Kronika Jana z Czarnkowa/O tem, co się działo przed koronacyą króla węgierskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan z Czarnkowa
Tytuł Kronika Jana z Czarnkowa
Podtytuł archidyakona gnieźnieńskiego podkanclerzego królestwa polskiego (1370-1384).
Data wydania 1905
Wydawnictwo E Wende i Sp.
Drukarz Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Żerbiłło
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
7. O tem, co się działo przed koronacyą króla węgierskiego.

Gdy tedy szlachetny król Ludwik węgierski zamieszkał na zamku krakowskim, na drugi dzień po jego przybyciu do Krakowa czcigodny mąż Janusz zwany Suchywilk, dziekan i kanclerz krakowski, prawny wykonawca sporządzonego przez szczęśliwej pamięci króla Kazimierza testamentu, przedstawił nowemu królowi wszystkie przywileje nadań, uczynione przez rzeczonego Kazimierza, króla polskiego, w jego ostatniej woli, a z polecenia księcia pana Władysława opolskiego do przyjazdu króla węgierskiego zatrzymane, — pytając go, czy ma je stosownie do postanowienia jego wuja rozdać. Król miłościwie odpowiedział, że należy je porozdawać, i polecił wypełnić wszystko, co było przez króla Kazimierza przekazane i rozporządzone; wkrótce jednakże, gdy mu niektórzy zawistni zdradliwie zaczęli odradzać, polecił odnieść owe przywileje do księży arcybiskupa gnieźnieńskiego i Floryana biskupa krakowskiego, oraz do szlachty, z której wielu było obecnych, i oddać do ich woli i rozporządzenia. Kiedyśmy wskutek tego do nich z przywilejami temi przybyli, oni wszystkie potwierdzili i rozdać kazali, wyjąwszy przywileje Kazimierzowi, wnukowi zmarłego króla Kazimierza, na księstwo sieradzkie, na zamki i ziemie łęczycką i dobrzyńską, Kruszwicę, Bydgoszcz, Wielatów i Wałcz, jak również naturalnym synom ś. p. króla, Niemierze i Janowi, na pewne nadane im i wyznaczone zamki i wsie, — które to przywileje kazano przedstawić do głębszego rozważenia. Następnie zaś, zgromadziwszy się w domu księdza Jarosława, arcybiskupa gnieźnieńskiego, chcąc zniweczyć nadania, wspomnianym synom nieprawego łoża uczynione, polecili komornikom Mścijonowi Sandomierskiemu i Janowi krakowskiemu przeciąć przywileje; jakoż zostały przecięte i tak są obecnie zachowane. Nazajutrz rano, gdy arcybiskup i biskupi oraz szlachta przedniejszego dostojeństwa byli razem zebrani, król Ludwik, z namowy niektórych cudzemu szczęściu zazdroszczących, posłał do zgromadzonych Władysława, księcia opolskiego, z zapytaniem, czy mógł zmarły król, nie pytając krewnych, jakiekolwiek ziemie, zamki, wsie oraz inne rzeczy na przypadek swej śmierci legować, i żądał zarazem, aby mu powiedziano, jak jest podług prawa. Chociaż na to arcybiskup i biskupi żadnej odpowiedzi nie dali, a pomiędzy resztą zebranych wszczął się z tego powodu spór, bo jedni utrzymywali — i słusznie, — że testament zatwierdza się przez samą śmierć testatora, i że ostatnia wola z obowiązku musi być wykonana, jednakże inni, ostrożniejsi, chcąc pozbyć się odpowiedzialności, twierdzili, że rzecz tę powinni sędziowie podług prawa roztrzygnąć. Zatem Pełka Zambr, sędzia sandomierski, i Wilczko z Naborowa, podsędek krakowski, więcej przez wzgląd na relatora niż na przepisy prawa polskiego, orzekli, że nikt nie może na przypadek swej śmierci kosztem swoich krewnych czegokolwiek legować. Chociaż król wyśmiał to orzeczenie, gdy o niem z relacyi wspomnianego księcia usłyszał, jednakże potwierdził i posłał tegoż księcia do arcybiskupa i szlachty, prosząc, aby mu przedłożyli je na piśmie, stwierdzonem pieczęciami arcybiskupa i biskupa, oraz szlachty tam obecnej. Posłyszawszy to, arcybiskup i inna szlachta, niejako strapieni, zaczęli sprawę nanowo roztrząsać i wreszcie przyszli do wniosku, iż to orzeczenie powinno wyjść na niekorzyść Kazimierza, księcia szczecińskiego, oświadczyli więc, że uczynili je tylko co do ziemian, nie zaś co do książąt, gdyż prawa książęce w tym wypadku są im zupełnie nieznane[1]. Tym sposobem w jednej i tej samej sprawie znaleźli się sami z sobą, niestety, w sprzeczności, bo z początku orzekli, że wszystkie nadania przez króla uczynione są ważne, zaś na drugi dzień, jak wspomniano, powiedzieli, chcąc się (nowemu panu) przypodobać, że nie mają one żadnego znaczenia. Nie zważając jednak na takie orzeczenie, wszystkie nadania, — oprócz uczynionych na korzyść naturalnych synów — zostały utrzymane, zaś księciu Kazimierzowi były odebrane ziemie sieradzka i łęczycka, natomiast księstwo dobrzyńskie, tudzież miasta i zamki Wiełatów i Wałcz były mu przez króla węgierskiego we władanie oddane. I to była pierwsza zmiana za nowego panowania szlachetnego króla Ludwika, którą uczynił, jak sprawiedliwie sądzą, niechętnie. Albowiem niektórzy magnaci i niby pierwsi w radzie zmarłego króla, wielce sprzyjający stronnictwu węgierskiemu, sądzili, że książe Kazimierz, z ziem sieradzkiej, łęczyckiej i dobrzyńskiej i z zamków wyżej wymienionych, przy pomocy szwagra swego, Karola, cesarza rzymskiego, i ojca swego, Bogusława, księcia szczecińskiego, może przyjść do rządów królestwa polskiego, jako dziedzic i prawny następca dziada swojego, niegdyś króla polskiego Kazimierza; w obawie więc tego, przekładali królowi Ludwikowi, że w żaden sposób nie może być cierpiany ten książe w ziemiach sieradzkiej i łęczyckiej, przy których zmarły król Kazimierz, przysposabiając go za syna, obiecał go utrzymać i dać nawet więcej. Za namową tedy owych doradców, król zamiast księstw sieradzkiego i łęczyckiego, które zatrzymał sobie, ofiarował mu księstwo gniewkowskie; lecz książe Kazimierz, idąc za radą swego otoczenia, przyjęcia tego księstwa odmówił. A to z dwóch przyczyn: naprzód dlatego, że zmarły król pan obiecał zachować go przy tamtych ziemiach, jak powiedziano wyżej, i dodać jeszcze więcej; powtóre, że księstwo gniewkowskie miało żyjącego jeszcze, przyrodzonego swego pana, mianowicie księcia Władysława Białego[2], syna Kazimierza, któremu, aczkolwiek był mnichem zakonu Św. Benedykta, król Kazimierz świętej pamięci nie chciał dziedzictwa odbierać. Ostatecznie jednak, gdy król Ludwik miał się na króla polskiego koronować, chciał on, aby wspomniany Kazimierz młodszy zadowolił się księstwami dobrzyńskiem, bydgoskiem, Wiełatowem i Wałczem, obiecując za to go czem innem opatrzyć. Kazimierz, widząc że inaczej uczynić nie może, zgodził się, i podczas koronacyi króla pana księstwo dobrzyńskie z pomienionemi zamkami jako lenno od króla pana i od korony królestwa polskiego przyjął.


Przypisy

    praw, nawet nie protestowali. Pominięcie Piastów tłumaczy Długosz (180), — a co do książąt szląskich i nasz kronikarz (w roz. 10), tem, że odszczepieństwo i poddanie się ich królowi czeskiemu napiętnowało ich hańbą i odsunęło od tronu polskiego, i że mazowieccy i kujawscy książęta byli za mało potężni, aby od nich można się było korzyści dla królestwa spodziewać. Objaśnienie drugiego faktu daje się odnaleźć w familijnem prawie piastowskiem, które pozwalało, w braku męskiego potomstwa, przekazywać dziedzictwo dalszym krewnym, podług woli i uznania zapisodawcy. (Balzer „O następstwie tronu w Polsce I, Sprawa następstwa po Kazimierzu W.” w Rozprawach Wydz. hist. filoz. Akad. um. w Krak. T. XXXVI str. 289—431).

  1. Długosz trochę inaczej ten ustęp — idąc zresztą w ogóle w tem miejscu za naszym autorem — przedstawia (310): „zapytani o zdanie (Pełka i Wilczek) osądzili, że zapisy króla Kazimierza, jako nadwerężające całość królestwa, powinny być zniesione i unieważnione.”
  2. O ks. Władysławie Białym będzie niżej obszerniej (r. 19, 20, 21 i 22); tutaj nadmienia się tylko, że był on synem Kazimierza ks. inowrocławskiego i gniewkowskiego, a wnukiem Ziemomysła, przyrodniego brata Władysława Łokietka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jan z Czarnkowa i tłumacza: Józef Żerbiłło.