Jerychonka/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jerychonka
Podtytuł Powieść
Wydawca Kurjer Warszawski; S. Lewental
Data wyd. 1895
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
V.

Gdy Magda raz pierwszy poszła do pracowni Filipa, nie zastała go w domu.
Na stalugach szkic „Salamandry“ kurz pokrywał, farby nie były nawet rozpakowane. W sypialni portret baronowéj wisiał nad otomaną, i tam widocznie przesiadywał Filip, bo leżały na stoliku cygara i kilka książek. Spojrzała na tytuł téj, w któréj tkwił nóż kościany. Było to „L’Oeuvre“ Zoli. Rzuciła książkę z niesmakiem i smutkiem. Inne były romansami francuskiemi najgorszego gatunku. Wróciła do pracowni.
Chciała odejść, ale po chwili namysłu rozpakowała farby, obejrzała szkic na stalugach i zaczęła go podmalowywać. Zrazu robiła to jakby dla zabawy, ale prędko zapomniała nawet o celu swojéj wizyty, zajęła się rzetelnie.
I tak ją Filip zastał i zdumiał się.
— To ty! Patrzcie, i już smaruje. Aleś niewłaściwie tu użyła cynobru.
— Ano, przyszłam i, że mi się czas dłużył, sprobowałam farb. Wyśmienite są i światło masz wymarzone! — odparła wesoło, odkładając paletę i podając mu rękę.
— Nie pocałujesz? — zaśmiał się.
— Nie mam ochoty. Zanadtoś już duży.
— Cóż u was słychać? Czy jeszcze opłakujesz Oryża?
— O stale! Wiesz że mam zasadę: semper fidelis.
— Ale jak się ten twój gust godzi z artyzmem, tego nie rozumiem.
— Tyle jest anomalii na świecie... — ruszyła ramionami.
— I ten szczęśliwiec opuścił ciebie na długo?
— Zdradził najhaniebniéj i porzucił mnie, biedną ofiarę. Jestem złamana!
— Powiedz, drwisz, czy nie? Masz jakiś ton zagadkowy. Myślę czasem, że w gruncie rzeczy ty nas oszukujesz, a przecie każdy przysięga, że się kochacie. O niczem teraz innem nie mówią.
— Niech im służy tyle, co mnie. A ty, próżniaku, czemu nie malujesz?
— Nie mam czasu i teraz dni takie chmurne. Zresztą nie cierpię podmalówki.
— Chcesz? mogę ci to zrobić. Ot, gadaj co, a ja ci smarować będę. Dla mnie znowu to zabawka.
— A dobrze. Zjesz ze mną śniadanie potem.
— Nie. Szkoda czasu. Modelkę mam od drugiéj.
— A ładna?
— Nie, ale ma charakter potrzebny. Ja bo nie lubię tych lalkowatych twarzy.
— „Kult“ postępuje?
— Skończę do Nowego Roku. Myślałam, że wystawimy jeduocześnie, aleś hultaj!
— Nie, ale zanadto szczęśliwy! — wyrwało mu się.
Znalazła siłę uśmiechnąć się do niego z taką rzetelną radością i zadowoleniem, że on zapomniał o słowie danem baronowéj.
— Czasami nie rozumiem, jak się tyle szczęścia mieścić może w jednéj duszy — zaczął z odetchnieniem ulgi, że może się z kimś podzielić wrażeniami.
— Znalazłem skarb i posiadłem go: to jak w bajce!

Ich habe geküsst zu trauter Stund
Die junge Königinne,
Getrunken hab’ ich von ihrem Mund
Den seligen Trank der Minne.

Zacytowała Magda, biorąc znowu paletę i pendzel.
— Nie mogę niczem się zająć, o niczem inném pomyśléć. Dość męki przymus towarzyski, a gdy zostaję w domu, to chyba, by ją przyjąć. Właśnie mi wtedy malowanie w myśli!
— Przychodzi tutaj? — żachnęła się Magda z ruchem, jakby odejść chciała.
— Co, i ciebie to oburza! Dziwne te ludzkie zasady! A ja w niéj właśnie kocham, uwielbiam to niewyrachowane, zupełne oddanie się. Ona tu przychodzi do siebie.
— Ależ ja wcale się nie oburzyłam, tylko zlękłam się, że może właśnie przeszkodziłam wam dzisiaj.
— Nie, tego dnia, gdy być ma, nikogo lokaj nie przyjmuje. Zresztą — powiedziałbym ci sam. Co za bogactwa w duszy té kobiety, ile delikatnych uczuć, głębokich myśli, jakie wykształcenie, a jak nieszczęśliwa, fałszywie osądzona! Opowiadała mi swe życie. Była ofiarą próżności ojca, tyranii i grubijaństwa męża; teraz cierpi tortury z powodu skąpstwa matki, a cały świat plwa na nią, choć nie jest wart jéj jednego spojrzenia. Nazwano ją rozpustnicą, a ona jest czystą, jak łza.
Magda pochyliła się, aby nie spostrzegł ironicznego uśmiechu. Ta mowa o czystości była tak śmieszną w zestawieniu z owemi wizytami w jego mieszkaniu, podczas których lokaj nikogo nie przyjmował.
— Świat często myli się w sądach, ale przecie cóż za plany macie na przyszłość? — spytała.
— Uczynię co ona zechce. Jestem jéj własnością. Ale teraz ona się tak cieszy chwilą obecną! Mówi, że odpoczywa, że jéj tak dobrze, jak w śnie rozkosznym. Niech śni; ja jéj wyzyskiwać nie będę.
— A matka, jak cię traktuje?
— Bardzo dobrze. Zresztą ta chodząca tabliczka mnożenia ani rozumie, ani zna córki. Nigdy się prawie nie widują poza godziną obiadu. Trzeba uwielbiać tę kobietę za jéj cierpliwość i dobroć dla takiéj jędzy.
— No, matek się sobie nie wybiera, a miłość dziecka dla rodzicielki nie jest znowu taką nadzwyczajną cnotą. Zresztą sam mówisz, że mają mało styczności.
— Dosyć, ale życie stało się piekłem. Pomyśl sobie: o każdą parę bucików miéć skandal; nie posiada centa dla siebie...
— Ano, jednak na Ostendę jéj nie żałuje!
— Ale codzień wypomina. Ja tego słuchać nie mogę. Wczoraj była scena o owies dla koni. Taki drobiazg, który jéj robi tyle przyjemności i to ma być jéj wydarte! Chciała już sprzedać; ledwiem wymodlił, by mi to pozwoliła załatwić. Nadzwyczaj jest drażliwa na punkcie prezentów. Nic literalnie przyjąć nie chce, lub natychmiast nawzajem coś ofiarowuje. Mam od niéj mnóstwo pamiątek. Ten kalendarz mi dała i to pióro, i szpilkę do krawata, i srebrną świnkę, jako brelok.
Nie powiedział, co jéj dał w zamian, ale Magda udawała, że wierzy, iż były to równie drobne pamiątki. Malowała pilnie, słuchając.
— Patrz-no, takeś myślał? — spytała, odstępując o krok.
— Dobrze, tylko tu więcéj sieny podłóż!...
— A, leniu, dotknijże się sam! — zawołała, podając mu pendzel.
Usłuchał i zaczął malować. Ona przypatrywała się robocie i zauważyła, że pomimo widocznego braku wprawy, zachował jeszcze zmysł właściwy i pamięć. Powoli odeszła od stalug, otworzyła pianino i zaczęła jakąś łagodną melodyę. Uśmiechnął się, nie przerywając.
— Zaśpiewaj „Piosenkę Fortunia“ Tostiego. Znasz.
Skinęła głową. Śpiewała nie uczenie, ale czysto — z pamięci zwykle, bo na studyowanie nut nie miała czasu. On jéj zaczął z cicha wtórować.
Utrzymała go tém przy stalugach godzinę. Zmęczył się i przestał wreszcie, ale zajął się swojém dziełem.
— To będzie nieźle — rzekł, przypatrując się z zadowoleniem. — Dobrze, żeś przyszła i trochę mnie napędziła. A toż to będzie dla niéj niespodzianka!
Zawsze ona. Magda zmarszczyła nieznacznie brwi, ale, jak zwykle, wnet się przemogła.
— Jeśli chcesz, mogę przychodzić — rzekła serdecznie. — Słuchać cię będę, grać lub czytać przy robocie. We dwoje raźniéj się pracuje!
— Magda, ty jesteś idealnym kolegą. A wiész, żem się jéj dziś raz pierwszy sprzeniewierzył. Obiecałem solennie, że ci nigdy więcej się nie zwierzę. Napróżno, nie mogę się bez ciebie obejść. Zawsze się wygadam.
— A teraz wyznasz swoje przestępstwo i jutro znajdę drzwi zamknięte. Bywaj zdrów! Niewolnicy nie powinni miéć przyjaciół!
Śmiała się, a za gardło dławiła ją przykrość i upokorzenie.
— Nie, nie powiem! — odparł po chwili namysłu. — Bo gdy ciebie mi każe się wyrzec, przed kimże o swojém szczęściu pomówię? Ty jedna mnie rozumiesz i nie zdradzisz. Ty jedna jéj nie potępiasz i jesteś nam życzliwą. Ona cię źle sądzi, i to mię boli.
— A mnie wcale. Wiem nawet, że to ona mi przypięła tego Oryża, ale i o to żalu nie czuję. Nie daruję jéj jednej rzeczy: gdy ciebie unieszczęśliwi.
— Patrzcie, więc przecie chodzi ci o moje szczęście! — zaśmiał się.
— Chodzi mi przedewszystkiem o to! — wskazała obraz.
— Więc, aby ci dogodzić, codzień godzinę będę smarował. Jak się zawezmę, wystawimy razem!
— I owszem. No, do widzenia zatem. Za parę dni przekonam się, czyś słowny.
Za parę dni nie zastała go w domu, ale obraz trochę postąpił. Za następnej bytności znalazła drzwi zamknięte, wstrzymała się tydzień, potem znalazła farby zaschłe, płótno opuszczone.
Rozpacz ją ogarnęła. Wzięła pendzel i malowała godzinę. Chciała się go doczekać i zburczeć, ale nie przyszedł. Za czwartym razem zastała go. Leżał na otomanie, z rękami pod głową, zapatrzony w portret. Teraz dopiero zauważyła, że się zmienił. Miał gorączkowy ogień w oczach, rysy zmęczone. Jakby zestarzał, a widocznie zmizerniał.
Dotknęła ręką jego skroni, zaniepokojona.
— Co tobie? Słabyś?
— To ty! — odparł powoli i apatycznie, i umilkł.
— Wiesz, że masz minę kretyna!
Powstał, podjął z kanapy parę napół zwiędłych fijołków, westchnął głęboko.
Nagle się ożywił i uśmiechnął jasno.
— Była tu dzisiaj! — szepnął. — Chwaliła obraz; powiedziałem jéj, że mi pomagasz, ale się nie rozgniewała, zacności! O, jakim szczęśliwy!
— A ja wracam od sióstr miłosierdzia. Będę im malowała stacye krzyżowe do kościoła. Jak tam u nich ślicznie i jasno! Nawet w te listopadowe dnie nie jest ponuro. No, a cóż porabia „Salamandra?“
— Nie wiem i wiedziéć nie chcę! Dajcie mi być szczęśliwym, i o niczem po za nią nie myśleć. Nie wspominaj mi sztuki, farb, mojego przeklętego zawodu. Nie nawidzę go, wzdrygam się na samą myśl malowania.
— A przecie ona chwaliła obraz!
— Chwaliła twoją robotę. Czy ty myślisz, że ja nie czuję swojéj niemocy, zamarcia talentu? Nie będę już artystą — nie marz o tém; jeśli się przemogę do pracy, stworzę nędzę. Dusza moja gdzieindziéj, myśl daleko, chęci i zapału ani odrobiny. Wypiszcie mnie z cechu, i niech więcéj mowy o tém nie będzie!
Mówił lekceważąco, niedbale, i właśnie dlatego zdało się jéj, że pokrywał cierpienie. Szał je teraz ćmił, nie dawał go odczuć w całéj pełni, ale ona z bezmiernym smutkiem odczuła, że kobieta ta zabiła w nim już ducha, podruzgotała jego ideały, odebrała mu wiarę w iskrę Bożą talentu.
Teraz był jeszcze upojony tryumfem miłości i posiadania, ale w duszy była szpara drobna, którą gorycz wsiąkać zacznie i truć uczucie.
Spuściła głowę i milczała długą chwilę. Nie zdobyła się nawet na udaną niefrasobliwość, ale spojrzała nań poważnemi, smutnemi oczyma i rzekła zwolna:
— Więc żegnam cię. Masz racyę: gdy wstręt czujesz, nie bierz pendzla! Ale cię nie żegnam, jak umarłego... Ciężkoś chory tylko. Im prędzéj kryzys, tém większa nadzieja wyzdrowienia. Bądź zdrów jak najprędzéj, mimo wszystko ja wierzę w ciebie. Pamiętaj przecie, że nigdy sam, opuszczony i nieszczęśliwy nie będziesz, póki ja żyję. Teraz nikogo nie potrzebujesz, potém może ciebie nikt — ale mnie znajdziesz zawsze jednostajną!
Podała mu dłoń, którą on milcząc machinalnie uścisnął, i wyszła.
Był to ponury dzień listopadowy. Śnieg padał. Szła zamyślona, nie zważając na wicher, który jéj w twarz rzucał białe, wielkie płaty. Znalazła się na Rynku wprost Maryackiego kościoła i weszła do środka.
Było prawie pusto i zupełnie ciemno w świątyni. Gdzieniegdzie widać było zapóźnionych pobożnych; w powietrzu ulatywały resztki kadzideł po odbytych nieszporach.
Magda usunęła się w cień filaru; nie modliła się, ale w tej ciszy puściła wodze myślom. Miała wrażenie, że jest uwolnioną ze służby i że jeszcze nie ma nowego zajęcia. Była to swoboda, któréj treścią była pustka i zniechęcenie do szukania czegoś nowego w życiu.
Widocznie nie umiała żyć i czuć, ani zrozumieć natury Filipa. Cała jéj ofiarność i zaparcie się siebie na nic się nie zdały! Była dla niego niczem, może nawet ciężarem... Tak, czas był wielki usunąć się zupełnie. Teraz była pewną, że go straciła na zawsze, i że zguba jego jest nieuchronna. Nie miała broni do walki z potęgą pięknéj zalotnicy, skarb swój musiała jéj zostawić na pastwę. Bezmierny żal wstrząsnął nią. Ukryła twarz w dłonie i ostatecznie żegnała się z marzeniem. Była jakby na pogrzebie swojego szczęścia i złotych złudzeń i, czując się tutaj zupełnie samą i swobodną, nie hamowała bólu. Mówiła sobie: „Gdy ztąd wyjdę, powinnam już być mocną i hartowną; jeszcze tę chwilę tylko mam dla siebie.“
Mrok coraz gęstniał i tylko, jak skra złota, świeciła lampka przed ołtarzem; z kątów świątyni czasem wybiegało westchnienie ciężkie lub szelest różańcowych paciorków.
Ta wielka pusta nawa i to światełko jedno usposabiały do ukojenia i ciszy. Mury te, zda się, przesiąkłe były bólem i prośbą. Powoli tajała w nich dusza. Magda ani się spostrzegła, że mówi pacierz. Oczy jéj przeszły na lampkę i ujrzały w jéj blasku obrazek ze wspomnień włoskich.
Mnich stary oprowadzał ją po korytarzach mrocznych i objaśniał freski na ścianach na pół zatarte.
Postaci malowideł były prawie bez ciał, a twarze ich ginęły w ekstazie. Rzekła tedy do mnicha:
— Mistrz nie studyował anatomii i na żywych ludzi nie patrzył.
Zakonnik uśmiechnął się filuternie.
E, Signorina. A zkądże! Młodzieńczyk był, mówi legenda klasztorna. W lat piętnaście furtę przestąpił, a w swojéj celi widywał niebo. Co widział, to malował! Z ciała jest ciało, a z ducha duch!
A potém po namyśle dodał:
— Dwanaście lat mija, jak mi przeor polecił gościom freski pokazywać i tłumaczyć. Codzień mam robotę. Więc chyba nie dość ludziom anatomii i żywych, kiedy tu idą to oglądać. E, to także nauka, tylko już tak namalować nie potrafią! Tak, tak, signorina, waszym malarzom dają wieniec z lauru, a nasz dostał taką samą złotą obrączkę nad głową, jak ot tutaj ma święta Agnieszka! Zapamiętajcie: ciało tworzy ciało, a duch tworzy ducha!
Magda wstała i raźno podniosła głowę.
— To wszystko marność, gdy mi duch został i ideał. Do pracy, do myśli, do życia!
Gdy wychodziła z kościoła, ktoś dotknął jéj ramienia. Obejrzała się i uśmiechnęła radośnie na widok Berwińskiéj.
— Przecie, pomyślałaś o mnie — rzekła.
— Myślałam często, ale przyjść mogę ledwie raz na miesiąc. Co to znaczy, żeś w kościele? Dziś u was dzień przyjęcia...
— Skończyły się przyjęcia. Od dwóch tygodni nikt u nas nie bywa. Jestem pod interdyktem u kobiet — tych, co się szanują. Marynia zrazu płakała, teraz wymyśla każdemu.
— Za cóż to?
— Za Oryża. Ułożono między nami romans i postanowiono, że jeśli się nie pobierzemy, to na wieki odsądzona jestem od czci, wykluczona z towarzystwa.
— Gdzież Oryż?
— Albo ja wiem? Od miesiąca przepadł bez wieści. Posądzam go o sentyment dla Boińskiéj; pewnie siedzi u stryja w Buczaczu i do niéj się dopytuje.
— To bardzo nieprzyjemne. Cierpisz?
— Prawie nic. Szkoda mi tylko Malickich i przykro mi z powodu Maryni. Chodźmy!
Idąc ku domowi, mówiła już wesoło:
— Uciechę mam z Sylwestra. Zrazu miał minę dyskretnego pocieszyciela; teraz wygląda jak szpieg i pokątny doradca. Jednak co tydzień się zjawia i bada grunt, podsuwa dwuznaczne przedmioty rozmowy, schnie z żądzy wydobycia nowinki i ploteczki. Jestem pewna, iż myśli, że Oryż, gdzieś tu ukryty, spotyka się ze mną pokryjomu.
— Ależ to absurd! Czy pofiksowali wszyscy!..
— Naprawdę, jam trochę winna! Gdy baronowa z Filipem ukuli tę kombinacyę, tak mnie to ubawiło, żem potakiwała. Oburzyło to społeczeństwo jako bezczelność i lekceważenie opinii, no, i chryja się stała straszna. Chciałabym widzieć minę Oryża, gdyby o tém usłyszał. A toby mi nagarnął impertynencyi!
Spojrzała w górę ku oknom swojego mieszkania.
Znalazły w saloniku Malickich i Sylwestra. Magda serdecznie powitała doktorową i zaraz się wytłumaczyła po swojemu, szczerze, z opóźnienia.
— Nie spodziewałam się pani, więc się nie śpieszyłam z powrotem. Myślałam, że pani wie o ostracyzmie, który mnie dotknął.
— A jakże, wiem! — odparła doktorowa obojętnie — ale chłopak mój przechodził odrę, wiec nie mogłam cię odwiedzić.
Doktor, jak sęp, rzucił się na Berwińską. Nie witał, nie pytał, tylko począł krzyczeć:
— Czy pani ma sumienie hodować taką anemię! Żelaza, żelaza, wina, morskich kąpieli! To zgroza, co wy dokazujecie!
A Sylwester zbliżył się do Magdy i spytał z uśmiechem starego satyra:
— Co słychać z „Salamandrą?“ Ludzie mówią, że pani się nią pilnie opiekuje...
— Zrezygnowałam dzisiaj z opieki, bo Filip stanowczo malować nie chce. A szkoda, obraz zapowiadał się bardzo świetnie.
— Nie każdy zdolny jest kochać i pracować zarazem. Baronowa jest wyłączną, nie znosi nikogo i nic wobec siebie. Tylko gusta jéj bywają krótkotrwałe! Słyszałam już o następcy pana Filipa.
— Ejże, tyle jest plotek, że nie uwierzę, aż fakt zobaczę! Miłość Filipa warta większéj nagrody, niż fantazyi. Może ona ją oceni!
— Pani jéj broni? Nie warto!...
— Zawsze warto szukać dobrego i nie sądzić bezwzględnie. Mnie tembardziéj nie godzi się potępiać baronowéj, więc mów pan o czemś innem.
— Trudno, bo całe miasto mówi tylko o téj parze.
— A to podziwiam pańską cierpliwość, bo mnieby to nudziło po kwadransie!
— Pani ma własny temat! — uśmiechnął się z pozorną dobrodusznością.
— Tak, i o wiele bogatszy — odparła poważnie.
Zwróciła się do doktorowéj i poczęły rozmawiać o chorobie malca. Sylwester, zbity z tonu, podszedł do Malickiego, który, spiorunowawszy Berwińską, burczał teraz na majorową, że nie pilnuje dziewcząt w szkole, aby miały szczepioną ospę.
— To powinno być załatwione przed pacierzem i alfabetem. A przytém co tydzień wanna. Ja oto składam dwadzieścia reńskich: niech ich pani użyje na kąpiel. Dziecko syte, czyste i zajęte w miarę pracą daleko prędzéj pojmie katechizm. Przekona się pani! Niechlujstwo jest pierwszym krokiem do złego. Jak sobie chcecie, nazwijcie mnie manijakiem, ale zaręczam, że w niższéj klasie takiż wpływ na cnotę ma mydło, jak w wyższé honor i zasady!
Zaperzył się, gdy Magda się roześmiała.
— Was to bawi, a to jest zupełnie poważne.
— Ależ ja wierzę, doktorze — broniła się. — Zaśmiałam się, myśląc, jakby to wygodnie było żeby dla wyższéj klasy istniały sklepiki z honorem i zasadami.
— Sklepiki? bagatela! Na nasze choroby i brudy trzebaby wskrzesić Herkulesa. My — to Augiaszowa stajnia. Słuchaj-no, Sylwester, wiesz, że ma być zjazd lekarski i owacye dla Czechów?
— A cóż! Wcale dobra myśl. Kiedyż to?
— Latem podobno. U nas mają pasyę do szopek, ale ta mi się szczególnie nie podoba.
— Dlaczego? Czechy są z nas, Słowian, najrozumniejsi, mogą nam być przykładem. Dłoń bratnią nam podają. Należy ich uczcić!
— Czcijcie zatem. Ja tam nie myślę. Doktor, czech, czy ja, tak samo zarznie człowieka, jeśli się Bóg za nim nie ujmie. Gadać będą, jeść, pić, całować się, pisać brednie po gazetach, a ludzkość, jak była chorą, tak zostanie.
— Mój drogi! — wtrąciła żona. — Ty całe życie burczysz i krytykujesz, a pewnie w zjeździe uczestniczyć będziesz.
— Bo muszę! Człowiek nabierze na siebie różnych ciężarów, i wmówią w niego potém, że to obowiązki.
— Niech to pana pocieszy, że tak jest z każdym — rzekła Berwińska.
— Bajesz! — zaśmiał się Sylwester. — Obiorą cię prezesem, palniesz mówkę, wyściskacie się z Czechami. Kapitalna okazya! Ja-bym na ten czas zapisał się do waszego cechu. Ale to jeszcze dalekie rzeczy. Tymczasem mamy komitet do urządzania bezpłatnych śniadań i nocnych przytułków na zimę. Ma być świetny bazar na ten cel przed świętami. Panie mają sprzedawać. Bufet, muzyka, koncert! Przygotuj się, że cię skarotują do nitki!
— Mnie? Czy ja waryat tam chodzić?! To jest uprawniony rozbój na gładkiej drodze. Mam nadzieję, że pani, panno Magdo, nie będzie wśród tych dam, które w téj roli są wstrętne.
Osiecka poczerwieniała z przykrości wobec milczenia Sylwestra, ale Magda odparła wesoło:
— Nie. Bądź pan spokojny. Tam będą tylko damy szanowane i pełne godności! Mnie już wykluczono z tego czcigodnego grona.
— A, prawda. Słyszałem, że już teraz gorszą się, czemu pani nie idzie za Oryża. Szczególna pretensya! Powiadam: Onegdaj swataliście ją z Osieckim! Coście się tak raptem jéj losem zajęli, albo wam brak własnych spraw?
— Ma pan racyę! — zawołała Osiecka. — Czego oni się na nas uwzięli? Ten nieszczęsny Oryż dwa lata był u nas prawie domownikiem, i nikt na to nie zwracał uwagi. Teraz, gdy się wyniósł, wytworzono o nas bajkę miejską.
— Nie byłoby nic dziwnego, żeby się w pannie Magdzie zakochał i po pijanemu chwalił się z jéj uprzejmości. Ztąd plotka! — rzekł Sylwester.
— O, co to, to nie! — oburzyła się Magda. — Oryż był mi rzetelnym kolegą, a on nie zwykł nawet prawdą się przechwalać, tembardziéj zmyślone historye prawić. Ludzie nie mieli na razie innéj nowinki, ktoś im tę podsunął, i poszła w kurs, rosnąc do olbrzymich rozmiarów. Ludzie i tak byli dla mnie wyjątkowo długo łaskawi. Teraz sobie to spłacają. Cóż robić! Minie i to!
— Lubię panią za to! — zawołał doktor. — Mówiłem dziś żonie: — Ona jest tak zdrowa i zajęta, że pewnie mniéj się tém martwi od ciebie.
— Tak, ale ślad w życiu zostanie! — rzekła Berwińska. — Smutne to, gdy się ludzi już lekceważy.
Sylwester wstał i zaczął się żegnać. Nikt go nie zatrzymywał, a gdy wyszedł, Osiecka rzekła:
— I ten już więcéj nie przyjdzie.
— Bardzo dobrze! — zaśmiał się doktor. — Obmowa i plotka, to wialnia i sortownik przyjaciół. Zostanie się mało, ale rzetelnych! A teraz, gdy ten poszedł, powiem wam nowinę. Onegdaj widziałem w mieście Faustangera. Szedł otulony w płaszcz, alem go poznał po utykaniu na lewą nogę. Była ona w moich doktorskich rączkach po pojedynku i pamiętam tę kuracyę. Otóż zdziwiło mnie, zkąd się tu wziął nagle. Z tego się wywiąże komplikacya, zobaczycie. Należałoby ostrzedz pana Filipa. Rotmistrz, gdy sobie pałkę zaleje, bywa straszny.
— Ja się do tego nie wtrącam! — zawołała Osiecka. — Błazen, nas się wyrzekł, Magdę oszkalował: progu mego więcéj nie przestąpi, ani téż chcę wiedzieć o jego romansach i awanturkach. Nawarzył piwa, niech pije.
Berwińska spojrzała na Magdę. Miała twarz zupełnie spokojną. Pomyślała więc, że Filip musiał ją utracić ostatecznie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.