownie oblegać, szturmując bez ustanku od jutrzni do nieszporów[206]. Ponieważ rowy miasta wyschły, więc cała ta liczna rzesza orężnych suchą nogą, bez żadnych przeszkód, doszła aż do samego ostrokołu[207] i odważnie rzuciła się ku niemu, aby go zwalić i zrąbać siekierami i innemi narzędziami. Atoli ludzie, znajdujący się wewnątrz miasta, chociaż ich było niewielu, dzielnie według sił swoich się bronili i, zachęcani do obrony i stawienia czoła nieprzyjacielowi przez swego dziedzica, Jana Sędziwoja z Czarnkowa, sędziego poznańskiego, z taką siłą rzucali w nieprzyjaciół kamienie i puszczali strzały, że ci z niemałą stratą ludzi zmuszeni byli ustąpić. Wobec dużych strat, książę Świętobór, za pośrednictwem Sulisza z Wedla zawarł rozejm do rana; nazajutrz zaś, po upływie zawieszenia broni, podzielił swe wojsko na dwie części, i kazawszy spalić wsie, leżące w powiecie człopskim, odstąpił, żałośnie śmierć swoich ludzi opłakując[208]. — Powodem tego najścia była okoliczność, że kiedyś pewien szlachcic, Sędziwój z Wir, kasztelan bniński, na prośbę Kazimierza, księcia szczecińskiego, rodzonego brata Świętobora, dał mu pomoc przeciwko Ottonowi, margrabi brandenburskiemu; ponieważ Kazimierz wkrótce potem umarł, nie zapłaciwszy mu ani żołdu, ani odszkodowawszy strat poniesioych, Świętobór zaś, brat zmarłego księcia, również ociągał się z wypłatą, więc wspomniany sędzia Jan, — niby to ujmując się za stryjem swoim Sędziwojem, głównie zaś dlatego, że ludzie Świętobora razem z innymi napadli na (jego) wieś Białoserbję i do szczętu ją spustoszyli, — zaczął wojnę z księciem Świętoborem, niepokojąc ziemie jego nieustannemi napadami. Książę Świętobór, ufny w siłę i liczbę swego wojska, i sądząc — jak weń wmawiano, — że łatwo będzie mógł zdobyć miasto Człopę, przystąpił do oblężenia. Wolałby jednak tego nie czynić, gdyż poniósł wiele strat w koniach i zabranych do niewoli lub zabitych ludziach. — Następnie zawarto zawieszenie broni, i książę zadość uczynił wspomnianym rycerzom, tak co do długu, jak i co do strat.


42. O śmierci niezwyciężonego cesarza i króla czeskiego Karola.

Tegoż roku, najjaśniejszy Karol, cesarz i król czeski, w wigilję Ś. Andrzeja Apostoła[209], o trzeciej godzinie w nocy, w swym zamku praskim, pełen dobrych czynów, zasnął szczęśliwie w Panu[210].
Ten Karol miał kolejno cztery żony. — Pierwszą była królewna francuska; z niej spłodził jedyną córkę, którą wydał za teraźniejszego króla węgierskiego, Ludwika, a która zmarła bezpotomnie. Powtórnie ożenił się z jedynaczką księcia bawarskiego, za którą, oprócz pieniędzy, wziął i do królestwa czeskiego przyłączył ziemie i zamki od strony Bawaryi, zaczynając od granicy Czech, t. zw. Czeskiego Boru, od miasta, zwanego Bernow, do Sulcbachu, a od Sulcbachu do Lufa, pod Norymbergą, włącznie; z niej miał córkę, którą połączył małżeństwem z synem księcia Austryi. Po jej śmierci ożenił się po raz trzeci, mianowicie z córką Henryka, księcia świdnickiego, wychowywaną po stracie ojca na Węgrzech przez królową węgierską, Elżbietę starszą, i przez nią przy pośrednictwie stryja dziewicy, Bolesława, księcia świdnickiego, wydaną za mąż; z niej miał syna, imieniem Wacława, obecnie króla rzymskiego i czeskiego, i córkę, którą wydał za młodszego księcia Austryi. Gdy i ta również, płącąc dań naturze, odeszła do ojców, Karol zaślubił czwartą, imieniem Elżbietą, córką Bogusława, księcia pomorskiego, kaszubskiego, szczecińskiego i Rugii, z Elżbiety, córki najjaśniejszego króla polskiego zrodzoną, i przez niego była mu do łoża małżeńskiego przyprowadzoną; z nią żył lat siedemnaście i spłodził trzech synów i jedną córkę[211]. Ta pani była koronowaną naprzód w Akwizgranie na królową Allemanii, następnie w Medyolanie, a wreszcie w roku pańskim 1378 przez zmarłego papieża Urbana V w Rzymie — na cesarzową.
Ponieważ zaczęliśmy mówić o tym królu i cesarzu Karolu, należy więc zobaczyć, z jakiego on pochodził rodu.
Jest w pobliżu miasta Meteńskiego[212] pewna miejscowość, w której miasto i zamek nazywa się Luczelborg (Luxemburg), a która jest hrabstwem. Gdy po śmierci cesarza rzymskiego Albrechta, niegdyś księcia Austryi, opróżnił się tron, elektorowie cesarstwa wynieśli na tę najwyższą godność Henryka owego imienia (Luczelborg), z powodu jego dzielności i obyczajności. Zostawszy cesarzem, Henryk oddał królestwo czeskie, należące do prowizyi cesarskiej, synowi swojemu, Janowi, ożeniwszy go wprzódy z córką Wacława II, zrodzoną z córki króla polskiego, Przemysława, i koronował go na króla czeskiego, połączywszy tym sposobem prawa jego z prawami żony[213]. — Od tego czasu, mianowicie od śmierci ojca Jana, cesarza Henryka — który przy oblężeniu Florencyi był przez pewnego mnicha zakonu kaznodziejskiego z kielicha otruty i pochowany w mieście Pizie, — wiele złego spadło na królestwo czeskie. Albowiem młody król, nie tyle waleczny ile przewrotny, przekładał Nadreńczyków i Szwabów nad Czechów, za co, jak również z powodu innych uciemiężań, rozjątrzeni przeciwko królowi Czesi wyrzucili go z królestwa. Widząc to, królowa czeska, wdowa po Wacławie II-gim, wzięła sobie za małżonka pewnego szlachetego pana z Rozenberga[214], aby przy jego pomocy skuteczniej mogła uchronić od pokrzywdzenia i córkę swoją i mieszkańców królestwa. Tymczasem król Jan, mocą wyroków papieskich wymógł na żonie swojej, młodszej królowej czeskiej, że musiała jechać do niego, do Luczelborga; atoli Czesi, przez długi czas, pomimo rzuconej na nich ekskomuniki i interdyktu, nie chcieli swej dziedziczki i pani wypuścić z królestwa, a kiedy nareszcie, ulegając namowom kleru, pozwolili jej — nie bez płaczu i żalu — jechać do męża, i królowa, wybrawszy się w towarzystwie Niemców w drogę, dojechała już do Pilzna, przygnębieni smutkiem z powodu odjazdu pani, rzucili się w pogoń za Niemcami, dognali ich za Pilznem około Tachowa i, zmusiwszy do ucieczki, pełni radości, wrócili z panią swoją do Pragi, przenosząc wszelkie ekskomuniki i nawet zbrojne napady nad utratę swej dziedziczki. Nareszcie, po długim czasie, król Jan zawarł z Czechami umowę, stwierdzoną pismem i przysięgą, na mocy której oddalił od siebie Niemców a przypuścił do swej służby Czechów i, pogodziwszy się w ten sposób z nimi, dostąpił znowu królestwa czeskiego; wszelako nie zaniechał szkodzenia Czechom różnemi przewrotnemi sposobami. Tak opowiadają, że kazał na pewnej bardzo przyjemnéj łące odmierzyć krąg i otoczyć go dość wysokim murem, a na dwóch przeciwległych bramach wznieść dwie wysokie wieże, i zachęcał szlachtę czeską, ażeby w obrębie tych murów urządziła, dla wprawy i zabawy, igrzyska turniejowe. Tymczasem w tych wieżach miał osadzić zbrojnych Niemców, w liczbie daleko większej niż uczestnicy turnieju, i ci, po wkroczeniu wewnątrz murów przedniejszej szlachty czeskiej, mieli wypaść z wież i wszystkich mieczami porąbać. Przeczuwając to, małżonka jego, młodsza królowa, pośpieszyła o tem Czechów ostrzedz. Starszyzna czeska, zdumiona tak wielką niegodziwością, złożyła radę, poczem mury te razem z wieżami zrównała z ziemią i odmówiła królowi zaprzysiężonego posłuszeństwa, stosując się do wyrażenia poety: „dlaczego ja nieszczęsny mam cię mieć za króla, skoro ty mnie za senatora nie masz?“ Tym sposobem król Jan, sromotnie wygnany, musiał znowu ustąpić z królestwa czeskiego i Luczelborga powrócił.
Król ten miał trzech synów, z których pierworodnemu, imieniem Karol, wydzielił margrabstwo morawskie; drugiemu, — który obecnie, z nadania brata swego, wspomnianego cesarza Karola, otrzymał księstwo brabanckie, — dał hrabstwo Luczelborskie; trzeciemu tenże Karol, po śmierci ojca, dał w posiadanie jemu i jego synom, margrabstwo morawskie. — Był zaś król Jan bardzo waleczny i hojny, lecz zdradliwego usposobienia i fałszywy. Naprzód przy pomocy kłamstwa, podstępu i pieniędzy odebrał od pomieszanego na umyśle Bolka księcia szląskiego, brata Bernarda, księcia świdnickiego i pana ziembickiego, bardzo warowne miasto Kłodzk, na granicy Szląska i Czech leżące, zkąd ustawicznie przez swoich ludzi niepokoił, plądrował i pustoszył ziemie książąt szląskich, a obietnicami przekupiwszy Bolesława, syna Henryka, księcia wrocławskiego, doprowadził do tego, iż ten bratu swojemu, Henrykowi wrocławskiemu, wielkie uprzykrzenia, szkody i uciemiężenia czynił tak, że Henryk, nie mogąc znieść tych ustawicznych przykrości od brata, odstąpił księstwo swoje królowi polskiemu Władysławowi. Jednakże Władysław, oplątany złemi radami swych powierników, aczkolwiek Wrocław przyjął, zwrócił go znowu temuż Henrykowi. A wtedy Henryk zwrócił się do Jana, króla czeskiego, i księstwo wrocławskie oddał mu w wieczyste posiadanie, pomijając, jako niewdzięcznych i niegodnych, rodzonych braci swoich, Bolesława lignickiego i Władysława dyakona. Tym sposobem Wrocław dostał się pod zarząd i w posiadanie Czechów. — Dalsze dzieje króla Jana były we właściwem miejscu wyżej dostatecznie opisane[215].

43. O spustoszeniu wsi, należących do biskupstwa kamińskiego[216].

Tegoż roku, różnemi czasy, ziemie margrabiego brandenburskiego (o których była mowa)[217], jako też ziemie Świętobora, księcia szczecińskiego i wedleńskiego, panów[218] Szczygliczów, hrabiów z Nowogrodu i innych kaszubskich i pomorskich książąt oraz biskupstwa kamieńskiego, były przez książąt i szlachtę — obłędem dotkniętych — łupione i ustawicznemi pożarami niszczone. Przeto uległy one takiemu spustoszeniu, jakiego nikt nie pamiętał, ani od starszych nie zasłyszał: z wyjątkiem bowiem grodów i miast warownych, nie pozostało wsi, któraby nie była spaloną.

44. O spustoszeniu ziemi Świętobora, księcia szczecińskiego.

Tegoż roku, około Ś. Mikołaja[219], jezdni ludzie Janusza z Wedla — któremu bracia Jan, sędzia poznański i Wincenty dali w zastaw miasto Człopę, — zebrawszy piesze wojsko z powiatów tucznieńskiego i człopskiego, wtargnęli około Pyrzycza do ziemi księcia szczecińskiego Świętobora i pustoszyli ją przez dwa dni i dwie noce. Gdy zaś trzeciego dnia z łupem i zdobyczą powracali do domu, wspomniany książę Świętobór, z ludźmi stryja swojego, księcia nowoszczecińskiego Warcisława, wsparty przez mieszkańców Starogrodu i innych, puścił się za nimi w pogoń. Człopianie i Tucznianie, aczkolwiek porzuciwszy zdobycz, mogli ujść, jednakże opanowani wielką chciwością, ustawili się w szyku bojowym i śmiało oczekiwali przybycia księcia Świętobora. Lecz książę, mając wojsko daleko silniejsze i lepiej uzbrojone, wpadł na nich, rozbił ich i przeszło trzystu pięćdziesięciu na miejscu położył, z których stu lub około tego sami się potopili w bagnach, niedaleko pola bitwy[220].

45. O wypłaceniu pieniędzy księciu Władysławowi Białemu za ziemię gniewkowską.

Tegoż roku około Wszystkich Świętych, król polski i węgierski Ludwik wypłacił w zupełności za pośrednictwem rycerza Pietrasza, starosty kujawskiego, i Szymona, podkanclerzego polskiego[221], w mieście Gdańsku, dnia 20 miesiąca października, księciu Władysławowi Białemu resztę pieniędzy, które mu za ziemię gniewkowską był winien. Pieniądze te były zebrane, jak już powiedziano, z dóbr kościelnych. Otrzymawszy je, książe Biały pokwitowania czyli listów zeznawczych[222] dać nie chciał, i udał się, ze szczupłym orszakiem, do miasta Lubeki, które po słowiańsku nazywa się Bukowiec[223], i tam pozostał. Co zamyśla dalej uczynić — niewiadomo[224].

46. O śmierci Elżbiety, starszej królowej Polski i Węgier.

Roku pańskiego 1381-go, w dzień Ś. Tomasza, biskupa kantuaryjskiego, dnia 21-go miesiąca Grudnia[225], pani Elżbieta, córka Władysława, a siostra zmarłego króla polskiego Kazimierza, starsza królowa Węgier i Polski, na zamku swoim w Budzie przeniosła się do Chrystusa. — Za jej rządów działy się w królestwie polskiem wielkie grabieże, łupiestwa i rozboje: prałatom różnych kościołów, podczas ich obecności w domu, zabierano nocną porą złodziejskim sposobem konie, księgi i różne rzeczy, łupiono kupców, w różnych stronach Polski handlujących; łotrowie wypędzali z królestwa stadniny[226] należące do szlachty, szczególnie w Wielkopolsce, gdzie między innemi, złodzieje (nasłani przez) braci Dobrogosta, Arnolda i Ulryka z Drdzenia[227], porwali stadninę, należącą do kościoła gnieźnieńskiego, razem z inną, testamentem króla Kazimierza legowaną, wygnali do Marchii i tam je rozproszyli. Za to Jan, arcybiskup gnieźnieński, owych braci ekskomunikował i rzucił klątwę kościelną na miejscowości Rogoźno i Drdzeń; potem jednak, z obawy, aby majętności kościelne nie ucierpiały jeszcze więcej, rozgrzeszył tych braci i zdjął interdykt, nie otrzymawszy żadnego zadośćuczynienia. — Nikt nie mógł wyjednać od królowej zwrotu niesłusznie zabranych dziedzictw, ani załatwienia rozmaitych ważnych spraw, gdyż ona wszystko, z czem chciała zwłóczyć, odsyłała do swego syna, króla Ludwika, — król zaś ze swej strony odsyłał do matki[228], więc ludzie, mitrężeni ciągłą zwłoką, cofali skargi, polecając sprawy swoje Opatrzności boskiej. Tajemnym oskarżeniom donosicieli dawała łatwy posłuch, przez co wielu ludziom sprawiedliwym i synowi jej wiernym krzywdy czyniła. Z tego powstało wiele nienawiści i niezgody pomiędzy szlachtą królestwa polskiego, które na lepsze obrócić mogłaby chyba tylko łaska Boga samego.

47. O zjeździe[229] szlachty polskiej w Budzyniu.

Po śmierci królowej, król Ludwik polecił prałatom i szlachcie polskiej, aby przybyli do niego do Budy, wyznaczając im termin na połowę przyszłego wielkiego postu[230] i oznajmiając, że chce zasięgnąć ich zbawiennej rady co do uporządkowania stanu królestwa polskiego. Na tym zjeździe, król, z namowy części szlachty, bynajmniej zaś nie za radą wszystkich, powierzył zarząd wszystkich spraw królestwa Zawiszy, biskupowi krakowskiemu, ojcu jego Dobiesławowi, kasztelanowi krakowskiemu, i Sędziwojowi z Szubina, wojewodzie kaliskiemu, wyprawiając ich dla wykonania tego do królestwa polskiego. — Na tym zjeździe żaden ze szlachty nie mógł nic ze spraw swoich załatwić, gdyż król wszystkim odpowiadał, że załatwienie wszelkich spraw przelał na wzmiankowanych trzech panów; tym sposobem wielu musiało powrócić do domu, nie posunąwszy w niczem swych interesów, natomiast wydawszy dużo pieniędzy[231]. Biskup zaś i towarzysze jego wyznaczyli im na najbliższe święto Zesłania Ducha Św.[232], w różnych miejscowościach, roki walne[233] do przesłuchania, przywrócenia dziedzin nieprawnie zabranych i załatwienia innych spraw.

48. O pojednaniu się księcia Władysława opolskiego i gniewkowskiego z biskupem płockim.

Tegoż roku, Władysław Bolesławowic, opolski, wieluński, dobrzyński i gniewkowski książę, nałożył na ludzi w dobrach kościoła płockiego, położonych w księstwie dobrzyńskiem, i ściągnął z nich ciężkie pobory[234], mianowicie po pół grzywny groszy; starostowie zaś rzeczonego księcia, trapiąc tych ludzi wszelkiego rodzaju grabieżą, zrządzili im bardzo wiele szkody, za co biskup zarówno samego księcia, jak starostów i ich wspólników, ogłosił publicznie za ekskomunikowanych, na mocy ustaw prowincyonalnych i legatów Stolicy apostolskiej, i nałożył interdykt na ziemię dobrzyńską tak za to, jak i za niewypłacanie dziesięcin polowych[235]. Gdy zaś w najbliższe święto Wielkiejnocy[236], spowiednik tego księcia odmówił mu, jako wyklętemu, komunii Ciała pańskiego, książę, wziąwszy to do serca, udał się niezwłocznie do arcybiskupa gnieźnieńskiego Jana, uznał swoją winę w tem, że doradzał królowi Ludwikowi pociąganie ludzi kościelnych do płacenia podatku, i ofiarując arcybiskupowi zadośćuczynienie, usilnie go błagał o zdjęcie klątwy i udzielenie mu dobrodziejstw rozgrzeszenia. Arcybiskup, nie zasięgając wcale rady swojej kapituły, i nie wymagając żadnego zadośćuczynienia, rozgrzeszył księcia i kazał publicznie ogłosić absolucyę. — Niezwłocznie potem, mianowicie w 13-ty dzień miesiąca maja, zjechał się książę na zamku Złotoryi z Dobiesławem, biskupem płockim, w obecności i za pośrednictwem Zbyluta, biskupa władysławowskiego, i licznej szlachty kujawskiej i dobrzyńskiej, jakoteż wielu gnieźnieńskich, kruszwickich, władysławowskich i płockich prałatów i kanoników; tego dnia jednak żadną miarą nie mogli dojść do zgody, i dopiero nazajutrz, znowu tam się zebrawszy, po długich rozprawach, już około zachodu słońca, książę, widząc stałość biskupa i przekonawszy się, że bez wynagrodzenia strat i bez zwrotu pobranych pieniędzy nie będzie mógł otrzymać rozgrzeszenia, przyrzekł w dobrej wierze, z samoczwartą Jana, archidyakona gnieźnieńskiego, Jaranda, kantora kruszwickiego, i rycerza Pietrasza, starosty brzeskiego, poręką[237], zwrócić wszystkie pieniądze, pobrane od ludzi kościelnych i całkowicie wynagrodzić szkody, zgodnie z przysięgą poszkodowanych, w pewnych terminach, na piśmie ustanowionych, — i tym sposobem zasłużył na dobrodziejstwo rozgrzeszenia[238].

49. O śmierci Ziemowita starszego, księcia mazowieckiego.

Tegoż roku, dnia 17-go[239] miesiąca czerwca, odszedł do Chrystusa, na zamku swoim w Płocku, Ziemowit, książę całego Mazowsza, syn Trojdena, niegdyś księcia mazowieckiego. — Książę ten naprzód miał za żonę córkę Mikłuszy, księcia opawskiego[240], z której spłodził dwóch synów: Janusza i Ziemowita, i dwie córki, — jedną, wydaną za Władysława, księcia opolskiego, o którym była wyżej mowa, w rozdziale poprzednim, drugą zaś, poślubioną najpierw Kaźkowi, księciu szczecińskiemu i dobrzyńskiemu, a po jego śmierci Henrykowi, synowi Ludwika, księcia Brzegu. — Po śmierci swej pierwszej żony pojął Ziemowit drugą, córkę Władysława, księcia ziembickiego[241], z dworu Karola, króla czeskiego a cesarza rzymskiego, niewiastę nader pięknego oblicza i powabnego ciała, z której spłodził trzech synów. — Niektórzy ziemianie[242] posądzali tę księżnę o cudzołóstwo, nikt wszakże nie śmiał o tem księciu powiedzieć, ponieważ ten kochał ją bardzo gorąco i spełniał wszystkie jej zachcenia; aż nareszcie ktoś szepnął o tem siostrze księcia Ziemowita, księżnie cieszyńskiej, i jej synowi, księciu Przemysławowi, w Cieszynie. Powróciwszy potem z Cieszyna, gdzie się o wszystkiem dowiedział, do domu, książę Ziemowit kazał żonę trzymać pod strażą na zamku rawskim, dopóki nie wyśledzi całej prawdy. Wszelako panny dworskie, powiernice księżnej, aczkolwiek różnemi torturami nękane, nic złego o niej powiedzieć nie chciały. Ponieważ zaś szlachetna księżna była natenczas brzemienną, więc książę zachował jej życie do czasu rozwiązania; kiedy zaś powiła syna, po kilku tygodniach, z rozkazu samego księcia, zwiedzionego radą nikczemnych ludzi, została przez służalców uduszona. Jednakże książę bolał bardzo nad tym czynem niegodziwym i póki żył pokutować nie przestawał. Jednego zaś, o to cudzołóstwo oskarżonego, a w ziemi pruskiej schwytanego, kazał końmi włóczyć, a potem powiesić. Chłopaczek zaś, w niewoli matki szlachetnej zrodzony i przez pewną ubogą niewiastę, w pobliżu Rawy, wykarmiony, był trzeciego roku po urodzeniu przez dwóch konnych ludzi, wysłanych przez córkę księcia Ziemowita, a żonę Kaźka, księcia dobrzyńskiego, nocną porą, z kolebki, mimo oporu mamki, porwany i niewiadomo jej dokąd uwieziony. Siostra chłopięcia, wspomniana księżna, postarała się wychować go jak na księcia przystało. Następnie ojciec, do którego chłopię miało wielkie podobieństwo, pokochał je gorącą miłością i przykładał do nauk, a potem wyniósł na probostwo płockie, zamiast którego wszakże otrzymał na ten raz z łaski Stolicy apostolskiej, probostwo łęczyckie, opróżnione po śmierci Jana Watana[243]. Atoli probostwem owem rozporządził w tym samym czasie Jan, arcybiskup gnieźnieński, na korzyść Pełki z Grabowa[244], swego prokuratora i rządcy zamku uniejowskiego; więc gdy jego bracia i domownicy znaleźli w probostwie łęczyckiem ludzi księcia mazowieckiego, — zelżyli ich hańbiącemi słowy i zbili, poczem, zabrawszy im konie i wszystkie rzeczy, sromotnie z probostwa wygnali. Za czyn ten tak zuchwały, książę mazowiecki na krótko przed swoją śmiercią, wysłał wojsko z rozkazem, aby napadło na ziemię arcybiskupią łowicką i obległo zamek Łowicz. Wojsko to, przybywszy do pewnej wsi arcybiskupiej, imieniem N., rozłożyło się w niej i zniszczyło ją do szczętu; drugie zaś wojsko tegoż księcia zajęło wsie probostwa łęczyckiego i trzymało je aż do jego śmierci. — Książę Ziemowit w młodości swej obdarzył wieku przywilejami i swobodami kościoły gnieźnieński, poznański i płocki[245][246]; później jednakże, aż do samej śmierci, starał się przy każdej sposobności, chociażby ubocznie, nadania te zniweczyć, uciskając kościoły o ile mógł, za co niejednokrotnie biskupi nakładali na jego posiadłości interdykty kościelne[247]. Z Litwinami stale zgodę zachowywał, tak iż za jego rządów, zdaje się, żadnych szkód w granicach ziem jego nie czynili. Ale względem swoich poddanych był wielce okrutny i często tak od szlachty jak i od ludu wymagał niesłychanie wysokich, prawie niemożebnych, podatków. Był bardzo rozrzutny i szczodry i rozdawał hojnie podarunki cudzoziemcom. — Złożono go obok jego przodków w kościele płockim. Dziedzicami i następcami w księstwie mazowieckim pozostawił trzech synów: Janusza i Ziemowita z pierwszej żony, i Henryka, trzymającego probostwa płockie i łęczyckie, z drugiej żony, którą kazał, jak się wyżej rzekło, zadusić.

50. O złupieniu kościoła wrocławskiego przez króla czeskiego Wacława IV.

Tegoż roku, król czeski, Wacław IV, zjechawszy czwartego dnia po Świętym Janie Chrzcicielu[248] do Wrocławia, zaczął wymagać od duchowieństwa, aby dla uczczenia jego przybycia, wznowiło służbę bożą. Ponieważ zaś duchowieństwo, bojąc się popełnić zbrodnię profanacyi, uczynić tego nie chciało, — król, podrażniony, wyszedł następnej nocy z Wrocławia, spustoszył wsie, należące do kapituły, biskupa i różnych zakonów, i następnego dnia przygnał do miasta nieprzebrane mnóstwo zdobyczy. Tyle jej przygnano do Wrocławia, że tuzin owiec[249] sprzedawano za trzy półgroszki[250], wołu albo krowę za wiardunek[251]. Chętnych jednak nabywców Czesi znaleźć nie mogli, więc popędzili zrabowane stada do Czech. Opata od Ś. Maryi na Piasku, za to, że się nie zgodził na profanacyę, kazał król w sam dzień ŚŚ. Apostołów Piotra i Pawła[252] zrana schwytać i trzymać w ratuszu wrocławskim przez ośm dni z górą w niewoli. Brat Marek, opat od Ś. Wincentego, chcąc uśmierzyć szał gniewu królewskiego, obiecał odprawić nabożeństwo, nawet w infule; lecz tejże nocy, porzuciwszy wszystko, uszedł potajemnie z kilku braćmi swojego klasztoru i ukrył się gdzieś w Polsce. Również prałaci i kanonicy wrocławscy, tegoż dnia Ś.Ś. apostołów Piotra i Pawła, porzuciwszy w domach swoich wszystkie zapasy i wszystkie rzeczy, śpiesznie pouciekali, jedni na koniach, drudzy pieszo. Król, widząc ich przerażenie, ale zarazem i stanowczość, polecił Czechom zająć klasztory oraz dwory biskupa i kapituły wrocławskiej. I oto Czesi rozbiegli się po klasztorach: jedni wpadi do Ś. Maryi, drudzy do Ś. Wincentego, inni znów do dworów kanoników i biskupa, i zaczęli wszystko co mogli rabować, a wyłamawszy zamki, powywozili z miejsc ukrytych wielkie skarby w klejnotach, pieniądzach, złocie, srebrze i drogich naczyniach, a to w przytomności samego króla, który część tych skarbów zabrał sobie. Nie zadowalniając się tem, kazał jeszcze król objąć dla siebie w posiadanie wszystkie wsie, należące do kapituły i klasztorów, te zaś, które odmówiły posłuszeństwa jego starostom, złupił z całego ich mienia. Długo tak przebywali Czesi we dworach biskupa i kapituły, w klasztorach oraz we włościach[253] okolicznych, spożywając wszystkie zapasy i tyranizując ubogą ludność kościelną. Sam król kazał przygotować dla siebie w klasztorach Ś. Maryi i Ś. Wincentego uczty z zapasów zbiegłych mnichów. — I nie dziw: nie wygasła jeszcze pamięć tego, jak dziad jego Jan z Luczelborga, król czeski, dał dowód wprawdzie nie tak srogiej, jednak także okrutnej tyranii względem kościoła wrocławskiego. Gdy bowiem zajął zamek Milicz, należący do kapituły wrocławskiej, i wzbraniał się go zwrócić, za co wielebny ojciec Nankier, natenczas biskup wrocławski, w szatach pontyfikalnych, w asystencyi swoich prałatów i kanoników, króla w oczy wyklął i interdykt kościelny po całej dyecezyi wrocławskiej kazał ogłosić, — rzeczony król zmusił duchowieństwo, które nie chciało poprzeć jego apelacyi, do ustąpienia z miasta Wrocławia, jak to już wyżej, obszerniej, razem z innemi czynami króla Jana, opisaliśmy[254].
Powodem do powyższego prześladowania była okoliczność, że niektórzy wikaryusze większego kościoła, oraz kościoła Ś. Krzyża zwykli byli trzymać w swych domach na sprzedaż piwo świdnickie, co się bardzo rajcom wrocławskim i całemu miastu nie podobało; że zaś temu przeszkodzić nie mogli, wydali więc edykt, którym pod ciężką karą zabronili każdemu z pośród siebie przywozić piwo dla duchowieństwa. Tymczasem zdarzyło się, że na święto Bożego Narodzenia, Rupert, książę lignicki, posłał kilka naczyń piwa do Wrocławia księciu Henrykowi, synowi Wacława, księcia lignickiego, dziekanowi wrocławskiemu, bratu swojemu[255]. Posłaniec z piwem stanął przed rajcami i zażądał w imieniu księcia, aby mu dali do jego pana wolny dojazd z tem piwem; rajcowie jednak na to się zgodzić nie chcieli, — przeciwnie, zatrzymali woźnicę i piwo sobie wzięli. Za to kapituła wrocławska ze swoim administratorem, księciem Wacławem lignickim, biskupem lubuskim, rzuciła interdykt na kościół i na miasto Wrocław, a sama niebawem przeniosła się do Nissy[256]. — Dla załatwienia tych właśnie nieporozumień przybył król Wacław do Wrocławia i zażądał, aby kapituła wrocławska na znak radości z jego przyjazdu, odprawiła nabożeństwo, przyrzekając jej najzupełniejsze zadośćuczynienie, o ile znajdzie, że mieszczanie są winni i obrazili swobody kościelne. Ale ponieważ duchowienstwo odpowiedziało, że nie może tego uczynić, zanim nie otrzyma zadośćuczynienia, zapalony gniewem król nie zawahał się dopuścić powyższych czynów napastniczych.

51. O przybyciu wojewodów, wysłanych przez króla Ludwika dla wymierzania sprawiedliwości.

Tegoż roku, trzeciego dnia przed świętem Jana Chrzciciela[257], przybyli do Kujaw szlachetni mężowie: Dobiesław, kasztelan krakowski, Sędziwój z Szubina, wojewoda kaliski, i mistrz Jan z Nadliczyc, archidyakon i kanclerz krakowski[258], udając, że mają od króla polskiego i węgierskiego, Ludwika, władzę przywracania nieprawnie zabranych dziedzictw oraz wymierzania sprawiedliwości skarżącym się na starostów. Nazajutrz po Ś. Janie Chrzcicielu[259] kazali ogłosić na rokach walnych[260] w Brześciu, aby wszyscy, którzy żądają zwrotu zabranych dziedzictw, przedstawili im swoje przywileje, oraz aby podali na piśmie skargi na starostów. Wziąwszy mnóstwo skarg i przywilejów, pojechali w następny piątek[261], do Kruszwicy; w sobotę — do Strzelna, w niedzielę — do Mogilna, w poniedziałek — do Trzemeszna, we wtorek — do Gniezna, a we czwartek przybyli do Poznania, gdzie pozostawali aż do wtorku[262]. Ciągnęli do nich tak duchowni, jak świeccy, którzy doznali niesprawiedliwości i żądali zwrotu zabranych dziedzictw, i jechali za nimi aż do Kalisza, do drugiego dnia po Ś. Małgorzacie[263]. Ci zaś na usprawiedliwienie swoje twierdzili, że na dzień Ś. Jakóba[264] powinien przybyć biskup krakowski, Zawisza, bez którego przywrócenie dziedzictw i załatwienie innych spraw było im przez pisma królewskie wyraźnie wzbronione. Tym sposobem wszyscy, którzy mieli nadzieję na odzyskanie dziedzictw i na prawne zadośćuczynienie za krzywdy, widząc, że z nich się tylko naigrawają, niezadowoleni z opróżnionemi sakwami wrócili do domu. Tamci zaś, jeżdżąc po całej ziemi i robiąc wielkie wydatki, dopiero po Ś. Jakóbie powrócili do Krakowa.

52. O wyprawie przeciw Bartoszowi na Odolanów[265].

Po niejakim czasie, w tym samym roku, około dnia Narodzenia N. Panny[266], wszyscy starostowie całego królestwa polskiego, wystawili bardzo liczne wojsko przeciwko rycerzowi Bartoszowi, zamierzając, z polecenia króla pana, uderzyć na zamek jego Odolanów. Odprawiwszy w dzień ŚŚ. Męczenników Prota i Hyacynta[267] zjazdy[268] w różnych wsiach kościelnych, zwłaszcza gnieźnieńskich i lubuskich, i przyczyniwszy wiele szkód, grabieży i wyludnień, przybyli do wsi Skarbimierzyc (Skalmierzyce), należącej do probostwa gnieźnieńskiego, i tutaj stojąc, zawarli przyjacielską ugodę z rycerzem Bartoszem, mianowicie: że czterej rycerze, wybrani przez obie strony, ocenią zamek Odolanów i wszystkie dziedzictwa pana Bartosza, znajdujące się w królestwie polskiem, a król polski i węgierski podług tego zapłaci mu za nie, potrąciwszy wprzódy 18,000 florenów, na które Bartosz, jak było wyżej, oszacował Gallów[269][270]. Po spłaceniu zaś w umówionym terminie całej należności panu Bartoszowi, zamek Odolanów i wszystkie jego posiadłości dziedziczne zostaną przyłączone do stołu królewskiego. Atoli według zdania niektórych mądrych ludzi, jest nie do uwierzenia, aby ugoda owa doszła do skutku; przeciwnie, mówiono, że się ona bardzo królowi panu nie podobała, a podług twierdzenia niektórych, król jej, jako poniżającej jego godność, utrzymać w mocy nie myśli[271].

53. O zajęciu zamku Uniejowa.

Tegoż roku, w oktawę Ś. Marcina[272], niejaki Pietrasz, starosta łęczycki, zaprosił do majętności królewskiej, zwanej Dębie, dla załatwienia różnych spraw, proboszcza kurzelowskiego i zarazem prokuratora i rządcę zamku uniejowskiego, Pełkę, o którym już mówiliśmy[273]. Do nich przypadkiem przybył Mikołaj, kasztelan łęczycki, którego tenże Pietrasz również zaprosił do siebie. Podczas uczty przyszło pomiędzy kasztelanem a proboszczem Pełką do wymiany kilku słów obelżywych z powodu jakiegoś polowania, które Pełka urządzał, i w chwili, gdy domownicy proboszcza, uspokoiwszy to zajście, wyszli do koni, wspomniany kasztelan zadał proboszczowi nożem ciężką ranę, z której ten, padłszy zaraz na ziemię, ducha wyzionął. Kasztelan, odrzuciwszy nóż, pośpieszył do swojej gospody; lecz słudzy i blizcy proboszcza, na wieść o jego śmierci, pobiegli za nim i zabili go, zadawszy mu wiele ciężkich razów. — Po śmierci ich obu, Bernard z Garbowa, Sandomierzanin, rodzony brat wspomnianego proboszcza, opanował, wbrew obietnicy, zamek Uniejów, w którym go brat zostawił, i rozbiwszy skarbiec arcybiskupi, zabrał około sześciuset grzywien we florenach i groszach, jakoteż wszystką trzodę i stada; wieprze i świnie kazał pozabijać i poznosić do zamku. Trzymał on ten zamek prawie dwa tygodnie, dopóki panowie Domarat (wielko-)polski i Pietrasz kujawski, starostowie, oraz kasztelanowie Dzierżko gnieźnieński i Grzymała kostrzyński nie zawarli z nim i z jego ludźmi ugody, czyniąc im pewne obietnice na piśmie, oraz darowując w imieniu arcybiskupa gnieźnieńskiego i kościoła to, co zabrali z zamku i z po za zamku, i zapewniając, że nic więcej od niego, Bernarda, żądać nie będą[274].

54. O śmierci Dobiesława Sówki, biskupa płockiego.

Tegoż roku, dnia 1-o grudnia w niedzielę, wielebny ojciec Dobiesław, zwany Sówka, biskup płocki, dzielny obrońca dóbr i swobód kościelnych, dziwnie staranny w odnawianiu i urządzaniu zrujnowanych i spustoszonych dóbr stołowych biskupich, w wyżej wymienionym miesiącu i godzinie, jadąc z Pułtuska, we wsi zwanej N..., około Gorzna, należącej do pewnego szlachcica, szczęśliwie w Bogu spoczął. — Po jego śmierci, nim jeszcze ciało należytym sposobem było oddane ziemi, kapituła płocka, nie wezwawszy nikogo ze starszych z pośród swego grona, pośpiesznie, na zlecenie książąt mazowieckich, obrała na biskupa Ścibora, archidyakona płockiego, który to wybór czcigodny ojciec świętego kościoła gnieźnieńskiego, arcybiskup Jan, we środę, dnia 18-o grudnia, w Żninie zatwierdził, Ziemowit zaś, książę mazowiecki, wysłał swego posła do kuryi rzymskiej, z prośbą o sakrę dla elekta. Dla tego posła — jak sam elekt twierdził — dostał on od żydów krakowskich 600 kóp groszy, które miały być przez niego i przez kościół płocki razem z lichwą spłacone[275]. Ten zaś elekt zdjął dosyć nierozważnie interdykt, rzucony z zachowaniem wszystkich obrzędów przez jego poprzednika na ziemię dobrzyńską za niepłacenie dziesięcin i za inne krzywdy.
Tegoż roku, w wigilię Ś. Tomasza apostoła[276], biskup lucerneński Tomasz, nuncyusz Stolicy apostolskiej, przyjąwszy w mieście Wrocławiu rachunki od Mikołaja Strossberga, proboszcza gnieźnieńskiego, kollektora pieniędzy komory apostolskiej w królestwie polskiem, kazał go uwięzić i jako złodzieja, fałszerza, kłamcę i krzywoprzysięzcę na dożywotnie więzienie skazał. A to z powodu, że już poprzednio, około dnia Ś. Michała, gdy odbierał od niego rachunki, przekonał się, że oszukał on skarbiec apostolski na 1500 florenów; kazał go więc wtedy zatrzymać, dopóki nie złoży poręki na te 1500 florenów i nie zwróci ich; mając go zaś z tego powodu w podejrzeniu, polecił władzą apostolską wszystkim subkollektorom królestwa polskiego, aby przedstawili jego kwity, a przekonawszy się z tych kwitów i sum ogólnych, że (Strossberg) fałszował regestra i że sprzeniewierzył kamerze 12,000 florenów, skazał go, jak powiedzieliśmy, na więzienie, zakuł w kajdany i oddał pod ścisłą straż więzienną[277].

55. O zgodzeniu się Jana, arcybiskupa gnieźnieńskiego, oraz biskupów krakowskiego i poznańskiego na opłatę podatku „poradlnego.“

Tegoż roku, po upływie pewnego czasu, Domarat, starosta (wielko-)polski, powracając od króla Ludwika, nakłonił stryja swojego, arcybiskupa Jana, iż ten, nie pytając kapituły, i nie zważając na tak niedawne a częste własne odwoływania się, poddał dobra kościelne tytułem podatku na rzecz króla, opłacie dwóch groszy z każdego łanu, podatek ten wypłacić polecił i akt poddania się temu wystawił na piśmie ze swoją pieczęcią. Odstąpił tym sposobem arcybiskup niebacznie, na zgryzotę sumienia swego, od przywilejów kościelnych, więcej daleko mając na względzie wywyższenie tego starosty (Domarata), aniżeli zyski i korzyści kościoła. Do tego poddania się przyczynili się głównie biskupi: Zawisza krakowski i Mikołaj poznański, przyjmując listy królewskie i swoje wydając; za co nie omieszkała — jak słusznie wierzą — zemsta boska srogo w nich uderzyć karą śmierci, jak o tem będzie niżej[278].

56. O śmierci Zawiszy, biskupa krakowskiego.

Roku pańskiego 1382-go, dnia 12 miesiąca stycznia, Zawisza syn Dobiesława, kasztelana krakowskiego, pełen złych uczynków, a z cnót prawie wszystkich wyzuty, zakończył żywot doczesny. Ponieważ mądra ludzkość świadectwem piśmiennem pomaga pamięci zachowywać sprawy ludzi dobrych, by cnoty ich, godne przekazania potomności, zjednywały im pochwałę i dawały innym przykład do naśladowania, — w równej też mierze i ohydne czyny złych ludzi powinne być pamięci ludzkiej przekazane, ażeby cnotliwi unikali ich spraw niebezpiecznych, a źli, haniebnem urągowiskiem zawstydzeni, od złego się odstrychnęli. Dla tych powodów zamierzam opisać wstrętne życie i grzeszne mowy wzmiankowanego biskupa oraz jego towarzysza, Mikołaja z Kurnika.
Ten biskup Zawisza najpierw był przez biskupa krakowskiego Bodzantę i przez swych przyjaciół osadzony na archidyakonacie krakowskim przeciwko niejakiemu Janowi z Buska, który był poprzednio ten archidyakonat otrzymał i objął go w posiadanie, a teraz przez Dobiesława, ojca biskupa Zawiszy i jego krewnych zmuszony był do ustąpienia. — Po śmierci króla Kazimierza, — o którym nieco wyżej mówiliśmy, — Zawisza, pospołu z wspomnianym Mikołajem z Kurnika, zmyśliwszy jakieś najwierutniejsze kłamstwa o dobrym bycie pewnego Janka, archidyakona gnieźnieńskiego, podkanclerzego zmarłego króla Kazimierza[279], i pełni niegodziwej względem niego zazdrości, oskarżyli go przed królową panią. Królowa, aczkolwiek słuchała ich i przyjmowała ich delacye, na ten raz jednak wiary im nie dała, lecz wysłuchawszy mowy i dowodów podkanclerzego, uniewinniła go ze wszelkich zarzutów. Widząc to ci donosiciele, pałając ambitną żądzą zagarnięcia godności i zasług archidyakona, póty namawiali i tumanili ojca rzeczonego Zawiszy, wojewodę Dobiesława, i niektórych swoich krewnych i powinowatych, aż ci nareszcie nie cofnęli się przed uknuciem spisku na podkanclerzego. Przygotowawszy spisek, zaczęli opowiadać królowej pani wiele nikczemnych i plugawych rzeczy o podkanclerzym, a chwalić siebie i swoje własne zasługi, natarczywie domagając się, aby oddaliła go od urzędu podkanclerstwa królestwa polskiego i urząd ten Zawiszy oddała. Królowa nie potrafiła oprzeć się ich natarczywości i oddała swoją pieczęć rzeczonemu Zawiszy, poruczając mu podkanclerstwo swojego dworu. Nad tym postępkiem boleli bardzo szlachta i mieszczaństwo, prałaci kościołów, społeczność miejska i liczni książęta, miłosiernie żałując archidyakona, jako męża sprawiedliwego. Kiedy zaś niektórzy z nich, czyniąc wzmiankę przed królową o archidyakonie, świadczyli o jego godnych pochwały czynach i ubolewali, że bez winy został od urzędu usunięty, wtedy królowa mówiła, że bynajmniej go od urzędu nie usuwała, lecz tylko swoją pieczęć oddała Zawiszy[280]. Zawisza tedy i Mikołaj z Kurnika, widząc taką przychylność ziemian dla archidyakona, oraz wiedząc o instancyach, wnoszonych za nim niejednokrotnie do króla węgierskiego, Ludwika, i królowej, przeciągnęli na swoją stronę podarunkami i obietnicami, między innymi, niektórych Węgrów królowej, aby ci również nowemi, kłamliwemi i przez nich zmyślonemi doniesieniami, zohydzali jej tego archidyakona. Zbyt łatwowierna królowa poleciła oszczercom, mianowicie Zawiszy i Januszowi, rycerzowi z zamku Salomona[281], uwięzić archidyakona, przebywającego natenczas w Uniejowie, na dworze arcybiskupa gnieźnieńskiego, Jarosława[282], oskarżając go o potajemne zabranie ze skarbu króla Kazimierza, po śmierci tegoż, wielkiej ilości pieniędzy i klejnotów. Wówczas archidyakon, pokładając zupełną ufność w swojej niewinności, wbrew woli i radzie wspomnianego arcybiskupa, pośpieszył razem z zawistnikami swoimi na dwór królowej pani do Krakowa, aby tam udowodnić swoją niewinność. Na drugi dzień po przybyciu, gdy siedział przy stole podczas obiadu w Miechowie z kilkoma szlachty, królowa za radą tychże, t. j. Zawiszy i Mikołaja z Kurnika, kazała nadwornemu słudze swojemu[283], niejakiemu Spytkowi, uwięzić go; lecz ponieważ owi ze szlachty poręczyli za niego, więc pozostał z nimi; królowa zaś tego wieczora kazała schwytać niektórych sług jego i osadzić każdego z osobna w więzieniu, dla zbadania ich co do sprawy zrabowania skarbu. Nazajutrz po obiedzie królowa kazała przyprowadzić archidyakona do Krakowa i uwięzić go na zamku krakowskim, a jednocześnie posłała do przewielebnego Floryana, biskupa krakowskiego, z prośbą i żądaniem, aby archidyakona bez przesłuchania skazał na dożywotnie więzienie. Biskup z oburzeniem odpowiedział, że archidyakon jest uczciwym człowiekiem, że niesłusznie jest więzić oskarżonego fałszywie, i że on, biskup, będąc przekonany o jego niewinności, bynajmniej nie życzy sobie przyczyniać się do jego niedoli. Wtedy królowa, widząc, że przez tych donosicieli była oszukaną, i zrozumiawszy, że dopuściła się rzeczy niesprawiedliwej, oznajmiła im, wielce oburzona, aby, jeżeli chcą, wytoczyli przeciwko archidyakonowi sprawę, w przeciwnym bowiem razie każe go uwolnić. Wskutek tego, odwołali się oni za swej strony do biskupa Floryana i jego oficyała, prosząc, aby zarządził dochodzenie przeciw archidyakonowi. Atoli biskup odmówił, twierdząc, że archidyakon nie należy do jego jurysdykcyi i że nie jest oskarżony o taki czyn, któryby wymagał dochodzenia. Wtedy królowa kazała go uwolnić, i odesłała razem z donosicielami do zbadania arcybiskupowi gnieźnieńskiemu. — Tak więc, ku wielkiemu smutkowi i zaniepokojeniu zawistnych mu ludzi, archidyakon był uwolniony z czcią, i ze czcią też obchodzili się z nim panowie i szlachta królestwa, którzy natenczas, w dzień Ś. Stanisława w jesieni, do Krakowa się zjechali; tutaj spędził on po uwolnieniu wesoło dni dziewięć, poczem wrócił na dwór arcybiskupa do Uniejowa. Po otrzymaniu pozwu arcybiskupiego, kazał archidyakon obwołać po kościołach wezwanie, aby stawili się ci wszyscy, którzyby chcieli popierać oskarżenie o wszystkie po szczególe występki, o jakie był wskutek powyższych doniesień kłamliwie obwiniony[284]. Gdy nadszedł wyznaczony termin, stanął w Żninie Mikołaj z Kurnika, autor całego tego kłamstwa, i prosił w imieniu królowej, aby przeciwko archidyakonowi zarządzono dochodzenie; lecz na to archidyakon odparł, że przeciwko niemu dochodzenie nie może być zarządzone, gdyż nie o takie czyny go oskarżono, co do których wymagane jest dochodzenie, i twierdził, że jeżeli był jakiś zarzut, któryby mógł go hańbić, to był on przez tegoż Mikołaja, jego śmiertelnego wroga, zmyślony; zarazem ofiarowywał się, w razie gdyby ów Mikołaj chciał stać przy swojem oskarżeniu, opisać się z nim na karę odwetu[285]. Gdy Mikołaj na to się zgodzić nie chciał, arcybiskup, zważywszy niewinność archidyakona, zwolnił go od wszelkich nagabywań co do spraw powyższych, tak ze strony królowej, jak i Mikołaja, oraz każdego, ktoby go chciał oskarżać. Natenczas archidyakon, chcąc jeszcze jawniej niewinność swoją wykazać, prosił i nalegał, aby pozwolono mu się kanonicznie oczyścić, aczkolwiek było to przeciwko woli arcybiskupa. W tym celu kazał archidyakon trzykrotnie wezwać publicznie wszystkich, którzyby chcieli to oczyszczenie zwalczać, a na trzecim terminie on samoszóst, mianowicie z pięciu prałatami kościoła, A. B C. D. E., oczyścił siebie kanonicznie ze wszystkich zbrodni, jakie mu potwarczo były zarzucane. Otrzymawszy o tem oczyszczeniu kanonicznem piśmienne świadectwo arcybiskupa, wydane przez Jaranda, publicznego pisarza jego dworu, z opisem całej sprawy i jego pieczęcią, zamierzał archidyakon udać się do kuryi rzymskiej, w celu wytoczenia swoim oszczercom procesu o wyrządzone mu krzywdy. Ci jednak, t. j. Mikołaj z Kurnika, Zawisza i Janusz, donosiciele wspomniani, dowiedziawszy się o tem, swojemi i swoich wspólników prośbami i niegodziwemi podszeptami tak obałamucili królowę panią, utwierdzając ją w złem dla archidyakona usposobieniu, że wbrew opinii wszystkich panów królestwa polskiego, którzy byli temu przeciwni, kazała archidyakona z królestwa wygnać i wyzuć ze wszystkich dóbr jego, zarówno ojczystych jak i kościelnych. Postarali się o to donosiciele ci w tym celu, ażeby, skrępowany szczupłością swoich dochodów, zrzekł się prowadzenia sprawy w kuryi rzymskiej. Wszelako życzenia królowej i donosicieli i rozkazy przeciwko archidyakonowi nie były spełnione, gdyż ten, pokładając całkowitą ufność w boskiej pomocy i w swej niewinności, a gniewu[286] królowej bynajmniej się nie obawiając, nie chciał uchodzić z królestwa i tylko, ulegając radzie niektórych panów, aby im ułatwić ułagodzenie królowej, przeniósł się do Wrocławia, zkąd po niejakim czasie wyjechał do Pragi, a ztamtąd do Lubusza, gdzie go wielebny ojciec Piotr, biskup lubuski, przyjaźnie przyjął i uprzejmie podejmował więcej jak przez sześć tygodni. Następnie powrócił do domu i pozostawał w swoich beneficyach do śmierci królowej, służąc Bogu i bynajmniej nie zwracając uwagi na jej oburzenie...[287].
Wspomniany Mikołaj z Kurnika, trzymający natenczas probostwo N. Panny Maryi w mieście Krakowie, został mianowany przez Floryana, biskupa krakowskiego, kollektorem do wybierania dwuletniej prokuracyi, którą papież Grzegorz XI nałożył dla opędzenia swych potrzeb. Zebrawszy ten podatek w dyecezyi krakowskiej, Mikołaj znacznie większą część jego przywłaszczył i użył na swoje potrzeby; część zaś ta, jak mniemają, dosięgała dziesięciu tysięcy florenów. Kiedy przyszło do zdawania rachunku biskupowi, Mikołaj wyparł się kwitów, które wydał klerowi, z czego powstał pomiędzy nim a biskupem niemały spór i niezgoda, tak, że biskup chciał go uwięzić, atoli on uszedł przed gniewem biskupa do (Wielko-)polski, gdzie przebywał czas niejaki. Następnie, dla popierania swej apelacyi, udał się do kuryi rzymskiej, lecz posłyszawszy o śmierci najpobożniejszego ojca Jana, biskupa poznańskiego[288], śpiesznie wrócił do Poznania. Tutaj, nie spytawszy ani Trojana, proboszcza, ani kogobądź z kapituły, wyznaczył podług swej woli administratorów, chcąc, wbrew życzeniu innych i o wybór innych się nie troszcząc, być obranym na biskupa chociażby tylko dwoma albo trzema głosami. Kiedy nazajutrz po pogrzebie zmarłego biskupa zebrano się na wezwanie Mikołaja dla wyborów, dwaj kanonicy, którzy potajemnie stronę jego trzymali, mianowicie Andrzej z Chojnicza, archidyakon, i Damian z Łęcza, właściciel młyna i kanclerz poznański, widząc, że większa część zgromadzonych życzy sobie gorąco mieć Trojana biskupem, udali z jadowitą chytrością, że niby i oni należą do stronnictwa proboszcza Trojana, — człowieka bardzo łagodnego charakteru, — tak, że kiedy archidyakon Andrzej, jako starszy w kapitule, był zapytany przez archidyakona gnieźnieńskiego, kogo życzy sobie obrać, odpowiedział, że chce obrać proboszcza. Na to archidyakon gnieźnieński rzekł mu: „jeżeli to masz w sercu, zaręcz mi, abyś mnie nie zawiódł, bo i ja także zamierzam obrać proboszcza.“ On zaś pod przysięgą obiecał, że nie zawiedzie go w obiorze proboszcza, i rzekł: „dla tej samej przyczyny, dla której ty zamierzasz go obrać, i ja też obrać go ci przyrzekam i daję ci na dowód wiary moją rękę.“ Po kazaniu zaś, wspomniany wyżej kanclerz, stanąwszy między bracią, zaczął zdradliwą mowę w te słowa: „Przewielebni panowie! Oto widzimy między nami godnego pana Trojana, naszego proboszcza; błagajmy go, ażeby przyjąć raczył na siebie ciężar pasterstwa w osieroconym naszym kościele.“ I kiedy prawie wszyscy niezwłocznie się na to zgodzili, Mikołaj z Kurnika, niby oburzony, zakrzyczał, że to nie było zgodne z jego wolą. Wówczas archidyakon gnieźnieński, trzymający razem z innymi, jednakowo myślącymi, stronę proboszcza, zaproponował, aby użyto formy kompromisu, i wyznaczył w tym celu wzmiankowanych archidyakona poznańskiego i kanclerza, — sądząc, że znajdzie w nich dobrą wiarę, którą mu przyrzekli, — oraz Jana, kustosza poznańskiego, i Kielcza, scholastyka gnieźnieńskiego, zaś Mikołaj z Kurnika dodał do tych pięciu dwóch kanoników poznańskich: brata swego, Alberta z Będlewa, archidyakona czerskiego, i Michała z Mieszkowa. Gdy wszystkich siedmiu zeszli się u Jana, kustosza poznańskiego, który wówczas był chory na nogi, a także trzymał stronę proboszcza, kustosz ten, mąż mądry, uczony i czystego sumienia, razem z archidyakonem i scholastykiem gnieźnieńskimi, oddali swe głosy na proboszcza Trojana, archidyakon zaś Andrzej i kanclerz Damian, nie pomni wstydu i bojaźni bożej, przyłączyli się do wzmiankowanych Alberta i Michała, którzy popierali Mikołaja z Kurnika, i jego obrali na biskupa i pasterza[289]. Tym sposobem, zdradą i oszukaństwem, raczej z dopustu bożego niż z wyboru kanoników, został biskupem poznańskim człowiek pełen zbrodni i brudów, nie posiadający żadnych cnót, celujący tylko swoją uczonością, którą zawsze na złe obracał, robiąc, o ile mu sił starczyło, z prawdy fałsz, a z fałszu prawdę. Spełniło się wtedy powiedzenie Ś. Grzegorza, mówiącego o słowach Ozeasza: „zrobili sobie króla — a nie przezemnie, zrobili książęcia — a jam go nie znał[290]“, — w ten sposób:[291] „panują oni z własnej woli, nie zaś z woli Najwyższego rządcy; nie wezwani przez żadne bóstwo, lecz trawieni ogniem własnej chciwości, raczej pochwycili ster rządu niż go otrzymali, a chociaż zdawałoby się, że Sędzia wieczny świadomie ich wynosi, ponieważ zezwala na to i toleruje, w rzeczywistości jednak z wyroku potępienia zupełnie znać ich nie chce“. Pomimo przeszkód, stawianych na dworze papieskim przez króla polskiego i węgierskiego, Ludwika, jakoteż przez arcybiskupa gnieźnieńskiego, biskupa krakowskiego i szlachty królestwa polskiego, dostąpił Mikołaj promocyi. Powiadają, że później papież Grzegorz XI bardzo tej promocyi żałował, gdyż nowy biskup, powróciwszy od kuryi do domu, ciągle aż do samej śmierci dokładał wszelkich starań, aby się kłócić z Janem, arcybiskupem gnieźnieńskim, i Floryanem, biskupem krakowskim; poduszczał księcia mazowieckiego Ziemowita i synów jego przeciwko arcybiskupowi i kościołowi gnieźnieńskiemu, jakoteż przeciwko Dobiesławowi płockiemu i jego kościołowi; dawał rady przeciwne swobodom kościoła, któreto swobody tak u króla jak u książąt polskich starał się wszelkiemi siłami naruszyć. On to pierwszy razem z Zawiszą, biskupem krakowskim, poddał dobra kościoła swojego poznańskiego rocznym daninom[292], czyniąc na to zapisy, i prawie zupełnie zrzekł się przywilejów i swobód, niegdyś przez pobożnych książąt kościołowi nadanych[293]. Zasiewał wielkie niezgody pomiędzy szlachtą polską a ludem, z powodu czego dobra kościoła poznańskiego ulegały ustawicznym szkodom i pożogom, tak że długi szereg lat przyszłych nie będzie mógł ich do pierwotnego stanu przywrócić. Cóż więcej? O jego występkach i haniebnych czynach zbytecznie opowiadać, gdyż mu nie brakło żadnej nieprawości. I jak dwoma głównie członkami ciała dopuszczał się bezwstydnie występków, tak na tychże członkach był pomstą bożą w sposób politowania godny, — jak o tem będzie niżej, — aż do śmierci karany. Nie unikał bowiem grzechu wszetecznego, zwłaszcza gwałcenia dziewic, — więc był dotknięty chorobą raka; był pochopny do mówienia rzeczy sprośnych, — więc cierpiał na rany na języku i gardle, a to tak, że przed śmiercią, jak powiadają, ledwo mógł mówić i połykać jakibądź napój i nie mógł zamknąć ust, tak że i po śmierci został z otwartemi usty; a prawy bok jego, jak powiadają, był od operacyj zupełnie pocięty. Długo się męczył przed śmiercią — tem skuteczniej mógłby żałować za grzechy; nareszcie 18 marca świat ten opuścił. Biskup ten, więcej bezwstydny niż poważany, zaczął, wbrew radzie prawie wszystkich, przenosić wspaniały dwór, w prześlicznej miejscowości w Ciążynie przez jego poprzedników z wielkim przepychem zbudowany, a ozdobiony winnicami, sadami owocowemi i wodotryskami, na inne miejsce, cuchnące i smrodliwe, i w nim z woli bożej życie zakończył; obmurował część domu w Głównie, który jego poprzednik zaczął odnawiać; rozpoczął na nowo budowę kościoła poznańskiego, który się za jego czasów zawalił, i zaczął murować miasto swoje Słupczę. Dobra biskupie, które zastał doskonale zagospodarowane i uposażone, pozostawił naodwrót w stanie zupełnego ubóstwa.
Gdy Janusz Suchywilk, dziekan kościoła krakowskiego i kanclerz królestwa polskiego, był wyniesiony na arcybiskupstwo gnieźnieńskie, Zawisza, przy pośrednictwie i pomocy ojca swojego i przyjaciół, otrzymał kancelaryę krakowską i odtąd stał się tak zuchwałym, że jeżdżąc ciągle za dworem królowej starszej, nie pozwalał nikomu żadnych spraw u niej załatwiać inaczej, jak tylko przez siebie[294]. Królowa, jak powiadają, często przyganiała niestatecznemu jego na dworze postępowaniu, lecz chociaż bardzo życzyła usunąć go ze swego dworu, jednakże, pragnąć odzyskać pewne listy syna swojego Ludwika, króla Polski i Węgier, ziemianom polskim wydane, znosiła cierpliwie Zawiszę i nawet przyrzekła posunąć go na wyższe stanowisko, albowiem spodziewała się, że za przyzwoleniem i radą ojca jego i przyjaciół, tem łatwiej będzie mogła owe pisma wycofać. Jeszcze bowiem za czasów zmarłego króla Kazimierza wspomniany król Ludwik wydał ziemianom polskim przywileje na różne swobody, tak iż nie mógł nakładać ani żądać żadnych podatków i powinności[295] od ludzi duchownych, ani należących do szlachty; zwłaszcza zaś było w tych aktach wyraźnie zawarowane, że ziemianie wchodzą w zobowiązania jedynie z królem Ludwikiem i jego synem, gdyby ten mu się urodził[296]; że zaś król synów nie miał, jeno córki, więc dążył usilnie do tego, aby dawne nadania zniszczyć, i zawrzeć nową umowę w sprawie opłaty podatków i złożenia hołdu[297] pierworodnej jego córce. Aby zaś to podług swego życzenia doprowadzić do skutku, wspomniany król i jego rodzicielka, przynaglani przez Zawiszę, ojca jego i krewnych, wydali list, umocowany przywieszeniem ich pieczęci, na mocy którego zobowiązali się dać mu pierwsze wakujące w królestwie polskiem biskupstwo, innym zaś panom królestwa rozdali, stosownie do swej hojności królewskiej, pieniądze. Za czasów bowiem tego króla powstał ten jak najgorszy i prawu kanonicznemu przeciwny zwyczaj, że ambitne duchowieństwo brało prawie jawnie listy nadawcze nietylko na mające w przyszłości zawakować beneficya kościelne, oddane do rozporządzenia królowi, lecz nawet i biskupstwa. W ten sam sposób potem i świeccy panowie wypraszali sobie nadania na dostojeństwa świeckie, z czego wynikały częste zwady i niezgody, zarówno pomiędzy duchowieństwem, jak i między szlachtą. I stało się, że panowie królestwa, pieniężną nietykalnością namaszczeni[298] i różnemi obietnicami skuszeni, zgodzili się na unieważnienie dawnych nadań, poddali swe dobra ziemskie[299] dwugroszowemu z każdego łana podatkowi i złożyli hołd pierworodnej córze królewskiej, czemu tylko sam kler całej prowincyi się oparł, za nic na to zgodzić się nie chcąc[300]. Po śmierci swej pierworodnej córki[301], król Ludwik, na zjeździe, zwołanym i odbytym[302] w Koszycach, znowu domagał się od panów królestwa polskiego, ażeby złożyli hołd drugiej jego córce i za królową Polski ją przyjęli. Przedniejsi panowie z Wielkopolski, wespół z Januszem, arcybiskupem gnieźnieńskim, uczynić tego nie chcieli; Krakowianie zaś, głównie ojciec Zawiszy, wojewoda, i jego krewni zgodzili się na to; wtedy król pan kazał zamknąć bramy miasta, wobec czego i (Wielko-)polanie, widząc się w położeniu bez wyjścia, złożyli hołd wierności i (drugą) córkę królewską za królową swoją uznali[303]. — Gdy się tym sposobem życzenia króla pana spełniły, biskup zaś krakowski, Floryan, poszedł, jak już powiedziano, drogą wszelkiego ciała[304], ów Zawisza, z woli i z rozkazu króla i jego rodzicielki, został przez kapitułę krakowską w drodze kompromisu, około niedzieli „Laetare“[305], na biskupa krakowskiego obrany, na święto zaś Wielkiejnocy[306] w Kaliszu przez Jana, arcybiskupa gnieźnieńskiego, zatwierdzony, oraz przez arcybiskupa strzygońskiego w Strzygoniu, z polecenia papieża Urbana VI, konsekrowany. Przybywszy do Krakowa, nowy biskup wyłożył bardzo wielkie koszta na uroczyste odprawienie pierwszej mszy swojej; potem zaś, wiodąc dalej poprzednie życie bezwstydne i rozpustne, tak dalece cugle swawoli popuścił, że cielesnym rozkoszom, tak obrzydliwym w biskupie, oddawał się otwarcie bez żadnej powściągliwości. Koni cugowych, rzędów na nie i szat dla ubrania swego ciała miał mnóstwo nadzwyczajne; mówiono, że posiadał przeszło 70 koni i tyleż zmian ubrania i rozmaitych przyborów do pojazdów i koni; do poczwórnych kolas miał mieć nadzwyczajną ilość cugowców. — Po śmierci królowej starszej wyprosił od króla dla swego ojca, wojewody krakowskiego, kasztelanię krakowską, opróżnioną po śmierci kasztelana Jaśka[307]; dla siebie zaś wystarał się, że go król posłał w swem zastępstwie do rządzenia królestwem polskiem, i od tej pory zuchwale pisać się zaczął wikaryuszem królestwa. Lecz Wszechmocny nie chciał dłużej znosić jego opętania i czynów zbrodniczych, i po świętach wielkanocnych, w rok zaledwie po jego obiorze na stolicę biskupią, dotknął go ciężką niemocą. Opowiadają bowiem, że raz ujrzał w jakiejś wsi, do jego kościoła należącej, pewną pięknego lica córkę jakiegoś biedaka i zapragnął jej; lecz biedak, ojciec jej, będąc uczciwym człowiekiem, nie zgodził się na hańbę, a bojąc się gwałtu na córce, ukrył się z nią na bróg zboża. Gdy w nocy przyszedł tam biskup, i przystawiwszy drabinę, wlazł na bróg, wtenczas ukryty z córką wieśniak, zrzucił go razem z drabiną na dół. Od tego upadnięcia, jak powiadają, biskup zapadł na chorobę i już się nie mógł wyleczyć aż do dnia śmierci. — Umarł zaś w roku i dniu wyżej wymienionych[308]. — Nabożeństwo na jego pogrzebie odbyło się nie po biskupiemu, nie po książęcemu, nie po królewsku ani też po cesarsku, lecz jakimś dziwnym obyczajem, według którego kazał odprawić je brat jego Krzesław, kasztelan sandomierski, w przepychu kolas i koni, świeckim zwyczajem, ubliżającym zwyczajom duchownych. — Pierwszej nocy po jego pogrzebie zdarzyło się coś nadzwyczajnego, mianowicie słudzy kościelni[309], którzy nie spali, strzegąc w zakrystyi skarbu kościelnego, posłyszeli tętent koni, biegających tam i napowrót po posadzce kościelnej, i głosy, wołające jeden do drugiego: „pojedźmy na ops!“[310], t. j. jedźmy na rozpustę. Tentent ten i głosy tak przeraziły sługi owe, że ani wołać ani mówić nie mogli i od tego czasu jakby ogłuszeni zapadli w ciężką chorobę, tak że dotąd nie ma nadziei na utrzymanie ich przy życiu[311].

57. O śmierci Mikołaja, biskupa poznańskiego.

Tegoż roku, w dniu 18-ym marca, Mikołaj zwany Kurnik, biskup poznański, po długiej i ciężkiej chorobie zakończył dzień ostatni w Ciążynie, majętności swego kościoła. W ciągu więcej niż dwóch lat cierpiał on na chorobę raka w częściach płciowych; to go jednak, pomimo zakazu lekarzy, nie powstrzymywało od spółkowania z dziewczętami, aż póki nie zaczęła go dobrze trząść febra czwartaczka, która już go odtąd nie porzucała. Zdarzyło się pewnego razu, mianowicie w szósty dzień przed dniem przedostatnim miesiąca lipca[312], że do tego biskupa, podczas jego bytności w Głównie, gdy tam w towarzystwie Mikołaja Strossberga, proboszcza gnieźnieńskiego, już dobrze najedzony siedział i mocno pił, przybył archidyakon gnieźnieński Jan i był przez niego przyjęty. Biskup, opowiadając różne rzeczy, które swoim zwyczajem często z przechwałkami zmyślał, rzekł: „Oto, księże proboszczu, my, cośmy byli ostatni za życia króla polskiego Kazimierza na jego dworze, dzisiaj jesteśmy pierwsi i wielcy: bo oto pan Zawisza, którego król miał za nic, został wielkim biskupem kościoła krakowskiego, za co nikomu innemu, tylko Bogu i mnie powinien dziękować; ja jestem biskupem poznańskim, a tyś został proboszczem wielkiego kościoła gnieźnieńskiego. Zkąd ta zmiana, jeśli nie z ręki Najwyższego?“ — Na to archidyakon, zwróciwszy się do kilku osób przytomnych, rzekł: „Nie Najwyższego w tej zmianie ręka, jeno czarta“. — I stała się rzecz dziwna, że tej samej nocy porwała biskupa, jak powiedziano, straszliwa febra; a Mikołaj Strossberg zaraz potem, przejeżdżając w wozie na pasach do Pyzdr, uderzył się lewem ramieniem i wywichnął je, następnie zaś, jak była o tem wyżej mowa, wzięty był do więzienia, gdzie męczył się dość długo. — Ten biskup był niezmiernie mownym i kłótliwym i pił dużo[313], oraz był srogim, nieuczciwym i rozpustnym, krzewił niezgody i kłótnie, tak że gdziekolwiek się znajdował, zawsze spory i zwady nie tylko sam wszczynał, lecz i pomiędzy innymi podobnież zasiewał. Mawiał, że zasnąć nie mógł i nie miał spokojności, jeżeli się o spór i kłótnię nie postarał; a starał się o nie, ile mu sił starczyło do końca swego życia, ciesząc niemi swoją duszę. — Pochowano go w kościele poznańskim w dniu 21-ym wzmiankowanego miesiąca[314]. Po jego śmierci i pogrzebie, kanonicy kościoła poznańskiego, zebrani dla elekcyi przyszłego pasterza, obrali, w drodze kompromisu, 29-go dnia tegoż miesiąca, czcigodnego męża pana Mikołaja, scholastyka poznańskiego. Wybór ten ksiądz Jan, arcybiskup gnieźnieński, już na łożu boleści leżący, w Żninie, we środę przed Wielkąnocą, w dzień 2-gi miesiąca kwietnia, zatwierdził, powierzając Mikołajowi zarząd tak świecki jak duchowny dyecezyi poznańskiej[315] Wszedłszy w posiadanie biskupstwa, udał się on do Rzymu, aby uprosić pana naszego papieża o sakrę biskupią.

58. O śmierci Jana, arcybiskupa gnieźnieńskiego.

Ten czcigodny ojciec Jan nazywał się poprzednio Janusz Suchywilk, był z domu Grzymalitów, rodem Sandomierzanim. O nim była wzmianka wyżej[316]. Był on najpierw z prowizyi arcybiskupa gnieźnieńskiego, Jarosława, proboszczem gnieźnieńskim; następnie, gdy wskutek śmierci pana Zbyszka, kanclerza, opróżnił się dekanat krakowski, został kanclerzem królewskiego dworu krakowskiego oraz dziekanem, bo chociaż ksiądz Bodzanta, biskup krakowski, już był na ten dekanat pana Ottona Lisowicza wyznaczył, jednakże ów Otto, zmuszony przez króla polskiego Kazimierza, zamienił dekanat z Januszem Suchywilkiem na probostwo gnieźnieńskie. Zostawszy tym sposobem dziekanem i kanclerzem krakowskim, Janusz Suchywilk zasiadł w najwyższej radzie królewskiej. W owym czasie miano go za najmędrszego[317] między panami polskiemi, i zdawało się, że on to przy pomocy rad swoich rządził królem Kazimierzem. Lecz wyniesiony na godność arcybiskupią zapomniał wszelkiej rozwagi i ostrożności: często się gniewem unosił; pozbywszy się wstydu, słabość i chwiejność charakteru w słowach i czynach wykazywał. Zdarzało się bowiem bardzo często, że zwoławszy kapitułę, po dojrzałej i wszechstronnej z braćmi swoimi naradzie, rzecz pewną ostatecznie postanowił, obiecując być niewzruszonym w obronie praw kościoła lub też w jakiejkolwiek innej sprawie; tymczasem zaledwie się tylko bracia z kapituły od niego oddalili, a ktokolwiek ze świeckich podszepnął mu coś wręcz przeciwnego, niezwłocznie zmieniał zdanie i postępował ze szkodą kościoła. Nieraz go też względem tej chwiejności niektórzy z kapituły przestrzegali i łagodnie upominali; wtedy mówił, że żałuje, iż to uczynił i więcej tego czynić nie będzie, atoli przyrzeczenia tego nigdy nie dotrzymywał. Czując w końcu upadek sił i powodowany doczesną miłością do swoich synowców i krewnych, na których prawie cały dochód swojego kościoła obracał, oraz pragnąc, aby po jego śmierci otrzymali oni pozostałe dobra, oddalił wszystkich przełożonych i prokuratorów grodów kościelnych i oddał zarząd tych grodów swoim synowcom. Pamięci dobrych czynów żadnej po sobie nie zostawił, chyba, że naprawił kościół gnieźnieński i dał sklepienie nad jego główną nawą i jednem skrzydłem; na urządzenie tego sklepienia i dachu, które zresztą zostało niedokończonem, ofiarował kościołowi dziewięćdziesiąt kóp. Oprócz tego sporządził dla gnieźnieńskiego kościoła jeden ornat pontyfikalny. Do duchowieństwa żywił arcybiskup Jan nienawiść, świeckim zaś zawsze, w czem tylko mógł, starał się dogodzić; księży często sadzał do ciemnicy, nicponiami i rozpustnikami ich nazywając. — Umarł tegoż roku w sobotę, w wigilję Wielkiejnocy po zmierzchu, 5-go kwietnia, na dworze arcybiskupim w Żninie. Skarbiec jego, wszystkie pozostałości, tudzież sprzęty pałacowe zagarnęli synowcowie jego w całości, nic prawie nie pozostawiając. — Pochowano go w najbliższą środę po śmierci[318], w Gnieźnie, w chórze większego kościoła, pod nagrobkiem kamiennym, który sam kazał we Flandryi bardzo kosztownie i okazale sporządzić[319]. Dusza jego, jeżeli będzie taka wola boska, niech spoczywa w pokoju. — Za życia swego uciemiężał on wszelkiemi sposobami duchowieństwo swego kościoła i dyecezyi i w niczem go nie bronił, znosząc cierpliwie niezmierne podatki i łupiestwa; kościół zaś swój gnieźnieński pozostawił w ciężkiem utrapieniu. Na drugi bowiem dzień Wielkiejnocy[320], Ziemowit, syn Ziemowita, książę mazowiecki, — którego ojciec częste z tym arcybiskupem miewał zatargi, — posłyszawszy o jego śmierci, obległ w najbliższy Paschy wtorek[321] zamek Łowicz. Kapituła gnieźnieńska wysłała do niego czcigodnego Andrzeja, biskupa cereteńskiego, sufragana, z zapytaniem, z jakiego powodu oblega ten zamek, oraz z prośbą, aby odeń odstąpił. Ziemowit odpowiedział, że obległ zamek dla dwóch przyczyn: najprzód, że, jak twierdził, w obec wakującego tronu gnieźnieńskiego on, aż do wyboru nowego biskupa, ma prawo trzymać zamek Łowicz; następnie, że tym zamkiem rządził Dzierżko, kasztelan gnieźnieński, którego książe mienił być swoim wrogiem; gdyby zaś ktokolwiek z kapituły rządził zamkiem, onby go nie oblegał. Kiedy następnie 16-go kwietnia kapituła wybrała kanonicznie w kościele gnieźnieńskim Dobrogosta, doktora dekretaliów, dziekana krakowskiego i kantora gnieźnieńskiego, posłała ona wespół ze swoim elektem do wspomnianego księcia, który Łowicza oblegać nie zaniechał, wielebnych ojców Bronisława, kanclerza gnieźnieńskiego, i Bogusława, scholastyka łęczyckiego i kanonika gnieźnieńskiego, jakoteż walecznych rycerzy: Sędziwoja z Kazimierza, Jana z Czarnkowa, sędziego poznańskiego[322], kasztelana nakielskiego, i Oszepa z Grodziska. Książę poselstwa wysłuchał i, uczyniwszy niezmierne szkody w okręgu łowickim, od zamku odstąpił, pod tym jedakże warunkiem, że zamek będzie rządzony przez któregokolwiek z kanoników. Więc też kiedy kasztelan gnieźnieński zrzekł się zamku, kapituła oddała go w zarząd owemu Bogusławowi, scholastykowi; tytułem zaś wynagrodzenia za szkody, rozdano mieszkańcom zamku, którzy będąc oblężeni mężnie się przed wojskiem książęcem bronili, około dwóchset grzywien groszy[323]. Dwóch z nich było zabitych; księciu zaś zabito ulubionego jego sługę Mikołaja, zwanego Wydżga, człowieka ogromnej siły, oraz wielu innych, nad czem książę i całe jego wojsko wielce bolało. Wzmiankowani sędzia poznański i kasztelan nakielski, razem z Piotrem ze Żnina, kanonikiem gnieźnieńskim, po otrzymaniu napowrót zamku, udali się dalej do Węgier, do króla polskiego i węgierskiego, w celu przedstawienia mu wyboru Dobrogosta i uproszenia zgody jego na ten wybór. Król pan całe trzy dni nie chciał ich przed swoje oblicze dopuścić; kiedy zaś nareszcie pozwolił im stanąć przed sobą i wysłuchał ich poselstwa, nie tylko nie chciał się zgodzić na tego elekta, lecz oświadczył, że przeciwnie, zamiast popierać tę elekcyę, będzie jej przeszkadzał; niezwłocznie też rozesłał listy do panów różnych ziem, jednych prosząc, innym rozkazując, aby obydwóch wzmiankowanych elektów, gnieźnieńskiego i poznańskiego, gdyby który z nich na ich ziemię wstąpił, zatrzymali i uwięzili. — Dowiedziawszy się we Wrocławiu o tej dla nich tak nieprzyjaznej woli króla, obaj ci elekci, pokładając wielką nadzieję w miłosierdziu boskiem i w potędze swoich przyjaciół, przedsięwzięli podróż do Rzymu. Lecz gdy przybyli do Trewizy, władze miejskie, z rozkazu króla Ludwika, zatrzymały elekta gnieźnieńskiego, elekt zaś poznański tudzież osoby należące do orszaku byli wolno puszczeni. Stało się to z powodu, że Władysław, książę opolski, wieluński i kujawski, wyprawił był listy tak swoje jak i króla pana do papieża, prosząc o wyniesienie na biskupstwo poznańskie syna brata swego, Bolesława, księcia opolskiego, proboszcza Ś. Marcina na Spiżu, młodzieńca, znajdującego się jeszcze natenczas na naukach w Bononii; otóż książę ten oznajmił królowi, że synowiec jego prosił, aby elekt poznański mógł wolno, nie uwięziony, jechać do kuryi rzymskiej, ażeby przyjaciele jego nie przypisywali księciu, że to on zarządził to uwięzienie, w celu tem łatwiejszego wyniesienia przez papieża na biskupstwo swego synowca. Wszystko to tak się też, niestety, i stało, — zapewne za grzechy całego ludu i duchowieństwa prowincyi gnieźnieńskiej. Albowiem w tym czasie, kiedy elekt gnieźnieński był więziony w Trewizie, elekt zaś poznański jeszcze nie był przybył do dworu rzymskiego, papież, na prośby króla pana i księcia, pośpieszył 9-go czerwca wynieść na arcybiskupstwo gnieźnieńskie Bodzantę, prokuratora królewskiego w ziemiach krakowskiej i sandomierskiej[324], a na biskupstwo poznańskie syna owego księcia Bolesława[325] — ku wielkim zamieszkom w narodzie polskim i na wielkie spustoszenie królestwa, jeżeli Bóg w tym razie inaczej nie zrządzi.
O wszystkich złych skutkach, które, jak się obawiamy, z tej pośpiesznej prowizyi powstaną, napisze jeżeli będzie chciała potomność nasza, nam jednak nie należy przemilczeć o wielkiej szkodzie, która się kościołowi, z woli mocnego Boga, po śmierci arcybiskupa Jana stała. Jeszcze bowiem poprzednio, bez wiedzy i woli kapituły, oddał on zamek Uniejów Piotrowi, a zamek Opatów Mikołajowi, synom brata swego Cztana; i chociaż po śmierci jego przyrzekli oni pod słowem zamki te bez żadnych sporów i wybiegów w oznaczonym terminie zwrócić kapitule, jednakże teraz oddania ich odmówili, czyniąc wiele szkód i krzywd ubogim ludziom kościoła gnieźnieńskiego, w powiecie tych zamków mieszkającym. Za te zajęcia i napady, Jan archidyakon i Bronisław kanclerz, administratorowie spraw świeckich i duchownych arcybiskupstwa, rzucili na nich na mocy statutów prowincyonalnych ekskomunikę i publicznie kazali o tem ogłosić, w zajętych zaś miejscowościach zarządzili ustanowienie interdyktu kościelnego. Następnie kapituła gnieźnieńska wysłała tegoż Bronisława, kanclerza, i Jana z Trlanga, archidyakona kruszwickiego, do Węgier, do króla pana, ze skargą na tych zaborców, oraz z uniewinnieniem siebie i swego elekta z niektórych zarzutów, uczynionych im fałszywie przed królem przez zawistnych ludzi. Doniesiono bowiem królowi, jako rzecz pewną, że niby Ziemowit, książę mazowiecki, niezwłocznie po elekcyi Dobrogosta, pełen radości od zamku (Łowicza) odstąpił, ponieważ ten Dobrogost obiecał mu, iż, jako arcybiskup, ukoronuje go po śmierci króla (Ludwika), na króla polskiego[326]. Z tego powodu radzono królowi, aby owego elekta gnieźnieńskiego nie dopuścił do Rzymu, co też on uczynił, rozkazawszy zatrzymać go w Trewizie, nie ruszając jednak rzeczy jego ani towarzyszących mu osób. Po kilku tygodniach Dobrogost uciekł z więzienia i na święto Wniebowzięcia N. P. Maryi[327] przybył do zamku Łowicza, w nadziei, że kapituła pozwoli mu, jako obranemu arcybiskupowi, tam pozostać. Jednakże zmuszono go do opuszczenia zamku, i ani cała kapituła, ani żaden z jej członków do niego przyjść nie chcieli. Wtedy udał się do Gniezna i prosił kapitułę, aby mu wyznaczyła na utrzymanie zamek Łowicz lub Kamień; prośby tej wszakże nie uwzględniono, gdyż pragnął rzeczy niemożebnej.
Zważmy więc, że od pierwszego dnia grudnia przeszłego (roku) do piątego dnia miesiąca kwietnia, opróżniły się z powodu śmierci pasterzy cztery stolice biskupie, mianowicie: gnieźnieńska, poznańska, krakowska i płocka. Piąta zaś, wrocławska, wakowała już siódmy rok.


59. O rzezi, sprawionej przez książąt litewskich pomiędzy sobą[328].

Tegoż roku, t. j. 1382-go, Jagiełło, syn Olgierda, wielki książę litewski, — który z górą rok temu był razem z matką swoją przez stryja Kiejstuta schwytany i w pewnym zamku na Białej Rusi, zwanym Połock, w więzach trzymany, — uszedł około Zielonych Świątek[329] z niewoli i przy pomocy panów litewskich opanował zamek, zwany Wilno, poczem zaraz posłał do Winrycha, mistrza zakonu niemieckiego w Prusiech, prosząc go o pomoc przeciwko swemu stryjowi. Mistrz przysłał niezwłocznie wojsko i razem z tym księciem litewskim obległ główny zamek, zwany Troki, gdzie przechowywał się cały skarb Kiejstuta i wszystkie widome znaki jego sławy[330]. Przerażeni Troczanie poddali im zamek; ci zaś kazali go spalić, zabrawszy cały skarb i wszystkie sprzęty, a nie straciwszy ani jednego ze swoich ludzi. Po ich ustąpieniu, książę Kiejstut zebrał wojsko i obległ Wilno, chcąc zdobyć zamek; lecz gdy Skierdejko, brat wspomnianego wielkiego księcia Jagiełły, ze swojem, acz nielicznem, wojskiem przybliżył się do wojska Kiejstuta, ten, ujrzawszy podniesioną jego chorągiew, rzucił się zaraz do ucieczki. Goniąc uciekające wojsko Kiejstutowe, Skierdejko takie mnóstwo ludzi jego położył na miejscu, że, jak powiadają, nigdy jeszcze w narodzie litewskim podobnej rzezi nie było. Kiejstut zbiegł do jakiegoś grodu, lecz synowiec jego, wielki książę, gród ten zdobył i zakuł Kiejstuta razem z jego synem w kajdany; w tem więzieniu po niejakim czasie Kiejstut sam się, jak powiadają, udusił. Tym sposobem sława jego i cała dzielność, z którą się tak okrutnie przeciwko chrześcianom srożył, została naraz obrócona w niwecz, za sprawą pychy, przez którą, wyzuwszy synowca, zagarnął sobie nie należące do niego księstwo litewskie. A cała sława domu jego i synów w popiół się rozwiała, bo tylko dwóch z nich ocalało, którzy zbiegli z niewoli do książąt mazowieckich, a z tych jeden, imieniem Witold, przyjął chrzest święty i otrzymał imię Konrada[331]. Od tych książąt Mazowieckich, mianowicie od Janusza, który siostrę jego rodzoną miał za żonę, tudzież od brata jego, Ziemowita[332], otrzymał on w posiadanie pewien zamek i niektóre wsie; lecz zarazem ciż książęta mazowieccy, powziąwszy wiadomość o domowych wojnach Litwinów, wkroczyli do ziemi ruskiej i opanowali zamki Drohiczyn i Mielnik, a zagarnąwszy wielką zdobycz tam i w okolicach zamku Brześcia, szczęśliwie do domu powrócili.


60. O obsadzeniu katedry biskupiej wrocławskiej.

Tegoż roku, dnia 10-go listopada, ojciec święty, papież Urban VI, na prośby i błagania kapituły wrocławskiej, wyniósł miłościwie na opróżnioną od lat siedmiu wrocławską katedrę biskupią, księcia Władysława[333], biskupa lubuskiego, brata księcia lignickiego, przenosząc go z biskupstwa lubuskiego na wrocławskie. Ponieważ to przeniesienie stało się wbrew woli i pomimo sprzeciwienia się króla czeskiego Wacława, król oburzony przyjąć nowego biskupa nie chciał i nie dopuszczał go do objęcia w posiadanie miast i zamków. A chociaż niektórzy kanonicy z kapituły byli po stronie króla i razem z nim zanieśli co do tej prowizyi apelacyę, większa jednak i poważniejsza część kapituły, nie zwracając żadnej uwagi na niechęć króla i lekkomyślną apelacyę swych braci, oddała swojemu nowemu biskupowi miasta i zamki biskupie. Nieporozumienie to pomiędzy królem a biskupem trwało pewien czas, dopóki nie zostało, aczkolwiek ze stratą dla kościoła wrocławskiego, załatwione. Kapituła bowiem wrocławska pożyczyła była niegdyś Karolowi, cesarzowi rzymskiemu, pięć tysięcy grzywien; obecnie biskup zwalniał króla od wypłaty tych pieniędzy i darował mu wszystkie szkody, które on poprzednio kościołowi wyrządził, a oprócz tego wypłacił mu pewną sumę w gotowiźnie.
Po tem przeniesieniu, pan apostolski wyniósł na biskupstwo lubuskie pewnego kanonika lubuskiego A. de Kytlicz; dziekanem zaś wrocławskim uczynił rodzonego brata wzmiankowanych księcia lignickiego i biskupa wrocławskiego[334].


61. O śmierci króla węgierskiego i polskiego Ludwika.

Po upływie pewnego czasu, w tym samym roku, król polski i węgierski, Ludwik, zawezwał do siebie wszystkich starostów królestwa polskiego, wyznaczając im termin na dzień Ś. Jakóba[335] w Zolinie, dworcu swoim myśliwskim. Gdy się przed nim stawili, kazał im złożyć hołd wierności zięciowi swojemu Zygmuntowi[336]; a gdy to uczynili, wyprawił go razem z nimi i Bodzantą, arcybiskupem gnieźnieńskim, w celu objęcia w posiadanie zamków i miast oraz odebrania Bartoszowi zamku Odolanowa[337]. Ten margrabia Zygmunt, młodzian czternastoletni, zebrawszy wojsko polskie i zdobywszy najpierw miasto i zamek Koźmin, a następnie jeszcze dwie warownie Nabyszyce i Koźminiec, zaraz po N. P. Maryi[338] obległ zamek Odolanów. Podczas tego oblężenia, dnia 14-go września król Ludwik szczęśliwie zasnął w Panu. Powziąwszy pewną wiadomość o śmierci króla, margrabia i jego doradcy, mianowicie arcybiskup oraz starostowie Sędziwój krakowski i Domarat (wielko-)polski, nim wieść owa się rozeszła, zawarli z Bartoszem umowę i wybrali z obu stron sędziów, którzy powinni byli zamek Odolanów i wsie do niego należące oszacować na pewną sumę pieniężną, mającą być wypłaconą Bartoszowi. Ile zaś strat i szkody poczynili wojsko i Bartosz, zwłaszcza w dobrach czyli wsiach kościelnych, tego nie można było oszacować, i nie będzie końca tym szkodom, aż póki zamek Odolanów nie powróci w posiadanie królewskie[339].
Za czasów króla Ludwika nie było żadnej stałości w królestwie polskiem, ani żadnej sprawiedliwości. Albowiem starostowie i ich burgrabiowie łupili ciągle dobra uboższych ludzi; a jeśli niektórzy z poszkodowanych, zastawiwszy swe majątki, jechali do Węgier i tam skargi do króla zanosili, król, wydawszy im listy, za które musieli w kancelaryi płacić wielkie pieniądze, odsyłał ich do domu; atoli starostowie żadnej uwagi na te listy nie zwracali i nie przestawali uciemiężać ludzi. Łupienie na drogach publicznych kupców i innych przejeżdżających oraz kradzieże działy się nieustannie; starostowie zaś, dbając jedynie o swoje zyski, ani hamowali, ani chcieli tego hamować. Po śmierci króla Ludwika Węgrzy przez zdradę utracili bardzo warowne zamki na Rusi, które niegdyś król polski, Kazimierz, nie bez wielkiego trudu, kosztu i przelewu krwi polskiej zdobył i poddał pod zwierzchnictwo swoje, mianowicie: Krzemieniec, Olesko, Przemyśl, Horodło, Łopacin, Śniatyń i inne, a które Węgrzy za pieniądze oddali Lubartowi, księciu litewskiemu na Łucku. Za to też królowa węgierska, Elżbieta, kazała pewnego rycerza węgierskiego, starostę Rusi, ulubieńca nieboszczyka męża swojego, uwięzić i zakuć w kajdany; co z nim zamierza zrobić, wskażą następne wypadki[340].


62. O niebezpiecznym ruchu między Polakami.

Gdy wojsko polskie razem z margrabią, odstąpiwszy od zamku Odolanowa, powracało do domu, zażądał margrabia od mieszczan i wszystkich mieszkańców zamków[341], aby złożyli mu hołd wierności. Rajcowie miejscy hołd mu taki rzeczywiście złożyli, lecz szlachta wielkopolska, podczas bytności jego w Poznaniu, złożenia hołdu tego odmówiła i, wyruszywszy jednomyślnie z miasta Poznania do kościoła katedralnego, posłała margrabiemu do miasta żądanie, ażeby oddalił z urzędu starosty (wielko-)polskiego Domarata, którego ona, z powodu czynionych przezeń biedakom rozmaitych uciemiężań i krzywd, za żadną cenę mieć starostą nie chce. Przytem szlachta oświadczyła, że bynajmniej nie odmawia uznania samego margrabiego i małżonki jego, Maryi, za swego króla i pana, byleby tylko chcieli śród niej pozostać. Ponieważ jednak margrabia do jej woli przychylić się nie chciał, mówiąć, że życzy sobie zatrzymać Domarata na starostwie (wielko-)polskiem, przeto szlachta jednozgodnie go odstąpiła[342].


63. O przyjęciu przez kapitułę Bodzanty na arcybiskupstwo gnieźnieńskie.

Tegoż czasu, mianowicie nazajutrz po Ś. Mateuszu Apostole i Ewangeliście[343], kapituła i kler gnieźnieński przyjmowały arcybiskupa Bodzantę, który, zabawiwszy dwa dni w Gnieźnie, udał się do Żnina. W dzień Ś. Wacława[344], w niedzielę, gdy margrabia Zygmunt przybywał do Gniezna, arcybiskup Bodzanta, wyszedłszy na jego spotkanie z duchowieństwem i ludem, poprzedzony chorągwiami, przyjął go z wielką czcią i wprowadził do kościoła gnieźnieńskiego. Nazajutrz po Ś. Michale[345], po odprawieniu w kościele solennego nabożeństwa żałobnego za Ludwika, króla Polski i Węgier, margrabia dał jeszcze raz odmowną odpowiedź (Wielko-)polanom w sprawie usunięcia z urzędu Domarata i na drugi dzień[346], w towarzystwie arcybiskupa, Domarata i Sędziwoja z Szubina, wojewody kaliskiego, udał się na Kujawy. (Wielko-)polanie wysłali jeszcze raz do niego posłów do Brześcia, prosząc, aby Domarata ze stanowiska usunął; gdy zaś i teraz odmówił, dodając nadto, za radą niektórych swoich kierowników do odmowy, groźbę, wtedy Wielkopolanie, zebrawszy się i odbywszy naradę[347] w Mirosławiu, wyprawili posłów do przedniejszych panów[348] krakowskich i z nimi razem postanowili odbyć w dzień Ś. Katarzyny[349] zjazd walny[350] wszystkich ziem królestwa polskiego w Radomsku, dla naradzenia się w sprawach stanu ogólnego.


64. O zjeździe ziemian w Radomsku.

Gdy nadszedł dzień Ś. Katarzyny[351], zebrało się mnóstwo panów i znakomitych obywateli[352] królestwa polskiego w Radomsku, mieście ziemi sieradzkiej; rozprawiali tam poważnie i skutecznie o położeniu własnem i królestwa polskiego i połączeni jednomyślną wolą i wzajemną umową, zobowiązali się pomagać sobie wzajemnie, oraz ściśle dochować hołdu wierności, złożonego obydwóm córkom nieboszczyka króla, byleby którakolwiek z nich, razem ze swoim mężem, — oboje koronowani na króla i królową Polski, — w Polsce stale osobiście przemieszkiwali, rządząc królestwem roztropnie i zgodnie z przywilejami i ustawami[353], jakie były niegdyś pomiędzy zmarłym królem Ludwikiem a obywatelami królestwa polskiego zawarte i umocowane[354]. Obecni na zjeździe arcybiskup Bodzanta, oraz kasztelan poznański i starosta (wielko-)polski, Domarat, odmówili zgody na powyższą umowę i postanowienie[355], twierdząc, że złożyli obietnicę wierności margrabiemu, i że mu Domarat zobowiązał się wydać zamki i miasta królewskie, leżące w jego starostwie. Atoli ziemianie zawartą między sobą umowę[356] umocowali listami i pieczęciami swemi i wyznaczyli posłów do Wiślicy na inny zjazd[357], który tam się miał odbyć i odbył się rzeczywiście na Ś. Mikołaj[358], — a miał być złożony z Krakowian, Sandomierzan i posłów wszystkich ziem polskich.
Na ten zjazd, odbyty w obecności margrabiego Zygmunta, oraz wspomnianych arcybiskupa i Domarata, przybyło uroczyste poselstwo od królowej węgierskiej Elżbiety, mianowicie biskupi A. i B.[359], którzy złożyli ziemianom dziękczynienie za to, że tak niewzruszenie dochowywali przyrzeczeń wierności, danych niegdyś jej córkom, a zarazem upominali ich, aby nikomu innemu, nawet margrabiemu Zygmuntowi, hołdu wierności nie składali. Uradowani temi słowy posłów wszyscy ziemianie odstąpili margrabiego i niedozwolili mu już odtąd pod żadnym pozorem wejść ani do miasta, ani do zamku krakowskiego, ani do innych miast królestwa. Arcybiskup gnieźnieński, Bodzanta, i Domarat, widząc, że nadzieje ich prawie całkowicie spełzły na niczem, starali się zbliżyć do ziemian, przyczem Domarat oświadczył gotowość usprawiedliwienia się przed nimi z czynionych mu zarzutów; wszelako ziemianie żadnych usprawiedliwień jego przyjąć nie chcieli, dopóki nie ustąpi ze starostwa wielkopolskiego.
Tym sposobem margrabia razem ze swoimi niemądrymi doradcami musiał ze smutkiem odjechać z Polski do swojej świekry do Węgier.


65. O napadzie Bartosza na zamek kaliski.

Po tych wypadkach, wzmiankowany pan Bartosz, idąc z Mazowsza z zamiarem opanowania zamku kaliskiego, podszedł do niego z ludźmi Ziemowita, księcia mazowieckiego; w nocy z piątku na sobotę, w wigilię Ś. Tomasza Apostoła[360], niektórzy z jego ludzi, przystawiwszy drabiny, zaczęli wchodzić na mury, jakiś zaś majster rzemieślnik[361] świdrem zrobił otwór w bramie, która prowadziła z zamku w stronę młyna, a następnie zaczął przepiłowywać piłą, podziurawioną w wielu miejscach i w różnych kierunkach furtę tej bramy, chcąc w niej zrobić otwór do wejścia. Lecz że z Boskiego zrządzenia księżyc świecił tej nocy bardzo jasno, musiał więc Bartosz czekać jego zachodu, ażeby mieć cień pod zamkiem. Tymczasem, gdy tamten majster zaczął, jak powiedziano, piłą koło furty pracować, piekarz zamkowy, wypadkowo przechodząc tamtędy z siekierą dla narąbania drew do pieczenia chleba, usłyszał zgrzyt piły i, ostrożnie podszedłszy, ujrzał ją poruszaną tam i napowrót ręką pracującego majstra; więc podniósłszy swoją siekierę, zgiął tę piłę. Majster, nie mogąc jej wyciągnąć, rzekł do otaczających: „Nie wiem, co się stało z piłą, że nie mogę jej wyciągnąć“; ci zaś mówili: „spiesz się z robotą, bo już dnieje.“ Co usłyszawszy, ów piekarz zaczął wołać: „nieprzyjaciel! nieprzyjaciel!“ Na ten krzyk, zbudzeni mieszkańcy zamku porwali broń i rzucili się odpędzać nieprzyjaciela, lecz ten uszedł tak prędko, że żadnej mu straty zrządzić nie zdołali[362].
Tego samego dnia[363], wzmiankowany pan Bartosz ze Złotej, widząc, że nie będzie mógł opanować zamku kaliskiego, powziął myśl zdobycia innych miejsc warownych i zaraz z wielką zuchwałością odebrał Koźminiec, swoją własną warownię, którą niedawno przedtem był utracił; następnie ruszył do Chodcza, obwarował częstokołem dom, który zmarły król Kazimierz zaczął był murować i, zostawiwszy w nim część swoich ludzi, przeszedł przez most na rzece Prośnie, przez siebie umyślnie w tym celu zbudowany, i udał się do Koźmina, w zamiarze odzyskania miasta tego i zamku. Gdy jednak dopiąć tego nie mógł z powodu dzielnej obrony osadzonych w tym zamku przez Domarata zbrojnych ludzi, cofnął się do pewnej warowni, zwanej Parsk, własności niejakiego Michałka Tomaszowica, dziedzica z Ostroweczna, którą więcej niż przez ośm dni oblegał, — a to z powodu, że ów Michałko był stronnikiem Domarata. Trwało to oblężenie dotąd, aż Michałko, nie mogąc się dłużej opierać, Domarata opuścił i przeszedł na stronę ziemian[364].


66. Jak i dlaczego Wincenty, wojewoda poznański, wespół z (wielko-)polskimi ziemianami przystąpił do oblężenia miast królewskich.

Roku pańskiego 1383-go, gdy się często wzmiankowany Domarat upewnił i zrozumiał, że ziemianie pod żadnym pozorem nie chcą go mieć za swego starostę i w samej rzeczy za takiego nie mają, albowiem wydali już najsurowsze rozkazy, aby nikt się nie ważył ulegać mu jako staroście, płacić mu jakichkolwiek podatków lub kar, albo stawać na sąd jego i przyjmować jego wyroków — a to pod utratą głowy i czci, — miał on czoło, jako człowiek niezupełnie zdrowego rozsądku, wygadać się, że do miast i zamków królewskich, będących w jego posiadaniu, zawezwie Sasów, Czechów i Kaszubów, sprzymierzeńców i poddanych margrabiego, a ci wygonią szlachtę z jej domów, uwiężą opornych, a dobra ich spustoszą, — i groził, że cały kraj tak zniszczy, iż po dwustu latach nie będzie mógł się jeszcze podźwignąć.
Gdy tego rodzaju próżne i nierozsądne słowa doszły do wiadomości panów (wielko-)polskich, przestraszyli się oni niewymownie ich skutków, aczkolwiek wątpliwych, i, natychmiast zebrawszy liczne wojsko, z wojewodą swoim poznańskim, Wincentym z Kępy, w towarzystwie Bartosza z Mazowszanami, podstąpili najprzód w najbliższą niedzielę, w oktawie Objawienia Pańskiego[365], pod miasto Pyzdry. Po czterodniowem z górą oblężeniu, mieszczanie weszli z nimi w umowę i, otworzywszy bramy, wpuścili ich do miasta. Ci, gdy tam weszli, zaczęli oblegać zamek, którego załoga w ciągu trzech dni mężnie się broniła; lecz w końcu nie mogąc się dłużej, wskutek braku żywności, szczególniej wody i karmu dla koni, utrzymać, zawarła umowę i zamek ziemianom oddała, sama zaś z końmi i orężem wolno z niego wyszła[366]. Zdarzyło się, przedtem niż miasto było oddane ziemianom, że pewien puszkarz Bartosza wyrzucił z powietrznej piszczeli[367] kamień do bramy miejskiej, który, przebiwszy dwa jej zamknięcia, uderzył w przyglądającego się temu, a stojącego po drugiej stronie bramy, plebana z Bechowa, Mikołaja, z tak wielką siłą, iż od tego uderzenia padł on i natychmiast wyzionął ducha. — Zaraz po wzięciu Pyzdr, mianowicie nazajutrz, w dzień Pryski dziewicy[368], ziemianie zwinęli obóz i bardzo śpiesznie odeszli do miasta Kalisza, Sędziwoja zaś Świdwę, kasztelana nakielskiego, z pięćdziesięciu kopijnikami[369] posłali do miasta Poznania. Mieszkańcy bowiem obu tych miast, — jakoteż i innych, — zawiadomili przez posłów wojewodę Wincentego i innych ziemian, znajdujących się natenczas około Pyzdr, że oni także nie życzą mieć Domarata za swego starostę i chcą się z ziemianami połączyć[370]. Przytem mieszczanie poznańscy prośbą i błaganiem zmusili Domarata do opuszczenia miasta; atoli on, ustępując, oddał straż zamku poznańskiego Przedpełkowi ze Staniszewa, kasztelanowi międzyrzeckiemu, zamku zaś kaliskiego — niejakiemu Janowi z Łąkoszyc, kasztelanowi łęczyckiemu.

67. Jakim sposobem wojewoda poznański Wincenty zamek kaliski zdobywał.

Tegoż czasu, w dzień ŚŚ. Męczenników Fabiana i Sebastyana[371], Wincenty z Kępy, wojewoda poznański, wkroczywszy z ziemianami do miasta Kalisza, zaczął oblegać zamek kaliski, który ludzie Domarata, starosty (wielko-)polskiego, trzymali w imieniu Maryi, córki króla węgierskiego, mężnie go broniąc. Gdy tak między sobą się kłócono, a wsie kościelne, tak arcybiskupie jak klasztorne, w okolicy miasta Kalisza leżące, okropnie pustoszono, nadciągnął Konrad, książę szląski i pan na Oleśnicy, z trzystu kopijnikami, wezwany przez Dzierżka z Giwna, kasztelana gnieźnieńskiego, brata Domarata, i chciał wejść do zamku kaliskiego. Lecz że bramy jego przed nim zamknięto, więc nie będąc w stanie wypełnić zamiaru, dla którego przyszedł, a przez wojewodę Wincentego odparty, powrócił do domu niezadowolony złorzecząc owemu kasztelanowi gnieźnieńskiemu[372].


68. Co robił Świdwa, kasztelan nakielski, wszedłszy do miasta Poznania.

Tegoż dnia kasztelan Świdwa, wkroczywszy do miasta Poznania, dostał się za pomocą drabiny przez okno do wielkiej drewnianej izby[373], pod zamkiem poznańskim stojącej, i postawił w niej straż zbrojną, w tym celu, aby nikt z zamku nie mógł przyczyniać mieszczanom niepokoju; wszelako nie mógł przez to przeszkodzić załodze, że przez bramy zamkowe wychodziła nazewnątrz w pole i żywność tam zrabowaną wnosiła do zamku. Tym sposobem ani on, ani mieszczanie nie mogli wyrządzić oblężonym w zamku żadnej szkody, a tylko (Świdwa) pustoszył wsie kościoła poznańskiego, szczególnie kapituły; między niemi nieludzko spustoszył i dwie wsie moje, mianowicie Jankowo i Michowo, które trzymałem od kapituły. Nareszcie, kiedy wielu zaczęło go strofować, że tak po nieprzyjacielsku nastaje na pustoszenie dóbr kościelnych, posiadłości zaś swoich przeciwników obawia się ruszać, i gdy namawiano go, aby zaprzestał niszczyć dobra kościelne, Świdwa napadł na wsie starosty Domarata, Pierzchno i Kromolice, oraz niektóre inne, należące do stronników tegoż starosty, i nieustannie je pustoszył. Ze swej strony Domarat z Międzychostu, Wielunia, Międzyrzecza, Zbąszyna i Kiebłowa, oraz Grzymała z Oleśnicy kostrzyński i Andrzej ze Świeradowa kamieński kasztelanowie, a także Wierzbięta ze Smogulca i Teodoryk z Margunina, wypadając z zamku nakielskiego, który im Domarat powierzył, jako też wielu innych z Łabiszyna, synowie i bracia Alberta, wojewody kujawskiego, i Hektora, niegdyś sędziego kujawskiego z Pakościa, — nieustannie po nieprzyjacielsku grabili i pustoszyli ziemie polskie w okolicach Gniezna, Klecka, Swanowa, Żnina i Kiszkowa, około Wronek, Szamotuł, Buka i Grodziska, biorąc ludzi w niewolę i ogałacając z przyodziewku niewiasty, żony szlachty i biedaków. — Pewnego dnia, mianowicie we wtorek 10-go marca, wypadli z Nakła i, jak wrogowie, nie zaś współziomkowie, spustoszyli Mikołajowi z Chomiąży, sędziemu kaliskiemu, sześć wsi, położonych około Żnina, gdzie zabrali nietylko konie i bydło, lecz i resztę inwentarza, wszystkie zaś sprzęty domowe zawieźli do siebie na wozach, zagrabionych włościanom, pozostawiając na miejscu tylko płód bydlęcy, który bez pokarmu matek musiał wyginąć. Inni ziemianie nocami popełniali po złodziejsku niezliczone grabieże. Tym sposobem nikt nie mógł uniknąć strat i łupiestwa: bo kto był po stronie ziemian, tego grabili Grzymalici ze swymi wspólnikami, wypadając z wyżej wzmiankowanych zamków; tych zaś, którzy sprzyjali Domaratowi, grabili znowu Nakielanie, a reszta cierpiała również od nocnych złodziejstw i rabunków; rozboje zaś działy się nawet na publicznych drogach. — Zdarzyło się dnia 9 lutego, nazajutrz po niedzieli „Invocavit“, że gdy pewni kupcy[374] z różnych stron, przybyli z Torunia, w poniedziałek dnia rzeczonego rano wyruszyli z Gniezna do Poznania, jeden taki łotrzyk, Jan Gałązka, z bandą zebraną napadł na nich na drodze publicznej około wsi Woźników. Kupcy mężny stawili opór, lecz że się temi pięciu wozami, które mieli z sobą, obwarowali nazbyt ciasnem kołem, przeto swobodnie bronić się nie mogli. Pomimo to zabili dwóch rabusiów, jednego imieniem Szelantala; lecz łupieżcy zabili także dwóch kupców, dzielnie broniących siebie i swego mienia; pochowano ich u braci Minorytów w Żninie. Rozbiwszy kupców tak niegodziwie, łupieżcy zrabowali im konie, pieniądze i rzeczy, które mogli zabrać, i uciekli, ujrzawszy, że na pomoc kupcom idą kmiecie z Woźnik. — W tydzień potem, nazajutrz po niedzieli „Reminiscere“[375], kilku łupieżców z Łabiszyna, z Pakości i z innych miejsc, utworzywszy bandę, napadło około Powidza w celu rabunku na wozy, idące z różnych miast Polski. Za pierwszym napadem rabusie zabrali kilka koni; lecz w powtórnym napadzie, kupcy, zebrawszy siły, odparli ich i wielu niebezpiecznie ranili, syna zaś Bogusława z Piłatowa na miejscu zabili, — poczem weseli, chwaląc Boga za zwycięztwo nad złymi, cało powrócili do domu, uprowadzając konia owego syna Bogusławowego, wartości 30 grzywien, oraz innych koni pięćdziesiąt, nierównie od ich własnych koni lepszych. W podobny sposób, dwa lata temu, pewien Mazowszanin, syn Naszuta, kasztelana wiskiego, był podczas takiego łotrostwa, pomiędzy Dobrą a Uniejowem, zabity przez pewnego mieszczanina z Łęczycy.

69. O potyczce Domarata z ziemianami.

W kilka dni później starosta Domarat, przybywszy z Pomorzanami, Kaszubami i Sasami, złupił najpierw miasto Wronki i wiele wsi w tymże powiecie, a potem, ciągnąc przez kraj i wszystko po drodze pustosząc, przybył do pewnej, zwanej pospolicie Piotrkowicami, majętności kasztelana nakielskiego, Świdwy, około Szamotuł, miasta, należącego również do tego kasztelana, i w niej się rozłożył, niszcząc wspomniane miasto okropnie. O tym najeździe Domarata ani Świdwa, ani ziemianie nic nie wiedzieli; wszakże Świdwa, skoro tylko usłyszał o zebranych przez Domarata ludziach i srogich jego napadach, posłał potajemnie do Kalisza i do Pyzdr po Bartosza z Odolanowa i po N., kasztelana szremskiego, aby mu śpiesznie przybyli z pomocą, lecz w najściślejszej jak tylko można tajemnicy. Wezwani stawili się w Poznaniu w sobotę przed niedzielą „Reminiscere“[376] i tejże nocy niezwłocznie z trzystu kopijnikami[377] do bitwy z Domaratem wystąpili. Aczkolwiek około północy dano znać Domaratowi, że nieprzyjaciel się zbliża i ma napaść na jego leże, jednakże on, nie wiedząc nic o przybyciu Bartosza i kasztelana szremskiego, a przekonany, że Świdwa nie ma dostatecznych sił, aby się odważyć na napad na niego, wiadomości tej nie uwierzył. Atoli rano w niedzielę „Reminiscere“, która była dniem 15-ym lutego, szpiedzy[378] Domarata, wracając do jego obozu, donieśli mu, że nieprzyjaciel już się gotuje do bitwy, i rzeczywiście, o brzasku dnia, prawie połowa wojska Domarata, nie zdążywszy nawet przywdziać na siebie, z powodu tak przyśpieszonej bitwy, zbroi, zabiegła — bezbronni razem z uzbrojonymi — nieprzyjacielowi drogę około swoich leż nocnych. Tam zetknąwszy się, zawzięcie bić się z sobą zaczęli; wszelako nieuzbrojeni Pomorzanie i Sasi, zaraz po natarciu, podali tył i uciekli. Kasztelan nakielski ze swoimi ludźmi gonił ich więcej niż dwie mile za Wronki i wielu z nich zabrał do niewoli. Byłby jednak ostrożniej i rozsądniej postąpił, gdyby jako zwycięzca pozostał na placu boju razem z Bartoszem. Bóg wszakże odebrał mu tę cześć, a nawet tego jeszcze dnia, aby wybujałą dumę jego i ludzi jego ukrócić, haniebnie poraził, niewątpliwie za napady i spustoszenia, czynione przezeń, jak wyżej powiedziano, w dobrach kościelnych[379]. Inni zaś ziemianie zawzięcie ścigali samego Domarata i jego ludzi, którzy w popłochu rozpierzchli się po polach; wielu z nich wzięli do niewoli pozabierali im konie i tyle broni, że z niej ułożyli kilka stosów nakształt gór. Wierzbięta ze Smogulca, ze swymi stu kopijnikami i pięciuset pieszymi, nie przybliżał się do placu bitwy, gdyż nocował około Obrzycka za rzeką Wartą i nic o wyniku walki nie wiedział[380]. — W bitwie tej padł ciężko raniony pewien szlachetny, wszelkiemi darami cnót nad podziw ozdobiony, młodzian, imieniem Trojan, syn Tomisława z Gołączy, niegdyś sędziego kaliskiego, i w najbliższy wtorek, w dzień Ś. Macieja apostoła[381] w Poznaniu zakończył życie. Zabito także Grzymka z Czenina, męża dobrego i szlachetnego, a i wielu innych, niestety, tak ze szlachty jak z ludu poległo także w tej bitwie.

70. O drugiej bitwie tego samego dnia[382] między nimi stoczonej.

Skoro tylko wieść o tej bitwie doszła do Wierzbięty ze Smogulca[383] i jego stronników, wnet zwinął on swój obóz i pośpieszył do miejsca spotkania; przybywszy tam, ziemian, których znalazł, zabrał do niewoli i nietylko pozabierał im ich własne konie i broń, ale odbił również broń i konie ludzi Domaratowych, których ci poprzednio do niewoli wzięli, poczem, jako zwycięzca, z honorem pozostał na polu bitwy. Wnet do niego ściągnęli pobici i rozbrojeni Domarat i brat jego Mroczko, razem z innymi ludźmi swoimi, tak wziętymi do niewoli jak i po polach rozpierzchłymi, i uradowani z tego zwycięstwa, nabrawszy sił i śmiałości, czekali na placu boju powrotu swych nieprzyjaciół, którzy się uganiali za Sasami. Wprawdzie kasztelanowi nakielskiemu i jego wojsku, wracającemu po rzezi, sprawionej przeciwnikom, doniesiono, że Wierzbięta razem z Domaratem oczekują jego przybycia na placu boju, jednakże on, mniemając, że rozproszył zupełnie hufce Domarata, śmiało naprzeciw niego kroczył i dopiero gdy zbliżywszy się ujrzał jego wojsko i poczuł, że w porównaniu z nim o wiele słabsze ma siły, przestraszył się i upadłszy na duchu, rzucił się do ucieczki, uważając odwrót, chociażby w nieładzie, za skuteczniejszy ratunek, niż wydanie bitwy. Podczas jego ucieczki wojsko Domarata i Wierzbięty położyło trupem lub wzięło do niewoli bardzo wielu ziemian. Sam zaś Sędziwój, kasztelan nakielski, z małą tylko liczbą ludzi ledwo umknął do pewnej twierdzy Dzierżka Grocholi, kasztelana santockiego, zwanej Ostroróg, zamierzając w niej stawić czoło wrogom. We dworze czyli we wsi tej warowni było wzięto do niewoli bardzo wielu szlachetnych i zamożnych Polaków, którzy się nie mogli dostać do samej twierdzy, a będąc prawie bezbronnymi, nie byli w stanie wrogom się opierać. Tam w Ostrorogu Domarat i Wierzbięta ze swem wojskiem przepędzili resztę dnia tego, zdobywając twierdzę, do której Świdwa ze swoimi ludźmi tak haniebnie uciekł; oblegali ją całą noc aż do rana i prawie cały dzień następny, ale ponieważ jej tak prędko zdobyć nie mogli, a przytem obawiali się nadejścia ziemian, o których myśleli, że są w Poznaniu, więc następnej nocy odeszli do miasta Oborników, weseląc się i tryumfując ze zwycięstwa. Z tego miasta, począwszy od wtorku, który był dniem 17-ym miesiąca lutego, aż do dnia 8-go miesiąca marca, wojsko Domarata czyniło bezustannie, po nieprzyjacielsku, grabieże, pożogi i łupiestwa po całej ziemi między Poznaniem, Bukiem, Wronkami a rzeką Wartą. Podobnież i inni pomocnicy Domarata ze wszystkich wyżej wspomnianych zamków i twierdz, szerzyli okropne spustoszenie po całej ziemi polskiej, jak gdyby chcieli ją swoją bezustanną grabieżą w niwecz obrócić.
W walce tej oba wojska wzywały imienia tego samego pana: bo i ziemianie zwoływali siebie imieniem Maryi, córki zmarłego króla Ludwika, a żony Zygmunta, margrabiego brandenburskiego, i Domarat ze swojem wojskiem również imienia tej pani wzywał. Jakaż więc była przyczyna tej wojny, kiedy wszyscy uznawali tego samego pana i w jego imieniu walczyli? Oto, zdaje się, mówiąc prawdę, nie było innej, jak tylko nienawiść walczących, zdawna wzajemnie ku sobie powzięta, i zapalczywość w tej nienawiści i zazdrości, które do walki popychały. Niektórzy bowiem z ziemian nie chcieli mieć Domarata za starostę dla tego, że jego zawiści przypisywali unieważnienie elekcyi Dobrogosta na arcybiskupa gnieźnieńskiego i Mikołaja na biskupa poznańskiego, o czem było wyżej. To była główna przyczyna, dlaczego nie chcieli go mieć za starostę, — ważniejsza zapewne od niesprawiedliwości, które miał często ziemianom wyrządzać. On zaś ze swojej strony uważał za wstyd dla siebie ugiąć się przed ich wolą; — a z tego tylko ziemia polska podlegała, niestety, niczem prawie nie dającemu się wynagrodzić spustoszeniu.

71. O zjeździe, odbytym przez szlachtę królestwa polskiego w Sieradzu w czwartek przed niedzielą „Laetare“.

Tymczasem, mianowicie w wigilię przedostatniego dnia miesiąca lutego[384], wspomniana wyżej starszyzna królestwa polskiego odbyła zjazd walny[385] w Sieradzu. Na zjazd ten Elżbieta, królowa węgierska, wdowa po królu Ludwiku, razem z córką jego Maryą, wysłały Mikołaja, biskupa wesprymeńskiego, i niektórych Węgrów, wespół z posłami polskimi, przybyłymi do niej, by donieść o buntach i rozdwojeniu, które takie niebezpieczeństwa na królestwo polskie ściągnęły, oraz błagać, ażeby dla uśmierzenia tych niezgód wyprawiła do nich córkę swą Maryę, razem z jej mężem, gdyż w przeciwnym razie Polacy będą zmuszeni pomyśleć o innych środkach zaradczych, głównie zaś o tem, aby mieć króla. Na tym zjeździe wspomniani biskup i Węgrzy zwolnili mieszkańców królestwa polskiego od wszelkich obietnic i hołdów wierności, złożonych tejże Maryi i jej mężowi i przyrzekli, że królowa Elżbieta przyśle im zaraz po Wielkiejnocy, dla ukoronowania na królową polską, młodszą córkę zmarłego króla, już przedtem Leopoldowi, księciu austryackiemu zaślubioną[386], z tym jednak warunkiem, że panowie polscy złożą naprzód pod przysięgą i na piśmie obietnicę, że niezwłocznie po koronacyi pozwolą jej odjechać na trzy lata do Węgier, do jej matki, na wychowanie. Nad powyższem postanowili Polacy namyślić się aż do soboty Białej[387] i na ten dzień sobotni wyznaczyli termin mającej się dać posłom odpowiedzi[388].

72. Jakim sposobem oddany został ziemianom zamek kaliski.

W niedzielę „Laetare“, w dzień 1-go marca, wojewodowie Spytek krakowski i Sędziwój kaliski, oraz kasztelan zawichoski Mikołaj z Bogoryi i Krzesław Szczekocki, przybywszy z owego zjazdu[389] sieradzkiego do Kalisza z listami królowej, ułożyli się z obleganą przez ziemian załogą zamkową o oddanie im zamku imieniem królowej pani. Wojewodowie ci i ich towarzysze chcieli również wejść w posiadanie i wszystkich innych zamków i miast (wielko-)polskich, lecz ziemianie ich do tego zgoła nie dopuścili. W końcu, po pewnem nieporozumieniu ztąd wynikłem, obie strony zgodziły się oddać zamek, miasto i ziemię kaliską w zarząd Janowi, kasztelanowi kaliskiemu. Owi zaś wojewodowie pośpiesznie udali się do Węgier do królowej, wyprawiwszy Mikołaja Zawichoskiego i Krzesława do Poznania, dla zawarcia rozejmu pomiędzy starostą Domaratem a ziemianami. W niedzielę „Judica“, dnia 8-go marca, w Starczynowie, wsi kapituły poznańskiej, i w Radzimie obie strony — przedzielone rzeką — ustanowiły rozejm pod pewnemi warunkami do dnia Ś. Jana Chrzciciela roku bieżącego[390]; niemniej jednak pan Domarat zatrzymał zamek poznański — nie zaś miasto — i inne zamki królewskie, miasta i miasteczka[391]. Niechże się teraz raduje nieszczęsna zawiść, która, chcąc zrzucić Domarata ze starostwa, porodziła nikczemnie na swoją zgubę, jak ów gad jadowity[392], spustoszenie całej ziemi! Nie dziw, że do sieci, które dla innych z nienawiści zastawili, sami jedynie się wplątali.

73. O rzezi, sprawionej pomiędzy Grodziszczem i Kiebłowem.

Tymczasem w piątek, 6-go dnia wspomnianego miesiąca[393], bracia A i M., dziedzice Płaszkowa, — którym rzeczony Domarat oddał w zarząd zamek Kiebłów na ich utrzymanie, — połączywszy się z mieszkańcami zamku Zbąszyna, napadli i zrabowali pewne wsie około Grodziszcza. Gdy po dokonaniu tego wracali do domu, mieszkańcy grodziscy razem z sąsiednimi kmieciami dognali ich, odebrali nieprzyjacielowi całą zrabowaną zdobycz i do ucieczki go zmusili. Nie zadowalając się odebraniem łupu, puścili się w pogoń za nieprzyjacielem, chcąc go położyć. Ten jednak, widząc się tak przyciśniętym, czemprędzej wysłał posłów do wspomnianego zamku, prosząc załogę o pomoc. Zamkowi niezwłocznie pośpieszyli im na pomoc, co ujrzawszy mieszkańcy Grodziszcza zaraz rzucili się do ucieczki; nieprzyjaciel pognał za nimi i wielu uciekających nieludzko położył, tak iż zabił więcej niż stu sześćdziesięciu, oprócz wziętych do niewoli i ranionych, z których wielu w krótkim czasie z otrzymanych ran zakończyło życie.

74. O zdobyciu zamku Drohiczyna.

W tymże czasie, książęta litewscy, przybywszy z licznem wojskiem, opasali i zaczęli oblegać zamek Drohiczyn, który niedawno przedtem opanowali książęta mazowieccy. Trzymał go natenczas pewien mąż, imieniem Sasin, marszałek księcia mazowieckiego, który, wiedząc, że w zamku mało ludzi, przybył z trzydziestoma kopijnikami, i pewną liczbą kuszników[394], szybkim biegiem mężnie przerznął się przez środek obozu litewskiego i dotarł aż do zamku; gdy go tam poznano, otworzono mu pośpiesznie bramę i wpuszczono. Przez kilka dni mężnie bronił on zamku, aż niejacy Rusini, którzy się z nim znajdowali, podłożyli ogień i zamek podpalili, sami zaś, zeskoczywszy z murów zamkowych, uciekli do wojska litewskiego. Wtedy marszałek, wyszedłszy z zamku z częścią swoich ludzi, dopóty bił się z nieprzyjacielem, aż książęta litewscy zabrali go do niewoli; reszta ludzi w wielkiej liczbie zginęła, niestety, od ognia i miecza.

75. O zjeździe[395] odbytym przez ziemian w Sieradzu.

Gdy nadeszła sobota Biała, dnia 28-go miesiąca marca[396], panowie królestwa zjechali się w Sieradzu, jak powiedziano wyżej, dla wysłuchania odpowiedzi królowej węgierskiej i dania jej nawzajem swojej. Na tym zjeździe wielu panów królestwa spodziewało się, że Ziemowit, książę mazowiecki, będzie ogólnie na króla polskiego — jak tego sobie życzyli — obrany. I w rzeczy samej, kiedy Bodzanta, arcybiskup gnieźnieński, w kościele sieradzkim w obecności całego tłumu szlachty, donośnym głosem zapytał, czy chcą mieć królem polskim Ziemowita, księcia mazowieckiego, — wielu obecnych krzyknęło: „Chcemy, chcemy i prosimy, aby przez was, panie arcybiskupie, był na króla polskiego koronowany!” Aliści niespodzianie, jeden ze szlachty, Jaśko z Tęczyna, kasztelan wojnicki, syn Andrzeja, niegdyś wojewody krakowskiego z Tęczyna, nakazawszy milczenie, przemówił temi słowy: „Bracia szlachta![397] Nie godzi się wam tak śpieszyć z obiorem księcia, winni bowiem jesteśmy dotrzymać obietnicy wierności, którą daliśmy Jadwidze, córce króla węgierskiego, Ludwika. A zatem, jeżeli na najbliższe święto Zesłania Ducha Ś. ma ona przyjechać, a będzie chciała pozostać z nami ze swym mężem i rządzić jako pani, — poczekajmy do jej przybycia, i dopiero w przeciwnym razie zaczniemy myśleć o książęciu dla siebie, jak to niegdyś było pomiędzy zmarłym Ludwikiem a nami ułożone i właściwemi umowami tudzież listami stwierdzone.” Tę mowę jego prawie wszyscy jednogłośnie pochwalili i dali następującą odpowiedź posłom węgierskim, biskupowi wesprymeńskiemu i N. rycerzowi: iż jeśli wspomniana królowa pani węgierska młodszej swej córki Jadwigi na nadchodzące święto Zesłania Ducha Ś.[398] nie wyprawi lub nie przywiezie do Krakowa, w tym celu, aby aż do śmierci sprawowała rządy w królestwie polskiem, to (ziemianie polscy) będą się odtąd uważali za wolnych od wszelkich obietnic; oprócz tego żądano, aby królowa pani znowu połączyła z królestwem polskiem ziemię ruską, oraz wcieliła do tegoż królestwa i jego korony, przywróciwszy do stanu pierwotnego, księstwa: dobrzyńskie, kujawskie, wieluńskie, i zamki z miastami: Ostrzeszów, Bolesławiec, Krzepice, Kłobucko, Częstochowę, Olsztyn i Bobolice, które mąż jej, Ludwik, król węgierski i polski, księciu panu Władysławowi opolskiemu (który na owym zjeździe był obecny i na nim za to, że nie chciał się zgodzić na elekcyę Ziemowita, księcia mazowieckiego, którego siostrę rodzoną miał za żonę, miał być uwięziony), nadał i odstąpił, — w przeciwnym bowiem razie z pełnym rozmysłem przystąpią do obioru nowego króla, nie zważając na żadne układy, wbrew temu zawarte.

76. O zjeździe mieszkańców królestwa[399], odbytym w Sączu.

W dzień więc Zesłania Ducha Ś., 10-go miesiąca maja, tegoż roku[400], starszyzna królestwa polskiego[401] zjechała się w Sączu, oczekując, stosownie do przyrzeczeń posłów, o których było wyżej, przyjazdu królowej z córką Jadwigą. Tam przybył do nich Sędziwój, wojewoda kaliski, z niektórymi rycerzami węgierskimi, i imieniem królowej prosił ich, aby raczyli pojechać do niej do Koszyc, twierdząc, że z powodu wezbrania wód, królowa z córkami do Krakowa, dokąd miała być przez ziemian odprowadzona, przyjechać nie może; gdyby jednak do prośby tej nakłonić się nie chcieli, wtedy królowa, aczkolwiek niechętnie, narażając się na niebezpieczne wypadki, przybędzie ze swoją córką do Krakowa. Ziemianie, w nadziei otrzymania od królowej bogatych podarunków, przekreślili wszystkie dawne traktaty i umowy i, otrzymawszy bezpieczeństwo przejazdu tam i z powrotem, pojechali do Koszyc, gdzie obałamuceni skromnemi wprawdzie podarunkami, ale za to świetnemi obietnicami, zawarli z królową panią nową umowę, tej treści, że Jadwiga, — którą oni natenczas uznali za swoją królową — w najbliższy dzień Ś. Marcina[402], ma być bez żadnej dalszej zwłoki ostatecznie koronowaną na królową polską; w razie gdy po ukoronowaniu umrze bezdzietnie, wówczas siostra jej, Marya, żona margrabiego, o którym była wyżej mowa, ma po niej nastąpić w obydwóch królestwach, polskiem i węgierskiem i odwrotnie, gdyby Marya, królowa węgierska zeszła ze świata bezpotomnie, siostra jej, Jadwiga, ma nastąpić w królestwie węgierskiem; chciano bowiem, aby obydwa te królestwa były połączone, dopóki obie wspomniane panie, albo jedna z nich, nie będą miały synów, z których jeden nastąpiłby w jednem, drugi — w drugiem królestwie. Ustawę[403] tę, bez wiedzy innych obywateli królestwa, a nawet pomimo ich zakazu, ułożyli, tudzież listami i pieczęciami swoimi umocnili Wincenty z Kępy poznański, Sędziwój z Szubina kaliski, Spytek z Chorzowa[404] krakowski — wojewodowie, Dobiesław z Kurozwęk krakowski, Jaśko z Tarnowa sandomierski i Domarat poznański — kasztelanowie, wespół z inną szlachtą, bez zwracania żadnej uwagi na sprzeciwianie się reszty obecnej tam szlachty. Jakie niedogodności i jakie klęski ustawa ta królestwu polskiemu przyniosła, opisze się niżej.

77. O Ziemowicie, księciu mazowieckim, i o Bodzancie, arcybiskupie gnieźnieńskim.

W tymże czasie, dnia 7-go wzmiankowanego miesiąca i roku, w wigilię Ś. Stanisława[405], przybył do Krakowa Bodzanta, arcypasterz gnieźnieński, mając w swoim orszaku Ziemowita, księcia mazowieckiego[406], o czym wszakże jego Mazurzy i wspomniany Bartosz rozgłosili. Ponieważ zaś arcybiskup, — który osobiście powinien był być obecnym na zjeździe sądeckim, — przyprowadził z sobą około pięciuset kopijników tego księcia, więc krakowianie, obsadziwszy bramy miejskie, nie pozwolili im wejść do miasta. Dwie noce gościli oni we dworze proboszcza od Ś. Floryana, który to dwór wybudował z dość dużym nakładem tenże arcybiskup, gdy był tam proboszczem. Atoli niektórzy z ziemian i mieszczan wspomnianych, przekonawszy się, że książę Ziemowit ukrywa się w mieszkaniu arcybiskupa, zażądali przez posłów od arcybiskupa i owych ludzi, aby niezwłocznie od miasta odstąpili, grożąc, że w przeciwnym razie wystąpią przeciw nim zbrojnie, cokolwiekbądźby przedsiębrali. Wskutek tego, przez całą noc w przeddzień Zesł. Ducha Ś.[407] ludzie książęcy, uzbroiwszy się i wsiadłszy na konie, czatowali przy drzwiach dworu, pilnie strzegąc, aby nie uczyniono jakiegokolwiek gwałtu przeciwko księciu i arcybiskupowi; a gdy nastał poranek, odeszli do miasta Proszowic, a potem do Korczyna, gdzie pozostawali więcej niż dwa tygodnie.

78. Dlaczego książę Ziemowit ukrywał się, przybywszy pod Kraków.

Przyczyna zaś przybycia księcia Ziemowita do Krakowa i jego ukrywania się była ta, że widząc, iż niektórzy obywatele, i to prawie co najmożniejsi, nie chcą odstąpić córki króla Ludwika, o ile umowy z nimi będą zachowywane, i pragną ją mieć swoją królową, umyślił za radą kilku życzliwych mu ziemian, porwać gwałtem ową panienkę Jadwigę, córkę królewską, w chwili, kiedy ją będą wieźli do Krakowa na koronacyę, i natychmiast kazać koronować siebie na króla, a ją na królową Polski. Atoli zamiar ten, chociaż potajemny, rozgłosili i ujawnili nie tylko bliżsi, lecz i dalsi. Otóż, czy to z powodu owej zasadzki na księcia, czy też z innej przyczyny, — niewiadomo, — koronacya owej panny została, jak już powiedzieliśmy, odroczoną.

79. O zdradzieckim wydaniu ziemi kujawskiej.

Gdy[408] się książe Ziemowit dowiedział o odroczeniu przyjazdu i koronacyi córy królewskiej i o tem, że rycerz Ścibor, syn Moszczyczona, został zamianowany przez królową węgierską starostą kujawskim i dąży z Węgier dla objęcia w posiadanie swojego starostwa, — posłał najpierw do Kujaw rycerza Krzesława, syna Dobiesława z Kościoła, kasztelana kruszwickiego, razem z Abrahamem Sochą, wojewodą płockim, dla zajęcia zamku brzeskiego, licząc na przychylność Piotra Małochy, starosty kujawskiego, niegodziwego zdrajcy tej ziemi, który należał do stronników księcia i, puściwszy w niepamięć tak dobrodziejstwa od zmarłych królów otrzymane, jak i cześć własną, obiecał mu wydać zamek brzeski. I rzeczywiście, nazajutrz po Bożym Ciele, w dniu 22-im miesiąca maja, Dzierżek, bratanek Jarosława, niegdyś arcybiskupa gnieźnieńskiego, a zięć owego Piotra Małochy, natenczas dowódca tego zamku, wprowadził do niego Krzesława, wojewoda zaś Abraham zajął miasto i twierdzę Kowale[409].

80. Jakim sposobem wszedł Ścibor do miasta Brześcia.

W tymże czasie powracający z Węgier Ścibor, dnia 26-go wspomnianego miesiąca[410], odbywszy zjazd[411] z ziemianami, którzy odmówili przyłączenia się do księcia mazowieckiego, wszedł do miasta Brześcia, gdzie mieszczanie, którzy się bali księcia jak pioruna, z radością go przyjęli. Tam pozostawał Ścibor dni kilka, dopóki wojsko księcia ze wspomnianym wojewodą Abrahamem nie rozłożyło się obozem przed miastem; wtedy, zawarłszy z wojewodą umowę, Ścibor z miasta ustąpił. Po jego wyjściu, Piotr Małocha, starosta kujawski i zdrajca, wpadł z Mazowszanami przez zamek do miasta i uwięził przedniejszych mieszczan, złupiwszy niegodziwie ich z mienia[412].

81. O zdradzieckiem wydaniu zamku kruszwickiego.

W kilka dni potem, wojewoda Abraham, zająwszy zdradą, jak powiedziano, zamek i miasto Brześć, otoczył wojskiem księcia mazowieckiego zamek kruszwicki. Tutaj użył on także podstępu: gdy bowiem zeszłego wielkiego postu, kasztelan kruszwicki Dobiesław, — o którym wyżej była wzmianka[413], — obległ z ziemianami ów zamek, stanęła pomiędzy nimi a owym zdrajcą, starostą Pietraszem, umowa, że ziemianie w imieniu córki królewskiej obejmą w posiadanie zamek kruszwicki, a następnie oddadzą go w zarząd Wojtkowi, synowi wspomnianego kasztelana kruszwickiego, kasztelanowi brzeskiemu, i Jakóbowi Kuligowi z Przywieczerzyna, zalecając im, aby nikomu, z wyjątkiem Domarata, królowej pani i córki jej, lub ziemian, zamku tego nie ważyli się oddawać; Wojtek zaś, kasztelan brzeski, na wyraźne zlecenie królowej pani, podczas bytności swej na zjeździe w Koszycach, obiecał bezzwłocznie oddać zamek kruszwicki rycerzowi Ściborowi[414]. Lecz pierwej nim wspomniany kasztelan brzeski powrócił na Kujawy, zamek ten, jak powiedziano, już był przez Mazowszan oblężony; mitrężył zaś kasztelan w drodze dłużej niż należało w tym celu, aby go nie posądzono o zdradzieckie wydanie zamku kruszwickiego. Nie potrafił jednak, niestety, dobrze ukryć chytrości i nędznego oszukaństwa, bo ujawniły je i odkryły poprzednie i najbliższe następne wypadki. Albowiem ojciec jego, tudzież rodzony brat, często wspominany Krzesław, z niektórymi ziemianami, kazali Januszowi Kuligowi oddać zamek Kruszwicę księciu mazowieckiemu, sami zaś, zawsze wierni jego stronnicy, zostali w mieście Brześciu. Tym sposobem, ku niemałej sromocie Kujawian, która z czasem przejdzie nawet na ich potomków, książę mazowiecki bez żadnej bitwy i oporu zajął całą ziemię kujawską.

82. O zjeździe odbytym w Sieradzu przez księcia Ziemowita, arcybiskupa gnieźnieńskiego i niektórych ziemian.

Po tem wszystkiem[415], książę Ziemowit kazał przez Lassotę ze Stawiszyna, stolnika kaliskiego, i P. zwołać całą szlachtę królestwa polskiego na dzień Ś. Wita 16 miesiąca czerwca, na zjazd[416] do Sieradza, obiecując zlać wiele dobrodziejstw na tych, którzy się stawią i zgodzą na oddanie mu rządów królestwa polskiego, tym zaś, którzy nie przybędą i nie przystaną na jego obiór, groził straszliwie pożogą i spustoszeniem. Jednakże większa i poważniejsza część obywateli bynajmniej na to uwagi nie zwracała i pogardliwie usunęła się od uczestnictwa w tym zjeździe, za nic nie chcąc mieć tego księcia swym królem. Pomimo to, arcybiskup i część młodszej szlachty, zgromadziwszy się w kościele braci zakonu kaznodziejskiego, podnieśli go do góry i okrzyknęli królem, i gdyby niektórzy z nich nie odradzili, byłby on wtedy przez arcybiskupa Bodzantę i biskupów Ścibora płockiego i Mikołaja kijowskiego z zakonu kaznodziejskiego, koronowany na króla polskiego.

83. O oblężeniu miasta Kalisza przez księcia mazowieckiego.

Dnia 19-go tegoż miesiąca i roku[417] często wspominani książę i Bartosz oblegli miasto Kalisz[418] i w kilka dni potem opanowali strażnicę[419], stojącą na polu poza miastem, w stronie Konina. Pomimo mężnego oporu, mieszczanie nie mogli się obronić i dostali się do niewoli; w bitwie tej zabito jednego młodziana. Tymczasem z drugiej strony miasta rozłożył się obozem Konrad, książę szląski i pan oleśnicki, który, mając z sobą trzystu kopijników, przybył księciu mazowieckiemu na pomoc. — Jemu też pod pewnemi warunkami oddał był Bartosz zamek Odolanów.

84. O zrabowaniu zamku królewskiego Gembicy.

Tymczasem kasztelanowie Grzymała z Oleśnicy kostrzyński i Wojtek ze Świeradowa kamieński, oraz Wierzbięta ze Smogulca, zebrawszy się w zamku nakielskim, przybyli ztamtąd, w niedzielę dnia 21-go tego miesiąca[420], pod Żnin do wsi Brzyskorzystew, należącej do klasztoru trzemeszeńskiego, i tu rozłożywszy się obozem, posłali do mieszczan żnińskich żądanie, aby miasto swoje i siebie samych poddali ich władzy i panowaniu, grożąc, że w przeciwnym razie spalą im folwarki[421], a miasto będą zdobywać; przytem upewniali ich, że arcybiskup obiecał Żnin i inne zamki kościelne odstąpić księciu mazowieckiemu, aby z nich sobie całe królestwo zawojował; wymagali oddania sobie miasta i dlatego jeszcze, ażeby ludzie owego księcia nie wyrządzali z niego szkód mieszkańcom królestwa. Ponieważ jednak mieszczanie twierdzili, że bez naradzenia się z arcybiskupem w żaden sposób uczynić tego nie mogą, więc tamci zgodzili się na rozejm z nimi do następnego czwartku i tejże nocy odesłali swe wojsko, które z ich rozkazu złupiło do szczętu miasto królewskie Gembicę, będące już w posiadaniu księcia mazowieckiego. Zdobycz z tego miasta i inne łupy zostały przez nich z niemałą radością odstawione do Nakła.

85. O zdobyciu zamku Kamień.

We czwartek, dnia 27-go tegoż miesiąca[422], Będzimir z Radzic[423] przybył z owym wojskiem nakielskim w towarzystwie Mikołaja Sampolborskiego, Jaśka Czadlińskiego z Wałdowa i Mikołaja z Zabdna z ich ludźmi, do Kamienia. Przedniejsi mieszczanie, zwiedzeni kłamliwemi zapewnieniami Będzimira i innych, że arcybiskup został ze swego arcybiskupstwa przez królową wygnany, pozwolili im wejść do miasta. Wszedłszy tym sposobem do Kamienia, aż do soboty silnie oblegali zamek; wkońcu załoga zamkowa, z powodu braku środków do obrony, dla ocalenia siebie i swoich, wydała na pewnych warunkach zamek Będzimirowi.

86. O umowie, zawartej pomiędzy arcybiskupem a Grzymałą i Wierzbiętą.

Tymczasem arcybiskup Bodzanta w niedzielę, dnia 28-go tegoż miesiąca[424], porozumiawszy się z Grzymałą i Wierzbiętą, pośpiesznie wszedł do Żnina i nagrodził ich 45 grzywnami groszy oraz oddał im na ten rok wszystkie dziesięciny w ziemi pałuckiej, do stołu jego należące, z warunkiem, aby za to strzegli dóbr kościelnych[425].

87. O spustoszeniu miasta Kwiecisowa.

Tegoż czasu, w sam dzień Kiliana, 8-go lipca, Michał z Kurowa z synem swoim Michałem i innymi spólnikami, przyszedłszy z Kruszwicy, złupili zupełnie miasto Kwieciszów i wieś Gorzeszów, zabrali wszystkie konie, bydło, wszystkie zwierzęta domowe i cały dobytek, nic ubogim ludziom nie zostawiając, i wszystko to odstawili do Kruszwicy. Następnie Sławecz, chorąży mazowiecki, przełożony zamku Kruszna, splądrował również wsie kapituły gnieźnieńskiej Złotkowo i Ostrowite. — Podobnież wojewoda płocki Abraham, będący podówczas starostą kruszwickim, złupił jednego dnia wsie kapituły gnieźnieńskiej: Parlino większe, Berlino, Parlino mniejsze, Niestromie i Biełki, i całą zdobycz uprowadził do Kruszwicy.

88. Jakiem podejściem wziął Żnin Domarat, kasztelan poznański[426].

Dnia 10-go miesiąca lipca, kasztelan poznański Domarat, powróciwszy z Węgier, przybył do arcybiskupa gnieźnieńskiego Bodzanty do Żnina, razem z teściem swoim Albertem, wojewodą kujawskim, Grzymałą, Wierzbiętą i mnóstwem innych swoich popleczników, i z początku potajemnie samemu tylko arcybiskupowi, następnie zaś głośno wobec wszystkich opowiadał, że królowej węgierskiej i jej zięciowi, margrabiemu brandenburskiemu, naprawdę doniesiono, jako arcybiskup przyrzekł otworzyć księciu mazowieckiemu wszystkie zamki kościelne i miasto Żnin, samego zaś księcia koronować na króla; że uwierzywszy temu, królowa i margrabia wyprawili do papieża posłów ze skargą na niego i usilną prośbą, aby złożył go z arcybiskupstwa, jako zdrajcę królestwa i winnego zbrodni krzywoprzysięstwa i obrazy majestatu. Otóż ażeby temu oskarżeniu kłam zadać, a zarazem oburzenie królowej ułagodzić, domagał się kasztelan, aby arcybiskup, w imieniu królowej i jej córki, oddał mu Żnin; w przeciwnym razie on, Domarat, będzie musiał wystąpić przeciwko niemu zbrojnie i napaść na dobra jego, zwłaszcza na miasto Żnin i jego powiat. Arcybiskup zapewniał pod przysięgą, że nigdy takich obietnic księciu mazowieckiemu nie dawał; pomimo to jednak Domarat upierał się przy Żninie. Wówczas arcybiskup rzekł doń: „Panie Domaracie, jeżeli w celu zrzucenia z siebie tego groźnego podejrzenia oddam tobie Żnin, wtedy nieprzyjaciele twoi spustoszą cały jego powiat; jeżeli zaś nie uczynię, czego żądasz, ty sam go ze swymi ludźmi spustoszysz. Widzę przeto jasno, że spustoszenie to nastąpi prędzej z twojej przyczyny, niż z powodu podejrzeń na mnie rzuconych“. — Następnie, po naradzie z niektórymi członkami swojej kapituły, która to narada trwała aż do następnego dnia, umyślił ustanowić rządcą Żnina Grzymałę, kasztelana kostrzyńskiego, a to w tym celu, aby uniknąć posądzenia, że ma zamiar wpuścić do miasta Żnina ludzi księcia mazowieckiego. Lecz gdy nazajutrz arcybiskup zawiadomił o tym Domarata i Grzymałę, ten ostatni odmówił zarządzania zamkiem bez Wierzbięty ze Smogulca. Tym sposobem obu im był zarząd Żnina i jego powiatu oddany, pod warunkiem, że wspólnie z tym miastem nie będą mogli żadnej wojny z kimkolwiek prowadzić, lecz obowiązkiem ich będzie jedynie o ile można prześladować złodziei: przytem zastrzeżono, aby nie zapisywali na rachunek kościoła żadnych szkód i wydatków, któreby miały go kiedyś obarczyć. Z jakim zamiarem żądali oni koniecznie Żnina, następne wypadki wyjaśnią.

89. O zjeździe[427] odbytym w Krakowie przez księcia i arcybiskupa z Krakowianami.

Nareszcie panowie[428] ziem krakowskiej i sandomierskiej, widząc, że wojska książąt Ziemowita mazowieckiego i Konrada śląskiego, znajdujące się w okolicy Kalisza, tudzież inni ich ludzie z rozmaitych zamków pustoszą nieustanną grabieżą królestwo polskie, a nikt im żadnej przeszkody nie stawia, — wysłali pisma do księcia Ziemowita mazowieckiego i do arcybiskupa gnieźnieńskiego Bodzanty, prosząc ich, aby po otrzymaniu listów bezpieczeństwa i zakładników, przybyli do Krakowa na drugi dzień po Ś. Jakóbie[429], dla wspólnego porozumienia się co do urządzenia królestwa i przywrócenia pokoju. Na ten zjazd wyruszył arcybiskup ze Żnina, pozostawiwszy w nim owego Grzymałę, w dniu 20 miesiąca lipca. Zjechawszy się, zawarli między sobą zawieszenie broni do następnego dnia Ś. Michała[430] i potwierdzili je poręką i listami[431].
Wskutek tego rozejmu został wspomniany książę mazowiecki z wielką szkodą dla siebie oszukany: pierwej bowiem, nim kazał w dniu 14 sierpnia wojsku swojemu odstąpić od oblężenia miasta Kalisza, nadciągnęło ku granicom krakowskim, z margrabią Zygmuntem brandenburskim na czele, prawie dwanaście tysięcy Węgrów, w broń i łuki opatrzynych[432], i rozłożyło się wielkim obozem w Starym Sączu, z wielką szkodą miejscowych ludzi, a to już 10-go dnia miesiąca sierpnia. Książę zaś Ziemowit, nic o ich przybyciu nie wiedząc, dopiero na trzeci dzień potem, w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi[433], ściągnął swe wojsko z pod Kalisza[434].
Z powodu tego przybycia Węgrów wynikły pomiędzy Krakowianami a Sandomierzanami dosyć znaczne nieporozumienia; jedni bowiem dowodzili[435], że trzeba uszanować zawarty z księciem Ziemowitem rozejm i umowę, inni znowu utrzymywali, że książę sam ten rozejm naruszył. Albowiem Bartosz, wbrew rozkazowi księcia, oblegał z jego wojskiem Kalisz jeszcze ośm dni z górą, — nie chcąc zachowywać rozejmu i podczas jego trwania ogromnie ziemię pustosząc, dopóki wreszcie książę, sam przybywszy, nie oddalił go. Mówiono więc z tego powodu, że książę nie zachowuje rozejmu, zwłaszcza, że ludzie książęcy z zamków kruszwickiego, brzeskiego, przedeckiego i innych, w ciągu niewielu wspomnianych dni, złupili srodze dobra kościołów gnieźnieńskiego i władysławowskiego, oraz ziemiańskie.

90. O zejściu Zbiluta, biskupa władysławowskiego.

W piątek, w ostatni dzień miesiąca lipca, czcigodny ojciec Zbilut z rodziny Pałuków[436], biskup władysławowski, od kilku lat już dotkliwie cierpiący na paraliż w ręce i nodze, w lewej części ciała, szczęśliwie w Panu zasnął w zamku swym w Raciążu[437]. Zmarły ten biskup wielce ozdobił dosyć kosztownemi gmachami dobra swojego kościoła i przezornie zostawił swojej kapitule obfite skarby w naczyniach srebrnych i złotych dla upiększenia kościoła i stołu biskupiego, w szatach pontyfikalnych do służby bożej, oraz w księgach i pieniądzach, — więcej niż wszyscy jego poprzednicy. Zamek w Starym Władysławowie[438], domy i dwory w Sobkowie i w Górze pod Gdańskiem na nowo z cegły wybudował, zamek zaś raciąski, przebudowawszy w nim dom, zaczął opasywać murem, lecz zaskoczony śmiercią pozostawił go nie ukończonym.
Po jego śmierci, krewni jego[439] przyprawili kościół o wielkie straty. Pogodą umysłu i hojnością wyróżniał się on z pośród wszystkich innych biskupów; na różnych zjazdach biskupów i książąt świeckich występował z wielką przystojnością, nie żałując wydatków na okazałość tak w służbie jak i w całem otoczeniu.
Dusza jego niech spoczywa w pokoju.

91. O oblężeniu twierdzy[440] Lossow.

We czwartek, w przedostatni dzień miesiąca lipca, Domarat, kasztelan poznański, razem z kasztelanami Andrzejem z Świeradowa kamieńskim i Grzymałą z Oleśnicy kostrzyńskim, tudzież z Wierzbiętą ze Smogulca i innymi swoimi stronnikami, zebrawszy ludzi z powiatów nakielskiego i żnińskiego, oblegli twierdzę Lossow, którą Arnold z Waldowa na nowo wybudował i obwarował. Przez ośm dni stali tam bez żadnego skutku i w końcu, zasmuceni, odeszli do Nakła, unosząc ze sobą ciało Janka, syna Przecława z Margonina, niegdyś sędziego poznańskiego, zabitego wypuszczoną z zamku strzałą, oraz spustoszywszy do szczętu i zniszczywszy ogniem miasto Markusza z Pamperzyna, zwane Wąsowna.

92. O wyborze Trojana z Garnka na biskupa władysławowskiego.

We środę, jedenastego dnia sierpnia, kapituła władysławowska zgromadziła się w zamku raciąskim. Aczkolwiek na elekcyę biskupa był wyznaczony dzień inny, jednakże kapituła, obawiając się przemocy ze strony Ziemowita, księcia mazowieckiego, który, jak wiadomo, zajął już ziemię kujawską, wolała elekcyę przyśpieszyć. Po dojrzałych i często wznawianych obradach, zgodzono się na trzech kompromisarzy[441], mianowicie na Teodoryka władysławowskiego, Trojana poznańskiego — proboszczów i Jana, archidyakona gnieźnieńskiego, wszystkich kanoników władysławowskich, którzy, ustąpiwszy na stronę, obrali wspomnianego proboszcza Trojana[442]. Wybór ten Bodzanta, arcybiskup gnieźnieński, w sam dzień Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi[443], w zamku swoim Uniejowie, władzą metropolitalną zatwierdził, lecz dopełnienia konsekracyi odmówił[444].

93. Jakim sposobem Drogosz, starosta sieradzki, zajął kasztelanię wolborską.

Po śmierci wspomnianego wyżej biskupa Zbiluta, starosta sieradzki, Drogosz, z rodu Pałuków[445], mając wątpliwość, czy brat jego Mikołaj z Chrobrza, kantor władysławowski, wychowywany od lat dziecinnych przez Zbiluta i jego poprzedników, biskupów władysławowskich, i bardzo szczodrze przez nich beneficyami kościelnemi obdarzony, będzie przez kapitułę na biskupa obrany, zajął zdradziecko kasztelanię wolborską. Niejaki bowiem Jakusz Kuczkowski, domownik jego, przybył do Wolborza, gdzie był przez Henryka K., kanonika władysławowskiego, prokuratora tej kasztelanii, po przyjacielsku przyjęty; kiedy siedzieli przy stole ucztując, słudzy Jakusza, za zgodą i pozwoleniem rzeczonego kanonika, — weszli do tamtejszej twierdzy, a wszedłszy, już wyjść nie chcieli. A chociaż słudzy Henryka i mieszczanie wolborscy chcieli i mogli nawet wspomnianego Jakusza i jego ludzi wyrzucić siłą ze dworu i twierdzy, jednak sam Henryk oparł się temu i zabronił czynić jakąkolwiek krzywdę zaborcom, co było powodem, że i jego podejrzewano o współudział w tej zdradzie. Wspomniany zaś Drogosz przez owego Jakusza nietylko wymagał różnych opłat od mieszkańców powiatu wolborskiego, lecz uciemiężał ich różnemi poborami[446], nakładając na ubogich ciężkie podatki; dobytek zaś, bydło i wszelki żywioł z folwarków biskupich spędzał i na swój użytek, ku pohańbieniu czci swojej, obracał, wyzbywszy się bojaźni bożej i uczciwości.

94. Jak Peregryn, starosta (wielko-)polski, pustoszył dobra kościelne.

Tymczasem Peregryn, rycerz z Wągleszyna, syn brata Floryana, niegdyś biskupa krakowskiego, otrzymawszy starostwo (wielko-)polskie[447], gdy już nie miał za co prowadzić swoim zwyczajem pijackiego życia, kazał ogłosić, aby się wszyscy ziemianie zjechali do pewnej wsi biskupa poznańskiego, około Miłosławia, w tym celu, aby iść dalej, do Kalisza, dla odparcia oblegających to miasto księcia Konrada i Bartosza. Gdy jednakże niewielu z nich przybyło, spustoszył kilka wsi, i z seciną kopijników poszedł dalej, do wsi klasztoru lubieńskiego, zapewniając, że chce odeprzeć Głogowian, którzy podówczas pustoszyli ziemię wschowską; nie posunąwszy się jednak ani na krok, spustoszył dobra kościelne i powrócił do Poznania.

95. Jakim sposobem książę Konrad otrzymał Poniec.

W tym samym czasie książę Konrad z niewielką ilością ludzi przybył pod Poniec, który to zamek Tomisław Wyszota, przełożony jego, oczywiście na mocy zawartej potajemnie umowy, oddał mu niezwłocznie bez żadnego oporu. Za to też Tomisław i brat jego byli przez starostę (wielko-)polskiego uwięzieni.

96. Jakim sposobem starosta (wielko-)polski odebrał Poniec.

Po kilku dniach, na żądanie i z porady wspomnianego Tomisława Wyszoty, starosta Peregryn, zebrawszy wojsko, pociągnął ku Pońcowi, pustosząc okrutnie wsie kościelne. Lecz nim doszedł do Pońca, ludzie książęcy, pozostawieni w zamku ponieckim, aczkolwiek mogli stawić opór, jednak nie doczekawszy się przybycia wojska, podpalili zamek i zadowoleni wrócili do domu. Starosta zaś, przystąpiwszy do odbudowywania tego zamku, spustoszył nieludzko prawie wszystkie wsie biskupa poznańskiego koło Krobi i Dolska, jak również wsie kustodyi gnieźnieńskiej Słup i Pampowo.

97. Jakim sposobem Bartosz rozproszył wojsko Polaków pod Winną Górą koło Miłosławia.

W dniu 2-im sierpnia, wspomniany starosta Peregryn kazał po raz drugi zebrać się wojsku polskiemu pod Winną Górą, wsią biskupa poznańskiego, zamierzając odeprzeć księcia Konrada i Bartosza od oblężenia Kalisza. Lecz Bartosz, dowiedziawszy się o dniu zwołania tej wyprawy, niewzywany, tajemnie tam pośpieszył i wszystkich, kogo znalazł, zabrał do niewoli; schwytał też wiele koni, broni i różnego sprzętu, i, nie utraciwszy żadnego ze swych ludzi, szczęśliwie do leż swoich powrócił.

98. O spustoszeniu Turka i Grzegorzewa.

W tymże czasie rycerz Ścibor, syn niegdyś Moszczyczona ze Ściborza, Kujawianin, oraz rycerze: Jan Oswaldów z Płomikowa i Krystyn z Kozich głów, starosta kolski, wyszedłszy z tego zamku (Koła), w różnych dniach straszliwie złupili Turek i Grzegorzewo z ich przyległościami; Bodzanta, arcybiskup gnieźnieński, był wtedy w zamku swoim Uniejowie i, aczkolwiek mógł, nie chciał stawić oporu.

99. O spustoszeniu powiatu żnińskiego.

Podczas gdy Domarat oblegał ze swymi ludźmi Lossow[448], Arnold z Waldowa razem z Pałukami i innymi swymi pomocnikami, zabrał niespodzianie stada ze Żnina i innych wsi i bezpiecznie uprowadził je do Gołańczy. A to dla tego, że ludzie z powiatu żnińskiego, z rozkazu Grzymały, oblegali twierdzę lossowską. Następnie wielka ilość zbrojnych ludzi, którzy przez nienawiść ku Domaratowi do niego (Arnolda) się przyłączyli, powielekroć plądrowała i pustoszyła ziemię nakielską.

100. O spaleniu miasta Łekna.

Grzymała razem z Wojtkiem, kasztelanem kamieńskim młodszym, urządziwszy zasadzkę pod miastem Łeknem, kazali chwytać i uprowadzać konie. Gdy zaś mieszkańcy miasta z pewną liczbą uzbrojonych ludzi rzucili się w pogoń za rabusiami, ci, wypadłszy z zasadzki, pognali za mieszczanami uciekającymi do miasta, i tym sposobem opanowawszy miasto ze szczętem je spalili.

101. O oblężeniu miasta Żnina.

Podczas gdy wojska Węgrów, Krakowian i Sandomierzan zachowywały się po nieprzyjacielsku w różnych stronach Mazowsza, starosta (w.-)polski Peregryn, za radą niektórych wrogów arcybiskupa gnieźnieńskiego, wspólnie z Wincentym, wojewodą poznańskim, kasztelanami: Dzierżkiem z Ostroroga santockim i Sędziwojem Świdwą nakielskim, Arnoldem z Waldowa i Pałukami, oraz innymi ziemianami, zebrawszy dosyć silne wojsko, przybył w niedzielę, dnia 6-go września, rano, pod Żnin i obległ go, szerząc straszne spustoszenie po okolicznych wsiach arcybiskupich. Nazajutrz rano, spaliwszy folwarki mieszczan, położone z obu stron miasta, obciążony bogatym łupem (odstąpił i) przenocował w Biskupicach, wsi arcybiskupiej. Następnego zaś dnia, w święto Narodzenia Najświętszej Panny[449], i nazajutrz, ciągnąc do Gniezna, straszliwie spustoszył resztę wsi arcybiskupa, kapituły i Grzymalitów. Przybywszy do Gniezna, wszyscy oni rozlokowali się we dworach arcybiskupa i kanoników, gdzie niemałe szkody zrządzili[450].

102. O oblężeniu miasta Brześcia.

Splądrowawszy i nielitościwie spaliwszy ziemie mazowieckie około Radomia[451], Sochaczewa, Łowicza, Gąbina i Gostynina, wspomniane wojsko Węgrów, Krakowian i Sandomierzan, w piątek 25 września, obległo miasto Brześć Kujawski; stojąc zaś pod tem miastem przez jedenaście dni, okrutnie pustoszyło ziemię kujawską. Nareszcie za pośrednictwem ks. opolskiego i kujawskiego Władysława, zawarto na pewnych warunkach z księciem Ziemowitem mazowieckim i jego stronnikami rozejm do następnej Wielkiejnocy[452]. Po zawarciu tego rozejmu, Węgrzy, straciwszy bardzo mało swoich, lecz za to nabroiwszy niegodziwie wiele złego w królestwie polskiem, ścigani wiecznem przekleństwem, a zbogaceni nie małym łupem, wrócili cało — ku wielkiej hańbie Polaków — do domu. Dzikie to plemię nie wzdragało się znieważać wszystkich kościołów, do których tylko mogło się dostać, nie oszczędzając bynajmniej sakramentów Ciała Pańskiego, ani relikwij świętych. Niech padnie na wieczne czasy świerzb bydlęcy na tych, za których sprawą nieposkromione to plemię było wezwane na pomoc w celu rzekomej opieki, bo z pewnością więcej z zawiści aniżeli gwoli pomocy było ono przywołane.

103. Jakim sposobem było rozbite wojsko Domarata.

Domarat, chcąc wobec margrabiego i Węgrów wykazać potęgę swego stronnictwa, ponad stan rzeczywisty, sprowadził wielką ilość Pomorzan i Sasów, których zgromadził za pomocą próśb i pieniędzy. Przeszło setkę kopijników tego i innego ludu orężnego pomieścił w Żninie, mieście arcybiskupiem, aby z niego pustoszyli ziemie kujawskie i (wielko-)polskie, sam zaś czekał na Kujawach na przybycie margrabiego z Węgrami. Jakoż (owi kopijnicy) ze Żnina popełnili w obu ziemiach wiele grabieży; wreszcie w dniu i miesiącu powyższym, gdy po spustoszeniu pewnych wsi koło Kruszwicy, wojsko Domarata powracało do Żnina, część jego, mianowicie czterdziestu pięciu kopijników oddzieliło się i poszło na Piaski, majętność kościoła kruszwickiego, i złupiło ją wraz z całą okolicą. Gdy z łupem powracali i przechodzili koło Inowrocławia, wspomniany książę Władysław[453] zabronił im przez wysłańców swoich prowadzenia zdobyczy przez jego ziemię. Na ten zakaz żołdacy żadnej uwagi nie zwrócili, lecz pełni zarozumiałości przeszli na urągowisko księciu pod samem miastem, prowadząc zabraną zdobycz. Rozgniewany książę kazał ich śpiesznie gonić; wówczas, ujrzawszy ludzi książęcych, porzucili swą zdobycz i uciekli. W tej ucieczce niektórzy byli ranieni, lecz daleko więcej ich dostało się do niewoli[454]. Tym ujętym, książę, wziąwszy od nich przyrzeczenie wierności, pozwolił nazajutrz wolno odejść z końmi i bronią.

104. O odzyskaniu przez arcybiskupa Żnina z rąk Grzymały.

Gdy się działy wszystkie te smutne rzeczy, czcigodny ojciec arcybiskup Bodzanta, słysząc skargi tak od wspomnianego księcia jak i od Kujawian na pustoszenie wsi, wyprawił do rządców żnińskich, Grzymały i Wierzbięty, posłów z prośbą, ażeby, wygnawszy Sasów i Pomorzan ze Żnina, postarali się mu go zwrócić. Ci wszakże, nie zważając zgoła ani na obietnice, ani na prośby, wcale się nie troszczyli o to, aby mu zwrócić miasto, ani też, by korzystając z jakiejkolwiek sposobności, wygnać z niego owe narody. Nareszcie arcybiskup, odwiedziwszy w obozie pod Brześciem margrabiego[455] i uczciwie się przed nim z fałszywych oskarżeń usprawiedliwiwszy, gdy się dowiedział, że Domarat i Wierzbięta z czterdziestu pięciu kopijnikami wyruszyli ze Żnina do margrabiego, porozumiał się z załogą, burmistrzem i mieszczanami[456] żnińskimi i w sam dzień Ś. Dyonizego z towarzyszami[457] wszedł niespodzianie do Żnina, o czem Grzymała i jego spólnicy zgoła nic nie wiedzieli, a z czego, jak się zdaje, byli bardzo niezadowoleni. W Żninie znalazł arcybiskup wszystkie swoje folwarki[458] spustoszone: zboże i bydło było zjedzone, tak iż nic nie pozostało, a nawet żadne ziarno nie było zasiane. Pomimo to wykupił on, ceną pięćdziesięciu grzywien, wszystkie zastawy Sasów w gospodach i zażądał, aby wyszli; ci jednak z tem się ociągali, i dopiero pogróżkami zmusił ich piątego dnia po swem przybyciu, pomimo wielkiej ich niechęci, do ustąpienia ze Żnina. Po wydaleniu się Sasów, arcybiskup oddał zarząd Żnina i jego powiatu księdzu Jarandowi, dziekanowi gnieźnieńskiemu[459].

105. O uwięzieniu Sędziwoja z Szubina na Węgrzech.

Po niejakim czasie wspomniany wyżej Sędziwój z Szubina[460], wziąwszy ze sobą synów pewnych panów krakowskich i sandomierskich, pojechał do Węgier prosić królową, ażeby wyprawiła córkę swoją Jadwigę do Polski dla ukoronowania jej na królową polską, ofiarując w zakład owych młodzieńców, jako rękojmię tego, że ją po koronacyi na powrót do Węgier przywiezie. Gdy tego nie dopiął i chciał już z Zadry do domu powracać, zatrzymano go razem z całym jego orszakiem, a to w tym celu, aby go zmusić do wydania Węgrom Krakowa i innych zamków. Wysłała bowiem królowa Jaśka z Tarnowa, kasztelana sandomierskiego, aby objął w posiadanie zamek krakowski i niezwłocznie go Węgrom oddał. Lecz Sędziwój, w przewidywaniu tego, wyprawił gońca do Krakowa, nakazując Krakowianom, aby zamku Węgrom nie oddawali, chociażby się dowiedzieli, że postanowiono go żywcem spalić. Potem, wysławszy naprzód do różnych miejsc konie, potajemnie uszedł i w ciągu jednej doby przebiegł sześćdziesiąt mil. Rozdrażnieni tem podejściem, a zarazem przypomniawszy sobie dawniejsze podstępy, postanowili Polacy mający się odbyć w Lelowie zjazd walny[461] odroczyć, a wyznaczyć inny, na oktawę Popielca[462] w Radomsku.

106. O zdobyciu przez Krzyżaków zamku litewskiego Troki.

Tegoż roku wielki mistrz Krzyżaków z Prus, z licznym pocztem swego rycerstwa, wtargnął gwałtownie do ziem litewskich i najmocniejszymi ze swoich ludzi obległ wielki i wysokiemi murami otoczony zamek Troki. Gdy go tak w ciągu kilku tygodni za pomocą narzędzi oblężniczych zdobywał, znajdujący się wewnątrz zamku Litwini weszli z nim w układy i wydali mu zamek. Skoro jednak następnie mistrz, opatrzywszy zamek dostateczną załogą w sile prawie pięciuset ludzi i stosowną ilością zapasów, do domu powrócił, z kolei Litwini zamek trocki otoczyli i zaczęli go zdobywać przy pomocy pocisków z machin wojennych i piszczeli[463], aż wreszcie pozostawieni w zamku ludzie mistrza, widząc, że mury, bardzo osłabione przez narzędzia oblężnicze[464] tak mistrza jak i Litwinów, mogły runąć, weszli w umowę i rzeczony zamek Litwinom napowrót oddali, a sami cało, ze swemi rzeczami, ruszyli do domu[465].

107. O powietrzu na ludzi, grasującem w różnych częściach świata.

Tegoż roku, w Rzymie, w całych prawie Włoszech i okolicach morza Śródziemnego, w ziemiach, które się nazywają Merania, a miejscami także na Pomorzu dolnem i w częściach ziem sandomierskiej, krakowskiej, czeskiej, szląskiej i (wielko-)polskiej, — srożył się wielki mór, z którego wielu prałatów i kanoników Polaków w Rzymie i poza nim poumierało[466].

108. O przyjęciu Jana, biskupa władysławowskiego, zwanego Kropidło.

Roku 1384, Jan Olit, syn Bolesława, księcia opolskiego, biskup władysławowski, został przeniesiony, jak powiedziano wyżej, z kościoła poznańskiego do kościoła władysławowskiego i 11-go dnia miesiąca lutego był przez proboszcza i elekta władysławowskiego, Teodoryka, oraz przez kapitułę, jako biskup władysławowski przyjęty; tegoż dnia i na trzeci dzień potem były mu oddane zamki Włocławek[467] i Raciąż[468].

109. O zjeździe, odbytym w Radomsku.

Nareszcie w środę po niedzieli „Invocavit“, dnia drugiego miesiąca marca, przedniejsi panowie polscy oraz Bodzanta, arcybiskup gnieźnieński, zjechawszy się w Radomsku, jednomyślną zgodą i wolą postanowili posłać po Jadwigę, córkę ś. p. zmarłego króla, z prośbą, aby przyjechała do Polski na królowanie, inaczej bowiem, jeżeli będzie zwlekała z przyjazdem, przystąpią do obioru króla. Nadto postanowili i wzajemnie się zobowiązali, iż żaden z nich nadal pod utratą czci nie będzie jeździł z poselstwem do Węgier, a królowej oznajmili, że po jej córkę nigdy więcej posyłać nie będą[469].

110. Jakim sposobem przeszkodzono margrabiemu Zygmuntowi wejść do Polski.

Ulegając podszeptom niektórych Polaków, królowa węgierka wyprawiła do Polski margrabiego Zygmunta, zięcia swojego, aby rządził królestwem polskiem. Dowiedziawszy się o tem, Krakowianie, chcąc mu wzbronić wkroczenia, wyruszyli do Sącza i wysłali do niego posłów z prośbą, aby zaprzestał ich napastować, albowiem nie obrali go ani na księcia ani na rządcę, — inaczej spotkają go z orężem w ręku. Przyjąwszy to poselstwo, margrabia prosił, aby się niektórzy z nich przynajmniej zjechali z nim dla porozumienia się. Posłano więc do niego do Lubowli Sędziwoja z Szubina, wojewodę kaliskiego, z niektórymi innymi[470]. Ci zaś, zwiedzeni obietnicami margrabiego, powróciwszy do Polski, namówili arcybiskupa i inną szlachtę polską, aby czekali na przybycie dziewicy królewskiej dłużej nad oznaczony termin, t. j. od dnia Ś. Stanisława aż do Zesłania Ducha Ś.[471], zapewniając, że na ten raz bezwątpienia ona przybędzie. Albowiem margrabia przyrzekł wojewodzie Sędziwojowi wyrobić u królowej pani, że uwolni Maćka, podkomorzego kaliskiego, i kilku innych jego krewniaków, uwięzionych z jej rozkazu po ucieczce Sędziwoja, o której było wyżej; czego jednakże bynajmniej nie spełniono[472].

111. Jak Polacy jedni drugich więzili.

Podczas tego samego wielkiego postu[473], gdy Przecław Jakuszów z Gołuchowa przebywał razem z matką Anastazyą w pewnej majętności swojej, zwanej Wielina, ludzie Dobiesława i braci jego z Gołańczy, dzierżący na ten czas zamek Uście, napadli na nich, a nie mogąc ująć ich w domu, dom ten podpalili i tym sposobem Przecława, wyskakującego razem z rodziną z ognia, schwytali, konie i rzeczy zabrali, i wszystkich ich do siebie zaprowadzili, wyrządziwszy szkód na tysiąc pięćset grzywien.

112. O uwięzieniu Janusza ze Skoków.

Po niejakim czasie, ostatniego dnia miesiąca lutego, Przypek z Przesieka, Jan Gałązka i ich spólnicy z zasadzki napadli na Janusza ze Skoków, jadącego z klasztoru łekneńskiego, i zraniwszy go ciężko w głowę, zabrali razem ze wszystkimi jego krewnymi i domownikami do niewoli.

113. O uwięzieniu Marcina ze Swanowa.

W kilka dni potem, podczas tegoż wielkiego postu, Jaracz, młodzian z Siedlcza, razem z Jankiem, synem Dobrogosta z Szamotuł, wzięli do niewoli jadącego z Poznania do domu Marcina ze Swanowa, zadawszy mu kopią ciężką ranę. A to z powodu, że Sędziwoj Świdwa, brat tego Marcina, wziął był do niewoli Mikołaja z Jastrowa, brata Janka, a Dobiesław z Gołańczy, który brał udział w ich kłótni, uwięził, jak już powiedziałem[474], Przecława, brata Jaracza.

114. O zabiciu Janusza, wójta[475] z Obornik.

Dnia 26-go miesiąca kwietnia, nazajutrz po Ś. Marku Ewangeliście, Janusz, wójt z Obornik, razem z zięciem swoim Bodzantą z Brześcia, oraz wujami Jaśkiem i Stefanem, zwanymi Skorzy[476], i innemi osobami w liczbie osiemnastu, bawili w majętności Przecławice, należącej do Jaracza z Mroczkowa, któryto Mroczko, na drugi dzień po pogrzebie żony wspomnianego Janusza, pochowanej według obrządku kościelnego w Obornikach nazajutrz po Ś. Wojciechu[477], zaprosił ich do siebie, aby pocieszyć go w smutku i w gronie ucztujących nieco rozerwać. Gdy tam ze sobą obcowali, a następnie pozostali na noc, Świdwa, zebrawszy konnych i pieszych, wyszedł ze swego zameczka Gałowa, przybył do nich jeszcze śpiących i rzucił się na nich; tam Janusza, wójta wspomnianego, mężnie się broniącego, niegodziwie zabił, resztę uwięził, żonom ich zaś, szlachetnym niewiastom, pozabierał nikczemnie ubrania, zasłony i klejnoty[478].
Po tym tak zuchwałym czynie, powstało między Polakami tak gwałtowne poruszenie, jakiego żaden wiek nie pamięta, jak to się niżej[479] po części opisuje, gdyż podawać pismu wszystko po szczególe byłoby za długo.

115. O ponownym zjeździe[480] szlachty w Sączu.

W dzień Ś. Stanisława, 8-go maja, zebrali się w Sączu panowie krakowscy i sandomierscy[481], gdzie między innemi postanowili raz jeszcze — ponad potrzebę — i już ostatecznie posłać po Jadwigę, córkę króla węgierskiego, i jako posłów wyprawili do tej dziewicy Spytka z Tarnowa[482], wojewodę krakowskiego, i Piotra Szczekockiego, kasztelana lubelskiego, z prośbą, aby na dzień nadchodzącego Zesłania Ś. Ducha[483] przybyła do Krakowa królować w Polsce, w przeciwnym razie, związali się słowem i umocnili to umową, że od czwartku po Zielonych Świątkach[484] nikt z nich pod dachem nie spocznie, póki nie wybierze pana, któryby w Polsce królował, — co byliby i uczynili, gdyby na to ich niestałość pozwoliła. Aliści rycerz Przecław Wąwolnicki, posłyszawszy, że wspomniani wojewoda Spytek i Piotr mają jechać po córkę królewską, szybko wystąpił na środek i rzekł: „Panowie a bracia! niedawno z ostatniego zjazdu[485] posyłaliście mnie do królowej pani, z prośbą, aby wyprawiła do was córkę, w przeciwnym razie zobowiązaliście się nie wysyłać nadal po nią żadnych posłów. Obecnie zaś znowu postanowiliście po nią posłać, chcąc tem samem mnie kłamcą uczynić“. I prosił dalej, aby żadnych posłów nie wyprawiali, gdyż przez to poselstwo nie tylko on sam, lecz i oni także dopuściliby się występku kłamstwa. Po tem przemówieniu jego, panowie odwołali poprzednie postanowienie o posłach i zabronili, aby ktokolwiek ważył się jechać do Węgier. Jednakże wbrew temu zakazowi wspomniany wojewoda Sędziwój nie zawahał się udać do Węgier. Niemniej szlachta uchwaliła następnie odbyć zjazd walny[486] w Sieradzu w dzień Narodzenia N. Panny[487]. Później to zmieniono, gdyż wyznaczono Kraków, na co ziemianie wielkopolscy nie zgodzili się, lecz postanowili ostateczny zjazd dla obrania króla zwołać w Sieradzu, we dwa tygodnie po Narodzeniu N. Panny Maryi[488].

116. O spaleniu ziem około Wronek i oblężeniu Bytynia.

W kilka dni po tem[489] Peregryn, starosta (wielko-)polski, Wincenty, wojewoda poznański, Świdwa, kasztelan nakielski, i inni otoczyli twierdzę Bytyń, należącą do Mikołaja z Łodzi, i zaczęli rzucać w nią pociski z machiny mieszczan poznańskich; lecz otrzymawszy sami rany od strzał, spustoszyli wsie jego łupiestwem i pożogą i ustąpili, nie uczyniwszy twierdzy prawie żadnej szkody. Następnie starosta Peregryn z wojewodą Wincentym i Domarat zawarli między sobą rozejm, kasztelan zaś Świdwa i Wyszota z Kurnika na zawieszenie broni z Domaratem nie przystali, mając go za człowieka nikczemnego i niedołężnego. To też niebawem Domarat, kasztelan poznański, napadłszy ze swem wojskiem na miasta Kazimierz i Szamotuły z należącemi do nich wsiami i młynami oraz innemi wsiami spólników czyli sprzymierzeńców Sędziwoja Świdwy, kasztelana nakielskiego — o którym tak często była mowa, — spustoszył i spalił je okrutnie. Świdwa razem ze starostą Peregrynem, którego na obiad zaprosił, stał wtedy przed zamkiem swoim Gałowem, nie mógł jednakże przeszkodzić nieprzyjacielowi[490].





UZUPEŁNIENIA.



Do str. 18 rozdz. 6.

7-go grudnia 1339 roku Karol Robert, król węgierski, wespół z małżonką swoją Elżbietą i synami Ludwikiem, Andrzejem i Stefanem, wydał przywilej mieszczanom m. Krakowa, poręczający im na wypadek, gdyby Kazimierz, król polski, zszedł bez męskiego potomstwa, zachowanie wszystkich praw i przywilejów, które otrzymali od królów Władysława (Łokietka) i Kazimierza, pomnażanie tych praw i swobód nowemi nadaniami, oraz pomoc i opiekę w każdej potrzebie za okazaną mu przez Kraków przychylność. (K. d. m. Kr. I, 23).

Do str. 57, rozdz. 23.

Oprócz ogólnego t. zw. Koszyckiego przywileju, był wtedy wydany prawdopodobnie cały szereg dokumentów, nadających poszczególnym grupom społeczności polskiej — zwłaszcza miastom — pewne przywileje za uznanie następstwa córek Ludwika w królestwie polskiem. Posiadamy tego rodzaju przywileje dla miast: Poznania — z datą 3 paździer. 1373 r. (K. d. Wp. III, 1689) — i Krakowa z 30 września 1875 r. (K. d. m. Kr. I, 50), a nadto dokumenty, w których składają hołd i przyjmują za następców Ludwika córki jego miasta Kalisz, Stawiszyn i Konin (ib. III, 1707, 1708). Musiały być i one również obdarzone za to przywilejami. Niezawodnie inne miasta szły także za tym przykładem.

Do str. 77, wiersz 12.

Elżbieta Łokietkówna, matka Ludwika, była właściwie tylko królową węgierską, gdyż mąż jej Karol Robert królem polskim nie był. Nie mniej jednak, zarówno w naszej Kronice, jak i w całym szeregu dokumentów, tytułuje się ona królową polską i węgierską (Patrz naprzkł. K. d. Wp. III, 843, 852, 873, 887, 910 i wiele innych).

Do str. 84, wiersz 19.

Wdowa po Wacławie II, królu czeskim, Ryxa-Elżbieta, córka króla Przemysława, wyszła za mąż powtórnie za Rudolfa II, ks. austryackiego, króla czeskiego. Rozemberga zaś poślubiła wdowa po Wacławie III, także Elżbieta, co widocznie w błąd wprowadziło naszego kronikarza (Balzer „Geneal. piastów“ 257).

Do str. 88, wiersz 19.

Bracia Dobrogost, Arnold, Holryk (Ulryk) i Bartold de Ost otrzymali w r. 1365 jako lenno od Kazimierza W. zamki Drezdenko i Santok (K. d. Wp. III, 1545. Lites I, p. 88). Jednakże już w r. 1372 oddali się oni na usługi Ottonowi, margrabiemu brandenburskiemu, który ich pod swoją opiekę przyjął (Kod. dypl. Wp. III, 1676).

Do str. 94, przyp. 1, w. 26.

Takiż przywilej dla kościoła gnieźnieńskiego wydał Ziemowit 8-go marca 1374 roku. (Kod. d. Wp. III, 1700).



Do str. 100, przyp. 1.

Podług innej wersyi byli to nie kupcy, lecz rycerze fryncuzcy, którzy szli na pomoc Krzyżakom w walce z Litwą. Na wykup z rąk Bartosza mieli oni pożyczyć od Winryka de Kniprode, mistrza Zakonu, 27,000 florenów w złocie, jak o tem opiewa wydany przez nich dokument (K. d. Wp., III, 1779).

Do str. 121, w. 31.

Sędzią poznańskim w r. 1382 był Jan Sędziwój z Czarnkowa (rozdział 41), kasztelanem nakielskim — Sędziwój Świdwa, do którego należał Kazimierz (rozdział 116). Do niego więc trzeba odnieść tytuł kasztelana. Porównaj tutaj.

Do str. 128, w. 4.

Po przyjęciu hołdu od starostów królestwa polskiego, Zygmunt zaczął tytułować się „panem królestwa polskiego“ (dominus regni poloniae, K. d. Wp. III, 1802, 1803; K. d. Mp. I, 365); a nawet wysłał kupca krakowskiego Jana Zolnera do Londynu po zakup sukien na uroczystość koronacyjną (Prohaska „Urywki z dziejów XIV w.“ Kwart. hist. 1904, 215).




Sprostowania.

Do str. 4, wiersz 32. Zamiast a ibo czytać alibo.
56, 11. natenczes czytać natenczas.
121, 31. Tytuł kasztelana nakielskiego należy przenieść o wiersz wyżej, zaraz po wyrazach Sędziwoja z Kazimierza,
131, 14. Po wyrazie króla dodać Ludwika, Maryi i Jadwidze.
154, 4 i 18.Zamiast Jakubowi i Januszowi czytać Jakuszowi
157, 17. Zamiast Kwiecisowa czytać Kwieciszowa.
179, 32. Zamiast oraz innemi wsiami czytać oraz na inne wsi.
183, 21. Zamiast już czytać na ten raz.








Przypisy

  1. Patrz str. 652 w „Mon. Pol. hist.” II.
  2. Brückner nazywa go synem wójta czarnkowskiego Bogumiła lecz nie podaje źródła tej wiadomości (Dzieje liter. pol. w zarysie I, 18).
  3. Dla dogodniejszego porównania naszego autora z Długoszem i dla wykazania, ile ten ostatni winien pierwszemu, podajemy w przypisach dotyczące stronice z Dziejów Długosza w polskiem tłumaczeniu (Kraków, 1868 r. tom III).
  4. Por. także początek rozdz. 18.
  5. W papierach po ś. p. Zygmuncie Komarnickim podobno znajduje się rękopis tłumaczenia Kroniki Janka. — Chmielowski w „Obrazie literatury polskiej” Warszawa 1898, I, str. 21—24, przytacza dwa wyjątki (z r. 3 i 4) w przekładzie E. S. Świeżawskiego.
  6. 12 Marca. — Data ta niezupełnie zgadza się z innemi historycznemi świadectwami, z których większość podaje dzień śmierci Łokietka 2 marca. (Balcer: „Genealogia Piastów” 341).
  7. Anna Aldona.
  8. Długosz 153.
  9. Matka Kazimierza, Jadwiga, córka Bolesława Pobożnego ks. Kaliskiego, urodzona około r. 1266, wstąpiła do klasztoru w r. 1337 czy 1339, umarła 10 Grudnia 1339 r.
  10. 1333 r. 24 kwietnia.
  11. Po śmierci ojca Kazimierz przystąpił niezwłocznie do rokowań o pokój z Krzyżakami, chcąc za jakąbądź cenę pozbyć się tego wroga, który krępował mu ręce w zamierzonej na olbrzymią skalę pracy około wewnętrznej organizacyi państwa. Już 18 kwietnia 1333 r. zostało zawarte zawieszenie broni, kilkakrotnie następnie przedłużane. Obie strony były skłonne do zakończenia sprawy polubownie i wybrały na superarbitrów: Kazimierz — Karola, króla węgierskiego, swego szwagra, Krzyżacy — Jana, króla czeskiego. 26-o listopada 1335 r. zapadł wyrok w Wyszehradzie, mocą którego ziemie kujawska i dobrzyńska zostały przysądzone Polsce, zaś ziemia pomorska pozostała przy Krzyżakach „jako wieczysta jałmużna i na odpuszczenie grzechów”, jak mówi tekst wyroku. (Dogiel Cod. dipl. IV 58. — Stronczyński „Wzory pism dawnych” 31. — Lites ac res gestae I, 451). Aczkolwiek naród polski, oburzony utratą Pomorza, nie przyjął na razie tego wyroku, uważając go za uwłaczający swej czci, czego następstwem były nowe spory, skargi i procesy (o czem patrz w Lites T. I), jednakże ostatecznie 8-go lipca 1343 r. zawarty został pokój w Kaliszu, na mocy którego przy Krzyżakach pozostały ziemie chełmińska, michałowska i pomorska, przy Polsce zaś ziemie kujawska i dobrzyńska (Lites II, 373, — Dogiel IV, 62). — Długosz 154, 156).
  12. Właściwie Bolesław, nie Kazimierz (patrz r. 3).
  13. „totius regni Russiae duce“.
  14. Dymitr Datko zwany także Dedko albo Daszko (patrz Mon. Pol. Hist. II, 621, przyp. 2).
  15. Tak czytamy we wszystkich rękopismach; prawdopodobnie jest to kniaź Daniel z Ostroga. Długosz 199.
  16. „imperator Tartarorum“.
  17. castrenses.
  18. Znany jest powszechnie fakt ukarania śmiercią głodową w Olsztynie za łotrostwa Maćka Borkowica wojewody poznańskiego, a następnie zgładzenie jego brata Jana z Czacza w r. 1358. Podług Długosza wszystkie ich dobra — Koźmin, Czacz i inne — zostały skonfiskowane, syn zaś Maćka uciekł do Marchii Brandenburskiej, z której czynił niejednokrotnie napady na Polskę, aż nareszcie w Rozdrażewie został przez chłopów zabity. Długosz 250. Patrz rozdz. 40.
  19. W statutach Kazimierza W. jest tylko jeden przepis, ustanawiający piętnowanie; przytaczamy go, jako charakterystyczny, w całości: „Płaczliwą skargę częstokroć-śmy słyszeli, iż woźni, alibo służebnicy, przez ziemię krążąc, ubogie szlachty i wsi zakonnych (należące do klasztorów) kołacząc a gabając, wynalazują wymyślone obyczaje (modos = sposoby), tako iż gdy której wsi ubodzy szlachcicy, alibo kmiece zakonnych, ich na lubości tych-to służebników rozmaitymi którymśkole strawami (expensis = datkami) nie czczą ani ómyślają, tedy ci iści służebnicy te-to ubogie szlachty alibo kmiecy przez winy a przez przyczyny i przez przykazania sędziej pozywają, dla gabania a skłopotania to czyniąc, roki (termina) im podług lubości swey woley dając; a takoż ci ubodzy szlachcice alibo kmiece, nie mogąc inako odkupić kłopotania, częstokroć o pewnej sumie pieniędzy się jednają z nimi. A przeto my takie kłopotanie a ugabanie skazić chcąc, ustawiamy, aby potem służebnicy pod winą pozbawienia swego służebnikostwa i złupienia (pozbawienia — privationis) wszego swego imienia, przez osobnego sędziej przykazania, którego (= żadnego) pozwu czynić nie śmieli; bo inako przerzeczony winy (= kary) i licowego przezżenia (facialem adustionem — piętnowania na twarzy) nie przez zasługi (= nie bez winy) się bojeć mogą.” (Helcel I, str. 62 — Przekład Świętosława z Wojcieszyna z r. 1449).
  20. Taką tylko — nader skąpą — wiadomość podaje spółcześnik, może nawet współpracownik wielkiego króla, o jednym z najdonioślejszych jego czynów, o jego ustawodawstwie ziemskiem. Żyjący w sto lat później Długosz nie wiele więcej podał szczegółów co do tego aktu prawodawczego, zaznaczając tylko, że odbył się w Wiślicy, w czwartą niedzielę postu (11 marca) 1347 r. (Dł. 209). — Późniejsze, za naszych prawie czasów, studya wyjaśniły, że Kazimierz wydał kilka (niewątpliwie zaś trzy) statutów, dla Małopolski, dla Wielkopolski, i powszechny, i że ta praca ustawodawcza trwała lat dwadzieścia, aż do zjazdu w r. 1368, na którym miała być ustalona ostateczna redakcya powszechnego statutu. Zresztą sprawa powstania ustawodawstwa Kazimierza W. nie jest jeszcze dokładnie wyjaśnioną i przedstawia bardzo wiele kwestyj spornych. — Patrz: Lelewel „Początkowe prawodawstwo polskie” w T. III Polski wieków średnich; Bandtkie „Jus polonicum”; Helcel „Starodawne prawa polskiego pomniki” T. I; Hube „Ustawodawstwo Kazimierza W.” (Biblioteka umiejętności prawnych 1881 r.) i inne; także rozprawa prof. Piekosińskiego „Uwagi nad ustawodawstwem wiślicko-piotrkowskiem Kazimierza W.” (w Rozprawach krak. Akad. Um., wydział histor.-filoz. ser. 2, T. III).
  21. Psalm XXIV w. 8. Kochanowski tłumaczy:
    Słów tak wiele w języku mym nie znajduję,
    Jako ja, Panie, twój dom miłuję.
  22. Długosz podaje o dwóch nałożnicach Kazimierza — Rokiczanie czeszce i Esterze żydówce; z tej ostatniej miał mieć córki, pozostawione w wierze żydowskiej, i synów Niemierę i Pełkę (Dł. 244) tudzież Jana (Dł. 311). — Por. Balzer „Genealogia Piastów” str. 388 (Rokiczanę uważa on za ślubną żonę Kazimierza) i 400, oraz rozdz. 4.
  23. Cały ten ustęp sparafrazował Długosz 302.
  24. Założenie Kazimierza pod Krakowem datuje się od samego początku rządów syna Łokietkowego. 27 lutego 1335 r. wydał on przywilej, którym nadaje miastu Kazimierzowi — „które zaczęliśmy przy pomocy boskiej z nowa lokować” — prawo niemieckie magdeburskie. (Kod. dypl. miasta Krakowa I Nr. 18).
  25. castrum Oczecz.
  26. Długosz wylicza prawie te same zamki i miasta i prawie w tym samym porządku, i na zakończenie dodaje: „zastawszy Polskę glinianą, drewnianą i nieschludną, pozostawił ją Kazimierz W. murowaną, ozdobną i wspaniałą.” (301, 302).
  27. Ten ustęp podaje Paprocki („Herby rycerstwa” I wyd. str. 551) jako wyjątek z kroniki Alberta Strepy, z pewnemi odmianami, — przytaczamy go więc dosłownie: „Gdy zaś książę żegański pewną przestrzeń królestwa polskiego z miastem zwanem Wschową, z dawnych czasów zajętą, trzymał etc. przeto król Kazimierz w roku powyższym, zebrawszy zbrojną siłę miasto rzeczone otoczył i takowe nabył (acquisivit — jak i u Czarnkowskiego) i wielu tam wziął jeńców. Zamek Cienawę tego księcia, zwaliwszy mury, zdobył i nad nim rycerza Jerzego Kornicza ustanowił. Dopiero potem zmiękczony prośbami i obietnicami tego księcia, listami jego umocnionemi, że nigdy tej ziemi dla siebie nie będzie chciał zabierać, z ziemi tej Jerzego Kornicza odwołał.” — Długosz (195) nic o Korniczu nie wspomina.
  28. Anna Aldona Gedyminówna umarła 26 maja 1339 r.
  29. Śmierć Bolesława nastąpiła w r. 1340 (Długosz 183); podbój Rusi w r. 1349 (Długosz 218).
  30. 1349 r. 18 paźdz.
  31. Długosz podaje (220), że Baryczka był wysłany przez Bodzantę, biskupa krakowskiego, dla doręczania królowi pozwu i wyrzeczenia groźby wyklęcia, gdyby nie zaprzestał życia rozwiązłego i zmuszania do poborów z dzierżaw biskupich.
  32. Długosz (220) także przypisuje utopieniu Baryczki nieszczęścia, które następnie spadły na Kazimierza i Polskę — jego bezpotomność i niepomyślne (225) wojny z Litwą.
  33. jure dominii.
  34. Posłem do papieża, do Awinionu był Wojciech, kanclerz dobrzyński i proboszcz bocheński; pokutą miało być wystawienie kościołów (Długosz 227).
  35. Były to gody weselne wnuczki Kazimierza W. Elżbiety, córki jego córki, księżny słupskiej, którą poślubił cesarz Karol IV. Wtedy to miała być owa sławna uczta rajcy krakowskiego Wierzynka, na której byli obecni cesarz, czterej królowie i wielu książąt. (Długosz 274).
  36. Aleksander był synem Michała-Koryata, brata Olgierda i Kiejstuta (Dł. 285).
  37. Długosz 291.
  38. Przy odkryciu grobowca Kazimierza W. znaleziono, że miał złamaną lewą nogę w goleni (Szujski „Opowiadania i roztrząsania histor.” Warszawa 1882 str. 67).
  39. 16 września był król w Radoszycach niedaleko Przedborza (K. d. Wp. III, 1642).
  40. Przerwa we wszystkich rękopisach. Musiała być ona i w tym egzemplarzu kroniki Czarnkowskiego, której używał Długosz, jak to widać z jego przytoczenia tej rozmowy (298).
  41. Ustęp ten poddaje bardzo drobiazgowej krytyce Balzer (Geneal. Piastów 400—411), dochodząc do wniosku, że powinien on brzmieć (w przekładzie) tak: „naturalnym synom swoim Niemierze i Janowi zapisał Bogucice, Chomętów, Pierzchnicę, Drugnię i inne wsie.” Balzer wywodzi, że Niemierza i Jan (oraz Pełka, wcześniej zmarły, o którym mówi Długosz w ustępie zupełnie niezależnym od Kroniki Janka) byli nieślubnymi synami Kazimierza od Cudki, kasztelanki sieciechowskiej, żony Niemierzy Gołeckiego, i protoplastami rodzin Gałowskich i Bydlińskich h. Mądrostki. — Łaguna (w recenzyi Geneal. Piastów) nie podziela tego wywodu.
  42. Podług Balzera (Gen. Piastów 402) powinno być tutaj — „Paszkowi Złodziejowi”, bo to ma być znany z czasów Kazimierza Paszko Złodziej z Pilchowic, kasztelan biecki.
  43. Przeżyły Kazimierza tylko dwie jego córki: Anna i Jadwiga, ur. w r. 1366 i 1368 z Jadwigi, córki Henryka Żelaznego, ks. głogowskiego i żegańskiego. Ponieważ Kazimierz ożenił się z Jadwigą jeszcze za życia drugiej swej żony Adelaidy Heskiej i przed unieważnieniem swojego z nią małżeństwa, które nastąpiło pomiędzy r. 1366 a 1368, przeto obie córki królewskie były legitymowane przez Grzegorza XI papieża 11 paźdź. 1374 r. — Anna poszła za Wacława króla czeskiego i niemieckiego, a następnie za Wilhelma hr. Cylei, od którego miała córkę Annę, późniejszą drugą żonę Władysława Jagiełły (zmarłą w 1425 r.). Jadwiga poszła za któregoś z władców południowych słowian czy wołoskich; umarła przed r. 1408.
  44. Jest to omyłka w imieniu: wdową Kazimierza była Jadwiga, córka Henryka Żelaznego, ks. głogowskiego i żegańskiego; sam autor daje jej to imię niżej w rozdz. 14. — Jadwiga po śmierci Kazimierza poszła za Ruprechta ks. lignickiego; umarła 27 marca 1390 r.
  45. Władysław, ks. opolski, następnie wieluński, kujawski i dobrzyński, palatyn węgierski, o którym często będzie mowa w niniejszej kronice, syn Bolka II ks. opolskiego i Elżbiety, córki Bernarda ks. świdnickiego, i Kunegundy Łokietkówny, siostry Kazimierza W.; ożeniony był z Ofką, córką Ziemowita mazowieckiego.
  46. Długosz 300.
  47. Autor zapomniał, że daty przyjazdu Ludwika nie wymienił; było to zaraz po 11 listopada 1370 r., bo przed tym dniem (S. Marcina) Ludwik wyjechał z Wyszehradu do Polski.
  48. Przypis własny Wikiźródeł W spisie treści jest: Dlaczego.
  49. Karol Robert, ojciec króla Ludwika, był z rodu królów francuskich Kapetyngów linii Andegaweńskiej (Anjou) panującej w Sycylii; obrany był na tron węgierski prawem po babce, córce Stefana V węgierskiego, a żonie Karola, króla Sycylii. Karol Robert był mężem siostry Kazimierza W., Elżbiety Łokietkówny (o której będzie obszernie w niniejszej kronice).
  50. Z Anny Aldony Gedyminówny miał Kazimierz dwie córki: Elżbietę, zaręczoną Ludwikowi bawarskiemu, wydaną następnie za Jana ks. bawarskiego, a ostatnio — za Bogusława ks. szczecińskiego i słupskiego, zmarłą w r. 1361, — i Kunegundę, żonę Ludwika bawarskiego, narzeczonego starszej siostry, zmarłą w r. 1357.
  51. Długosz 204.
  52. Zbigniew proboszcz, następnie dziekan krakowski i kanclerz, i Spicimir kasztelan krakowski, znani są z dokumentów pierwszej połowy panowania Kazimierza.
  53. 7-go grudnia 1339 roku Karol Robert, król węgierski, wespół z małżonką swoją Elżbietą i synami Ludwikiem, Andrzejem i Stefanem, wydał przywilej mieszczanom m. Krakowa, poręczający im na wypadek, gdyby Kazimierz, król polski, zszedł bez męskiego potomstwa, zachowanie wszystkich praw i przywilejów, które otrzymali od królów Władysława (Łokietka) i Kazimierza, pomnażanie tych praw i swobód nowemi nadaniami, oraz pomoc i opiekę w każdej potrzebie za okazaną mu przez Kraków przychylność. (K. d. m. Kr. I, 23).
  54. Tekstu umowy, o której autor obecnie mówi, nie mamy — jedyna wiadomość, która się o niej dochowała, jest właśnie powyższy przekaz Jana z Czarnkowa. Natomiast doszły do nas: akt panów węgierskich z d. 30 kwietnia 1355 r., który mieści w sobie obietnicę zachowania umowy, zawartej pomiędzy Kazimierzem a Karolem (bez przytoczenia jednakże tej umowy i nawet bez jej streszczenia), [Dogiel I, 38. — K. d. Kat. kr. I, 202], — oraz akt Ludwika z 24 stycznia 1355 r. w którym on, jeżeli dostąpi tronu polskiego, obiecuje: 1) żadnych nowych podatków nie nakładać na duchowieństwo, na szlachtę, na ziemian, ani na jakiegobądź stanu ludzi; gdyby jednak mieszczanie — ale nie szlachta — (civitatenses, exceptis tamen nobilibus), zrobili pomiędzy sobą składkę i ofiarowali ją królowi, król może ją przyjąć, ale wymagać jej nie może; 2) podczas przejazdów nie ma się król zatrzymywać w dobrach duchowieństwa lub szlachty; jeżeli zaś nie będzie można uniknąć zatrzymania się, wtedy zaopatrywanie dworu w wikt i inne potrzeby będzie uskuteczniane na koszt króla; 3) w razie konieczności wyprawy wojennej po za granice królestwa, król będzie obowiązany ziemianom wszystkie szkody i straty, z tego powodu wynikłe, wynagrodzić; 4) gdyby Ludwik lub synowiec jego Jan (syn Stefana) zeszedł bez męzkiego potomstwa, wtedy umowa co do następstwa w Polsce rozwiązuje się i nikt z innych jego następców na tej umowie nie będzie mógł się opierać. (Zobaczymy następnie jakich wysiłków użył Ludwik, aby ten artykuł skasować, a umowę rozciągnąć na swoje córki). 5) Wszelkie poprzednio zawarte umowy co do następstwa na tron w Polsce pozostają w swej mocy; 6) nakoniec obiecuje Ludwik wszystkich książąt, duchowne osoby, panów, szlachtę, miasta, wsie w ich wolnościach zachować i w niczem tym wolnościom nie ubliżyć. (Jus. pol. 156 — K. d. Kat. kr. I, 201. — Długosz 236). (Patrz dalej przy rozdz. 23 i 56). — Wobec tego, iż po śmierci Kazimierza żyli jeszcze Piastowie szląscy, mazowieccy i kujawscy, przeniesienie korony polskiej na głowę innej, zupełnie obcej, dynastyi może się wydawać dziwnem, a jeszcze dziwniejsza, że przedstawiciele starej, pominiętej dynastyi nie powstali w obronie swoich praw, nawet nie protestowali. Pominięcie Piastów tłumaczy Długosz (180), — a co do książąt szląskich i nasz kronikarz (w roz. 10), tem, że odszczepieństwo i poddanie się ich królowi czeskiemu napiętnowało ich hańbą i odsunęło od tronu polskiego, i że mazowieccy i kujawscy książęta byli za mało potężni, aby od nich można się było korzyści dla królestwa spodziewać. Objaśnienie drugiego faktu daje się odnaleźć w familijnem prawie piastowskiem, które pozwalało, w braku męskiego potomstwa, przekazywać dziedzictwo dalszym krewnym, podług woli i uznania zapisodawcy. (Balzer „O następstwie tronu w Polsce I, Sprawa następstwa po Kazimierzu W.” w Rozprawach Wydz. hist. filoz. Akad. um. w Krak. T. XXXVI str. 289—431).
  55. Długosz trochę inaczej ten ustęp — idąc zresztą w ogóle w tem miejscu za naszym autorem — przedstawia (310): „zapytani o zdanie (Pełka i Wilczek) osądzili, że zapisy króla Kazimierza, jako nadwerężające całość królestwa, powinny być zniesione i unieważnione.”
  56. O ks. Władysławie Białym będzie niżej obszerniej (r. 19, 20, 21 i 22); tutaj nadmienia się tylko, że był on synem Kazimierza ks. inowrocławskiego i gniewkowskiego, a wnukiem Ziemomysła, przyrodniego brata Władysława Łokietka.
  57. capitaneus seu advocatus.
  58. W tekście wszędzie, jak również i u Długosza — Przecław z Gołuchowa, tymczasem jest to błąd w wyczytaniu: powinno być z Gółtów (de Gołutowo). Na pieczęci, która się przechowała na jednym z dyplomatów Przecława (K. d. Wp. III, 1636), wyraźnie widać herb Grzymałę (Ob. pieczęć 57 ib. IV i objaśnienie na str. 347).
  59. Długosz 306.
  60. Długosz 307 prawie dosłownie.
  61. tanquam nuncii communitatis Poloniae Majoris.
  62. Data mylna: pierwsza niedziela po Ś. Marcinie w r. 1370 była 17 listopada.
  63. Z bulli Grzegorza XI, wydanej w Awinjonie 19 paźdz. 1371 r. (K. d. Wp. III, 1652) widać, że podczas swej koronacyi Ludwik ofiarował na ołtarze w kościele pewną sumę pieniędzy, wazy srebrne, postawy sukna i płótna, obicia (tapecia) i inne przedmioty, o które później był spór pomiędzy kapitułą a arcybiskupem Jarosławem, który uważał, że wszystkie te przedmioty były dane jemu, jako koronującemu, i domagał się ich wydania. Spór tak się zaognił, że arcybiskup groził ekskomuniką kapitule, wskutek czego papież polecił opatowi klasztoru Panny Maryi na Piasku we Wrocławiu, aby przeprowadził dochodzenie i wydał wyrok.
  64. ducatus seu dominia.
  65. Długosz 312.
  66. 19 listopada 1370 r.
  67. equi solemnes.
  68. in dextrariis.
  69. in ambulatorio regio optimo.
  70. aureis ac sericeis pannis.
  71. duae purpurae aureae et duae peciae panni brusselensis optimi diversi coloris XVI ulnarum.
  72. pelves argenteae.
  73. saccos.
  74. clientulis regalibus.
  75. pelves argenteas cum manuteriis et mensalibus.
  76. scutellas.
  77. cantra et cuppas argenteas.
  78. dextrarium meliorem. — W dawnej polszczyźnie „drabarz” — koń prędki w biegu (Lelewel P. W. S. IV, 233).
  79. Por. dla obu tych rozdziałów Długosz 313—315.
  80. 8 grudnia 1370 r. był Ludwik w Gnieźnie, gdzie wydał ważny reskrypt (K. d. Wp. III, 1643) na imię starosty kaliskiego z poleceniem, aby rajców i wszystkich mieszczan m. Kalisza zachował nienaruszenie w wolnościach, nadaniach i swobodach, których używali za czasów króla Kazimierza, a na które mają przywileje tegoż króla i jego poprzedników.
  81. Długosz 318: „Nie zgadzało się to, — mówił Ludwik — z jego i Polaków godnością, aby raz przywdziawszy koronę w zwykłem koronacyi miejscu, w stolicy Krakowie, miał obrzęd ten, jakby wątpliwy, nowym a niezwykłym obyczajem w Gnieźnie powtarzać.”
  82. Rozdział 10.
  83. Długosz 318.
  84. Jeszcze w r. 1374 agitowały się te sprawy o restytucyę dóbr, nieprawnie na skarb za czasów króla Kazimierza zabranych. Do rozpatrzenia skarg w tym względzie było przeznaczonych dwunastu panów: Floryan biskup krakowski, Jan kasztelan krakowski, Piotr sandomierski, Dobiesław krakowski wojewodowie, Jan kanclerz krakowski, Rafał kasztelan wiślicki, Mikołaj sędzia krakowski, Jan sandomierski, Mszczuj krakowski podkomorzowie, Zawisza podkanclerzy krakowski, Andrzej podsędek krakowski i Bodzanta prokurator generalny (K. d. Mp. III, 867).
  85. Długosz 317.
  86. scutellae grandes = „przystawka” w starej polszczyźnie.
  87. cornua.
  88. flasculis, lagunculis jaspidinis, cristallinis.
  89. cortenis purpureis.
  90. xeniis et diversi generis jocalibus.
  91. Wdowa po Kazimierzu, Jadwiga, umarła 27 marca 1390 r.
  92. moneta quartariorum optima.
  93. quod quatuor quadrantes, quorum duo grossum bohemicalem valebant, postmodum pro grosso bohemicali dari deberent.
  94. Długosz (319), opisując usunięcie Przecława, nic o tym spadku pieniędzy za jego czasów nie wspomina. Może to się odnosi do nastania szerokich groszy praskich, które przybyły do nas z Czech na początku XIV w., a które wywołały zamieszanie, jeżeli nie przewrót, w stosunkach monetarnych. Prof. Piekosiński („O monecie i stopie menniczej w Polsce” w Rozprawach Wydz. hist. filoz. Akademii Um. w Krakowie IX, str. 45) słuszną robi uwagę, że ponieważ Przecław był starostą w.-polskim od roku 1364 czy 1366, usunięty zaś został zaraz po śmierci Kazimierza W-go, przeto działalność jego musi się odnosić tylko do panowania tego króla, za czasów którego pieniądze rzeczywiście bardzo spadły.
  95. Oczywista omyłka, należy poprawić na 1371. — Wbrew twierdzeniu naszego autora, że Przecław został usunięty ze starostwa wielkopolskiego w połowie lutego 1371 r., mamy dokument tegoż Przecława, jeszcze jako starosty, z 23 kwietnia 1371 r. (K. d. Wp. III, 1648).
  96. Był to ojciec trzeciej żony Władysława Jagiełły, Elżbiety Granowskiej.
  97. Długosz 319.
  98. Piąta niedziela postu wielkiego 23 marca.
  99. Długosz 320.
  100. W r. 1372 Boże Narodzenie przypadało w sobotę; wigilia Ś. Tomasza (21 grudnia wtorek) była w poniedziałek. Całe to pogmatwanie tłumaczy się omyłką roku: było to nie w r. 1372, jak w tekście, lecz w r. 1371; w tym roku Ś. Tomasza przypada w niedzielę, co sprawę rozwiązuje.
  101. Czwarta niedziela postu wielkiego — 9 marca 1372 r.
  102. Długosz 322. — O śmierci Mikołaja z Koszutowa patrz rozd. 24
  103. Długosz 322. — Przywilejem wydanym w Płocku 8 marca 1374 r. Ziemowit mazowiecki, jako wynagrodzenie za różne zdzierstwa i łupiestwa, których się dopuszczał na dobrach arcybiskupich, nadał na wieczne czasy kościołowi gnieźnieńskiemu wsie Świerzysz, Niedźwiadę i Wejzno (?), położone w ziemi Sochaczewskiej, ze wszystkiemi prawami (Kod. dypl. Wp. T. III, 1700.).
  104. 1374 roku 6 stycznia. — Długosz idzie niewolniczo za naszym autorem.
  105. 16 kwietnia 1374 r. — Bulla, którą papież Grzegorz XI wyniósł Janusza na arcybiskupstwo gnieźnieńskie (w niej wymieniony i kardynał Wilhelm-Guillermus, — jako jego protektor), nosi datę 28 kwietnia 1374 r. (K. d. Wp. III, 1701); tegoż dnia wydał Grzegorz Januszowi list polecający do króla Ludwika (ib. 1702).
  106. W tej chronologii jest jakiś błąd: w r. 1374 dzień 3-ci lipca był w poniedziałek; w tekście jest: „przybył do m. Gniezna we wtorek dnia 3-go lipca, nazajutrz zaś w niedzielę mszę celebrował.” Długosz (323) nie spostrzegł tej omyłki i pisze, że nowy arcybiskup przybył do Gniezna „we wtorek dnia 1-go lipca.”
  107. Wiadomość ta jest zupełnie zgodna z bullą Grzegorza XI. wydaną 16 maja 1374 r., w której papież daje Jarosławowi dochody — „z miejscowości niżej wymienionych, w gnieźnieńskiej i władysławowskiej dyecezyach leżących, mianowicie: z miejscowości Opatów z małdratami, dziesięcinami i wiardunkami w ziemi kaliskiej aż do rzeki Warty, następnie Goszczanów, dalej ze wsi położonych na Pomorzu, jakoto Gruczno, Cerekwica, z miasta Kamienia, razem z Polską Cerekwicą i wsiami okolicznemi.” i t. d. (Kod. d. Wp. III, 1703).
  108. Długosz 323, 324.
  109. 1373 r. 8 września.
  110. proconsul.
  111. 1372 r. 10 września.
  112. cum omni apparatu.
  113. Długosz 325—327.
  114. Drezdenko.
  115. 1375 r. 9 września.
  116. exploratores.
  117. 25 lipca 1375.
  118. Długosz 331.
  119. Długosz 332, 333.
  120. Narslavia seu Nerslavia (?).
  121. 1 czerwca 1376.
  122. Długosz 333, 334.
  123. Długosz 336, 337.
  124. Jest to Kazimierz ks. szczeciński, dobrzyński i bydgoski, który umarł z tej rany 2 stycznia 1377 r. (patrz r. 35).
  125. Długosz 337, 338.
  126. Psalm 145, w. 2, 3.
  127. Podajemy główne daty z życia Władysława Białego — dla zoryentowania się w następującej opowieści. Data urodzenia jego niewiadoma. Był synem Kazimierza ks. inowrocławskiego i gniewkowskiego (imienia matki nie znamy), syna Ziemomysła, przyrodniego brata Władysława Łokietka. W r. 1359 ożenił się z Elżbietą, córką Alberta ks. strzeleckiego (czy brata jego Bolka II opolskiego, jak podaje Grotefend „Stammtafeln” VI. 17), zmarłą w r. 1360 czy 1361; wstąpił do zakonu Cystersów w Citeaux w czerwcu 1366 r.; pod koniec tego roku lub w r. 1367 przeniósł się do Benedyktynów w Dijon; porzucił klasztor w końcu r. 1370 czy na początku 1371, do r. 1376 był w Polsce, jak to wyżej opisano; w marcu 1377 r. został opatem klasztoru Benedyktynów na Górze Św. Marcina na Węgrzech; w październiku 1379 r. porzucił ten klasztor i, najpóźniej w r. 1381, wrócił do Dijon; 15-go września 1382 r. został przez papieża Klemensa VII-go zwolniony od ślubów zakonnych; umarł 1-o marca 1388 r. Pochowany w Dijon, gdzie dotąd zachował się jego pomnik, z napisem niewątpliwie współczesnym. (Balzer „Geneal. Piastów” 367—371). Patrz rozdz. 45.
  128. Siostra ks. Władysława Białego, Elżbieta (ur. przed r. 1310, zm. po 13 lipca 1343 r.), była za Stefanem Kotromanicem, banem Bośnii.
  129. Jak wyżej — Elżbieta.
  130. Ziemomysł był synem Kazimierza i drugiej żony jego Konstancyi, córki Henryka ks. wrocławskiego; Władysław Łokietek był synem tegoż księcia i trzeciej jego żony Eufrozyny, córki Kazimierza ks. opolskiego i raciborskiego.
  131. Niezawodnie omyłka: należy czytać 1366 r.
  132. Citeaux.
  133. Dijon.
  134. Ludwik, król węgierski i polski, jako drugą żonę miał Elżbietę, córkę Stefana Kotromanica, bana Bośnii, i Elżbiety siostry Władysława Białego.
  135. Strassburg.
  136. Długosz 282, 327.
  137. 1374 r.
  138. Podatek „poradlne“ czyli „powszechna ziemska oplata“ (communis terrae solutio, K. d. pol. I, 59, — universalis terrae collecta, ib. II, 297), zwana „królestwo“ (ib. III, 196, 211), „opłata roczna (solutio anualis) która się zwykle poradlnem zowie“ (ib. 400), wynosił podług Długosza (329), „z każdego łanu po sześć skojców szerokich groszy, tudzież po miarze żyta i owsa.“ Nasz kronikarz określa (roz. 39) ten podatek, jako 6 groszy z łanu, miara owsa i trzy miary zboża żyta). Nie mamy dokumentu, zwalniającego od tego podatku ryczałtowo wszystką szlachtę i całe duchowieństwo, ale jest cały szereg przywilejów, nadanych różnemi czasy biskupstwom, klasztorom, nawet pojedyńczym kościołom i prywatnym osobom o uwolnieniu ich od różnych podatków, między innemi także od poradlnego. Tego rodzaju przywilejów doszła do nas taka obfitość, że słusznie można twierdzić, iż większa część społeczności polskiej podatku tego w r. 1374 — o którym tutaj mowa — już nie płaciła. Długosz donosi, że panowie i duchowieństwo, odmawiając żądaniu Ludwika, powoływali się na to, że już Kazimierz zwolnił ich wszystkich od tego podatku i zniósł go na zawsze. Ludwik miał temu zaprzeczyć, mówiąc, że wprawdzie Kazimierz obiecał znieść ten podatek, wszakże tego nie uczynił, lecz owszem pobierał go do końca swego panowania. Ponieważ panowie i duchowieństwo nie mieli możności przedstawienia na poparcie słów swoich właściwego dokumentu ogólnego, zaczęły się więc targi. Ludwik musiał oszczędzać Polaków, aby uzyskać od nich zgodę na następstwo swoich córek (gdyż przywilej z r. 1355, o którym wyżej w rozdz. 6, mówił tylko o synach Ludwika, których ten nie miał), i to było powodem wydania owego słynnego przywileju Koszyckiego, o którym zaraz będzie mowa.
  139. de quolibet manso.
  140. Mowa tu o t. zw. pakcie koszyckim czyli przywileju wydanym przez Ludwika w mieście Koszycach na Węgrzech 17 września 1374 r., który to przywilej stał się podwaliną swobód szlacheckich w Polsce. Przytaczamy ten wielkiej wagi dokument, który się dochował w całości, w polskim przekładzie:
    „W imie pańskie, amen. Ponieważ sprawy książąt powinne być pamięci przyszłych pokoleń bez żadnej skazy przekazane, zaś potwierdzenia swobody, wolności, przywileje, dokumenty, umocnienia (ratificationes) do zastosowania na wieczne czasy podane, przeto My Ludwik, z Bożej łaski, węgierski, polski, dalmacki etc. król, chcemy, aby doszło do wiadomości wszystkich, tak obecnych jak i przyszłych, że: (I) 1. Szczerze i z dobrej woli troszcząc się, aby królestwo nasze polskie w dobrym stanie i w mocy trwało, zobowiązaliśmy niegdyś obietnicami dokumentów czyli przywilejów szlachtę tegoż królestwa, że po zejściu naszem z tego świata, będzie miała i weźmie sobie za spadkobiercę i następcę naszego na tronie polskim potomstwo nasze płci męskiej tylko, nie zaś żeńskiej; następnie jednak, z zezwolenia i woli panów, szlachty oraz wszystkich innych, — gdy męskiego potomstwa nie ma — córki nasze, te mianowicie, co do których nastąpi zgoda, aby były następcami naszymi i aby otrzymały koronę królestwa polskiego, za panów i dziedziców królestwa tego dobrowolnie zostały przyjęte; 2. W tym jednak wypadku, gdybyśmy, z łaski Boskiej opatrzności, mieli syna lub synów, jednego z nich, a gdyby ich nie było, jedną z naszych córek, — już urodzonych i żyjących, lub mogących w przyszłości się urodzić, — którego albo którą my, albo najjaśniejsze królowe matka i małżonka nasze najukochańsze, im wyznaczymy albo wyznaczą, tego lub tę panowie, szlachta, mieszczanie, i każdy z osobna mieszkaniec królestwa polskiego, mają uważać za dziedzica i następcę naszego, a przyjąć i mieć tak, jak to uczynili w zobowiązaniu poddańczem (obligatio homagialis), z naszej woli, względem tychże potomków naszych, to jest jako rzeczywistego swego pana (vero principi) a naszego następcę.3. Jeśli zaś ów syn lub owa córka — czego oby nie było, — zejdzie ze świata bezpotomnie, wtedy drugi syn nasz lub druga nasza córka ma nastąpić w rzeczonem królestwie polskiem, i jemu lub jej również dane będzie zobowiązanie poddańcze i obietnica, że odtąd i na potem wezmą go lub ją za pana, dziedzica i prawego następcę, a potomkowie jego lub jej otrzymają panowanie w królestwie polskiem.(II) 4. Ponieważ zaś przez takowe następstwa korona królestwa tego mogłaby w jakikolwiek sposób być podzielona, rozerwana albo pogwałcona, przeto obiecujemy pod dobrą wiarą, bez wszelkiej chytrości i zdrady, pod przysięgą wiary naszej, że będziemy zachowywali koronę królestwa naszego całą i nienaruszoną, i żadnych ziem lub ich części od niej odrywać ani jej uszczuplać nie będziemy; ale przeciwnie, będziemy ją powiększać i nowe ziemie dla niej nabywać, jako to na koronacyi naszej przysięgą zobowiązaliśmy się.(III.) 5. Ponieważ zaś rzeczona szlachta nasza w szczególnej swej do nas miłości, przyjęła — jak się rzekło — i potomstwo nasze żeńskie, tak samo jak męskie, sobie za księcia i pana, — przeto, — wynagradzając szczególną łaską naszą zasługi, wierność i dobrą wolę, których dowody, złożywszy przysięgę wierności, dali nam i dzieciom naszym, obojej płci, a w przyszłości, w stosownem miejscu i czasie, gdy Bóg da, również złożyć są gotowi, — zwalniamy i wyjmujemy od składania wszelkich danin, podatków i opłat, tak ogólnych jak i szczególnych, jakiemkolwiek mianem-by się zwały, wszystkie miasta, grody, posiadłości, miasteczka i wsie, mieszkańców wsi całego królestwa polskiego, należących do panów i wszystkiej szlachty, oraz chcemy, aby byli zwolnieni, oswobodzeni i wyjęci od wszelkich posług, robót, ciężarów i dostaw tyczących się tak ludzi jak i rzeczy.6. Chcemy zadowolić się tem tylko, aby corocznie, na Ś. Marcina wyznawcę, nam i następcom naszym, na znak najwyższego panowania i uznania korony królestwa polskiego, płacono po dwa grosze zwykłej monety, w królestwie obieg mającej, których czterdzieści ośm stanowią grzywnę polską, z każdego osiadłego i dzierżonego łanu lub jego części;7. z tem zastrzeżeniem, iż jeśliby zkądkolwiek nastąpił na królestwo najazd nieprzyjacielski, wtedy szlachta koronna ma przybiedz z całą swoją siłą ku odwróceniu jego grozy.(IV.) 8. Jeśli podczas panowania naszego lub następców naszych potrzeba nam będzie wyruszyć na wyprawę po za granice królestwa polskiego, i jeśli szlachcie polskiej — w naszej obecności lub bez nas — z jakiemikolwiek nieprzyjaciółmi w tej wyprawie przyjdzie bitwę stoczyć lub mieć spotkanie, w którem niektórzy będą do niewoli wzięci i poniosą mniejsze lub większe szkody w rzeczach lub osobach, — wtedy im zarządzimy całkowite odszkodowanie.(V.) 9. Jeśli którykolwiek zamek stary będzie potrzebował naprawy, wtedy, podczas pokoju, obowiązany będzie go naprawić burgrabia lub dzierżawca i dozorca.10. Gdy się jednak zacznie wojna lub rozruch jakikolwiek, wtedy przy naprawie i przebudowie zamków naszych, na pograniczu królestwa polskiego położonych, będą obowiązani nieść pomoc ludzie tych powiatów, gdzie zamki leżą.11. Jeśli zaś zechcemy, z radą i zezwoleniem panów, dla obrony i pożytku tego królestwa, wznieść nowy zamek, wtedy ciż panowie w budowie jego mają nam pomagać; jeżeli zaś zechcemy budować bez wiedzy i zezwolenia tejże szlachty i panów, wtedy czynić to będziemy wyłącznie na nasz koszt i za nasze pieniądze.(VI) 12. Obiecujemy, iż takich urzędów i dostojeństw jak województwa, kasztelanje, sęstwa, podkomorstwa i tym podobne, które zwykle dożywotnio są udzielane, żadnym obcokrajowcom i przybyszom nie będziemy dawali, lecz tylko ziemianom tych ziem królestwa, w których owe dostojeństwa lub urzędy się opróżnią.13. Wszystkie zaś te urzęda i godności razem i każde z osobna chcemy całkowicie zachować w ich prawach, tak jak były za czasów najjaśniejszych panów królów polskich Władysława, dziada, i Kazimierza, wuja naszych.14. Nadto obiecujemy, że żadnego pana, rycerza lub szlachcica, lub kogo innego, jakiegokolwiek stanu będzie, postronnego przybysza czyli cudzoziemca, starostą nie uczynimy, lecz tylko takiego, który w koronie polskiej i z narodu polskiego się urodził, byleby nie pochodził z rodu książęcego.15. Obiecujemy, iż żadnego zamku ani twierdzy w królestwie polskiem żadnemu księciu lub pochodzącemu z rodu książęcego nie oddamy w zarząd lub dzierżawę czasowo lub wieczyście. 16. Obiecujemy również zamków i miast królestwa polskiego, w których znajdują się urzędy i stolice sądowe, jako to: Kraków, Biecz, Sącz, Wiślica, Wojnicz w ziemi krakowskiej; Sandomierz, Zawichost, Lublin, Sieciechów, Łuków, Radom w ziemi sandomierskiej; zamek łęczycki w ziemi łęczyckiej; Sieradz i Piotrków w ziemi sieradzkiej; Brześć, Kruszwica, Włodzisław w ziemi kujawskiej; Poznań, Międzyrzec, Zbąszyn, Kalisz, Nakło, Konin i Pyzdry w Wielkopolsce, — nie nadawać nikomu innemu, jak tylko ziemianom albo starostom tego królestwa.17. Wszelkie zaś inne zamki my i nasi następcy będziemy mieli wolną moc nadawania cudzoziemcom lub komu zechcemy.18. z tem zastrzeżeniem, że burgrabiowie czyli rządcy tych zamków i ich ludzie, będąc pozwani, mają, na równi z inną szlachtą i innymi ludźmi królestwa polskiego, stawać przed starostami, sędziami lub podsędkami królestwa naszego i odpowiadać wobec tych, którzy się na nich skarżyć będą;19. wyjąwszy, gdy sprawa żąda pomsty krwi, gdyż rozpoznanie takiej sprawy wyłącznie dla siebie i dla następców naszych zachowujemy.(VII). 20. Jeżeli nam lub następcom naszym wypadnie kiedykolwiek przez to królestwo jechać, żadnego zstępowania (descensus) do panów, rycerstwa, szlachty, do ich ludzi i kmieci, przeciwko ich woli nie będziemy czynili i niczego z powodu tego zstępowania żądać od nich nie każemy. Jeśli zaś zstępowania nie będziemy mogli uniknąć, wtedy żywność i inne potrzeby rozkażemy sobie przygotowywać na nasz koszt i za nasze pieniądze.(VIII). 21. Nareszcie, wszystkich panów, magnatów, szlachtę, miasta, miasteczka, wsie, oraz ich posiadłości, ludzi i kmieci, obiecujemy zachować w ich swobodach, w niczem takowych ograniczać nie będziemy, ani przez kogokolwiek uciskać ich nie każemy.22. Wszystkie zaś inne listy, postanowienia, umowy i dokumenty, wydane z jednej strony przez nas i poprzedników naszych, z drugiej — przez wspomnianych panów i szlachtę, któreby następstwo córek naszych na to królestwo polskie pośrednio lub bezpośrednio wykluczały, z zezwolenia tychże panów i szlachty polskiej kasujemy, niszczymy, nieważne czynimy, za skasowane, zniszczone, nieważne i nieistniejące ogłaszamy, chcąc, aby nie miały żadnej mocy, niniejszy zaś przywilej jedynie aby na wieczne trwał czasy. Na oczywiste wszystkiego powyższego świadectwo i moc wieczną, niniejsze pismo nasze umocowaniem przywieszonej naszej pieczęci stwierdzić rozkazaliśmy. Działo się i dan w Koszycach dnia 17 miesiąca września roku pańskiego 1374-go, panowania naszego roku trzydziestego trzeciego.“ (Vol. leg. I, 55. — Jus pol. 184. — Maciejowski: „Hist. prawodaw. słow.“ VI, 392. — K. d. Wp. III, 1709. - Po polsku: Sarnicki „Statuta“ wyd. 1594 r. str. 881. — Herburt 578. — Januszowski „Przywileje koronne“ 3).
    Przytoczony przywilej jest pierwszym u nas aktem umowy pomiędzy królem a całym narodem, pierwszem ogólnem ograniczeniem władzy królewskiej i zarazem pierwszem ogólnem określeniem praw poddanych. Od tego przywileju rozpoczyna się rozwój konstytucyonalizmu polskiego. Ztąd wielka jego doniosłość.
  141. Oprócz ogólnego t. zw. Koszyckiego przywileju, był wtedy wydany prawdopodobnie cały szereg dokumentów, nadających poszczególnym grupom społeczności polskiej — zwłaszcza miastom — pewne przywileje za uznanie następstwa córek Ludwika w królestwie polskiem. Posiadamy tego rodzaju przywileje dla miast: Poznania — z datą 3 paździer. 1373 r. (K. d. Wp. III, 1689) — i Krakowa z 30 września 1875 r. (K. d. m. Kr. I, 50), a nadto dokumenty, w których składają hołd i przyjmują za następców Ludwika córki jego miasta Kalisz, Stawiszyn i Konin (ib. III, 1707, 1708).Musiały być i one również obdarzone za to przywilejami. Niezawodnie inne miasta szły także za tym przykładem.
  142. Główniejsze przywileje, nadające różne swobody kościołowi polskiemu, są następujące: przywilej Leszka Białego, Konrada mazowieckiego, Władysława kaliskiego i Kazimierza opolskiego, niepewnej daty, wydany w roku 1211—1215 na imię Henryka, arcybiskupa gnieźnieńskiego, zwalnia kler od sądownictwa świeckiego, od wszelkiej posługi książęcej [tak zw. powozu, przewozu, narazu (dostarczanie bydła na rzeź dla księcia)] obiecuje, że książe tylko raz jeden na rok przejeżdżać będzie przez Łowicz (który był majętnością arcybiskupią) i t. d. (K. d. kat. kr. I, 10; K. d. Wp. I, 68). Przywilej Henryka ks. głogowskiego z d. 24 czerwca 1298 r., przyrzeka nie urządzać w dobrach arcybiskupich żadnych stacyj (podczas przejazdu księcia), ani nawet pozwalać służbie książęcej szukać strawy i paszy w tych dobrach („co się w narzeczu ludowem nazywa „picować” — mówi dosłownie przywilej); ludzi, zamieszkujących dobra kościelne, oddaje pod jurysdykcyę kanoników, wyjąwszy sprawy o dziedziny, które sam książę ma sądzić; pozwala osobom prywatnym robić zapisy na rzecz kościoła i t. d. (K. d. pol. II, 164; K. d. Wp. II, 787). — Konrad, ks. mazowiecki, kujawski, krakowski i łęczycki, nadał w r. 1242 arcyb. gnieźnieńskiemu oraz biskupstwom mazowieckiemu (płockiemu) i kujawskiemu obszerny przywilej, w którym zwalnia wszystkich ich ludzi od wszelkich posług i ciężarów — przewozu, powodu, narazu i t. d., od sądów świeckich, od służby wojskowej, od budowy zamków; nadaje prawo polowania i t. d. (K. d. pol. II, 32). — Oprócz takich ogólnych przywilejów dla całego kościoła lub kilku dyecezyj razem, jest cały szereg tyczących się pojedyńczych dyecezyj: Bulla Inocentego III z d. 7 lipca 1136 r. wspomina np. o prawie polowania, łowienia bobrów tudzież o jurysdykcyi sądowej, które arcybiskupstwo gnieźnieńskie oddawna posiadało (K. d. Wp. I, 7. — Małecki, „Studyum nad bullą Inocentego” Lwów 1897 r. — Zakrzewski „Studya nad bullą z r. 1136” Krak. 1901). Wielkiej wagi jest przywilej Władysława Odonicza z r. 1234, który zrzeka się prawa kollacyi, sądownictwa, utrzymania podczas przejazdu, różnych posług, jako to: powozu, przewozu, narazu, nastawy, utrzymywania koni książęcych, psów, psiarzy, sokolników, bobrowników, budowania zamków (K. d. Wp. I, 174). Takiej samej treści przywilej wydał kościołowi gnieźnieńskiemu Przemysław II w r. 1284 (K. d. Wp. I, 542), nadając mu także prawo bicia monety; Kazimierz W. w r. 1357 w obszernym przywileju potwierdził wszystkie poprzednie wolności dyecezyi gnieźnieńskiej, nadał jej prawo lokowania wsi na prawie niemieckiem, określił kary za gwałty i zabójstwa i t. d. (Kod. d. Wp., III, 1254). Biskupstwo krakowskie miało przywileje: od Bolesława Wstydliwego z roku 1252 (Kod. d. Kat. kr. I, 35, 41, 42) i z roku 1258 (ib. 59), od Władysława Łokietka 1306 roku (ib. 114), od Kazimierza Wielkiego 1354 r. (ib. 198). Biskupstwo kujawskie — od Kazimierza ks. kujawskiego i łęczyckiego 1252 r. (K. d. p. II2, 445. Ulanowski Dokum. Kujaw. 13), od Ziemomysła ks. kujawskiego z r. 1268 (K. d. Wp. I, 608); od Władysława łęczyckiego i dobrzyńskiego 1332 r. (K. d. p. II2, 484) i inne. — Biskupstwo poznańskie — od Władysława Odonicza 1237 r. (K. d. Wp. I, 203), od Bolesława ks. mazowieckiego 1297 r. (ib. II, 765), od Kazimierza W. 1350 r. (ib. III, 1295, 1300, 1301) i 1358 (ib. 1369), oraz bardzo ważny przywilej od Ludwika z r. 1381 (ib. 1795 — patrz niżej rozdz. 55). — Biskupstwo płockie — od Konrada mazowieckiego 1231 (K. d. Maz. 7, 8), i inny, zawarty w bulli Grzegorza IX z r. 1232 (ib. 9), oraz z r. 1239 (ib. 13), od Bolesława ks. mazowieckjego 1241 r. (ib. 15), od Ziemowita mazowieckiego 1257 r., od Bolesława Wstydliwego) 1258 r. (K. d. Mp. I, 51) i in. — Biskupstwo wrocławskie — od Henryka Probusa 1290 r. (Sommersberg, I, p. 781; III, p. 35), od Bolesława Wstydliwego 1262 r. (K. d. Wp. I, 603) i in. — Biskupstwo lubuskie — od Przemysława II 1287 r. (K. d. Wp. 585), od Władysława Łokietka 1328 r. (ib. II, 1088). Wielką ilość przywilejów posiadały także klasztory w Byszewie, Lądzie, Lubiniu, Mogilnie, Obrze, Ołoboku, Paradyżu, Łeknie, Brzesku, Busku, Imbramowicach, Jędrzejowie, Koprzywnicy, Krzyżanowicach, na Łysej Górze, na Tyńcu, w Zagościu, w Miechowie, Sulejowie, Wąchocku, Staniątkach, Mogile, Szczyrzycach, Zawichoście, Sieciechowie, Starym Sączu, Czerwińsku, Lubiążu, Trzebnicy, Henrykowie, Oliwie, Pełplinie i t. d.; doszły nas nawet przywileje pojedyńczych kościołów w Wyszogrodzie, Pajęcznie, Łęczycy, Międzyrzecu, Sandomierzu, Skawinie, Mszczonowie i t. d.
  143. episcopi per statuta provincialia, quae hoc tributum omnino damnabant, dissimulaverunt et dissimulant subvenire.
  144. 1374 r. 22 listopada.
  145. Patrz rozdz. 18 — tam nazwany on z Koszutowa.
  146. Bulla papieska, polecająca Mikołaja Strosberga na probostwo gnieźnieńskie 5 lutego 1375 (K. d. Wp. III, 1715). O Strosbergu patrz dalej rozdz. 37, 54, 57.
  147. Na tej kapitule postanowiono pierwotnie, aby każdy z kanoników i prałatów po kolei odprawiał mszę przy wielkim ołtarzu, gdyby zaś odprawiać nie mógł lub nie chciał, płacił temu, co za niego mszę odprawi, jedną grzywnę groszy. Następnie jednak, 26 kwietnia 1375 r., arcybiskup, uznając ten przepis za zbyt uciążliwy, zmienił karę na pół grzywny, oraz zniósł karę za nieprzybycie do Gniezna na kapitułę, w razie, jeśli ono spowodowane będzie prawną przeszkodą lub siłą wyższą, które to powody powinny były być wszakże wyrażone na piśmie i stwierdzone przysięgą (K. d. Wp. III, 1717).
  148. Długosz (334) o Chełmie nic nie wspomina. Arcybiskupem halickim został niejaki Jakób, biskupem przemyskim — Eryk. Nasz autor jest lepiej poinformowany, jak to stwierdza bulla Grzegorza XI, którą ten papież ustanowił powyższe cztery katedry, powziąwszy wiadomość: „że liczba katolików na Rusi jest znaczna, mianowicie od tego czasu rozmnożona, kiedy Kazimierz W. kraj ten, zamieszkany przez odszczepieńców i rozmaitych innych heretyków, wyrwał szczęśliwie z rąk wielu różnych dawnych władców i książąt, i do korony przyłączył.“ (Daniłowicz „Skarbiec“ I № 454).
  149. 1375 r.
  150. cognatione Dolywa.
  151. Długosz 330.
  152. 1375 r. 22 lutego.
  153. Patrz o tem obszerniej w rozdziale 56.
  154. Bulla Grzegorza XI, wynosząca Mikołaja na biskupstwo poznańskie, dana z Awinjonu 7 maja 1375 r. (K. d. Wp. III, 1718).
  155. Około 11 listopada 1375 r. — Długosz prawie dosłownie 330.
  156. 1375 r. około 1 kwietnia.
  157. Długosz 338.
  158. 28 marca.
  159. Nie Mikołaj, lecz Bartłomiej, arcybiskup Bari, jak to sam autor później poprawia w rozdziale 37.
  160. ingrossatores... abreviatores.
  161. Por. opowiadanie Długosza (354), który jest stronnikiem Klemensa VII, a więc jego obiór przedstawia jako prawny. — Dla wyjaśnienia całego tego, trochę ciemnego, wykładu naszego autora, musimy przypomnieć, że Grzegorz XI przeniósł napowrót stolicę papieską do Rzymu, i dla tego „conclave“ po jego śmierci odbyło się w tem mieście. Walczyły wtedy między sobą dwa stronnictwa, rzymskie i francuskie; wybrańcem pierwszego był Urban VI, wybrańcem zaś drugiego — Klemens VII. Obiór antypapy Klemensa był początkiem wielkiej schizmy w kościele katolickim.
  162. O biskupie cereteńskim Długosz (341) nie wspomina. Była dyecezya cereteńska czyli serecka na Bukowinie. Na prośbę króla Ludwika, Urban V założył biskupstwo w Serecie i polecił arcybiskupowi praskiemu, biskupom wrocławskiemu i krakowskiemu zorganizowanie tej nowej dyecezyi. Pierwszym biskupem cereteńskim był ów Andrzej Wasilko, lwowianin, franciszkanin z konwentu krakowskiego, namaszczony przez biskupa krakowskiego Floryana 4 sierpnia 1371 r.; był on spowiednikiem królowej Elżbiety, a od r. 1386 biskupem wileńskim. (Słow. geogr. X, 446).
  163. 7 września 1376 r.
  164. 15 września 1376 r.
  165. Długosz to powtarza (340). — Był Jarosław nie rektorem uczelni bonońskiej lecz syndykiem; ową secesyę z powodu Anglika uczynił on w r. 1321 do Imoli. „Na płaskorzeźbie, przechowywanej w Museo civico w Bononii, widnieje dotąd postać Jarosława obok innych zwierzchników uniwersytetu.“ (Morawski: Historya uniwers. Jagiel. I, 14).
  166. 1376 r. 21 września.
  167. Długosz 340.
  168. Izaj. III, 12.
  169. auribus inculcante.
  170. Z tego czasu prawdopodobnie zachował się reskrypt Ludwika do mieszkańców Rusi, w którym powiada, że z Krakowa doszła go wiadomość, iż Lubart wyprawił do nich posłów z namową, aby się jemu poddali, i z wiadomością, że król (Ludwik) umarł, tudzież z innemi kłamliwemi wieściami. Wzywa więc król Rusinów, aby temu wszystkiemu wiary nie dawali i trwali w wierności, bo on z jednej, matka zaś jego z drugiej strony, z dwoma wojskami lada dzień wyruszą im w pomoc, wyrwą z rąk wrogów i przywrócą stare prawa, zwyczaje i łaski królewskie (Prochazka: Codex epistol. Vitoldi, Kraków 1882, str. 959).
  171. Długosz 342.
  172. 1376 r., 7 grudnia.
  173. Przypow. XIV, 13.
  174. Długosz 343.
  175. 1377 r. po 15 lutego.
  176. Tekst nie zupełnie zrozumiały; tłumaczyłem podług Sommersberga. Długosz (346) wprost powiada, że biskupi odmówili pieniężnego wsparcia, którego się z ich włości domagano; o wypłacie zaś 200 grzywien nic nie wspomina.
  177. Długosz 347.
  178. Umarł z rany, zadanej mu przez Bartosza pod Złotoryją w r. 1376 (patrz rozdz. 21).
  179. Długosz 347.
  180. Długosz 348. Treść właściwego dokumentu (aczkolwiek z błędami) w Skarbcu Daniłowicza, I, Nr. 462.
  181. 1377 r. 25 grudnia.
  182. Wobec protestacyi innych biskupów — o czem parę wierszy niżej — zdaje się, że należy tu poprawić na „polskiej“ lub „gnieźnieńskiej“.
  183. 1378 r. 28 marca.
  184. Por. rozdz. 29. Tu prostuje autor imię papieża, błędnie nazwanego tam Mikołajem.
  185. 1378 r. 7 czerwca.
  186. Patrz także koniec rozdziału 39.
  187. Elżbieta Łokietkówna, matka Ludwika, była właściwie tylko królową węgierską, gdyż mąż jej Karol Robert królem polskim nie był. Nie mniej jednak, zarówno w naszej Kronice, jak i w całym szeregu dokumentów, tytułuje się ona królową polską i węgierską (Patrz naprzkł. K. d. Wp. III, 843, 852, 873, 887, 910 i wiele innych).
  188. proceres majoris Poloniae.
  189. 1378 r. 28 marca.
  190. T. j. stosownie do swego zobowiązania, na które Polacy się powoływali (przywilej koszycki), cofnął swoje rozporządzenie co do Władysława — Długosz 350.
  191. tributi.
  192. per sex grossos de quolibet manso et per mensuram avenae et per tres choras siliginis... ad horrea regalia deputare.
  193. Podług Długosza (351), król Ludwik twierdził, że zmniejszenie poradlnego do 2 groszy nie rozciągało się na dobra duchowne. Rzeczywiście, jak widzieliśmy, w przywileju koszyckim — którego zresztą duchowieństwo, jak widać z rozdz. 23, nie chciało uznać — jest mowa tylko o świeckich mieszkańcach królestwa.
  194. „Ciąża“ — wyraz techniczny w dawnem prawie polskiem, oznaczający to, co się dziś nazywa fantowaniem czyli zajmowaniem. Stosowaną była ciąża w wypadkach niepłacenia czy to z wyroku sądowego czy z prawa administracyjnego (podatki i pobory), czy też w wypadku drobnych szkód polnych lub leśnych. Statuty ziemskie Kazimierza W-go stwierdzają fakt wielkich nadużyć, których się dopuszczano przy ciążaniu, tak ze strony sądu, szafującego bez miłosierdzia nakazami o ciążaniu, jak i ze strony wykonywających ciążę, którzy często większe straty powodowali, aniżeli sam występek, który ciążę wywołał. Dlatego też statuty kazimierzowskie dają obszerne i szczegółowe co do ciąży przepisy: ciążę mógł tylko sąd nakazać, a wtedy posyłał dla jej wykonania dwóch urzędników ze sługami, a gdyby się pokazało, że ciąża była niesprawiedliwa, wówczas każdy z jej uczestników podlegał karze (art. 25); ciąży w bydle nie można było przywłaszczać lub sprzedawać przed upływem dwóch tygodni w lecie, a jednego tygodnia w zimie (art. 4, 24) w którym to czasie właściciel zajętego bydlęcia miał prawo je wykupić. Za spasienie lub zżęcie cudzej trawy można było brać ciążą tylko sierp lub odzież (art. 145); za spasienie przez świnie żołędzi w cudzym lesie po raz pierwszy można było zająć tylko jedną świnię, po raz drugi — dwie, a dopiero po raz trzeci — całą trzodę (ar. 131); za zrąbanie drzewa w cudzym lesie po raz pierwszy jako ciążę można było wziąć siekierę, po raz drugi — odzież, po raz trzeci — konia albo wołu (art. 139) i t. d.
  195. 9 kwietnia 1378 r.
  196. 25 lipca 1378 r.
  197. 9 kwietnia 1378 r.
  198. 13 czerwca.
  199. 6 czerwca.
  200. Patrz rozdz. 52.
  201. 7 czerwca 1378 r., patrz rozdz 37.
  202. 17 kwietnia 1378 r.
  203. blanca.
  204. Może to synowie Maćka Borkowica, ukaranego śmiercią głodową w r. 1358, którzy uciekli do Marchii Brandenburskiej (patrz rozdz. 3). — Długosz (352) nazywa Borków także szlachtą pomorską. Patrz także Kod d. Wp. III, 1613, 1905 i in., gdzie występują członkowie rodziny pomorskiej Borków.
  205. municipium.
  206. ab hora tertiarum fere usque ad horam vesperarum.
  207. ad plancas.
  208. Długosz 359.
  209. 29 listopada 1378 r.
  210. Długosz (358) datę śmierci Karola IV podaje 30 grudnia 1378 r.
  211. Jednym z tych synów był Zygmunt, margrabia brandenburski, następnie cesarz, ożeniony z córką Ludwika, Maryą, o którym będzie nieraz mowa w niniejszej kronice.
  212. Teraźniejszy Metz.
  213. tam jure devoluto quam ratione uxoris... donavit.
  214. Wdowa po Wacławie II, królu czeskim, Ryxa-Elżbieta, córka króla Przemysława, wyszła za mąż powtórnie za Rudolfa II, ks. austryackiego, króla czeskiego. Rozemberga zaś poślubiła wdowa po Wacławie III, także Elżbieta, co widocznie w błąd wprowadziło naszego kronikarza (Balzer „Geneal. piastów“ 257).
  215. T. j. w tym rozdziale, bo w rozdziale 10 i 29 była o nim tylko wzmianka.
  216. Przypis własny Wikiźródeł W spisie rzeczy jest: kamieńskiego.
  217. Patrz rozdz. 42. — Długosz 360.
  218. baronum.
  219. Przed 6 grudnia 1378 r.
  220. Długosz 360.
  221. Długosz 361. — Jest akt Ludwika, wydany w r. 1377 „przez ręce Zawiszy, kanclerza krakowskiego i Symona de Ruskano, podkanclerzego królestwa polskiego.“ (K. d. Kat. Kr. II, 299).
  222. quitationem seu literas recognitionis.
  223. „A które, jak wiadomo — dodaje Długosz (361) — od królestwa polskiego odpadło.“
  224. Patrz rozdz. 22.
  225. Właściwa data śmierci Elżbiety jest 29 grudnia 1380 r., bo w tym dniu nie 21-go grudnia, przypada święto Tomasza kantuaryjskiego; ponieważ zaś nowy rok rachowano wówczas od 25 grudnia, więc data ta przypada podług komputacyi ówczesnej na rok 1381, podług nowej zaś na rok 1380. (Balzer: „Geneal. Piastów“ 377, 378).
  226. jumenta indomita.
  227. Bracia Dobrogost, Arnold, Holryk (Ulryk) i Bartold de Ost otrzymali w r. 1365 jako lenno od Kazimierza W. zamki Drezdenko i Santok (K. d. Wp. III, 1545. Lites I, p. 88). Jednakże już w r. 1372 oddali się oni na usługi Ottonowi, margrabiemu brandenburskiemu, który ich pod swoją opiekę przyjął (Kod. dypl. Wp. III, 1676).
  228. Patrz rozdz. 13.
  229. de conventione nobilium.
  230. W drugiej połowie marca 1381 r.
  231. Długosz 383.
  232. 2 czerwca 1381 r.
  233. terminos generales.
  234. collectam gravem.
  235. decimae campestres.
  236. 14 kwietnia 1381 r.
  237. metquarta manu.
  238. Długosz 364. — Dokument księcia, którym obiecuje on zwrócić pieniądze, pobrane w poprzednim roku od ludzi kościoła płockiego, datowany 15 maja 1381 r. (K. d. Maz. 103).
  239. Właściwie 16 czerwca 1381 r, (Balzer „Geneal. Piastów“ 458).
  240. Eufemia, córka Mikołaja, ks. opawskiego.
  241. Drugą żoną Ziemowita była Ludmiła, córka nie Władysława (gdyż takiego nie było), lecz prawdopodobnie Bolesława, ks. ziembickiego (Balzer: „Gen. Piastów“ 469), zm. w r. 1366.
  242. terrigenae.
  243. Dramatyczne dzieje Ludmiły miały posłużyć Szekspirowi jako treść do dramatu „Zimowa Opowieść“ (Kraszewski w przedmowie do tłumaczeniu tego dramatu Ulricha, Krak. 1895, XII, 169); analogia jest jednak bardzo daleka, prawie żadna. — Losy jej syna, Henryka, urodzonego w więzieniu, były także niezwyczajne. Ojciec wyniósł go na probostwo płockie; w r. 1391 został on obrany biskupem płockim. Na początku roku 1392 wysłał go Jagiełło do Kwidzynia (Marienwerder), do bawiącego tam u Krzyżaków Witolda, aby mu ofiarować godność W. Ks. Litewskiego; tam poznał siostrę Witolda Ryngałłę, zakochał się w niej i pojął ją za żonę; niebawem jednak, bo już na początku roku 1393, został przez Krzyżaków, za to że odciągnął od nich Witolda, trucizną zgładzony. (Balzer: „Geneal. Piastów“ 479).
  244. Czyli z Garbowa, jak nazywa jego brata nasz kronikarz w rozdz. 53. — Ten Pełka został zabity 18 listopada 1381 r. (patrz tamże).
  245. Wielkiej wagi była ugoda, zawarta 17 maja 1359 r. na zjeździe w Skierniewicach pomiędzy Ziemowitem a arcybiskupem Jarosławem w sprawie kar za zbrodnie i występki ludzi książęcych i arcybiskupich. (K. d. Wp. III, 1402, 1403. K. d. Maz. 82). Tegoż dnia wydał Ziemowit przywilej, potwierdzający arcybiskupowi posiadanie wszystkich dóbr w powiecie łowickim i w całej ziemi mazowieckiej, oraz nadający różne swobody ludziom arcybiskupim. (K. d. Wp. III, 1404). — 11 czerwca 1350 r. kościół poznański otrzymał od Ziemowita bardzo ważny przywilej, z potwierdzeniem wszystkich poprzednich nadań i ze zwolnieniem ludzi kościelnych od wszelkich posług, ciężarów i danin, między innemi i od poradlnego (K. d. Wp. III, 1301). — Dla kościoła płockiego znam jeden tylko przywilej Ziemowita z 14 marca 1378 r., z potwierdzeniem wszystkich jego swobód, zwolnieniem od ceł i wzięciem pod swoją opiekę (K. d. p. I, 136).
  246. Takiż przywilej dla kościoła gnieźnieńskiego wydał Ziemowit 8-go marca 1374 roku. (Kod. d. Wp. III, 1700).
  247. Doszły do nas dwa jednobrzmiące dokumenty — króla Ludwika z d. 21 sierpnia 1379 i królowej Elżbiety z d. 7 września 1379 r., pośredniczące w sporach pomiędzy Ziemowitem a arcybiskupem gnieźnieńskim (K. d. Wp. III, 1765 i 1766).
  248. 28 czerwca 1381 r.
  249. ducentae oves. Jestto prawdopodobnie zlatynizowane dutzend niemieckie, bo trudno przypuścić, aby dwieście owiec sprzedawano za półtora grosza.
  250. pro tribus mediantibus.
  251. Pro fertone. — Dla objaśnienia przypominamy, iż system monetarny przy końcu w. XIV w Polsce był następujący:
    1 grzywna srebra (wagi około 200 gram.) = 48 groszy szerokich.
    ¼ grzywny (ferto, wiardunek) = 12 groszy szer.
    1 skojec = 2 groszom, 1 grosz = 2 półgroszkom.
    1 półgroszek = 2 kwartnikom.
    1 kwartnik = 4½ denarom.
    Dukat złoty (węgierski, florenus) miał wartość, zależnie od kursu, 14 — 16 groszy srebrnych.
  252. 29 czerwca 1381 r.
  253. in allodiis.
  254. Rozdział 42.
  255. Byli obaj ci książęta synami Wacława I ks. lignickiego († 1364 r.); z nich Henryk był następnie (od r. 1389) biskupem kujawskim; Robert czyli Ruprecht † r. 1409. Trzecim ich bratem był Wacław, od r. 1375 biskup lubuski, podówcas administrator dyecezyi wrocławskiej, a następnie, od 18 kwietnia 1382 r., biskup wrocławski (patrz rozdz. 60).
  256. Długosz 369.
  257. 21 czerwca 1381 r.
  258. Długosz (366) nazywa go Janem z Nasiechowic, — może z większą słusznością, bo wsi Nadliczyce nie znaleźliśmy.
  259. 26 czerwca 1381 r.
  260. in terminis generalibus.
  261. 28 czerwca 1381 r.
  262. Mamy cały szereg dokumentów, wydanych przez Ludwika 6 i 8 lipca w Poznaniu i 14 lipca 1381 w Kaliszu (K. d. Wp. III, 1790, 1791, 1792, 1793), z czego wynika, że król bawił natenczas jednocześnie ze swymi namiestnikami w Wielkopolsce.
  263. 14 lipca 1381 r.
  264. 25 lipca.
  265. Patrz rozdział 39.
  266. 8 września 1381 r.
  267. 11 września 1381 r.
  268. conventiones.
  269. O tych Gallach nie było poprzednio w Kronice żadnej wzmianki. Długosz (367) uzupełnia ją wiadomością, że ów Bartosz, syn Peregryna z Chotla, trudniący się łupiestwem ze swego zamku Odolanowa, pochwycił przejeżdżających kupców francuskich i zmusił ich do ogromnego okupu. Szkody, które im uczynił, miały być potrącone z opłaty za Odolanów i inne Bartosza dziedzictwa.
  270. Podług innej wersyi byli to nie kupcy, lecz rycerze fryncuzcy, którzy szli na pomoc Krzyżakom w walce z Litwą. Na wykup z rąk Bartosza mieli oni pożyczyć od Winryka de Kniprode, mistrza Zakonu, 27,000 florenów w złocie, jak o tem opiewa wydany przez nich dokument (K. d. Wp., III, 1779).
  271. Że Ludwik tego układu nie potwierdził, widać stąd, iż następnie (patrz r. 61) znowu wysłał wojsko przeciw Bartoszowi.
  272. 18 listopada 1381 r.
  273. Jesto Pełka z Grabowa, promowany przez arcybiskupa na probostwo łęczyckie, z którego wygnał go Ziemowit mazowiecki (patrz rozdział 49).
  274. Długosz 367.
  275. Długosz 368.
  276. 20 grudnia 1381 r.
  277. Długosz 369. — Ten Strossberg była to znana i wpływowa osobistość w owych czasach. Miał on jeszcze od Innocentego VI (K. d. Wp. III, 1351) tytuł nuncyusza apostolskiego; do niego zwracał się Grzegorz XI z bullami z 31 stycznia i 3 lutego 1375, polecając pobieranie dziesięcin dla Stolicy apostolskiej od duchowieństwa polskiego (ib. 1712, 1713, 1714); tenże papież polecał go arcybiskupowi gnieźnieńskiemu na probostwo gnieźnieńskie (ib. 1715) i 18 listopada 1377 r. ustanowił go kollektorem poborów dla kamery apostolskiej (ib. 1744), z prawem udzielania absolucyi tym, którzy z powodu niepłacenia dziesięcin lub innych opłat kościelnych byli ekskomunikowani (ib. 1745). Arcybiskup nie chciał przyjąć Strossberga i nadał probostwo krewnemu swemu Przecławowi Grzymale, o co Strossberg skarżył się przed papieżem, który wydelegował do rozsądzenia tej sprawy swego kapelana, d-ra dekr. Mikołaja z Kremony (akt o tem 20 grudnia 1378 r. w K. d. Wp. III, 1757). — Patrz rozdz. 24, 37 i 57. — Co do długu skarbowi papieskiemu, jest dokument Strossberga z 14 kwietnia 1382 r., którym on przyznaje ten dług w sumie 5600 flor. węg. i na spłacenie jego daje w zastaw wszystkie swoje beneficya (ib. 1799). Pomimo to wszystko, pozostał Strossberg na probostwie gnieźnieńskiem i jeszcze w r. 1399 figuruje on w tej godności, jako świadek, w różnych dokumentach (ib. 1214, 1215, 1216).
  278. Patrz niżej, rozdz. 56 i 57. — Dokument, tyczący się kościoła poznańskiego, był wydany w Krakowie i nosi datę 30 listopada r. 1381. W nim Ludwik zwalnia kościół poznański i jego ludzi od wszelkich opłat, danin i posług, i tylko na znak swego zwierzchnictwa ma król pobierać z każdego kmiecego łanu posiadłości kościelnych po dwa grosze co rok na Ś. Marcin. — „jak to opłacają kmiecie szlachty.“ W razie, jeśli królowie wypadnie po za granicami królestwa, razem z ziemianami polskimi, przedsięwziąć wyprawę wojenną, wtedy kościół poznański obowiązany jest dać im pomoc podług swej możności (subsidium charitativum); takąż pomoc ma dać kościół poznański, gdyby król żenił syna lub wydawał za mąż córkę swoją. Również kmiecie „należący do klasztorów dyecezyi poznańskiej, mają płacić po 2 grosze z łanu, a nadto dwa dni do roku, w zimie i w lecie, odbywać robociznę w najbliższym dworze królewskim, t. j. orać, siać, zbierać i t. d. (K. d. Wp. III, 1795).
  279. Opuszczamy dalsze dwa wiersze tekstu: „dominae Elisabeth... „multum grato et accepto“, gdyż nie wiążą się gramatycznie z całym frazesem, a przytem zawierają myśl, której przeczy cała następująca opowieść, świadcząca, że Janko w wielkich łaskach u Elżbiety wcale nie był.
  280. Rzeczywiście podkanclerzym jest Zawisza już od r. 1371 (dokument z 8 października 1371 roku w K. d. Mp. III, 844) z tytułem podkancelrzego królowej (vicecancellarius reginae); w dokumencie z 5 kwietnia 1372 r. (K. d. Mp. I, 310) nosi on już tytuł „vicecancellarius regni pol.“
  281. de castro Salomonis miles.
  282. W niektórych rękopisach czytamy „Jana“; zdaje się jednak, że to się działo jeszcze za czasów Jarosława.
  283. curiae suae servitor.
  284. W jednym z kodeksów rękopiśmiennych znalazł A. Z. Helcel cały szereg formularzy, tyczących się przewodu sądowego, z których wiele było wziętych z rzeczywistych procesów, z opuszczeniem tylko imion własnych. Do takich zalicza Helcel formularz, zawierający oskarżenie niejakiego A., męża szlachetnego pochodzenia i dobrej sławy, o to, że za czasów króla Kazimierza pobrał od żydów krakowskich 16,000 grzywien groszy, które się skarbowi należały; że miał jakąś starą Rusinkę za nałożnicę, że wogóle jest nizkiego pochodzenia, chłop, złodziej, łotr i t. d. Helcel uważa, że jest to żywcem wyjęte oskarżenie naszego autora przez Zawiszę i Mikołaja. (Star. prawa pol. pomniki I, XIII, przyp. 6).
  285. se inscribere ad poenam talionis.
  286. w tekście jest „metum“, oczywista omyłka zamiast „iram“.
  287. W tem miejscu jest przerwa we wszystkich rękopisach. Opuściliśmy następne siedm wierszy tekstu, które niewiadomo do kogo się stosują: „on zaś, udając że jest kollektorem Stolicy apostolskiej, kazał ze swej strony ogłosić ekskomunikę na biskupa, i interdykt, rzucony mocą statutów prowincyonalnych, z powodu pewnych grabieży w mieście Krakowie, nie zważając (na niego) zgwałcił.“ (Mon. pol. hist. II, 706).
  288. 14 lutego 1375 r., patrz rozdz. 27.
  289. Patrz także rozdział 28.
  290. Ozeasz VIII, 4.
  291. Tekst następującej cytaty jest mało zrozumiały, tłumaczymy więc na domysł.
  292. tributis annuis.
  293. Patrz wyżej, rozdz. 55 i końcowy jego przypisek.
  294. Mamy dokument z 27 sierpnia 1374 r. dany przez ręce Zawiszy, kanclerza krakowskiego (K. d. Mp. II, 868; w dokumencie z 7 stycznia 1375 r. nazwany jest kanclerzem królowej (ib. I, 322); w dokumencie z 1 paźdz. 1378 r. nazywa go Ludwik „kanclerzem dworu naszego“ (cancellarius curiae nostrae, ib. 341); 22 grudnia tegoż r. nazwany jest „cancellarius regni poloniae.“ (ib. 343).
  295. nullas talias, exactiones seu tributa.
  296. Patrz rozdz. 23.
  297. super homagio.
  298. „Sagmine pecuniali inuncti“ — Sagmen (koszyszczko, witułka) — roślina święta u Rzymian, która, noszona przez ich posłów, nadawała im charakter nietykalności. (M. pol. hist. II, 261).
  299. bona praedialia.
  300. Patrz rozdział 23
  301. Starsza córka Ludwika, Katarzyna, umarła w dzieciństwie w roku 1359.
  302. convocatione facta et habita.
  303. Drugą córką Ludwika była Marya, żona Zygmunta margrabiego brandenburskiego, późniejszego cesarza niemieckiego; trzecią — Jadwiga.
  304. Biskup krakowski Floryan (Mokrski) umarł 6 lutego 1380 roku; o jego śmierci autor nic nie mówił.
  305. 4 marca 1380 r.
  306. 25 marca 1380 r.
  307. Jan z Książa, umarł w końcu r. 1379.
  308. 12 stycznia 1382 roku.
  309. sanctuarii — „świątnik“ w starej polszczyźnie. Tak się specjalnie nazywał sługa kościelny przy katedrze i u Ś. Floryana w Krakowie.
  310. „poyedźmy na hops“ — w tekście.
  311. Długosz (371) zaledwie w paru wierszach mówi o śmierci Zawiszy, opuszczając szczegóły, podane przez naszego kronikarza; tętent w kościele przypisuje jedynie niezwykłemu a nagannemu przepychowi pogrzebu.
  312. 24 lipca.
  313. To samo o nim podaje i Długosz (372).
  314. 21 marca 1382 r.
  315. Długosz 373. — Patrz rozdz. 58 i 108.
  316. Patrz rozdz. 7, 18, 39, 56.
  317. Był Janusz doktorem dekretaljów.
  318. 9 kwietnia 1382 r.
  319. Długosz 373.
  320. 7 kwietnia 1382 r.
  321. 8 kwietnia 1382 r.
  322. Sędzią poznańskim w r. 1382 był Jan Sędziwój z Czarnkowa (rozdział 41), kasztelanem nakielskim — Sędziwój Świdwa, do którego należał Kazimierz (rozdział 116). Do niego więc trzeba odnieść tytuł kasztelana. Porównaj tutaj.
  323. Długosz 374, 375.
  324. Bulla Urbana VI, wynosząca Bodzantę na arcybiskupstwo gnieźnieńskie, rzeczywiście wydana w Rzymie 9 czerwca 1382 roku. (Kod. dyp. Wp. III, 1800).
  325. Jan, zwany Kropidło, w roku 1384 przeniesiony na biskupstwo wrocławskie (Długosz 421).
  326. Długosz 367.
  327. 15 sierpnia 1382 r.
  328. Długosz 377, 384.
  329. Około 25 maja 1382 r.
  330. omnis gloriae ejus apparatus.
  331. W historyi znane jest inne imię chrzestne Witolda, mianowicie Aleksander.
  332. Janusz i Ziemowit byli synami Ziemowita Starszego, a braćmi Henryka, biskupa płockiego. Janusz był ożeniony z Anną Danutą, córką Kiejstuta, a więc siostrą Witolda.
  333. Podług Długosza (376) — i słusznie — Wacław; w rozdz. 50 nasz autor sam nazywa go Wacławem. Był to syn księcia Wacława I lignickiego, ur. w r. 1348, wyniesiony na biskupstwo lubuskie 3 grudnia 1375 r., obecnie zaś, 18 kwietnia 1382 r. przeniesiony na biskupstwo wrocławskie, z którego zrezygnował w r. 1417; umarł 30 grudnia 1419 r.
  334. Henryka, późniejszego biskupa kujawskiego, o którym mowa w rozdz. 50.
  335. 25 lipca 1382 r.
  336. Po przyjęciu hołdu od starostów królestwa polskiego, Zygmunt zaczął tytułować się „panem królestwa polskiego“ (dominus regni poloniae, K. d. Wp. III, 1802, 1803; K. d. Mp. I, 365); a nawet wysłał kupca krakowskiego Jana Zolnera do Londynu po zakup sukien na uroczystość koronacyjną (Prohaska „Urywki z dziejów XIV w.“ Kwart. hist. 1904, 215).
  337. Patrz rozdz. 52.
  338. 8 września 1382 r.
  339. Długosz 388.
  340. Długosz 387.
  341. a civitatensibus et oppidanis.
  342. Długosz 388, 389
  343. 22 września 1382 r.
  344. 28 września 1382 r.
  345. 30 września 1382 r.
  346. 1 października 1382 r.
  347. congregatione et colloquio prehabitis.
  348. primates.
  349. 25 listopada.
  350. conventionem generalem.
  351. 25 listopada 1382 r.
  352. multitudo procerum et primatum.
  353. juxta literas et ordinationem.
  354. Długosz 389. — Uchwały tego zjazdu w Radomsku, — czyli pierwszej konfederacyi szlachty polskiej po śmierci króla, — dochowały się w oryginale. Jestto pergamin z przywieszonemi do niego 29 pieczęciami. (Vol. leg. I, 58. — Bandtkie: Jus pol. 187, przedruk z poprzedniego dosłowny, oraz u Herbuta, u którego na marginesie jest przy tym akcie napis: „Ta konfederacya zwana Kaptur.“ — K. d. Wp. III 1804). — Wystawcami tego dokumentu, a więc obecnymi w Radomsku, byli: wojewodowie Wincenty poznański i Sędziwój kaliski; kasztelanowie: Jan kaliski, Sędziwój nakielski Andrzej szremski, Mojek biechowski, Krystyn zbąszyński; podkomorzowie: Świętosław poznański, Mikołaj kaliski, Ubysław cześnik kaliski, Wyszota stolnik, Kunat podsędek kaliski, oraz szlachta: Józef z Grodziska, Wyszota z Kurnika, Piotr Dembicki, Tomisław z Wyskoci, Dobrogost Radomicki, Dobrogost Włościejowski, Szczedrzyk Dupieński, Piotrko Sosnicki, Mikołaj Piotrkowski, Włodzimierz Borzujewski, Jasiek Wielowiejski, Szymon Gronowski, Piotrek Zawadzki, Mieczko Kretkowski, Niczko Kaczkowski, Jan Popczycz, Tomisław Waszkowski, Mścigniew Piątkowski, Janusz Jarogniewski, Wojciech z Goraja. Wszyscy ci panowie, oraz cała społeczność wielkopolska, dają obietnicę całej społeczności szlacheckiej ziem krakowskiej, sandomierskiej, sieradzkiej i łęczyckiej, w osobach Jana, biskupa krakowskiego, Dobiesława kasztelana i Spytka z Melsztyna, wojewody krakowskiego, Jana wojewody i Jana kasztelana sandomierskich i Jana, kasztelana wojnickiego, że dochowają wierności i posłuszeństwa tej córce zmarłego króla Ludwika, która będzie przeznaczona im na królową i w Polsce pozostawiona, stosownie do poprzednich umów i zapisów, oraz że zgodnie i jednomyślnie powstaną przeciwko każdemu, kto będzie się temu postanowieniu sprzeciwiał; królestwa zaś bronić będą przed każdym, — „ktoby, poza granicami przebywając, dobra kościelne lub granice królestwa, gdy jeszcze król nie będzie koronowany“ — poważył się napadać.
  355. tractatus et diffinitio.
  356. confederationem mutuam.
  357. colloquium.
  358. 6 grudnia 1382 r.
  359. Długosz (390) wymienia tych dwóch biskupów, oznaczonych tutaj literami A i B; mieli to być biskupi: Stefan Jagierski i Jan czanadzki.
  360. z 19 na 20 grudnia 1382 r.
  361. artifex.
  362. Długosz 391.
  363. 20 grudnia 1382.
  364. Długosz 391.
  365. 12 stycznia 1383 r.
  366. Długosz 393. — Mamy bardzo ciekawy dokument, datowany z Pyzdr 18 stycznia 1383 r., który wystawili ziemianie wielkopolscy, mianowicie: Wincenty, wojewoda poznański, Sędziwój, wojewoda kaliski, kasztelanowie: Jan kaliski, Sędziwój Świdwa nakielski, Andrzej szremski, Filip krzywiński, Benjamin księski; Świętosław, podkomorzy poznański, Mikołaj, podkomorzy kaliski, Jan, sędzia poznański, Mikołaj, sędzia kaliski, Bartosz z Wisemburga, Ubyszko cześnik, Wyszota z Kurnika, Kunat, podsędek kaliski, Lasota stolnik, Tomisław z Wysokci, Jaśko Dębicki i inna szlachta i ziemianie wielkopolscy, którzy się tym aktem zobowiązują: 1) stać, jako to było poprzednio umówione, przy Maryi, córce Ludwika, która ma przybyć do Polski, koronę przyjąć i w Polsce pozostać, tak aby korona Polska nie była nadal złączona z węgierską; i 2) bronić praw całej społeczności miasta Poznania, jak swoich własnych, krwią i majątkiem, i nic bez jej zgody, — ani też ona wzajem bez ich zgody, — nie przedsiębrać. (K. d. Wp. III, 1807). Akt ten potwierdza wiadomość, podaną niżej, że miasto Poznań połączyło się z ziemianami.
  367. de aereo pixide.
  368. 19 stycznia 1383 r.
  369. hastis.
  370. Długosz 394.
  371. 20 stycznia 1383.
  372. Długosz 394.
  373. stuba.
  374. Długosz 395.
  375. 16 lutego 1383 r.
  376. 14 lutego 1383 r.
  377. lanceis.
  378. exploratores.
  379. O tej drugiej bitwie — w następnym rozdziale.
  380. Długosz 397.
  381. 22 lutego 1383 r.
  382. 15 lutego 1383 r.
  383. Długosz 397.
  384. 26 lutego 1383 r.
  385. colloquium generale.
  386. Długosz 398. — Nasz autor pisze: „jam alias Lipoldo duci Austriae desponsatam.“ (M. pol. h. II, 733). Długosz natomiast powiada: „Hadwigim Austriae duci Wilhelmo... in conjungem repromissam et juxta nonnullorum assertionem desponsatam“. (Wyd. frankfurckie 1711 r. ks. X, str. 77). Jadwiga urodzona w roku 1372, miała więc podówczas lat 11; o jej zaślubinach mówi Długosz pod r. 1375, t. j. kiedy miała zaledwie trzy lata.
  387. 4 kwietnia 1383 r.
  388. Długosz 399.
  389. de conventione.
  390. 24 czerwca 1383 r.
  391. Długosz 399.
  392. more aspidis.
  393. 16 marca 1383 r.
  394. cum XXX lanceis et aliquot balistariis.
  395. de colloquio.
  396. Długosz 400.
  397. „O nobiles et fratres!...”
  398. 10 maja 1383 r.
  399. de conventione regnicolarum.
  400. Długosz 401.
  401. seniores regni poloniae.
  402. 11 listopada 1383.
  403. ordinationem.
  404. Wojewodą krakowskim był Spytek z Melsztyna; dlaczego autor nazywa go z Chorzowa (? wieś na Szląsku, która należała do klasztoru miechowskiego), nie umiemy objaśnić.
  405. 7 maja 1383.
  406. Ziemowit ukrywał się w orszaku arcybiskupa. — Długosz 402.
  407. 10 maja 1383 r.
  408. Długosz 405.
  409. Końcowy ustęp tego rozdziału niejasny. Pisze autor, że Krzesław był wprowadzony przez Dzierżka 22 maja do zanku brzeskiego i zaraz dodaje: „et Abrahae palatini Covale oppidum cum fortalitio suo occupavit“ (str. 738). Wygląda to tak, jak gdyby Kowale należały do Abrahama Sochy i były zajęte przez Dzierżka; tymczasem już od r. 1377 trzymał je Pietrasz Małocha z Małachowa (patrz rozdz. 33), ten sam, któremu teraz królowa Elżbieta odebrała starostwo kujawskie, oddając je Ściborowi; nie mógł więc ten zamek należeć do Abrahama, lecz Abraham, jako stronnik Ziemowita, mógł go zająć, aby nie dopuścić Ścibora.
  410. 26 maja 1383 r.
  411. congregatio.
  412. Długosz 404.
  413. W rozdz. 79.
  414. Długosz 404.
  415. Długosz 405.
  416. ad colloquium.
  417. 19 czerwca 1383 r.
  418. Długosz 405.
  419. propugnaculum.
  420. 21 czerwca 1381 r.
  421. allodia.
  422. 27 czerwca 1383 r.
  423. Długosz 406.
  424. 28 czerwca 1383 r.
  425. Długosz 406.
  426. Długosz 407.
  427. de conventione.
  428. primates.
  429. 26 lipca 1383 r.
  430. 29 września 1383 r.
  431. Długosz 409.
  432. armis et arcubus accincti.
  433. 14 sierpnia 1383 r.
  434. Długosz 409.
  435. Długosz 410.
  436. de cognatione Palucensis.
  437. Długosz 411. — Datę i miejsce zgonu biskupa Zbiluta potwierdza list dziekana włocławskiego, Mikołaja, zwołujący prałatów i kanoników na elekcyę nowego biskupa na 11-go sierpnia (Cod. epist. II, 4).
  438. Włocławek.
  439. fratres cognationis suae.
  440. fortalitii.
  441. copromiserunt in tres.
  442. Por. protokół tego wyboru w Codex epist. II, 5. — Z protokółu tego wynika, że wybrany był nie Trojan, lecz Teodoryk, co się zgadza również z tekstem rozdz. 108 naszej kroniki. Prawdopodobnie zaszła w tekście niniejszego (92) rozdziału omyłka co do imienia elekta, gdyż i w nagłówku jego jest we wszystkich rękopisach „Teodoryk“.
  443. 15 sierpnia 1383 r.
  444. Długosz 412 — „na później odłożył.“
  445. Do cognatione Palucensium.
  446. taliis et angariis.
  447. Domarat występuje odtąd już bez tytułu starosty wielkopolskiego, lecz tylko jako kasztelan poznański, Peregryn zaś odtąd stale jako starosta wielkopolski. Widocznie w tym czasie królowa usunęła nareszcie z wielkorządztwa wielkopolskiego znienawidzonego Domarata. O ile wiemy, Domarat, jako starosta wielkopolski, figuruje po raz ostatni w dokumencie z dnia 29 czerwca 1383 r. (K. d. Wp. III, 1808).
  448. Patrz rozdz. 91.
  449. 8 września 1383 r.
  450. Długosz 412.
  451. Tak jest w tekście; u Sommersberga: „circa Radam“, — zapewne zamiast „Rudam“, gdyż Radom jest zadaleko.
  452. 10 kwietnia 1384 r. — Długosz 413.
  453. Ks. Władysław opolski.
  454. Długosz 413.
  455. Stał on tam z owymi Węgrami, Krakowianami i Sandomierzanami, o czem była mowa w rozdz. 102.
  456. cum preside, proconsule et civibus.
  457. 9 paździer. 1383 r.
  458. allodia.
  459. Długosz 413, 414.
  460. Ustęp ten przytacza dosłownie Paprocki w „Herbach“ (wyd. I, str. 576), jako wyjątek z Kroniki Alberta Strepy, dodając tylko imiona owych synów magnackich, którzy z Sędziwojem do Węgier pojechali; byli to: „syn Michała komesa z Wierzbna, Jan, brat Janka, stryjecznego brata (patruellus) z Melsztyna „etc.“ Długosz, powtarzając ten ustęp z kroniki naszego autora, także tych imion nie przytacza (str. 416); w żadnym też ze znanych nam rękopisów Kroniki Janka z Czarnkowa również ich nie ma. Pomiędzy zakładnikami był i Maćko, podkomorzy kaliski, jak to widać z rozdziału 110.
  461. colloquium generale.
  462. 2 marca 1384 r.
  463. machinarum et pixidum projectionibus.
  464. instrumenta.
  465. Długosz 415.
  466. Długosz 415.
  467. Vladislavia.
  468. Długosz 421. — Po Mikołaju z Kurnika był obrany na biskupstwo poznańskie Mikołaj scholastyk 29 marca 1392 r., którego arcybiskup Jan zatwierdził i który zaraz udał się po sakrę do Rzymu (patrz rozdz. 57). Jednocześnie prawie umarł arcybiskup Jan, i 16 kwietnia 1382 r. obrano na następcę jego Dobrogosta, doktora dekretaliów, dziekana krakowskiego i kantora gnieźnieńskiego, którego jednak król Ludwik nie chciał uznać. Dobrogost również pojechał do Rzymu; obaj elekci byli zatrzymani w Trewirze, lecz elekt poznański, Mikołaj, został zaraz puszczony, — nim jednak dojechał do Rzymu, już papież wyniósł na arcybiskupstwo Bodzantę, a na biskupstwo poznańskie Jana Kropidłę, księcia opolskiego. Dobrogost wkrótce z więzienia uciekł i wrócił do Gniezna, lecz już arcybiskupstwa nie otrzymał (patrz rozdz. 58). Po śmierci Zbiluta, biskupa kujawskiego, kapituła obrała 11 sierpnia 1383 r. Teodoryka z Garnka, proboszcza władysławowskiego, któremu jednakże arcybiskup Bodzanta konsekracyi odmówił (patrz roz. 92). Teraz właśnie papież, nie uznając także wyboru Teodoryka, przeniósł na katedrę kujawską Jana Kropidłę — Patrz także bullę Urbana VI-go z 3 czerwca 1384 r., w której mówi o tem przeniesieniu Jana, Dobrogosta zaś poleca na biskupstwo poznańskie (K. d. Wp. III, 1821).
  469. Długosz 418. — Z tego zjazdu jak widać z rozdz. 115, posłany był do królowej Przecław wąwolnicki z doniesieniem o powziętej uchwale. O tem, aby jeszcze cokolwiek na tym zjeździe w Radomsku było uchwalone, nie podaje nic ani nasz autor, ani Długosz. Dochował się jednak do naszych czasów szereg uchwał, które Szujski temu zjazdowi przypisuje. („Uchwały zjazdu w Radomsku dnia 2 marca 1384 r.“ w Rozprawach i sprawozdaniach z posiedzeń Wydziału hist. filozof. Krak. Akad. Umiej. t. I. 1874 r. str. 163 — Codex epist. 1. 2). Terminu oznaczonego na przybycie Jadwigi w nim nie znajdujemy; jest jednak postanowienie, wzbraniające wyjazdu i wysyłania posłów do Węgier. Nadto zjazd ustanowił w każdej ziemi — krakowskiej, sandomierskiej, wielkopolskiej, sieradzkiej i łęczyckiej, tymczasowy rząd z najwyższych dostojników ziemskich — wojewodów, kasztelanów, sędziów, podkomorzych, tudzież z dwóch mieszczan miast stołecznych, któremu wszyscy mają być posłuszni. Ze spisu tych dostojników widać, że oba wielkie stronnictwa wielkopolskie połączyły się ze sobą: starosta Peregryn z Wągleszyna, wojewoda Wincenty z Kępy, kasztelan Domarat z Pierzchna, Sędziwój Świdwa, stoją obok siebie; brak tylko stronnictwa Bartosza z Odolanowa. Starostowie mają obowiązek strzedz swych zamków i nikomu obcemu ich nie wydawać, pod karą, że gdyby uczynili przeciwnie, ziemianie przestaną uważać ich za starostów i dobra ich spustoszą. Wakujące dygnitarstwa mają pozostać bez obsadzenia aż do przybycia króla, i nikt z prośbą o nie do Węgier udawać się nie może. Nakoniec było zawarte przymierze z Władysławem, ks. opolskim, oraz postanowiono, aby Kraków był strzeżony i broniony przez starostę i jednego z panów każdej ziemi, dla dzieci królowej, gdyby zaś tych dzieci nie stało, wtedy ci, którzy go strzedz będą, mają postąpić podług woli całego społeczeństwa.
  470. Długosz (419) wymienia tych innych: byli to Spytek z Melsztyna, wojewoda krakowski, i Jaśko z Tarnowa, kasztelan sandomierski.
  471. Od 8 do 29 maja 1384 r.
  472. Patrz rozdział 105.
  473. Po 24 lutego 1384 r.
  474. Patrz rozdz. 111.
  475. advocatum.
  476. Scorii.
  477. 24 kwietnia 1384 r.
  478. vestimentis, lectisterniis et clenodiis spoliando.
  479. O tych poruszeniach już autor nic nie pisze.
  480. de conventione.
  481. Długosz 418, 419.
  482. Właściwie z Melsztyna.
  483. 29 maja 1384 r.
  484. 2 czerwca 1384 r.
  485. de colloquio.
  486. colloquium generale.
  487. 8 września 1384 r.
  488. 22 września 1384 r.
  489. Długosz 420, 421.
  490. Zapewne skutkiem nalegań Sędziwoja z Szubina, zdecydowała się nareszcie królowa wysłać swoją młodszą córkę, Jadwigę, do Polski. Podług Długosza (421, 422) prałaci i panowie polscy, którzy już zwątpili o jej przybyciu, tak się na jej widok ucieszyli, że nie obmyśliwszy nawet dla niej małżonka — „jakgdyby sama bez męża wystarczała do rządzenia królestwem polskiem“ — 15 października 1384 r., w dzień Ś. Jadwigi, koronowali ją na królową polską.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jan z Czarnkowa i tłumacza: Józef Żerbiłło.