Król naftowy/Część druga/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Król naftowy
Część druga
Rozdział Pueblo
Data wydania 1935
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV
PUEBLO

Jeszcze noc szarzała, a już Forner przygotował kawę i świeże chlebki z kukuruzy. Dzięki temu wychodźcy nie stracili czasu na przygotowanie śniadania. Napojono zwierzęta. Ranchero został wynagrodzony za wszystko, czego dostarczył. Nie zapomniano również zostawić służbie sutego napiwku. Skoro świt, wyruszono w drogę.
Sam Hawkens postarał się, aby panie miały wygodne na wierzchowcach siedzenia. Dzięki temu jazda nie męczyła kobiet bardziej, niż mężczyzn. Dzieci umieszczono w słomą wyłożonych koszach, które zawieszono po dwa z obu stron każdego muła. Dzięki temu podróż mogła odbywać się szybciej.
Im dalej od rzeki, tem kraj był mniej płodny. Wszędzie, gdzie jest wilgotność, lub woda bieżąca, grunt obradza bogato. Lecz gdzie zabraknie ożywczej kropli, tam się rozrasta beznadziejna pustynia.
Przed południem żar nie był jeszcze tak dokuczliwy, ale im wyżej słońce wschodziło, tem bardziej upał się wzmagał. Promienie słoneczne odbijały od suchego skalistego gruntu, od nagich łysych gór.
Wychodźcy, nieprzyzwyczajeni do takiego gorąca, ledwie mogli je znieść.
Parę godzin po południu droga wypadała przez płaskie kotliny, lub przez płaskowzgórze, gdzie niepodobna było dostrzec ani źdźbła trawy. Następnie ciągnęły się wyżyny, którym skąpa tutaj natura odmówiła drzew i zagajników. Tylko tu i owdzie w osłoniętych miejscach, gdzie słońce nie prażyło od rana do wieczora i gdzie można było na jaki krótki czas cień znaleźć, widać było samotne fantastycznie sformowane kaktusy, których bezbarwna szarzyzna nie sprawiała oku żadnej przyjemności.
Podczas największej spiekoty zatrzymano się pod jakąś stromą górą. Było tu nieco dobroczynnego cienia, atoli przeciwległa ściana skalna zionęła takim żarem ku odpoczywającym podróżnym, iż woleli ruszyć dalej. Szybka jazda budziła przecież w zakrzepłem powietrzu powiew chłodzący.
Nareszcie słońce zbliżyło się do widnokręgu. Temperatura zaczęła opadać — i to o wiele szybciej, niż należało. Sam Hawkens zatroskany spojrzał na niebo.
— Czemu zadzierasz głowę do góry? — zapytał Hobble-Frank. — Zdaje się, że nie jesteś zadowolony z miejscowego firmamentu.
— Masz słuszność — odpowiedział Sam.
— Dlaczego?
— Ponieważ powietrze tak szybko i raptownie ochłodło.
— A więc burza?
— Obawiam się, że tak.
— Ależ z wielką przyjemnością. Po takiej suszy i upale burza jest tylko delicją!
— Dziękuję! Burze w tych stronach objawiają się inaczej, niż sądzisz. Bywa, że przez upalne miesiące nie pada ani kropla wody; zdarzało się nawet, że upłyną dwa lata bez deszczu. Natomiast, skoro rozsroży się burza, bywa naprawdę straszna. Starajmy się czem prędzej dotrzeć do puebla.
— Jak daleko stąd?
— Za pół godziny przybędziemy.
— A więc niema niebezpieczeństwa. Nie widać jeszcze ani chmurki na niebie; upłyną godziny, zanim na górze się ściemni.
— Jesteś w błędzie! Wystarczy kilka minut, aby błękit nieba sczerniał. Mógłbym, co więcej, twierdzić, że czuję już elektryczność, która się zebrała w powietrzu. Przyjrzyj się tylko mojej Mary, jak się spieszy, jak wydęła chrapy, jak strzyże uszami i macha ogonem! To roztropne bydlę; przeczuwa, co się święci.
Istotnie, stary muł rwał z kopyta i okazywał jawny niepokój. A przecież człowiek niedoświadczony nie dostrzegłby nic groźnego.
Frank podzielił się obawami Sama z Drollem, ten zaś odpowiedział:
— Właśnie to sobie pomyślałem. Patrz-no, jak żółto już na widnokręgu! Ta ponura barwa podnosi się coraz wyżej, a skoro dojdzie do zenitu, zerwie się burza. Dobrze, że wkrótce znajdziemy osłonę!
— W pueblu!
— Tak.
— Tam znajdziemy tylko namioty, które nie ochronią nas przez ulewą.
— Co ty sobie myślisz! Czyś nie widział jeszcze puebla?
— Nie.
— Zdziwisz się zatem wielce. Takie pueblo przedstawia osobliwy widok.
Miał zupełną słuszność. Słowo pueblo oznacza po hiszpańsku miejsce zamieszkania, a więc tak samo pojedynczy dom, jak i wioskę, osadę. Indjanie, zamieszkujący pueblo, noszą nazwę Indjan-Pueblo, czyli krótko Pueblosów. Do tych zaliczają się Tanosi, Taosi, Tehua, Jemesi, Queres, Acoma, Zuni i Moqui, a w rozleglejszem znaczeniu tego słowa także Pima, Maricopasi i Papagos z nad rzeki Gila i na południu.
Pueblo jest zbudowane albo z kamienia, albo z rodzaju cegły, zwanego adobes, albo z obu materjałów jednocześnie. Zazwyczaj opiera się o skałę, która stanowi jego tylną ścianę. Odłamki skalne wchodzą w skład budulca. Sam budynek tworzy kondygnacje; każde niższe piętro jest obszerniejsze niż następne wyższe. Wszystkie zaś posiadają płaskie dachy. Parter dźwiga na swym płaskim dachu pierwsze piętro, cofnięte o kilka metrów, wobec czego pierwsze piętro ma przed sobą platformę zaopatrzoną w otwór, przez który schodzi się do wnętrza parteru. Analogicznie drugie piętro spoczywa na pierwszem. Pueblo nie posiada drzwi, lecz otwory w dachu, przez które się schodzi do wnętrza. Nie znajdziesz tu także schodów — zastępują je przenośne drabiny, które stoją we wnętrzu. Jeśli chcesz dostać się do parteru, musisz wejść na pierwsze piętro i następnie zejść wdół przez otwór w dachu-platformie. Wyższe piętra tworzą szereg podobnych stopni, przypominających winnicę, sfałdowaną w kondygnacje.
Taki system budowania narzuciła dawnym i pracowitym mieszkańcom tych miejsc obawa przed napadem, grasujących po kraju, dzikich hord zbójeckich. Taka prosta budowla stanowi twierdzę, której niepodobna było zdobyć przy pomocy ówczesnych środków oblężniczych. Wystarczyło usunąć drabiny, aby uniemożliwić dostęp wrogom. Gdyby nawet nieprzyjaciele sprowadzili własne drabiny, musieliby pokolei zdobywać każde piętro, narażając się na pociski obrońców z wyższych pięter.
Pueblosi są przeważnie spokojnego usposobienia i poddają się nadzorowi rządowemu. Niezupełnie to się stosuje do pueblów, zarzuconych w dalekich ustroniach. Mieszkańcy ich uważają się za wolnych Indjan i niewiele różnią od wędrujących plemion. Do takich właśnie zaliczali się Pueblosi, do których śpieszyli nasi podróżni. Byli to dzicy Nijorowie, których wódz nazywał się Ka Maku, co znaczy Trzy Palce. To imię zawdzięczał pewnej potyczce, w której stracił dwa palce u lewej ręki. Był to wojownik mężny, ale chciwy i ambitny. Jego słowu, jego przyjaźni można było w czasie pokoju zawierzyć. Teraz jednak, kiedy rozmaite plemiona wykopały topory wojenne, nie można było ufać mu bez zastrzeżeń.
Pueblo wznosiło się w promieniach prawie zachodzącego słońca. Prócz parteru miało pięć pięter, opartych o ścianę skalną — niemal pionową. Niższe piętra były zbudowane z ogromnych głazów, spojonych kamieniami adobes, wyższe zaś składały się wyłącznie z cegieł. Aczkolwiek ta budowla miała na pewno pięćset lat, nie widać na niej było ani jednej rysy.
Na tarasach siedziały kobiety i dzieci przy pracy i poważnie spoglądały nadół. Czujny obserwator zauważyłby może, iż zerkały często zpodełba w kierunku południa, jakgdyby oczekując czegoś stamtąd. Nie widać było śród nich mężczyzny.
Ale oto z otworu trzeciego tarasu aż trzech ich wyjrzało: jeden czerwonoskóry i dwaj biali. Zatrzymali się na platformie i również obrócili wzrok na południe. Czerwonoskóry był to Ka Maku, wódz, — długa żylasta postać z kruczemi piórami we włosach. Twarz jego nie była pomalowana — dowód, że jego pueblo zachowało neutralność. Dlatego również za pasem sterczał tylko nóż do skalpowania. Obaj biali byli to — — Buttler, herszt dwunastu rozgromionych finderów, i Poller, jego towarzysz, który przedtem był przewodnikiem wychodźców. Nie dostrzegając nic na widnokręgu południowym, Buttler rzekł:
— Jeszcze ich niema, ale na pewno przybędą przed wieczorem.
— Tak, pośpieszą się, — potwierdził wódz. — Jest tam kilku mądrych ludzi. Poznają, że burza nadciąga. Przyśpieszą jazdę, aby się przed nią schronić.
— Dotrzymasz słowa? Czy mogę na tobie polegać?
— Przez długi czas byłeś moim bratem. A ponadto spodziewam się, że dostanę zapłatę, którą mi przyrzekłeś.
— Dałem ci swoją rękę, to tyleż, co przysięga, postaraj się tylko, abym mógł jak najprędzej pomówić ukradkiem z królem naftowym.
— Przyprowadzę go do ciebie. W innych warunkach trudnoby mi było dotrzymać słowa, ale dzięki temu, że zbiera się na burzę, biali zechcą wejść do puebla. Łatwo ich będzie zatem wziąć do niewoli, nie doprowadzając do walki.
— Ale musisz od nich odłączyć tych, których ci wskazałem, aby później króla nafty uważali za swego zbawcę.
— Będzie tak, jak rzekłeś. Uff! Nadjeżdżają. Pochowajcie się czem prędzej!
Obaj biali czem prędzej pośpieszyli ku wyższemu piętru, gdzie wnet znikli. Wódz został na miejscu i bacznie przypatrywał się przybyszom.
Był to oddział jeźdźców i zwierząt jucznych. Na czele jechali trzej mężczyźni: Sam Hawkens, Droll i Hobble-Frank, który rzekł, ujrzawszy budowlę:
— Takiego budynku nigdy jeszcze nie widziałem! Cóżto za styl być może? Czy bizantyjsko-chloroformiczny, czy hebrajsko imperjalistyczny? A może gotycko-objektywistyczny, albo nawet grecko-miksturalny? W każdym razie, dla takiego znawcy, jak ja, jest nader ciekawą rzeczą oglądać, z jaką regularnością stopniowoschodową nadbudowali swój dom ci Pueblosi.
Drabina, która pozwalała się wspinać na pierwsze piętro, była wciągnięta na górę. Na bocznych tarasach widać było tylko kilku mężczyzn w gromadzie licznych kobiet i dzieci. Czyżby nieobecni byli wojownicy? Wódz w dumnej i nieruchomej postawie oczekiwał przybyszów. Teraz Sam Hawkens zawołał w żargonie angielsko-hiszpańsko-indjańskim, używanym w tych stronach:
— Czy ty jesteś Ka Maku, wódz tego puebla?
— Tak — brzmiała odpowiedź.
— Chcemy się tutaj zatrzymać. Czy możemy dostać wody dla nas i dla naszych koni?
— Nie.
Była to tylko pozorna odmowa. Zamierzał ich zatrzymać. Jeśli wzdragał się odstąpić wody, to z wyrachowania; zbyt chętne i pochopne przyjęcie mogłoby wzbudzić podejrzenie w podróżnych.
— Czemu nie? — zapytał Sam.
— Ta odrobina wody, którą posiadamy, ledwo wystarczy dla nas i dla naszych zwierząt.
— Ale, nie widzę ani waszych wojowników, ani koni. Gdzież są?
— Na łowach. Wkrótce wrócą.
— W takim razie musicie mieć dosyć wody. Czemu nam odmawiasz?
— Nie znam was!
— Czy nie widzisz, że są z nami kobiety i dzieci? Czy posądzasz je o wojownicze zamiary? Jesteśmy spragnieni. Jeśli nam nie dacie wody, sami jej poszukamy.
— Nie znajdziecie.
Odwrócił się, udając, że nic o nich nie chce wiedzieć. Tego było za wiele dzielnemu Hobble-Frankowi. Odezwał się gniewnie do ciotki Droll:
— Co sobie ten hultaj właściwie myśli o nas? Jeśli zechcę, poczęstuję go kulą. Może nabierze uprzejmości. Zjedliśmy niejeden rozum, i nie pozwolimy się, niczem włóczęgi, odprawić z kwitkiem. Proponuję pomówić z nim poważnie. A może nie?
— Tak — odpowiedział Droll. — Nienajprzyjemniejsza jest śmierć z pragnienia. Spodziewam się jednak, że znajdziemy wodę. Trzeba tylko poszukać.
Jeźdźcy zsiedli z koni. O obfitości wody świadczyła wysoka trawa, rosnąca wpobliżu puebla; nieopodal widać także było wiele małych ogródków z kukuruzą, melonami i warzywami, które wymagają częstego polewania. Jednakże nie mogli znaleźć źródła, mimo największych starań.
Zniecierpliwiony Frank zawołał:
— Jesteśmy osłami i basta! Gdyby tu byli Old Shatterhand i Winnetou ze swoją obecnością osobistą, dawnoby już wyszukali wodę. Tak, sądzę nawet, że zwąchaliby ją natychmiast.
— Nie trzeba aż tak znakomitych wojowników — odezwał się Szi-So, syn wodza, który z uśmiechem przyglądał się poszukiwaniom. — Trzeba się tylko zastanowić przed szukaniem.
— Tak? No, więc zastanów się!
— Już! — odpowiedział młody Indjanin.
— Istotnie? A więc bądź łaskaw, i podziel się z nami wynikiem swego duchowego wysiłku!
— Pueblo, które jest twierdzą, nie mogłoby obyć się bez wody. Zwłaszcza podczas oblężenia, kiedy obrońcy nie mogą budowli opuścić. Jeśli to wziąć pod uwagę, to nietrudno będzie się domyślić, gdzie należy szukać studni.
— Aha, myślisz, że we wnętrzu puebla? Ale gdzie?
— W każdym razie na górnem piętrze — uśmiechnął się Indjanin.
— Nie, ja także nie widziałem jeszcze studni na wierzchołku wieży kościelnej. Należy wody szukać na dole.
— Gdzie studnia została wydrążona, zanim jeszcze zbudowano pueblo, — wiele stuleci temu.
— Słusznie! To jest tak jasne i wyraźne, jak wosk do butów. Słuchaj, mój młody przyjacielu, wydajesz się nie taki głupi, jak, napozór, wyglądasz. Jeśli się tak dalej będziesz rozwijał, może i wyrosną z ciebie ludzie. A zatem, na parterze trzeba szukać wody. Ale jakże się tam dostaniemy? Niema nawet bramy wejściowej, niema też ani prostych, ani kręconych schodów. Drabiny usunięto. Wszelako, jeśli utworzymy piramidę egipską, jeśli każdy stanie na plecach swego bliźniego, to niektórzy wreszcie dosięgną dachu i stąd będą mogli dostać się do wnętrza parteru, gdzie znajdzie się także aqua destillanterium.
— Byłaby to przemoc — rzekł Sam Hawkens. — Musimy unikać gwałtu, jeśli się nie mylę, i, zdaje się, unikniemy. Wódz schodzi nadół. Mam wrażenie, że chce z nami pomówić.
Istotnie, Ka Maku zszedł na pierwszą platformę, zbliżył się do krawędzi i zapytał:
— Czy blade twarze znalazły wodę?
— Pozwól nam wejść do puebla, a na pewno znajdziemy, — odpowiedział Sam.
— Domyślasz się słusznie. Dałbym wam chętnie, ale jest ona tutaj tak rzadka, że — —
— Zapłacimy! — przerwał Sam.
— Zgoda! Chyba mój brat wie, że mnóstwo czerwonych plemion wykopało topory wojenne przeciwko białym. Czy można w ięc ufać bladym twarzom?
— Nie wszystkim. Może jednak słyszałeś o nas. Ja i ci dwaj wojownicy, którzy stoją przy mnie, nazywamy się „trójlistkiem”. Za mną zaś widzisz — —
— Trójlistek? — zapytał szybko wódz. — Znam wasze nazwiska! Nazywacie się Hawkens, Stone i Parker?
— Tak.
— Czemu nie powiedzieliście odrazu? Trójlistek zawsze był dla nas-czerwonych życzliwy. Jesteście naszymi braćmi — witamy was. Dostaniecie wody za darmo, ile tylko zapragniecie. Przyniosą nasze kobiety.
Na zawołanie wiele squaws zeszło na najniższą platformę i przyniosło z parteru napełnione wodą gliniane dzbany. Przystawiwszy kilka drabin, zniosły je białym.
Wszystko to odbyło się z taką naturalnością; że ani Sam Hawkens, zazwyczaj tak bystrooki, ani żaden z jego towarzyszów nie wpadł na myśl, że życzliwość wodza była fałszywa.
Tymczasem kolor nieba zmienił się naprawdę zastraszająco. Z początku jasno czerwony, później ciemny, a następnie fioletowy, niebawem przybrał ponure czarne zabarwienie, aczkolwiek niepodobna było odkryć na niebie chmur we właściwem tego słowa znaczeniu.
— Źle mi wygląda — rzekł Dick Stone do Hawkensa. — Co powiesz o tem, Samie? Zdaje się, że nadciąga huragan, lub tornado.
— Bynajmniej — odpowiedział zapytany, długiem spojrzeniem zbadawszy niebo. — Tak, będzie burza, nawet potężna, ale poza tem również potężna ulewa. Najlepiej byłoby wraz z końmi znaleźć się pod dachem.
I, zwracając się do wodza, który wciąż jeszcze stał na platformie, zapytał:
— Co powie mój czerwony brat o tych oznakach niepogody? Co z tego wyniknie?
— Wielka burza z taką nawałnicą, że wszystko niebawem będzie pływać.
— Ja też tak sądzę, nie chce mi się jednak pływać. Czy nie udzieliłbyś nam schronienia w pueblu?
— Moi biali bracia mogą wejść wraz z kobietami i dziećmi. Nie zmoczy ich ani jedna kropla deszczu.
— A nasze zwierzęta? Czy nie znajdzie się i dla nich pomieszczenie? — Można je będzie zamknąć w korralu, tam na lewo, za węgłem puebia.
— Dobrze. Tymczasem mogą wejść kobiety.
Spuszczono jeszcze kilka drabin, poczem kobiety i dzieci weszły na drugie piętro i przez otwór do wnętrza pierwszego. Wiele squaws indjańskich, a także wyrostków, zeszło nadół i zaniosło bagaż, zdjęty z koni i mułów, przez pierwszą platformę do parteru. Tam, gdzie wskazał wódz, dosyć wysokie mury zamykały czworokątny plac, nazwany przez Ka Maku korralem. Tu umieszczono konie, poczem zaparto wejście sztabami, wsadzonemi naukos do oznaczonych dziur w murze. Ledwo ostatnią założono, padła błyskawica. Zdawało się, że całe niebo w ogniu. Rozległ się piorun, aż ziemia jękła. Jednocześnie spadł deszcz tak ulewny, że nie widać było nic na odległości kilku kroków, i rozszalała burza tak potężna, że trzeba się było trzymać muru, aby nie runąć. Mężczyźni pośpieszyli do drabin.
Bankier i jego buchalter nie byli tak zręczni i doświadczeni, jak inni. Dlatego dotarli do drabiny naostatku. Wszyscy śpieszyli na drugą platformę — ku otworowi, przez który drabina prowadziła na pierwsze piętro. Ponieważ można było schodzić tylko pojedynczo, ucieczka przed groźnym żywiołem nie odbywała się tak szybko, jak wymagała ulewa, zwalająca się na mury całem morzem wody. Każdy myślał tylko o sobie i parł naprzód, na nic nie zważając. Nikt więc nie zwrócił uwagi na pięciu, czy sześciu Indjan, którzy znienacka wyłonili się u boku wodza, doglądającego porządku.
Pokrywa otworu leżała tuż obok. Nieopodal stały ogromne, więcej niż centnarowe głazy, które również nie zwróciły uwagi podróżnych. — Bankier i Baumgarten szli, jak już napomknęliśmy, naostatku. Skoro Rollins chciał postawić nogę na pierwszym stopniu drabiny, wódz huknął nań:
— Stój, wstecz! Nie wchodźcie tam!
— Dlaczego? — zapytał bankier.
— Zaraz się dowiecie!
Rzucił się ze swoimi Indjanami na obu białych, którzy zanim mogli pomyśleć o oporze, leżeli już w pętach. Huk piorunów i poszum burzy zagłuszał ich wołania o pomoc. Tymczasem z wprawną szybkością wódz wyciągnął drabinę z otworu i zrzucił pokrywę, poczem ludzie jego potoczyli na nią leżące obok głazy. Ci, którzy zeszli nadół, nie mogli wrócić. Byli uwięzieni. — — —




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.