Król naftowy/Część druga/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Król naftowy
Część druga
Rozdział Straszydło
Data wydania 1935
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III
STRASZYDŁO

Z daleka ranchero to jedynie dostrzegł, że jeźdźcy prowadzą juczne zwierzęta. Niebawem przekonał się, że w gromadzie jadą nietylko mężczyźni, ale również kobiety i dzieci. Część dosiadała koni, część jechała na mułach. Na przodzie pędził kusy jegomość w zbyt dużej i zbyt obszernej skórzanej kurtce. Poprzez gęsty zarost widać było tylko parę maleńkich chytrze świecących oczu oraz nos zastraszających rozmiarów. Był to Sam Hawkens, który wraz ze swymi przyjaciółmi, Dickem Stone i Willem Parkerem, objął kierownictwo karawany. Teraz oto puścił w cwał swego starego muła. Skoro zatrzymał się przed wrotami, powitał Fornera w te słowa:
Good day, sir! Nieprawdaż, że ta osada nazywa się rancho Fornera?
Ay, master, tak jest, — odpowiedział Forner, zmierzywszy od stóp do głów przybyszów. — Wydajecie się wychodźcami, master?
Yes, o ile nie ma pan nic przeciwko temu.
— Nic, jeśli jesteście uczciwymi ludźmi. Skąd przybywacie?
— Nieco z Tucsonu, jeśli się nie mylę.
— Przebyliście więc żmudną drogę, tem bardziej, że wleczecie ze sobą dzieciaki. Dokąd zdążacie?
— Ku Colorado. Czy ranchero jest w domu?
Yes, jak widzicie. To ja właśnie.
— A więc powiedz pan, czy do jutra rana możemy się u was zatrzymać?
— Tak. Mam nadzieję, że nie będę tego później żałował.
— Nie objemy was, możecie być pewni. A za wikt zapłacimy uczciwie, jeśli się nie mylę.
Zsiadł z konia. Król naftowy z początku stał zdaleka, potem jednak zbliżył się i przysłuchiwał rozmowie. Poznał więc, że ma przed sobą wychodźców, których polecił mu brat. Reszta przygodnie zebranego towarzystwa również wyszła przed wrota w chwili, kiedy wychodźcy zeskakiwali z wierzchowców. Nie obeszło się bez wypadku. Kłapouch, który dźwigał panią Rozalję, kierował się widocznie własnym rozumem; nie pozwalając jej zsiąść, cwałował dalej. Hobble-Frank, jako obyty i szarmancki kawaler, pośpieszył z pomocą, co tak oburzyło muła, że podniósł naraz przednie kończyny i zrzucił amazonkę ze siebie. Runęłaby na ziemię, gdyby Frank nie chwycił jej w objęcia. Zamiast podziękować, wyrwała się, uderzyła go potężnie w bok i huknęła ze złością:
Sheep’s-bead! — Barania głowo!
Sheep’s-nose! — Barani nosie! — odpowiedział Frank.
Clown! — Grubjanin! — krzyczała, wściekle zaciskając pięści.
Stupid girl! — Idjotka! — roześmiał się i odwrócił od niej.
Uważając Franka za Amerykanina, obdzieliła go znanemi sobie angielskiemi wyzwiskami. Stupid girl tak ją rozzłościło, że uchwyciła Franka za rękę i, ponieważ wyczerpał się zasób jej angielszczyzny, zgromiła po niemiecku:
— Ośle, skończony ośle! Jak śmie pan obrażać damę! Czy nie wie pan, kim ja jestem? Jestem pani Rozalja Eberschbach, z domu Morgenschtern, wdowa po młynarzu. Zaskarżę pana, do sądu podam! Z początku wyprowadził pan mego osła z równowagi, potem łapie mnie pan za biodra, wkońcu obrzucasz wyzwiskami, których przyzwoity człowiek nie zna nawet. Ta zniewaga krwi żąda! Zrozumiano?
Obejrzała go wyzywająco i wzięła się pod boki. Hobble-Frank z oszołomienia cofnął się o krok i zapytał po niemiecku:
— Jakto? Pani godność Rozalja Eberschbach?
— Tak — odparła, posuwając się o krok.
— Z domu Morgenschtern? — zapytał, cofając się o dwa kroki.
— Naturalnie! A może ma pan coś przeciwko temu? — rzekła, posuwając się także o dwa kroki.
— Wdowa po młynarzu?
— No, tak! — skinęła.
— Ale w takim razie jest pani Niemką?
— I co za Niemką! Niech usłyszę jeszcze jedno złe słówko, a poznasz mnie! Jestem przyzwyczajona do uprzejmości. Zrozumiano?!
— Ależ byłem dla pani uprzejmy!
— Uprzejmy? Co pan powiada! Czy to uprzejmość chwytać mego osła?
— Chciałem go zatrzymać, bo nie słuchał pani.
— Nie słuchał? A więc posłuchaj pan, co powiem! Mnie słucha każdy osioł, niech pan to sobie zmiarkuje! Pan omal mnie nie zadusił w ramionach! Dech mi zaparło, świeczki stanęły w oczach. Wypraszam sobie podobne czułości! Z damą trzeba się obchodzić grzecznie i bardzo ostrożnie. Jesteśmy piękniejszą i delikatniejszą płcią, i wymagamy delikatnego postępowania. Ale kto łapie jak tragarz i — — —
Nie zdołała dokończyć; za nią rozległ się okrzyk, który ją oszołomił, okrzyk zdumienia i zachwytu:
— Boże miłosierny, to przecież znakomity Hobble-Frank!
Frank odwrócił się szybko i, ujrzawszy mówcę, zawołał z równie wielkiem zdumieniem:
— Nasz kantor Hampel! Czy to być może! Zsiadaj pan i spocznij w moich objęciach!
Szanowny kompozytor, jak zwykle, jechał nakońcu oddziału i dopiero teraz przyłączył się do towarzystwa. Podniósł ostrzegawczo palec i odpowiedział:
— Kantor emeritus, jeśli mogę prosić, panie Frank! Wie pan, że tylko przez wzgląd na dokładność i aby uniknąć qui pro quo. Wszak może egzystować inny kantor, także Mateusz Aureljusz Hampel, jeszcze nie emerytowany. Ceterum, zanim zsiądę, jeszcze na jeden punkt zwrócić muszę pana uwagę.
— Na jaki? Jestem bardzo ciekaw, mój szanowny i drogi kantorze.
— Widzi pan, semper idem! Powiada pan tylko kantor, podczas gdy ja tytułuję pana grzecznie panem Frankiem. Amator artis powinien wymagać szacunku, i dlatego zanoszę do pana suplikę, abyś na przyszłość nie zapominał dodawać „pan“. To bynajmniej nie z pychy, lecz przez wzgląd na dokładność, jak pan chyba sam rozumie.
Kantor bardzo ostrożnie zsiadł z konia i objął Franka majestatycznym ruchem. Westman odpowiedział ze śmiechem:
— Tutaj, na Dzikim Zachodzie, dokładność jest właściwie zbyteczna, ale jeśli to pana bawi, albo ma sprawić przyjemność, nie zapomnę mówić panie kantorze.
— Panie kantorze emeritus, bardzo proszę!
— Dobrze, pięknie! Ale powiedz mi pan przedewszystkiem, co go tutaj zagnało. Rozumie pan chyba, że nie spodziewałem się reservoir pana w tym kraju.
Revoir, t. zn. spotkanie, chciał pan zapewne powiedzieć! Powinien się pan był spodziewać tego spotkania. Wiedział pan przecież, że noszę się z zamiarem skomponowania opery?
— Tak. Mówił pan, że chcesz skompromitować operę w trzech, czy czterech aktorkach.
— Dwanaście! Skomponować, a nie skompromitować! I nie aktorki, ale akty! Ma to być opera heroica, ergo chciałem jechać na Zachód, aby zebrać materjały do opusu. Niestety, pan opuścił ojczyznę, nie zawiadomiwszy mnie uprzednio. Wszakże wiedziałem, dokąd pan zmierza, i dlatego pojechałem za panem.
— Co za nieostrożność! Czy mniema pan, że można się tutaj równie łatwo i prędko spotkać, jak w domowych pieluchach, Uhlandzie Szalony?
— Rolandzie, chciał pan powiedzieć, — poprawił kantor.
Frank zmarszczył czoło i rzekł z wyrzutem:
— Słuchaj pan, panie kantor, przebrała się miarka; ja nie mogę i nie powinienem ścierpieć pana korekty. W poprzednich wypadkach przepuszczałem ją mimo uszu, ale teraz skończone! Pańskie negocje są dla mnie rękawiczką obelgi, która właściwie zmusiłaby mnie do pojedynku, gdyby nie to, że jesteśmy przecież dobrymi przyjaciółmi. A zatem, nie przerywaj mi pan, kiedy wypowiadam swój sąd. Rozparcelowanie naszej wzajemnej sympatji, przez wzgląd na pana, sprawiłoby mi przykrość. Teraz zaś pozwolę sobie przedstawić pana memu przyjacielowi i kuzynowi, zaczem spodziewam się, że zaprezentuje mnie pan swoim kompanom.
Dobroduszny kantor, niezrażony tą perorą, spełnił życzenie swego przyjaciela i wymienił nazwiska towarzyszów. Przez dłuższy czas pytania krzyżowały się z odpowiedziami. Trzeba jednak było rozbić obóz i zaopiekować się zwierzętami.
Król naftowy przez parę chwil przyglądał się tym zajęciom. Musiał przyrzec żądnemu zemsty bratu, że się przyłączy do wychodźców. Korzystając z tego, że Sam stanął na uboczu, podszedł doń, ukłonił się grzecznie i rzekł:
— Słyszałem, że mam przed sobą westmana Sama Hawkensa. Czy wymieniono panu moje nazwisko?
— Nie — odpowiedział westman z równą uprzejmością.
Król nafty był przyrodnim bratem Buttlera. Nie dostrzegłbyś jednak między nimi żadnego podobieństwa. Sam nie mógł więc zmiarkować, że ma przed sobą tak bliskiego krewnego herszta finderów.
— Jestem Grinley; nazywają mnie tutaj królem nafty, ponieważ znalazłem wspaniałe źródło oleju skalnego.
— Źródło oleju skalnego? — zapytał żywo Sam. — W takim razie szczęście panu dopisało i możesz zrobić wspaniałą fortunę. Czy zamierza pan eksploatować źródło na własną rękę?
— Nie mam środków.
— A więc sprzeda pan?
— Tak.
— Czy ma pan już kupca?
— Znalazłem takiego. Siedzi tam na dziedzińcu — Mr. Rollins, bankier z Brownsville w Arkanzas.
— Nie daj się pan ocyganić i żądaj, ile tylko można. Czy chce go pan zawieźć do źródła?
— Tak.
— Czy to daleko?
— Niebardzo.
Well, miejsce jest pana sekretem, — nie będę pana pytał. Aliści zagadnął mnie pan, z czego wnioskuję, że ma pan do mnie jakiś interes?
— Słusznie, sir. Opowiadano poprzednio, że dąży pan w okolice Colorado?
— Stanowczo.
— Moje źródło znajduje się nad rzeką Chelly, a zatem wypada nam stąd wspólna droga.
— Właściwie tak. Ale czemu pan o tem mówi?
— Ponieważ chcę pana prosić, abyś pozwolił mi przyłączyć się do karawany.
— Wraz z bankierem?
— Tak, i jego buchalterem.
Sam zmierzył króla naftowego od stóp do głów i odpowiedział:
— Hm, jak panu wiadomo, w tych okolicach trzeba ostrożnie dobierać towarzystwo.
— Wiem o tem dobrze, ale powiedz mi, sir czy wzbudzam nieufność?
— Nie chcę tego twierdzić, jeśli się nie mylę. Ale czemu chce pan z nami jechać? Taki placer odkrywca zachowuje w sekrecie i dlatego wydaje mi się podejrzanem, że chcesz nam towarzyszyć, jeśli się nie mylę.
— Co się tego tyczy, jestem całkowicie przeświadczony, że taki Sam Hawkens nie zechce mnie oszukać.
Well, trafił pan w sedno. Przeze mnie ani przez moich towarzyszów nie straci pan kropli nafty.
— Powodują mną także dwie inne przyczyny. Czerwoni burzą się, dlatego będzie mi u was bezpieczniej, niż gdybym tylko z tymi dwoma jechał. Rozumie pan?
— Bardzo dobrze, jeśli się nie mylę.
— A następnie Mr. Droll popsuł mi szyki. Szczerze wyznaliśmy mu, czego szukamy nad Chelly, a on w odpowiedzi na to podburzył przeciwko mnie bankiera. Nie wierzy, że nad Chelly można znaleźć naftę.
— Hm, nie mogę mu tego brać za złe. Muszę panu wyznać, sir, że ja też nie wierzę.
— Mówi pan poważnie?
— Z całą powagą.
— A więc i pan mnie uważa za oszusta?
— Nie. Przypuszczam natomiast, że pana oszukano.
— Nikt mnie nie mógł oszukać, gdyż ja odkryłem placer!
— A więc oszukałeś siebie samego, i jakiś inny płyn bierzesz za naftę.
— Ależ, sir, jakiż to mógłby być płyn?
— Nie wiem. Alem gotów przysiąc, że nad Chelly niema nafty.
— Zna pan tę miejscowość?
— Tak, byłem już tam, jeśli się nie mylę.
— Długo?
— Nie, kilka dni wszystkiego. Ale i to zbyteczne. Nie trzeba tam być, aby wiedzieć, że niema śladu nafty. Poprostu, nie odpowiada to miejscowości. O, gdyby pan powiedział, że znalazł złoto i srebro, albo inne metale, to mógłbym wierzyć, ale naftę — nigdy!
— Rzeczoznawcy badali.
— Tak? I jakże rezultat wypadł?
— Ku mojemu najwyższemu zadowoleniu.
— Nie mogę tego zrozumieć. W takim razie stał się cud i przyznaję, że chętnie obejrzę tę osobliwą naftę.
— Do usług, sir, jeżeli tylko pan pozwoli się nam przyłączyć.
— Zaprowadzi mnie pan do placeru?
— Tak.
Well, to mnie cieszy. A zatem Mr. Droll nie wierzył w istnienie nafty i Mr. Frank także nie?
— Obaj nie wierzyli.
— I to pana złości?
— Złości mnie właściwie tylko to, że poderwali wiarę bankiera. Mogą sobie wątpić do końca życia, ale powinni byli zachować wątpliwości dla siebie. Omal wniwecz nie obrócili całego interesu.
— Czy się ten Mr. Rollins naprawdę zawahał?
— Tak. I właśnie z tego też względu zwróciłem się do pana. Świadomi opieki pana, przestaną podejrzewać, że noszę się ze złemi zamiarami. Czy wyświadczy mi pan tę grzeczność, sir?
— Chętnie, ale przedtem chciałbym zasięgnąć opinji przyjaciół.
— Czy to konieczne, sir? Czy aż tak podejrzanie wyglądam, że pan, przywódca karawany, musi pytać innych o pozwolenie?
— Nie jest tak źle. Jeśli mi pan pozwoli mówić bez osłonek, wyznam, że nie uważam pana za oszusta, ale też nie ręczyłbym za pana głową. Uważam pana za człowieka, którego trzeba poznać, i wypróbować, zanim się wyda sąd. Dlatego pragnę się poradzić Dicka Stone i Willa Parkera.
— Do licha, sir! Szczerość pana nie przynosi mi chluby!
— Czy woli pan, żebym w oczy mówił komplementa, a za oczami obmawiał? Bynajmniej, nie chcę pana odtrącać — przeciwnie, przyjmuję propozycję.
— Dziękuję, sir. A kiedy pan stąd odjeżdża?
— Jutro rano, jeśli się nie mylę. A kiedy panowie zamierzali?
— Dzisiaj. Namówię jednak Mr. Rollinsa i Mr. Baumgartena, aby czekali do jutra.
— Doskonale, sir. Nasze zwierzęta są zmęczone. Kobiety i dzieci, które z nami jadą, nie przywykły do jazdy konnej. Pragnę wierzyć, że nie będę później robił sobie wyrzutów.
— Płonne obawy, sir! Jestem uczciwym człowiekiem; dowiodę tego gotowością pokazania wam piaceru. Inny na mojem miejscu nie kwapiłby się zdradzić sekretu.
— Tak, ja przynajmniej nie zdradziłbym swej tajemnicy nikomu, prócz nabywcy. A więc doszliśmy do porozumienia, sir. Jutro rano wyruszamy.
Odwrócił się od niego. Król naftowy skierował się ku podwórzu, zaklął, poczem mruknął do siebie ze złością:
Damned fellom! Pożałujesz! Wypalić mi coś podobnego w oczy. Musi mnie wybadać i wypróbować, zanim będzie uważał za uczciwego człowieka! Bodaj go piorun! Teraz się nawet cieszę, że brat gotuje mu zemstę. Nie miałem chęci wiązania się z tą bandą, ale po takiej zniewadze z największą rozkoszą wydam ich w jego ręce. Tak, obejrzą naftę, i to jaką!
Zwierzęta skubały świeżą trawę i piły chciwie wodę. Sporządzono namioty z prętów i koców, ponieważ takie mnóstwo osób nie mogło się zmieścić w ranchu. Kobiety zakrzątały się żywo, i wkrótce wszystkie nosy połaskotał zapach przyrządzanego mięsa i chleba kukuruzowego. Wychodźcy zaprosili ciotkę Droll i Hobble-Franka. Pozostali musieli na własną rękę postarać się o posiłek.
Frank z trudem tłumił wesołość, doznając ze strony pani Rozalji Ebersbach, z domu Morgenstern, wdowy po młynarzu, oczywistych dowodów życzliwości.
Kładła przed nim najlepsze kąski; musiał pałaszować ponad wszelką miarę swego żołądka. Skoro wreszcie, nie mogąc nic więcej przełknąć, podziękował za świeży pachnący placek, odezwała się:
— Weź pan tylko to jeszcze, panie Hobble-Frank! Chętnie to daję. Zrozumiano?
— O tak — roześmiał się. — Wiedziałem już poprzednio, że pani mi coś chętnie daje. Nieomal, że dostał mi się policzek.
— Ponieważ nie wiedziałam, kim pan właściwie jesteś. Gdyby pan się przedstawił jako znakomity Hobble-Frank, nie mogłoby powstać żadne nieporozumienie.
— Ale wobec kogo innego byłaby pani niedelikatna?
— Rozumie się. Pana postępowanie było obrazą, a ja nie pozwalam się obrażać, ponieważ jestem nietylko wykształconą, ale także bardzo mężną kobietą, i wiem dokładnie, jak należy się zachowywać, kiedy się nie doznaje delikatnego obejścia, należnego damie.
— Ale powtarzam to pani, że o niedelikatności, a co więcej — o obrazie, nie może być mowy! Chciałem okazać rycerski sakursal, kiedy muł zaczął panią ponosić. A tymczasem pani odpłaciła mi wyrzutami, chociaż to osioł okazał się wobec pani nie-gentlemanem.
— Ale poco go pan uchwycił? Samabym sobie z nim poradziła! Jużci, umiem się obchodzić z osłami wszelkiego rodzaju. Jeszcze mnie pan pozna pod tym względem. Nie lękam się żadnego osła, ani muła, ani czerwonego Indjanina, ani żadnej białej twarzy. Pan kantor emeritus opowiadał o panu tyle pięknych i miłych rzeczy, że polubiłam pana i jestem gotowa pomóc panu w każdej potrzebie i niebezpieczeństwie. Pójdę dla pana w ogień, jeśli będzie konieczność. No, weź pan ten kawałeczek baraniny; to najlepsze, co mam jeszcze dla pana.
— Dziękuję, dziękuję! — wzbraniał się Frank. — Nie mogę więcej, naprawdę nie mogę. Jestem przesycony i mógłbym łatwo nabawić się indigestykulacji.
Indigestji, chciał pan powiedzieć, panie Frank, — wtrącił kantor.
— Trzymaj pan język za zębami, — żachnął się Frank — panie emeritechnikus! Co pan wie o greckim i arabskim wokarbularzu! Umie pan grać na organach i komprymować opery, w innych zaś kwestjach jest pan ciemny jak tabaka w rogu, zwłaszcza wobec myśliwego i uczonego, jakim ja jestem! Gdybym się wdał z panem w naukowe dysputacje, przysiadłby mosterdziej cicho, jak mysz pod miotłą!
— Wątpię — odpowiedział kantor.
— Jak? Co? Nie chce mi pan przyznać? Czy mam dowieść? No, co pan może zarzucić mojej indigestykulacji, mój drogi, słodki, uczony panie kantorze emeriticus Mateuszu Aureljuszu Hampel z Klotzsche pod Dreznem?
— Mówi się indygestji.
— Tak, tak! A co oznacza to pańskie miłe słówko?
— Niestrawność. Indigeste to znaczy po francusku niestrawny.
— Wierzę panu zmiejsca i z całego serca, ponieważ pan sam jesteś w najwyższym stopniu indigeste, — przynajmniej ja nie mogę strawić pańskiego wszędybylskiego wszystkoznawstwa. Ale co pan zarzuca wyrazowi, którego ja użyłem, mianowicie indigestykulacji?
— To jest czysty bezsens.
— Ach tak, hm! A co oznacza słowo gestykulacja?
— Wysławianie się za pośrednictwem rąk, lub innych członków.
— Pięknie, bardzo pięknie! Teraz trzymam pana za słowo. Teraz jesteś schwytany w niewolę, jak Kleopatra przez Karola Wielkiego w bitwie pod Berezyną. A zatem, gestykulacja jest mową ruchu ciała, a indi oznacza coś wewnętrznego, co się odnosi do żołądka, gdyż sam pan powiedział, że indigeste oznacza tyle, co niestrawny. A zatem, skoro użyłem nader dowcipnego wyrażenia: indigestykulacja, to chciałem przez to powiedzieć, że wiele jadłem i że mój żołądek wije się gwałtownie, aby żywą mową ruchów kazać mi odłożyć nóż, widelec i łyżkę. Pan natomiast zdaje się nie mieć zrozumienia dla tak delikatnych wskazówek żołądka, bo inaczej nie wystąpiłbyś przeciw mej indygestykulacji. Czy zna pan bajkę o żabie i wołu?
Ra a et bos, tak.
— No, jakże tam było?
— Żaba zobaczyła wołu; chciała być tak wielka, jak on, rozdęła się i — — pękła.
— I co stąd za morał?
— Nikt nie powinien się pysznić, gdyż może łatwo wpaść w biedę.
— Pięknie, bardzo pięknie! Nawet wyśmienicie! — potwierdził natychmiast Frank. — Bierz pan sobie tę naukę do serca, panie kantorze emeritus! Ta bajka świetnie pasuje do nas, to znaczy do mnie i do pana.
— Jakto?
Chytry uśmieszek kantora świadczył, że chciał tem pytaniem schwytać Franka w jego własną pułapkę. Wszyscy przyglądali się małemu westmanowi z oczekiwaniem, ciekawi, czy wpadnie w dołek, który wykopał był pod kantorem. Frank zapędził się w pasji i bez namysłu wypalił:
— Ponieważ jest pan duchowo drobniutki, ja zaś jestem ową wielkością. Jeśli pan zechce się przyrównać do mnie, to bezwarunkowo pękniesz, gdyż w stosunku do mojej wiedzy, umiejętności i erudytacji jest pan małą żabą, podczas gdy ja jestem w tych wszystkich dziedzinach wielkim wo — — —
Urwał w połowie zdania; połapał się, niestety, za późno.
— Wielkim wołem! — dokończył kantor. — Nie chcę się z panem o to certować.
Rozległ się głośny, iście homeryczny śmiech. Frank krzyczał wściekle, ale z tym skutkiem, że śmiano się jeszcze głośniej i dłużej. Wreszcie zerwał się i ryknął na całe gardło:
— Stulcie pyski, krzykacze! Jeśli się nie przymkniecie, to zmiejsca wyjeżdżam i zostawiam was na łasce losu!
Nikt nie zważał na tę groźbę, i śmiech rozpoczął się odnowa. Nawet przyjaciel i kuzyn ciotka Droll śmiał się tak, że gruby brzuch trząsł się wraz z rękoma, które na nim spoczywały. Do reszty rozjuszyło to Hobble-Franka. Wymachując ściśniętemi pięściami, zawołał wezbranym wściekłością głosem:
— No dobrze! Nie chcecie słuchać, to pożałujecie! Strzepnę wasz kurz ze swoich butów i pójdę, dokąd mnie oczy poniosą. Umywam ręce w dziecięcej niewinności i zostawiam dla was mydliny!
Wykrzyknąwszy to, uciekł ścigany salwą niepohamowanego śmiechu.
Jeden tylko z obecnych nie dzielił powszechnej wesołości: Szi-So, syn wodza. Wrodzona powaga indjańska nie pozwoliła mu okazywać płochego rozbawienia. Władał wszakże niemieckim i zrozumiał komiczną sytuację Hobble-Franka; zdradzał to lekki uśmieszek, drgający w kącikach ust. Natychmiast po zniknięciu ośmieszonego westmana podniósł się i wyszedł za nim przed wrota.
Wrócił wnet z oznajmieniem:
— Hobble-Frank nie żartuje. Siodła teraz konia. Czy mam go prosić, aby wrócił?
— Nie — odpowiedział Droll. — Chce nas tylko nastraszyć. Znam ja swoich. Ani mu się śni odjeżdżać i zostawiać mnie samego.
Jednakże Szi-So wrócił do wrót. Zaraz potem gwizdnął i zawołał, skoro się odwrócono:
— Dosiada konia, naprawdę odjeżdża!
Wszyscy wyszli przed bramę. Zobaczyli, jak rozzłoszczony Hobble puszcza konia w galop ku rzece. Droll zawołał za nim:
— Franku, kuzynie, dokąd to? Nie tegośmy się spodziewali!
Hobble odwrócił konia I odpowiedział:
— Spodziewajcie się, czego chcecie. Myśliwy i znakomity samouk Heljogabalus Morfeusz Edeward Franke nie pozwala robić z siebie pośmiewiska.
— Nie śmieliśmy się z ciebie, lecz z kantora, — kłamał Droll.
— Nie wykręcisz się sianem! Śmieliście się z wołu, którego zresztą nie wypowiedziałem całkowicie. Czy to tak śmieszne?
— Nie śmieszne, ale nader niebezpieczne mieć całą tylną połowę wołu w gębie. Nikt z nas nie potrafi tego dokazać. Nasz szacunek do ciebie wzrasta, a więc wracajże do nas, stara kamienico!
— Nawet we śnie nie wpadnie mi do głowy wracać, zwłaszcza że znowu się śmiejesz z wołu. O, kuzynie Droll, ile się przez ciebie nacierpię! Zbyt wiele ci wybaczałem. Ale teraz nadeszła godzina kary! Hobble-Frank zniknie z widowni areny! Bierze z tobą rozbrat.
— Bzdury pleciesz! Podejdź-no I nie bądź głupcem!
Głupcem? To słówko przebiera miarę! Hobble-Frank głupcem!
Odwrócił się i pomknął ku rzece.
— Frank, Frank, wracaj, wracajże! — krzyczał, śmiejąc się Droll. — Wszak nie porzucisz swej ciotki!
Ale gniewem pałający Achilles przeprawił się przez rzekę i wyjechał na drugi brzeg.
— Bardzo mi przykro — wyznał zaniepokojony kantor. — Skory jest do kłótni, zwłaszcza w kwestjach erudycji, ale wogóle to nader zacny człowiek. Tak się cieszyłem, że go spotkałem, i oto znowu znikł!
— Najwyżej na kilka godzin — odpowiedział Droll.
— Tak pan sądzi, naprawdę?
— Tak, znam go. Jeśli mu nie przyznasz słuszności, wybucha gniewem, aby się prędko udobruchać. Wiem, że nie potrafi żyć beze mnie. Wyładuje swój gniew w polu, zostawi go tam i wróci do nas. Oczywiście, będzie pan musiał unikać zaczepki i zachowywać się tak, jakgdyby nigdy nic się nie zdarzyło. A wogóle nie należy mu przeczyć, skoro się uweźmie. Uważa siebie za beczkę wszelakiej wiedzy. Czy to komu przynosi uszczerbek? Dlatego pozwól mu pan jeździć na koniku, jeśli to pana nic nie kosztuje!
Oczywiście, wszyscy byli świadkami zniknięcia Franka. Nawet domownicy ranchera, zwabieni śmiechem, zebrali się pod wrotami.
Baumgarten przetłumaczył na angielski swemu szefowi pojedynek słowny, który wywołał tak komiczny incydent. Bankier śmiał się do rozpuku. Był bardzo ciekaw, czy sprawdzi się przypuszczeni nie Drolla. — Niebawem podszedł do Rollinsa Sam Hawkens i zapytał:
— Chce pan jechać do rzeki Chelly, Mr Rollins? Moja droga prowadzi tamtędy. Wyruszamy jutro rano. Wasz król nafty zamierza przyłączyć się do nas za moją zgodą. Czy wie pan o tem?
— Nie. Nic nam nie mówił. Co pan sądzi o źródle.
— Sądzę, że się w najlepszym wypadku — — omylił! Mogę tylko zalecić jak najdalej posuniętą ostrożność.
— A więc potwierdza pan zdanie Mr. Drolla. W każdym razie zgoda pana zapewnia mi ochronę. A zatem, przyłączę się do was, sir! Jestem panu bardzo wdzięczny.
Narazie więc wszyscy byli zadowoleni. Rollins, Baumgarten i król naftowy przyłączyli się do wychodźców. Na miłej pogawędce upłynęło popołudnie. Zapadł wieczór. Rozpalono na dziedzińcu ognisko. Niebawem przystawiono mięso, dostarczone przez ranchera; na deser miała być zgotowana kawa. Śród bagażu wychodźców znalazło się dosyć naczyń. Pani Rozalja i jedna z jej towarzyszek wzięły kubły i poszły po wodę do rzeki. W kilka minut później wróciły — bez naczyń — w najwyższym stopniu podniecone.
— Co się wam stało? — zapytał kantor. — Gdzieżeście podziały kubły? Jakże panie wyglądają?
Towarzyszka pani Rozalji nie mogła z przerażenia dobyć głosu. Pani Rozalja z trudem wykrztusiła:
— Jak wyglądam? Bardzo źle, co?
— Trupio blada. Czy spotkało was co niemiłego?
— Czy spotkało? A jakże! Jezusie drogi, cośmy widziały!
— Cóż takiego?
— Co? Nie wiem co, za wiele pan żąda!
— Otrząśnij się, kobieto! — zawołał jej mąż. — Musisz przecież wiedzieć, coś widziała!
Ujęła się pięściami pod boki i krzyknęła ze złością:
— A może ty wiesz?
— Ja? Nie! — odpowiedział zamierającym głosem:
— No więc! Siedź cicho — rozumiesz! Wiem chyba, gdzie mam oczy. Ale tak wstrętnej istoty, jak teraz, nie widziałam jeszcze, póki żyję!
— To był duch, prawdziwy wodnik, — oświadczyła druga, otrząsnąwszy się z trwogi.
— Babskie gadanie! — ofuknęła ją pani Rozalja. — Niema duchów. Tem bardziej nie mogę wierzyć w wodnika.
— A więc była to rusałka!
— Przesądna baba! Rusałki istnieją tylko w bajkach dla dzieci.
— No to co?
— Nie był to duch, bo duchy nie istnieją. Ani człowiek — a więc bydlę, ale jakie!
Teraz znów odezwał się kantor:
— Jeśli to było zwierzę, to wkrótce określimy gatunek, rodzaj i nazwę. Jestem także zoologiem, to znaczy, jeszcze z czasów szkolnych. Niech mi panie odpowiedzą na moje pytania! Czy to był kręgowiec?
— Nie zauważyłam żadnych kręgów. Było zbyt ciemno.
— Jakiej wielkości był ów dziwoląg?
— Kiedy siedział w wodzie, nie mogłam dokładnie zbadać. Ale kiedy skoczył, wydał mi się wielkości ludzkiej.
— A więc kręgowiec; zapewne ssak.
— Nie mogę wiedzieć — może i ssak.
— Ilustrujmy poszczególne klasy. Czy to była małpa?
— Nie, bo nie miała włosów.
— Tak, tak, hm, hm! A może ryba?
— Nie, wcale nie! Ryba nie ma nóg, ani rąk.
— A więc potwór miał ręce i nogi?
— Tak.
— To dziwne, bardzo dziwne! Nogi i ręce mają tylko ludzie i małpy. Ale nie była to małpa, jak pani twierdzi. A zatem należy przyjąć, że to był człowiek.
— Boże uchowaj, to nie był człowiek! Człowiek ma zgoła inny głos.
— Wydawał dźwięki?
— No, jeszcze jakie!
— Czy nie mogłaby pani powtórzyć?
— Spróbuję — rzekła. Odetchnęła głęboko i ryknęła: — Uhuahuahuahuaauauauahhh!
Wszyscy skoczyli na nogi.
— Mój Boże, co to za zwierzę! Chyba tygrys — lew — — pantera! — zawołano dokoła.
— Cicho, ludzie! — rozkazał kantor. — Nie frasujcie się! Słyszeliście, że to nie drapieżnik. Nie mamy się czego lękać — wkrótce wyklaruję tę rzecz naukowo. Zwierzę nie ma sierści, a zatem nie jest to ssak. Ryba też nie, gdyż ma głos. Ponieważ musimy pominąć kręgowców, pozostają więc tylko płazy, zwłaszcza żaby i krety.
— Tak, to prawda, — zawołała druga kobieta. — To był kret!
— Nie, to będzie żaba! — zawyrokowała pani Rozalja.
— Nie, kret! Tylko kret potrafi w ten sposób siedzieć w wodzie.
— Ale straszydło skoczyło wgórę!
— Krety też skaczą!
— Nie tak, jak żaby. Zresztą, kret siedzi przeważnie w ziemi, a nie w wodzie. Zrozumiano? A jużci, to żaba!
— Ale taka duża żaba!! — wtrącił kantor, potrząsając niedowierzająco głową. — Powiedziana pani, że potwór był wielkości ludzkiej.
— Takiej wielkości, na honor!
— Hm, hm! Największą żabą w Ameryce jest żaba bawola, wszakże i tej jeszcze daleko do wielkości ludzkiej.
— Żaba bawola? Czy one są tu także? W takim razie to na pewno żaba bawola.
Impossibile. Płaz nigdy nie osiąga takich rozmiarów.
— Czemu nie? Wszędzie istnieją olbrzymy i karliki, a zatem także u żab. A więc jest to olbrzym żaby bawolej, albo żaba olbrzyma bawolego, albo bawół olbrzymiej żaby, albo ba wola żaba olbrzyma, albo olbrzymi bawół żabi albo — — —
— Stój, stój, stój! — krzyknął kantor. — W mojem kompendjum zoologji nie było olbrzymiej żaby bawolej, ale nie chcę się certować. Żyję więcej sztuką, niż zoologją, i nie śmiem twierdzić, że natura nie rodzi takich poczwar. Czy naprawdę mniema pani, że to była olbrzymia żaba bawola pani Ebersbach?
— Tak, na honor i zbawienie duszy! Mogę przysiąc, gdyż zwierzę, które wszystkiemi czworakami skacze wgórę, musi być żabą a jakże!
— Ale przed skokiem — czy pływało, czy też siedziało spokojnie?
— Siedziało, jak żaba! Tylnej części nie widać było, a wyglądały z wody tylko przednie łapy, nieco cielska i morda. Przypominam sobie teraz szerokie usta żabie i okrągłe ślepia, które łypały na mnie, panie kantorze.
— Kantor emeritus, przez wzgląd na dokładność. Mimo opisu pani, nie mogę rozwiązać zagadki. Proponuję iść do rzeki i przekonać się osobiście.
— Czy mniema pan, że żaba tam wciąż jeszcze siedzi?
— Tak. Żaby nie są to zwierzęta wędrowne, lecz osiadłe i wytrwałe. Ta żaba urodziła się tutaj, i zatem nie opuści tej miejscowości. Licząc się wszakże z jej rozmiarami, zabierzemy ze sobą broń. Ta bestja może kąsać.
Gospodarz musiał dostarczyć kilku latarek, poczem wszyscy bez wyjątku udali się ku rzece. Sam Hawkens, Dick Stone i Will Parker szli nakońcu. Przyłączył się do nich także Droll. Śmiejąc się pocichu, zapytał:
— Jak myślicie, messurs, co to za zwierzę?
— Zapewne żaba wielkości mojej ręki — odparł Hawkens. — Skoczyła znienacka. Przerażone kobiety przyjęły ją za pięćdziesięciokrotnie większą, niż jest w rzeczywistości.
— Bynajmniej, jest naprawdę tak wielka, — odparł Droll.
— Androny! Żaba wielkości ludzkiej!
— Wcale nie żaba! To człowiek, który się kąpał. Naturalnie, mój Hobble-Frank!
— Do piorunów! Co za myśl, jeśli się nie mylę!
— Tak, to on na pewno. Mówił mi dzisiaj podczas upału, że wieczorem wykąpie się w rzece.
— Ale przecież odjechał!
Pshaw! Wrócił — znam go. Nie chciał, oczywiście, jechać wprost do nas, więc zatrzymał się nad rzeką. Wprawił w czyn swój zamiar, rozebrał się i wykąpał. A, patrzcie! Oto mamy naszą żabę!
Orszak zbliżył się już do rzeki. Na trawie siedział Hobble-Frank obok spokojnie pasącego się konia. Ujrzawszy tylu ludzi, podniósł się zdziwiony i zapytał po niemiecku:
— Co was tu sprowadza? To prawdziwa pielgrzymka!
— Ah, wrócił pan, panie Frank! — odpowiedział emeritus. — Bardzo to nam na rękę, gdyż prawdopodobnie potrafi pan przysłużyć się nam indykacjami. Od jak dawna bawi pan na tem miejscu?
— Od godziny może.
— Czy zauważył pan, co się tutaj przytrafiło?
— Naturalnie! Mam przecież oczy i także uszy, a taki westman, jak ja, słyszy, jak trawa rośnie.
— Czy widział pan te dwie kobiety, które przyszły po wodę?
— Tak.
— A także zwierzę?
— Jakie zwierzę?
— Co siedziało w wodzie.
— W wodzie siedziało? Nie zauważyłem. Jakie?
— Żaba bawola!
— Nie. Żaby bawolej nie widziałem.
— Czy był pan wpobliżu, kiedy obie damy podeszły do rzeki?
— Mogę zapewnić, że byłem bardzo blisko.
Pani Rozalja wysunęła się i rzekła:
— Nie widziałam pana, panie Hobble-Frank, ale zato dobrze widziałam żabę bawolą. Jeśli pan był tak blisko, to musiałeś bezsprzecznie zobaczyć ją także! Była wszak dosyć wielka!
— Jak wielka?
— Jak dorosły człowiek.
Oho! Tak wielkich żab nigdzie niema, pani Ebersbach. Widziałem dosyć żab w swojem życiu; osiągają czasem rozmiar przyzwoitej ręki ludzkiej, ale niewiększy. Nazwa ich nie świadczy o bawolich rozmiarach — wywodzi się raczej z podobieństwa głosów. Skrzek ich przypomina poryk bawołów.
— To się zgadza, tak, to się zgadzał Słyszałyśmy krzyk tej bestji.
— Musiałbym i ja słyszeć.
— Sądzę! Gdzie pan podział oczy i uszy ześ ani widział, ani słyszał?
— Naprawdę, sam nie wiem. Niech mi pani łaskawie pokaże miejsce, gdzie ta żaba ryczała.
— Ryknęła dopiero wówczas, kiedy skoczyła pod górę.
— Niech mnie pani posłucha, pani Ebersbach. To nie do wiary! Żaba nie ryczy w skoku.
— A właśnie; że ryknęła w skoku! Pokażę panu miejsce.
Pani Ebersbach zaprowadziła niedowiarka do brzegu, wskazała miejsce, gdzie stało jeszcze puste wiadro, poczem, zwracając palec ku wodzie wytłumaczyła:
— Tu stanęłyśmy, aby zaczerpnąć wody do kawy. Na dowód prawdy widzi pan to wiadro, które ze strachu zostawiłyśmy. A tu w wodzie siedziała żaba bawola.
Twarz Hobble-Franka wydłużyła się, lecz wnet przybrała wesołą minę.
— A więc. — zapytał — widziała pani dokładnie, że to żaba bawola?
— No, mówiąc szczerze i otwarcie, z początku me wiedziałyśmy, do jakiej kategorji insektów zaliczyć tę bestję. Lecz Mr. kantor studjowa zoologję, i dzięki jego łaskawej pomocy domyśliłyśmy się, że to była żaba bawola.
— Świetnie, świetnie! To mnie bardzo cieszy, szanowne damy i panowie! Lecz czemu przyszliście tu z latarniami i pochodniami?
— Aby odszukać i schwytać tę żabę bawolą — odpowiedziała pani Rozalja.
— Przypuszcza pani, że to tak łatwo?
— No, nie będziemy lękać się żab! Olbrzymka to wprawdzie, ale, jakkolwiek będzie się wzbraniać, nie da nam rady. Skoro zechce kąsać, zastrzelimy bestję bez zlitowania. Przynieśliśmy ze sobą flinty, jak pan widzi.
W odpowiedzi rozległ się taki śmiech, że pani Rozalja, dotknięta w swej godności, żachnęła się gniewnie:
— To nie żarty, panie Frank, w nocy, w takim mroku — — —
— — — — brać znakomitego i wielce uczonego Hobble-Franka za żabę bawolą!
Odstąpiła o krok, wytrzeszczyła oczy i zapytała:
— Pan — — pan byłeś tą żabą bawolą?
— Tak, ja, — wykrztusił przez śmiech. — Objechałem tę malowniczą okolicę, a skoro się ściemniło, wróciłem nad rzekę. Dzień był tak gorący i parny, jazda tak mnie rozgrzała, że dojechawszy do rzeki, przypomniałem sobie, iż zamierzałem wziąć kąpiel — i dałem nura.
Pani Rozalja skrzyżowała ręce i zawołała:
Jezus Marja, co ja słyszę! Przysiadł pan w wodzie?
— Tak. Nurkowałem tu i owdzie, pluskałem, ochlapywałem się dzielnie i chciałem właśnie wrócić na brzeg, gdy zobaczyłem dwie kobiece postacie. Ponieważ zmrok już zapadł, niepostrzeżenie, bardzo blisko mnie, podeszły do brzegu. Natychmiast się skuliłem, ponieważ myślałem, że przejdą dalej, ale kobiety akurat zbliżyły się do owego miejsca, gdzie sławny Frank leżał w wodzie. Tu zatrzymały się i wytrzeszczyły na mnie gały.
— Prawda — wtrąciła pani Rozalja. — Świeciło się w wodzie, lecz nie wiedziałyśmy, co o tem sądzić. Była to żywa istota, która straszliwie łypała na nas ślepiami.
— Bardzo proszę, pani Ebersbach, — tylko nie łypała! Spojrzałem z trwogą, ponieważ miałem nadzieję, że zgodnie ze swą subtelną obyczajnością, oddalą się panie natychmiast. Ale stało się wręcz przeciwnie. Dlatego zdecydowałem się na strategiczną rewolucję: skoczyłem wgórę, klasnąłem w ręce i spłoszyłem obie kobiety.
Pani Ebersbach, urażona relacją, zamierzała odpowiedzieć ostrzej, niż dotychczas, lecz ubiegł ją Droll:
— To była pomyłka, moi szanowni państwo, pomyłka, jaka nikomu nie przynosi ujmy. Dlatego nie będziemy się sprzeczać i kłócić, lecz okażemy szacunek temu, kto na szacunek zasłużył Nasz Hobble-Frank, olbrzymia żaba bawola, niech, żyje sto lat!
Kiedy burze okrzyków ucichły, dodał:
— Tam leży wiadro. Zaczerpnijcie wody, abyśmy wreszcie dostali kawy. Następnie ustawmy się szeregiem i w triumfie zanieśmy naszą żabę do rancha.
Nanicby się zdał opór Hobble-Franka. Kowal Ebersbach, najwyższy z wychodźców, posadził sobie małego westmana na plecach, jak dziecko, poczem cały oddział, naśladując skrzeczenie żab, skocznym krokiem pomaszerował zpowrotem do farmy. Wkrótce znów zakrzątano się dokoła ogniska. — —
Najbliższym postojem miało być samotne pueblo, wznoszące się na południowym stoku Gór Mogollon. Aby dotrzeć tam przed wieczorem, trzeba było wyruszyć rano i nie odpoczywać w drodze często, ani długo. Mimo to, nie ułożono się wcześnie do snu. Nikomu nie chciało się przerywać interesującej rozmowy.
Król naftowy brał w niej żywy udział. Ponieważ ani on, ani bankier nie znali niemieckiego, przeto posługiwano się przeważnie angielskim. Grinley niemało zadawał sobie trudu, aby pozyskać życzliwość kompanji. Powiodło mu się z wychodźcami, aczkolwiek niewiele rozumieli po angielsku; udało mu się też w części rozproszyć nieufność bankiera.
Szczery charakter Sama Hawkensa, wesołość ciotki Droll i oryginalność Hobble-Franka przyczyniły się do przyjemnego spędzenia wieczora. Czas upływał niepostrzeżenie. Wszyscy byli zdziwieni, kiedy Will Parker przypomniał wreszcie, że minęła już północ.
Pozostały cztery, najwyżej pięć godzin snu. Ułożono się na odpowiednio przygotowanych legowiskach. Nie trzeba było zaciągnąć warty, służba bowiem ranchera czuwała przed wrotami. — — —




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.