Jerychonka/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jerychonka
Podtytuł Powieść
Data wydania 1895
Wydawnictwo Kurjer Warszawski; S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.

Ranek baronowéj Faustanger rozpoczynał się około godziny jedenastej. Mieszkała wprawdzie z matką, ale miała osobną sypialnię i buduar, a wejście osobne do téj części lokalu.
Matka jéj mieściła się ciasno i mało przebywała w domu, zawsze zajęta interesami; gości swoich przyjmowała w gabinecie.
Gdy dzwonek dawał znać z sypialni, że baronowa się przebudziła, pierwsza udawała się do niéj stara angielka, która życie spędziła w ich domu jako nauczycielka, dama do towarzystwa, a jako emerytka zajmowała się teraz faworytem pinczerem i kotem angora.
Brała swoich pupilów na ręce i przynosiła do łóżka pięknéj pani.
Baronowa, ziewając, przeciągając się w puchach, pytała znudzonym tonem:
— Cóż słychać dzisiaj, miss Funch?
— Bijou źle jadł, a Ninna napiera się na spacer. Jakże noc przeszła pani baronowéj?
— Nieosobliwie. Ten pokój jest za ciasny. Miałam trochę duszności. Proszę o śniadanie.
Wnoszono je natychmiast; baronowa je spożywała, leżąc, wybredzając na ciastka, grymasząc na kawę.
Potém zakładała ręce pod głowę i rozmyślała, jak dzień przepędzić. Najbardziéj lubiła te, w których miała wizytę u szwaczki lub u fotografa. Wtedy wstawała żywo i była wesoła. W inne dnie świat dla niéj był tak pusty i nudny, że nie miała wcale ochoty z puchów wychodzić. Wtedy czekała na matkę, która około południa wracała z miasta, uśmiechniona lub opryskliwa, stosownie do tego, jak jéj się udały interesa. Przychodziła do córki ze skórzaną torebką w ręku, w kapeluszu i okryciu, i zaraz kazała angielce wynosić pinczera i kotkę, które wylęgały się na łóżku córki.
Wtedy wynikały spory.
— Nie ruszać mi faworytów! — wołała baronowa. — Wolę je, niż wszystkich ludzi.
— A ja nie cierpię. Z każdego człowieka, byle go umieć wyzyskać, może być korzyść, a z tego co! Głupie i krzykliwe, a kosztuje tyle, co koń kareciany! Wiesz, że rumuńskie papiery spadają?
— To niech je mama sprzeda.
— Ani myślę! Kupiłam dzisiaj więcej. Wstawaj, przecie już dwunasta.
— Więc cóż! Przecie w najem nie idę! Nie mam dzisiaj co robić.
— Idź na wystawę. Portret już tam jest.
— Dobrze umieszczony?
— Zapewne. Poleciłam to Myślickiemu; obiecał. Czyś już zapłaciła wszystko Domuntównie?
— Nie. Trzysta reńskich winnam.
— Jakto! Przecież ci dałam cały tysiąc!
— Rozeszły się. Dziś mi daj te trzysta, bo muszę odesłać.
— Oszalałaś! Rozeszło się trzysta! Ja dwa razy płacić nie myślę.
— Jak sobie chcesz. Wystawię weksel. Mam przecież cośkolwiek po ojcu. Przypomni ci to komornik.
Nie znać było gniewu w jéj tonie, tylko wielki chłód i lekceważenie. Z rękoma założonemi pod głowę i wzrokiem utkwionym w sufit, myślała o czemś inném. Ledwie raczyła rozmawiać z matką.
— Nie miałabyś i centa dotychczas, żebym ich nie pilnowała! Sokolin nie daje nic, w kamienicach ciągłe naprawy i zwiększone podatki, na placach z dzierżawcami procesy i papiery spadają. Tobie się zdaje, żeś milionerka: a tu ledwie przy mojéj skrzętności koniec z końcem się wiąże.
— To mi nic do tego. Jeżelim dla twego skąpstwa rozstała się z Faustangerem, to nie po to, aby cierpieć niedostatek. Powiedziałam ci wtedy: — „Żałujesz oddać z rąk mój posag: bardzo pięknie, zostanę przy tobie, lecz wymagam, aby mi na niczem nie zbywało“. Pamiętasz?
— A czegóż ci brak?
— Tysiąc rzeczy. Zawsze mnie oszukujesz. Wybierasz najtańsze, a więc najnudniejsze, miejsca kąpielowe. Już drugą zimę zamęczasz mnie w tym twoim wstrętnym Krakowie. Nie dajesz mi koni i ekwipażu, rachujesz każdą suknię i kapelusz, stękasz na każdą moją przyjemność. Cóż ty sobie myślisz? Że ja dbam o twoje reńskie? Ja chcę żyć dla siebie i muszę miéć na swoje zachcianki; inaczéj rozrachujmy się i rozejdźmy. Mnie wcale nie chodzi o spółkę z tobą.
— Ja także wraz z tobą pozbyłabym się tylko i stałego rozchodu i codziennéj irytacyi. Ale w téj chwili rozrachować się nie mogę. Pieniądze są w ruchu: nie myślę ich ściągać ze stratą dla dogodzenia twojéj fantazyi.
— Zatem płać Domuntównę!
— Dobrze, zapłacę, ale sama. Do rąk ci pieniędzy dać nie mogę.
— I konie miéć chcę. Fiakry nie dla mnie.
— To sobie wybij z głowy!
Baronowéj brwi zbiegły się groźnie.
W téj chwili służąca wniosła bukiet z blado-żółtych róż i rzekła:
— Oddał to lokaj od pana Osieckiego.
Radczyni obejrzała kwiaty.
— To warte z piętnaście reńskich. Ten Osiecki ma trzykroć; mówił mi Sylwester.
Baronowa ledwie spojrzała na róże. Jakaś myśl kiełkowała w jej głowie. Uśmiechnęła się z tryumfem i zawołała służącéj.
— Ten lokaj czeka?
— Czeka. Pytał o zdrowie jaśnie pani baronowéj.
— Daj mi papieru, piór i atramentu.
Prędko nakreśliła słów kilka:
„Będę za godzinę na wystawie. Przyjdź pan, obejrzymy portret.“
Służąca poniosła kartkę, a baronowa, ożywiona, wyskoczyła z pościeli. Znalazła przecie zajęcie na ten dzień, bez szwaczki i fotografa! Po godzinie wchodziła na wystawę. Filip spotkał ją na wstępie, z wrażenia blady i milczący. Rozkochane jego oczy przeszły po niéj, i bez jednego słowa podał ramię.
Ona także była jakby przejętą i skupioną. Weszli w tłok zwiedzających. Wszystkie oczy zwróciły się na nią, a ona to czuła i wyżéj podniosła głowę, wyzywająca, pewna swojéj potęgi i królewskiéj nad sercami mocy.
Delikatne jéj nozdrza trochę się rozdęły, a serce zabiło na szmery, które za nią szły, a w których była połowa zachwytu, połowa zawiści. Zwróciła się do Filipa i zcicha rzekła:
— Sama nie wiem, co milsze: zachwyt, czy zawiść? Zdaje mi się, że to drugie. Przyjemniej deptać zuchwalców, niż niewolników.
— Żałuję tedy, że nie jestem zuchwałym — odparł, mimowoli jéj rękę cisnąc do siebie.
— Bądź nim pan. Ja nie bronię! — rzekła, patrząc w stronę.
Po nim drżenie przeszło, i w żyłach zawrzała krew. Czuł, że traci przytomność, upojony przeczuciem tryumfu.
— Niema tu nic pana? — spytała, rozglądając się.
— Nie. Zaledwiem się wziął do pracy.
— I panny Magdy nic nie widzę.
— I ona zajęta była tylko panią.
— Rada zapewne, że się mnie pozbyła. Czuję, że mnie nie cierpi za pana.
— Nie ma racyi.
— Kto to wie? — rzuciła z zagadkowym, drażniącym uśmiechem.
Stanęli przed portretem. Dużo ludzi przyglądało mu się, szmery się wzmogły. Mężczyźni usuwali się z drogi i pożerali oczami piękną panią, kobiety — strój jéj elegancki. Portret był umieszczony wyśmienicie, był tak żywy, że, zda się, występował z ram, mamił ruchem.
— Ależ się jéj udał! — szepnął Filip, owładnięty pomimo wszystko artystyczną mocą plastyki, zachwycony doskonałością wykonania.
— Pan-by zrobił lepiej, ręczę! — odparła. — Dla mnie ruch jest chybiony, i po co te kwiaty pod nogami? To zalatuje kobiecą manierą. Nie podoba mi się. Nie czuję się na nim sobą. Możem się zresztą teraz zmieniła. Teraz nie przyjęłabym takiéj pozy i nie pozwoliła dawać na wystawę.
— Dlaczego? — spytał.
— Bywają chwile, że się jest zazdrosną o siebie, dla kogoś jednego.
Popatrzył na nią, blizki szału ze szczęścia.
— Chodźmy! Pan jest zbyt kompromitujący — uśmiechnęła się z pobłażliwością.
Gdy wychodzili, spojrzała po tłumie i rzekła:
— To zgroza, mody tutejsze! Najświeższe minęły już w Paryżu od trzech lat, a reszta pochodzi chyba z pomysłu miejscowych modniarek. Noszą dżety naprzykład... i to wygląda na osoby z towarzystwa!
Filip popatrzył na nią, ale nie rozumiał, tak zajęty był sobą.
Na ulicy stał jego powóz.
— Może pani zechce się przejechać? — zaproponował nieśmiało.
— Owszem! To te kasztany. Przecie to zaprząg hrabiego Gustawa?
— Tak, kupiłem od niego.
Wsiedli i prędko wydostali się na prawie puste ulice przedmieść, a wreszcie zupełnie po za miasto.
— Dlaczego pan od tygodnia mnie nie odwiedził?
— Chciałem nie być monotonnym.
— A dziś te kwiaty były aktem skruchy?
— Sam nie wiem, nie myślałem nic. Zanadto kocham — wyrzekł zdławionym głosem.
— To już wiem i wiedziałam, że pan wróci, bo pragnęłam tego, a gdy ja czego pragnę, to się stanie.
— Pani wie, że, to mówiąc, równa mnie pani z bogami? Ja nie śmiem pomyśléć nawet o wzajemności. Byłbym zanadto szczęśliwym.
— Zajmuje mnie pan. Może to miłość! — dodała, jakby rozmarzona, odchylając się w powozie.
Zajrzał jéj w oczy i ramieniem wpół ją otoczył. Nie obraziła się, ale nagle jakby ostygła i smutno patrzyła w dal.
— Ludzie mi nawet cześć zabrali, a ci, co szaleli za mną, odarli mnie z wszelkiej iluzyi. Ja dotąd nie zaznałam miłości! — rzekła zamyślona poważnie. — Znam życia wszystkie gorycze i ohydy. Nie dano mi nigdy śnić, marzyć i radować się! Pan zdał mi się innym: prostym, prawym i marzycielem. Chciałabym z panem myśleć i śnić. Dobrze?
— Jam pani rzecz i własność. Co pani ze mnie uczynić zechce, tém będę!
— Będziesz pan wszystkiem, gdy zgodzisz się być niczem.
Żachnął się mimowoli, ale go powstrzymała, kładąc rękę na jego dłoni.
— Nie żądaj pan nic, daj mi być swobodną z sobą... odżyć przy kimś, który mnie nie pożąda, a kocha. Nie mówmy więcéj o tém. Na co słowa między nami? Wszystko już wiemy.
Ruchem łagodnym przesunęła dłoń po jego oczach gorejących i dodała wesoło:
— Dziś chcę się bawić, bo mi dobrze żyć!
Spojrzała na konie.
— Zazdroszczę panu zaprzęgu. Matka mi odmawia téj przyjemności, jedynéj, która mnie cieszy.
— Żebym był czemś, mógłbym pani ofiarować zaprząg.
— Fe! Powiedzianoby, że jestem na pana utrzymaniu. Nie dbam o opinię, ale szkoda-by mi było naszego stosunku.
— Więc handlujmy! — uśmiechnął się.
— Na co? W téj chwili nic nie ma wartości dla pana. Chyba mój portret! — zawołała.
— To nie równe.
— Dlaczego? Oryginał może pan miéć darmo, a na portret się wzdraga. Myślałam, że bardziéj pan ceni mnie.
— Za panią dam życie.
— A za portret dwa kasztany i powóz. Tak mi się chce zaprzęgu! — dodała tonem rozpieszczonego dziecka.
Tak powabny był ton i tak miły wyraz ślicznéj twarzy, że Filip dalby za tę przyjemność jéj — swoją krew z ochotą.
— A zatem wiezie mnie pani swoim ekwipażem. Byle długo i daleko — rzekł uśmiechniony. — A portret zabiorę jutro do siebie. Nie chcę, by był dla ludzi widowiskiem!
— Jeśli panna Domuntówna na to pozwoli. W umowie miała prawo miesiąc go trzymać na wystawie.
— O, to najmniejsza. Dla mnie ustąpi!
— Nie wątpię. Nie ma panu nic do odmówienia i dowodziła mi onegdaj, że ja w pana duszy przejdę, a ona zostanie.
— Trudno zostać gdzieś, gdzie się nie było. Ale mam dla niéj wielkie uznanie i braterską przyjaźń. To jest dziewczyna rzadkiéj prawości i rozumie honor.
Baronowa się zasępiła, zesmutniała.
— Pan ją przekłada nade mnie. Nie znam jéj cnót, ale wyraża się o panu lekceważąco i pewnie pana zwierzenia powtarza temu brudnemu swemu przyjacielowi. Z łaski pana nasz stosunek będzie wkrótce tematem dla całej cyganeryi artystycznéj.
Filip miał za dogmat teraz jéj słowo. Uraziło go, że Magda lekceważąco się wyraża: zmalała nagle w jego oczach. I to przypomnienie Oryża dopełniło miary niechęci.
— Odtąd nie posłyszy ode mnie ani słowa! Mój kult będę trzymał w tajemnicy.
Zwycięztwo było tak łatwe, że nie wywołało nawet radości baronowéj. Zresztą uważała to za rzecz naturalną i zwykłą.
Ciężka walka i podbój możeby ją jeszcze trochę zajęły i podnieciły, ale to...
Rozsądek przecie przyszedł w sukurs Filipowi. Pomyślała, że na tę nudę i pustkę krakowską na jednę zimę warto go zatrzymać. Nudny jest, niewolnik, ale wygodny. Będzie miała posłańca, towarzystwo w chwili spleenu, a zresztą był znanym artystą, co dodawało mu wagi i dogadzało jéj próżności.
Na bezrybiu i rak ryba! — pomyślała z rezygnacyą, czując ze wzruszeniem, że się poświęca.
Na skąpstwo matki znalazła sobie przytém pomoc nielada. Obejdzie się teraz bez niéj i jakoś doczeka wiosny-wybawicielki.
Więc spojrzała czule na Filipa i, zwracając się do stangreta, zawołała:
— Szkoda koui. Jedź wolno, bo mi się wcale nie śpieszy!
Jechali tedy prawie stępa. Zmrok zapadał. Pogoda się zmieniła, deszczyk drobny zaczął mżyć, wtulili się w głąb powozu i umilkli.
Zupełnie było ciemno, gdy wrócili do miasta.
Filip myślał, że go zaprosi do siebie, ale ona rzekła:
— Teraz polecam panu ulokowanie mego nowego nabytku. Jest stajnia w naszej kamienicy, ale mi jéj matka nie wynajmie. Prędko, zanim się obejrzy, zrób pan interes z rządcą i weź kontrakt na swoje imię. To będzie nielada figel. Ja tymczasem ją zgadzam, a jutro będzie fakt dokonany. Ja pana od dzisiaj pasuję na swego opiekuna.
I to mówiąc, przelotnie uścisnęła jego dłoń i wyskoczyła z powozu, a on czuł się bardzo szczęśliwym i dumnym.
Zaraz nazajutrz poszedł do Magdy. Zastał ją, jak zwykle, przy pracy i, jak zwykle, swobodną i wesołą.
— Cóż to, że niéma Oryża? — rzekł trochę drwiąco.
— A no, widocznie trzymał go tu tylko portret baronowéj, bo gdy go wynieśli, Oryż przepadł; nawet się już tu u nas nie stołuje.
— To mnie cieszy, bo przykro słuchać, co na was gadają.
— Żebyś wiedział, co na ciebie gadają i na twoją baronową!
— Ludzie lubują się oszczerstwem i kłamstwem.
— Otóż właśnie. Więc jeśli bliższe rzeczy tak traktujesz rozsądnie, zastosuj to zdanie i do mnie. Cóż słychać nowego? Postępuje „Salamandra“?
— Miałbym téż na co czas marnować!
Magda umilkła, a on dodał lekceważąco:
— Nie potrzebuję pracować, jak wyrobnik. Jest i beze mnie dość smarowników i hyperprodukcya malowideł. Ale mam prośbę do ciebie. Czy mi pozwolisz zabrać z wystawy portret, zaraz, dzisiaj?
— Tobie? Po co?
— A no, przenieść do mieszkania. Kupiłem go od baronowéj.
Magda miała przez chwilę złą myśl odmówienia mu właśnie za ton despotyczny i pewność siebie. Ale zastanowiła się i zreflektowała. Po co? Rozdrażnić go i stracić zupełnie...
— I owszem, jeśli ci na tém bardzo zależy. Zapewne niemiło jest miéć swój ideał na pastwie ludzkiéj ciekawości i uwag! Zabierz go!
— Dziękuję ci. Wiedziałem, żeś poczciwa.
— To jest głupia. O nie, mój drogi. Ustępuję ci nie przez poczciwość, lecz przez proste wyrachowanie. Nie robię tego dla ciebie, ale dla siebie. Cieszę się szczerze, żeś portret dostał, i życzę z całego serca, aby oryginał ciebie ocenił i pozostał twoim jak najdłużéj.
Filip, pamiętny obietnicy, tylko się uśmiechnął tryumfująco i nic nie wygadał.
Magda zabrała się znowu do roboty i opowiadała swobodnie:
— Miałam wczoraj ciekawą wizytę. Odwiedził mnie stary proboszcz z południa Galicyi, stryj Oryża, i panna Okęcka, obywatelka z pod Buczacza: dwoje ludzi muzealnych, którzy pierwszy raz w życiu przyjechali do Krakowa. Służyłam im za cicerone i miałam sto pociech. Dzisiaj Marynia ich powiodła na Wawel i będą tu na obiedzie.
— A więc zmykam. Czemu nigdy nie odwiedzisz méj pracowni?
— Wpadnę w tych dniach.
Wyszedł, a ona czuła wyraźnie, że wszelki łącznik zerwał się między nimi, że go straci niechybnie. Przestała malować, ubrała się i wyszła. Po drodze spotkała ojca Berwińskiéj, który szedł z głową zwieszoną, tak zamyślony, że jéj nie zauważył nawet.
— Dzień dobry! Co pan porabia w téj stronie? — zagadnęła go wesoło.
Ocknął się i prawie przeraził.
— Tak sobie. Spaceruję! — odparł, siląc się na uśmiech.
— Helenka zdrowa? Proszę ją napędzić do mnie. Obiecała być w niedzielę, i chybiła.
— Zdrowa, ale w niedzielę trochę ją głowa bolała. Przyjdzie w następną.
Ukłonił się i odszedł, a ona zatrzymała się i ścigała go wzrokiem. Na Rynku wszedł do kamienicy radczyni, a więc kłamał, że na spacer idzie. Łączyła ich jakaś tajemnica, nieszczęśliwa czy haniebna. Teraz dopiéro zauważyła, że często oboje mieli pozór skazańców na dożywotnie ciężkie roboty.
— Pójdę do niéj wieczorem i zapytam — pomyślała.
Poszła na wystawę i poleciła wydać portret Filipowi; potém obejrzała nowe płótna, a że spotkała Sylwestra i Malickiego, przegawędzili wesoło godzinę. Dowiedziała się, że Filip swoje konie ofiarował baronowéj, że ona niemi rozjeżdża cały ranek i że go pasowała na swego sezonowego ulubieńca.
Gdy się z nimi pożegnała, ruszyła do domu, lecz przed kościołem Panny Maryi spotkała całą gromadkę swoich nowych znajomych.
Okęcka i ksiądz Oryż stali, zadarłszy głowy na wieżę kościelną, i gapili się, jak rzetelni wieśniacy. Osiecka mężnie dotrzymywała im placu, a trochę dalej Boińska z malcem czekali na koniec zachwytów.
Ksiądz był suchy i czarny, jak Oryż, ale miał dobroduszny wyraz wiejskiego proboszcza.
Stara Okęcka, drobna i chuda, ubrana według mody z przed lat trzydziestu, była skończonym typem sknery i egoistki. Jednakże na widok Magdy rozmarszczyła twarz i niby się uśmiechnęła.
Ksiądz odrazu powitał ją radośnie, jakby się znali od dziesiątków lat, a Janek Boiński rzucił się do niéj z niekłamanym dziecięcym zachwytem i już jéj ręki ze swojéj nie wypuścił.
Poszli gwarząc ku Floryańskiéj i na zawrocie natknęli się na powóz baronowéj.
Jechała z Filipem, rozbawiona i śmiejąca się. Zamieniono ukłony, więc ksiądz spytał:
— Kto to?
— Baronowa Faustanger — odparła Magda.
— Ta wasza, z Sokolina! — zawołała Okęcka, zwracając się do siostrzenicy. — A, i jam się jéj nie przyjrzała! Patrzcie-no, jak to się rozbija, a nie pamięta, jak dziadek młyny dzierżawił.
— Niby pani to pamięta! — uśmiechnęła się Magda.
— A pewnie, bo to było u mego ojca. Jak pani mnie odwiedzi, pokażę pani dotąd jeszcze istniejący ten młyn. Bo myśmy się nie dali zjeść w kaszy, jak Boińscy.
— Co tam sądzić! — wtrącił ksiądz. — Bóg sprawiedliwy...
— Ale nierychliwy! — szepnęła Boińska, myśląc ze strachem o tem życiu, jakie ją czekało u ciotki, która na wstępie oznajmiła jéj, że ją przyjmuje, jak krzyż Pański i pokutę.
Jechała przecie, bo musiała to zrobić dla dziecka.
— To pani majątek w sąsiedztwie Sokolina? — spytała majorowa.
— O miedzę. A ten baron Faustanger stoi ze swym pułkiem o mil parę. Znam go, bo zeszłej zimy kupował u mnie furaż. Piękny mężczyzna, ale ponuro patrzy, i mówią, że kat dla ludzi.
— Pani powinna nasze strony poznać — rzekł ksiądz do Magdy. — Mamy śliczne góry, i potoki, i stare zamczyska.
— Niech mnie ksiądz nie namawia, bo gotowam skorzystać i spaść wam na kark latem.
— Dobrodziejko! A toćbym był najszczęśliwszy taką sławę ugościć!
— A ja za gościnę może pendzlem coś odrobię w kościele.
— Ach! — westchnął proboszcz, oczy ku niebu wznosząc. — Już dawno trzeba kaplicę Matki Boskiej odnowić. Ale, czyżbym śmiał prosić...
— Odnowimy kaplicę! — zaśmiała się.
— Jakto? Darmo? — zdziwiła się Okęcka.
— A nie: za wakacye.
— To proboszcz szczęśliwszy ode mnie. Zrobił dobry interes w Krakowie.
— A pani spełniła czyn szlachetny — rzekła majorowa. — To najlepszy interes.
Okęcka skrzywiła się wątpliwie.
— To się jeszcze okaże! — zamruczała.
Po twarzy Boińskiéj przeleciały płomienie. Usunęła się do okna i, patrząc ponuro przed siebie, połykała łzy. Magda zbliżyła się do niéj.
— Nie trzeba się zrażać — szepnęła. — Ta kobieta nie jest może zła, ale jéj serce wysuszyła samotność. Zawsze pani szczęśliwsza od niéj, bo masz Janka. Proszę jéj dać dużo serca i dobroci: zobaczy pani, jak roztaje.
— Tak ciężko udawać. Nie potrafię!
— To nie udawanie — to jałmużna. Ona będzie obdarowaną: za chleb i opiekę daj jéj pani szczęście na stare lata. Tak to pojmując, nie będziesz już czuła ciężaru.
— Gdyby nie pani, nigdybym nie pojechała. Alem wtedy przy konającem dziecku aniołów stróżów wzywała, i pani weszła. Odtąd co pani mi doradzi, spełnię! Mam tylko jedną prośbę do pani. Proszę wziąć sobie ten obraz, który panią do mnie sprowadził.
— Nie! za nic!
— Ależ ja pani nim płacić nie chcę; już on dla mnie cud uczynił. Jużem o los dziecka spokojna. Teraz niech on u pani zostanie. Ja wiem, że on pani szczęście przyniesie, w złéj chwili ratunek da. Proszę, niech mi pani nie odmawia. Ja-bym chciała szczęścia dla pani — Bożego szczęścia — bo kto go bardziéj wart!...
— Ejże, bo uwierzę, żem doskonałość, i strąconą będę do piekieł. Jeśli pani koniecznie chce, obraz zatrzymam jako depozyt dla Janka. Latem się zobaczymy. Przyjadę koniecznie zobaczyć, jak się pani powodzi.
— O, przyjedź pani. I tak mi przykro, żem panu Oryżowi nie podziękowała. Daj mu, Boże, dobrą dolę za jego serce i opiekę! Niech mu pani powié, że codzień się modlę za niego.
Zawołano ich do obiadu, i Boińska, pokrzepiona otuchą, straciła swoją sztywność i nieśmiałość. Okęckiéj widocznie się to podobało, bo raz wraz spoglądała ku niéj i zagadała łaskawie. Magda swoją niefrasobliwą wesołością ożywiła ją do reszty, a gdy po obiedzie poczęła, jak dziecko, bawić się z Jankiem w chowanego, stara aż się uśmiechnęła.
— Jak żyję, tyle nie słyszałam hałasu! — rzekła do majorowéj. — Jednakże młodość w domu, to życie. Tylko trzeba nawyknąć! — dodała, głową kiwając.
— Do miłego bardzo łatwo. Dzieciak jest bardzo dobry i posłuszny. Będzie pani miała z nich pociechę i, pomoc, i rozrywkę.
Okęcka, po swojemu, wątpiąc, trzęsła głową, ale po chwili zawołała siostrzenicę i rzekła łaskawie:
— No, trzeba nam się zbierać. Wieczorem odjedziemy. Może ci co trzeba na drogę? Mam tu kilka reńskich. No, no, weź, nie żenuj się, od żyda na procent nie pożyczyłam! Dojedziemy do domu.
Było to coś tak niebywałego, że aż ksiądz oczy szeroko rozwarł i oniemiał.
— Proboszcz tak wygląda, jakby cud widział! — zaśmiała się do niego Magda.
— Ależ to cud! Ona jej dała dziesięć reńskich! A to, wié pani, co jesień, w rocznicę śmierci ojca, ona mi przysyła szafarkę, która niby to za swojego męża daje na egzekwie i wypłacze sobie nabożeństwo za guldena. Oprócz tego guldena, przez lat trzydzieści, nie dała nikomu centa.
— A no, spróbujemy, gdy tam będę, namówić ją, by księdzu dopomogła do odnowienia ołtarza.
— Ej, nic z tego — westchnął ksiądz. — Kto się tak zmienia na starość, ten nie długowieczny. Nie dożyje ona lata!
— To wedle tej zasady i synowiec proboszcza powinien prędko umrzéć.
— Dlaczego? Czy przestał brednie prawić, ilekroć usta otworzy? To huncwot!
— Otóż właśnie, że się nie zgadzam z tą opinią! Przez dwa lata był naszym prawie domownikiem, i bardzośmy go polubiły. Nie zrobił nam nigdy przykrości.
— Tego-by jeszcze brakło! Pani by szatana z Bogiem pojednała!
— To nie, bo nie mam daru prozelityzmu. Alem pana Andrzeja poznała, że chce uchodzić za złego, to jego poza. Trzeba udawać, że się w to wierzy, a udawać, że się nie widzi jego zalet. Wtedy nie sili się pozować, i jest dobrym. Nigdym nie miała nad niego kolegi i towarzysza. Tylko niech mu ksiądz tego nie powtarza, bo stracę go na zawsze. Myślę, że proboszcz go w domu zastanie. Nie mówił dokąd jedzie, ale jestem pewna, że się troszczył o Boińską i pojechał dowiedziéć się, czy osiągnął skutek. Proszę go więc nie moralizować, nie napędzać do niczego, nie nagabywać o kwestye poważne — poważnie. Proszę pamiętać, że udaje on, a więc udawać także.
— Słucham i chcę wierzyć, boć mi miło, że go pani rehabilituje; ale toć zgroza, żeby błaznowi ustępować dla jakichś waryacyi. On mi pół życia zatruł swemi awanturami.
— Po pierwszéj, którą spłata, proszę mu zrobić figla i pochwalić. Ręczę, że drugiéj nie będzie.
— I to sposób! Ależ pani obserwatorka!.. A no, spróbuję! — i śmiał się udobruchany.
Okęcka zwiedziła szkołę majorowéj i cały wieczór siedziała zamyślona. Nie mieściło się jéj w głowie, by poświęcać czas i pieniądze na interes, który nietylko nie dawał procentu, ale zatracał summę wkładową — i jeszcze interesem takim cieszyć się i rozwijać go daléj. Uwag swoich nie wyrażała słowami, ale pytała sama siebie: i poco to? dlaczego? Cierpiała, rachując te stracone pieniądze i myślała z zawiścią, ile-by ona z takim kapitałem zrobiła świetnych obrotów.
Od czasu do czasu wzdychała tylko żałośnie.
Nareszcie wyjechali. Magda z siostrą odprowadziły ich na dworzec i pożegnały obietnicą odwiedzin. Potém Magda pożegnała siostrę i pojechała do Berwińskiéj.
Pierwszy raz majorowa zaprotestowała przeciw téj opóźnionéj wizycie.
— Włóczysz się po nocach sama! To niéma sensu.
— Wolałabyś, żebym się włóczyła z kimś.
— Wolałabym, żebyś nie zwracała uwagi.
— Czyjéj znowu?
— A no, całego świata. Ostrzegał mnie ksiądz Walery, że zaczynają nie dość z szacunkiem mówić o tobie. Musisz dbać o opinię.
— Na czwartém miejscu. Muszę dbać o Boga, o honor, o swych przyjaciół, a potém, o ile to warte, o tak zwaną opinię. Dotąd szłam jedną drogą i z niéj nie zejdę. Jakaś ty naiwna! Nie zmieniłam na jotę mego zachowania, zmieniła się tylko opinia. To dowód, że ktoś ma interes, by mi szkodzić. A no, ja tchórzem nie jestem, ten sposób nie na mnie!
Majorowa umilkła, ale cierń pozostał w jéj duszy. Za powrotem do domu, zamiast udać się na spoczynek, siedziała bezczynnie w fotelu i rozmyślała, co się stało. Magda była czysta i szczera do gruntu i życie jéj w niczém się nie zmieniło. Zaszło jednak coś. Majorowa czuła pewien chłód w zachowaniu się kilku znajomych dam i zauważyła, jak dwóch młodych ludzi na ulicy, pokazując sobie Magdę oczyma, opowiadało coś półgłosem i śmiało się dwuznacznie. Przytém od kilku dni Sylwester nie przychodził, a on był barometrem łaski lub niełaski tłumu. Majorową zdjął lęk, sen do reszty uleciał, nawet szkoła nie zajmowała jéj w téj chwili.
Odetchnęła z ulgą, gdy zadzwoniono w przedpokoju. Była to Magda, wielce zafrasowana.
— Wiesz, wynieśli się od kilku dni już na Stradom. Co to znaczy? I stary nic mi o tém nie wspomniał. Ich trapi jakaś troska, czy niedostatek. A przecie ona zarabia dobrze!
— Cóż z tego — odparła majorowa — kiedy ich pożerają długi tego infamisa brata! Toć wiadoma rzecz, że stracił majątek, pozarywał, gdzie mógł, nafałszował weksli i uciekł do Ameryki. Myślałam, że wiesz o tém, więc ci nie mówiłam dotychczas.
— To okropne! Biedni ludzie! I nic mi nigdy Berwińska nie wspomniała.
— A no, pewnie nie wątpiła, że wiész, bo to była głośna sprawa. Sfałszował weksle radcy i uciekł przed kryminałem. Spytaj Sylwestra, to ci opowie.
— Nie chodzi mi o opowieść, ale żal mam do Berwińskiéj za tajemnicę i myślę, jakby jéj dopomódz. Jutro muszę ich odszukać. Ale, spotkałam baronową z Sylwestrem, wracających razem z teatru pod rękę, a Filip dreptał z drugiéj strony w rynsztoku.
— Jakto, wracałaś piechotą?
— A tak, bom nie znalazła dorożki.
— I widzieli cię?
— Naturalnie, nawet rozmawialiśmy sekundę. Namawiali mnie na Modrzejowską, alem odpowiedziała, że opłakuję Oryża i nie mam towarzystwa.
— Bój się Boga! Gubisz się samochcąc. Taki głupi żart obiegnie jutro całe miasto i wyrośnie na skandal. Połowa uwierzy, że masz romans z Oryżem. Ty nie zdajesz sobie sprawy, na co się narażasz.
— Na co?
— Stracisz wszystkie stosunki. Dom ci każda szanująca się kobieta zamknie.
— Kto naprzykład? Maliccy nie, i Zakliccy téż nie, a o resztę nie dbam: nudzą mnie, to i owszem. Zawiele miałam stosunków, to mi zajmuje czas. Mało czytam i studyuję. Więc mi nawet dogodzą swym ostracyzmem.
Ruszyła ramionami, ale widząc prawie rozpacz na twarzy siostry, dodała już poważnie:
— Moja Maryniu! Czego ty się alterujesz? Byłam zanadto lubiona, chwalona i pieszczona. Teraz przyjdzie reakcya. To zwykła rzecz i cieszę się, że mnie znajdzie dojrzałą. Gdybym się czuła winną, cierpiałabym nieznośnie; gdybym była panną na wydaniu lub mężatką, strzegłabym się cienia nawet, bojąc się skompromitować swój los lub rodzinę. Ależ mnie co może oszczerstwo odebrać! Ani zbawienia, ani szacunku tych, co mnie dobrze znają, ani talentu, ani stanowiska. Tłumu nie potrzebuję, próżną nie jestem, bez ludzi obejść się mogę, sama sobie wystarczam i świat przede mną otworem. Więc patrzę na to z całą obojętnością, jak na śmiecie i błoto, które mogę deptać lub ominąć, jak mi się podoba. W każdym razie radam, żeś mnie ostrzegła, więc się nie narażę na zamknięcie domu, i tam, gdzie są gęsi, sama odtąd nie pójdę. Ale postępowania na włos nie zmienię, bo nie mam nic do ukrywania, nie mam czego się wstydzić i niczego się nie lękam. Oto masz. Wyhodowałaś stworzenie cudaczne, ale zdrowe i silne, i znając mnie, powinnaś trochę być śmielszą i wiedziéć kim jestem.
Pochyliła się do siostry, objęła ją za szyję i ucałowała serdecznie.
— Chcesz? to ci cały sekret wyłuszczę. Baronowéj się zdaje, że kocha Filipa i że ja jestem jéj rywalką, więc walczy bronią najpodlejszą, ale niezawodną: obmową! Wierzę, że dopnie celu i, jak ty się tragicznie wyrażasz, zgubi mnie. Ale, maluczko, fantazya jéj dla Filipa minie, a wtedy, i o mnie zapomni i ludzie, nie podjudzani, uspokoją się. Obmowa jest jak drożdże: potrzebuje coraz nowego zaprawiania, bo inaczéj opada i kwaśnieje. Ludzie będą się bawili szarpaniem mojéj opinii, aż się znudzą i znajdą nową ofiarę. Okazać, że się ich lęka, unikać, bronić się, to tylko podsycać płomień. I po co? Nie mam do nich nawet żalu, nietylko gniewu. Guarda e passa!
Majorowéj widocznie przybywało otuchy i mocy. Więcéj dla formy, niż dla zasady, rzekła:
— Jednakże po co się narażać? Ja miałam przeczucie, że ta baronowa nieszczęście ci przyniesie.
— Byle nieszczęścia nie przyniosła Filipowi! Moje nie straszne, ale on, biedak, może tam i duszę i talent zatracić.
— I fundusz — oburzyła się Osiecka. — Czemu to ludzie nie widzą, że ona jakby była na jego utrzymaniu? Szalony człowiek! wszystko tam przejdzie. Ja muszę go ostrzedz.
— Uchowaj Boże! To jakbyś ostrzegała lunatyka, gdy chodzi po spadzistości dachu. Ani słowa, owszem, najserdeczniejsze obejście. W razie niedoli, niech śmiało do nas się zwróci, a gdyby się teraz obraził, straciłybyśmy go na wieki.
— I to racya, ale nie sposób z zimną krwią patrzeć, gdy kto na oślep idzie w przepaść.
— Musimy patrzéć i milczéć. Już on jest trochę zrażony, zapewne go ona przeciw nam buntuje. Uważaj go za chorego, któremu wszystko wolno. Byle nie przestał malować, może go uratuje sztuka. Byle się zapalił do swojego dzieła, będzie bezpieczny!
Zamyśliła się daleko więcéj, niż nad poprzednim tematem, i po chwili napół do siebie szepnęła:
— O! sztuka! Kto ją ukocha, ten wybraniec boży. Ma swój świat w sobie, i jasnowidzenia nieziemskie, i szczęście, którego mu nikt nie odbierze i które ni czasu, ni ziemskich zmian się nie boi. Tylko to kapłaństwo! i nieszczęśliwy jak potępieniec ten, kto je zmarnuje. Trzeba być ascetą, żeby za to zapłacić — Bogu!
Wstała i, pocałowawszy raz jeszcze siostrę, poszła do swojéj sypialni.
Zanim się zabrała do spoczynku, rozpakowała obraz Boińskiéj i umieściła nad posłaniem. Chwilę patrzyła na pochyloną słodką twarz Matki Bożéj, a potem szepnęła:
— Daj szczęście jemu! Ja nigdy zupełnie złamaną być nie mogę, bo gwiazdy, com dostała, nigdy nie dam na poniewierkę. Nad nim, jak nad rozbitkiem, czuwaj!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.