Gasnące słońce/Część pierwsza/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Gasnące słońce
Podtytuł Powieść z czasów Marka Aureliusza
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

— Twoje poszukiwania nie odniosły żadnego skutku, Kaju? — pytał Publiusz klienta, który objął już główny zarząd nad jego posiadłościami.
— Nie natrafiliśmy dotąd na ślad owej germańskiej branki — odpowiedział Kajus — chociaż nie szczędziliśmy wczoraj z Hermanem ani nóg, ani uszu. Na rynkach niewolników nic o niej nie wiedzą.
— A jednak mam pewne wiadomości, że zabrano Tusneldę do Rzymu — odezwał się Serwiusz.
Siedzieli wszyscy trzej na zwykłych krzesłach dębowych, naokoło małego stolika, i spożywali skromne śniadanie, składające się z wina i chleba. Usługiwał im tylko jeden niewolnik, smukły Artemidorus.
Trybun i prefekt byli przebrani po miejsku w białe, jedwabne tuniki i w wysokie sznurowane trzewiki. Ale ramion ich nie zdobiły bransolety i rąk nie pokrywały pierścienie.
Publiusz zamyślił się.
— Możeby dobrze było, gdybyście wzięli do pomocy Zygfryda — wyrzekł po krótkiem milczeniu. — Mówiono mi, że ten starzec ma poszanowanie między niewolnikami. On wskaże wam drogi do tajemnic zaułków. Niech tu Zygfryd przyjdzie! — rozkazał Artemidorowi. — Trzebaby także zawiązać stosunki z wyznawcami przesądu chrześciańskiego. Ci sekciarze wiedzą wszystko, co się dzieje w kryjówkach zbrodni.
— Będzie bardzo trudno dotrzeć do ich schronisk — wtrącił Kajus — chrześcianie bowiem, przerażeni sprawiedliwością boskiego Marka Aureliusza, stali się znów ostrożnymi i nieufnymi. Boski imperator nie lubi tego przesądu, chociaż nie krępuje swobody religii cudzoziemskich. Zeszłego tygodnia skazał kilkunastu chrześcian, którzy nie chcieli swojej wiary odwołać, do kopalni sardyńskich.
— Boski Marek Aureliusz jest Rzymianinem, żaden zaś prawy Rzymianin nie może ścierpieć sekty, stawiającą nieznanych nikomu bogów ponad nasz Olimp. Rzym zawdzięcza panowanie nad światem swojej religii i dzielności. Z chwilą, gdy miejsce Jowisza zajmie na Kapitolu bóg inny, potężniejszy, szczerzej czczony, rozpadnie się imperium, jak dąb spróchniały. Boski Marek Aureliusz wie, że trzeba zdusić przesąd, który zamiast istnieć obok naszych bogów, chce ich zburzyć i usunąć.
— Wiem, że wiara chrześcian krzewi się już także w legionach — odezwał się Serwiusz. — Widziałem sam kilku żołnierzy modlących się o szarej godzinie do jakichś małych krzyżów. Musi jednak coś być w tej nowej wierze, kiedy mimo zakazów cezara i czujności pretorów, ciągle się rozszerza.
— Bogowie chrześcian obiecują lepsze życie po śmierci i uczą, że wszyscy ludzie są równi — objaśniał Kajus, wzruszywszy pogardliwie ramionami. — Zdaje się, że niewolnikom i barbarzyńcom najwięcej ta równość się podoba. To nie jest wiara dla obywateli rzymskich.
— A jednak znajdują się chrześcianie podobno już także na Palatynie, w najbliższem otoczeniu imperatora — wyrzekł Serwiusz.
— To być nie może! — zawołali obaj Rzymianie równocześnie.
— Boski Marek Aureliusz nie zniósłby obok siebie tych sekciarzów — odezwał się Publiusz. — Jest na świecie jedna tylko wiara prawdziwa, a tej uczą nasi kapłani.
Dalszą rozmowę przerwał Zygfryd, ubrany już w suknię wolnego człowieka, w białą togę. Gdy go Serwiusz ujrzał, podniósł się żywo.
— Ciebie tu spotykam? — zawołał. — Sądziłem, że ucztujesz dawno w Walhalli.
Starzec popatrzył szeroko otwartemi oczyma na prefekta, potem schylił się do jego kolan i odezwał się:
— Głos waszego ojca przemówił do mnie z pod kurhanu, panie.
— Ty go dobrze znałeś, stary?
— O, o, o! Ktoby w lasach markomańskich nie rzucił żony i dziecka, gdy on zawołał! Bił on, bił — mruczał Zygfryd, kręcąc głową — ale go w końcu zmogli...
— Czy nie słyszałeś w ostatnich czasach o jakiejś brance germańskiej z wysokiego rodu? — zapytał prefekt, przerywając dalsze zwierzenia starca.
— Z wy...so...kie...go rodu — powtórzył Zygfryd — z naszego?
Prefekt potwierdził pytanie ruchem głowy.
— Może mówili ci niewolnicy naszego plemienia o napadzie na sioło Winfryda? — pomagał pamięci wyzwoleńca.
Zygfryd spojrzał z pod czoła na Publiusza.
— Mów, nie obawiaj się — odezwał się trybun — jestem przyjacielem prefekta. Pragnę, aby wrócił do domu z narzeczoną.
— Jest w Rzymie jeden handlarz niewolników — mówił starzec — o którym opowiadają, że urządza polowanie na wolnych Germanów. Ale trzebaby się do niego ostrożnie zabrać, bo to dziś pan możny. Między rycerzami zasiada, z senatorami się przyjaźni.
— Fabiusz? — zapytał Publiusz.
— Ty rzekłeś, panie.
Trybun milczał. Wiadomość o rzemiośle przyszłego teścia Marka nie sprawiła mu przyjemności.
— Ale to wieść tylko — odezwał się szybko Zygfryd, zmiarkowawszy, że jego nowina dotknęła trybuna.
— Nie zważaj na mnie — rzekł Publiusz. — Rób, co ci twoja uczciwość nakazuje.
A zwróciwszy się do wywoływacza, zapytał:
— Czy byłeś u prefekta miasta?
— Przesławny prefekt jest obecnie w teatrze Pompejusza — odparł Greczyn.
— Podaj nam togi i niech lektyka będzie gotowa.
Niewolnik zarzucił panom na ramiona białe płaszcze i ułożywszy je w fałdy, wybiegł po lektykę.
— Zastaniemy w teatrze oprócz prefekta miasta wszystkich, których potrzebujesz — mówił Publiusz do Serwiusza.
W teatrze Pompejusza dawano dziś od samego rana przedstawienia składane. Poeta Marullus napisał nową komedyę, a słynny pantomin, Parys, miał mistrzowską grą swoją illustrować kilka mytów religijnych.
Tak zapowiedziały Nowiny codzienne.
Na placu przed przybytkiem Talii i Melpomeny było już pusto. Służba, która przyniosła panów i panie, wróciła do domu. Pod portykiem rozlegał się tylko miarowy krok pretoryanów, pilnujących porządku.
Publiusza i Serwiusza powitał śmiech całej sali. Aktorowie odegrali właśnie jakąś starą komedyę Plauta.
Zająwszy miejsce w rzędach, przeznaczonych dla stanu senatorskiego, obrzucił Germanin teatr olśnionem spojrzeniem. W pierwszej chwili nie widział nic, oprócz błyszczącej przestrzeni, która otaczała go zewsząd, jak mgła srebrzysta. Zdawało się mu, że stanął w samo południe nad brzegiem morza i patrzy na falę, mieniącą się w blaskach słońca.
Obok niego, za nim, ponad nim, w górę, pod sam strop niebieski, świeciły białe suknie i białe togi. Czterdzieści tysięcy osób mieściło się w lożach kamiennych, tworzących olbrzymie półkole.
Wszystkie te suknie i togi ruszały się bezustannie, a za każdym ich zwrotem tryskał z jakiegoś drogiego kamienia promień migotliwy.
Dość długo trwało, zanim oko Germanina przywykło do tej powodzi blasków.
Po jakimś czasie zaczął Serwiusz rozróżniać na tle ruchliwem naprzód ciała, potem należące do nich głowy. Były prawie wszystkie czarne, mimo złotego proszku, który miał ciemnym włosom nadawać barwę jaśniejszą.
Ciekawie spojrzał Germanin na pierwsze piętro, przeznaczone dla kobiet ze stanu senatorskiego i rycerskiego. Siedziały tam rzędem obok siebie żony i siostry panów świata w sukniach głęboko wyciętych i z obnażonemi ramionami.
Już go spostrzegłszy, już przyłożyły do oczu szlifowane szmaragdy i podziwiały jego wspaniałą budowę. Cichy szept płynął z loży do loży: kto to... z Kwintyliuszem przyszedł...
Germanin, zachwycony świetnem otoczeniem, nie zauważył, że Publiusz oddalił się od niego i rozmawiał z jakimś starszym, brodatym senatorem. Dopiero kiedy się obydwaj do niego zbliżyli, odwrócił się do nich z ukłonem.
— Prefekt miasta zapytuje: czy nie domyślasz się rabusia? — mówił Publiusz.
— Prawdopodobnie byli to ludzie jednego z kolonistów — odpowiedział Serwiusz — ci jegomoście bowiem dopuszczają się u nas różnych podłości.
— Kolonistów jest w Germanii wielkie mnóstwo — odezwał się prefekt miasta. — Czy nie pada na żadnego z nich podejrzenie?
— Najazd odbył się nocą, a rabusie mieli twarze poczernione.
Prefekt pogładził brodę i zamyślił się.
— Rzecz dziwna, żeby o takim gwałcie służba moja nic nie wiedziała — mruknął.
Powiódł wzrokiem po rzędach, zajmowanych przez rycerzy rzymskich. Siedzieli tam między innymi i zbogaceni poborcy, którzy zapłacili skarbowi hojnie za wązki szlak purpurowy.
Badawcze oko prefekta miasta przesuwało się wolno z głowy na głowę. Gdy doszło do Fabiusza, zatrzymało się dłużej. Ale nie dostrzegło nic, przyszły bowiem teść Marka, przechyliwszy się do sąsiada, opowiadał mu coś z wielkiem ożywieniem. Prefekt nie mógł z oddalenia zauważyć, że milioner śledzi z pod czoła pilnie jego ruchy i kręci się niespokojnie na miejscu.
Na scenie ukazało się dwóch aktorów bez masek i koturnów i rozpoczęła się zapowiedziana komedya Marulla. Jeden z histryonów, ubrany w jaskrawy strój błazna i w krótki płaszczyk, drwił z drugiego, który słuchał, kiwając poważnie głową.
Zaledwie się ukazali, powitał ich śmiech tak powszechny, iż blizko sceny siedzący Serwiusz nie mógł z dyalogu pochwycić ani słowa. Nie rozumiał zrazu przyczyny głośnego wesela.
A publiczność szalała z uciechy, klaszcząc, krzycząc, powiewając togami.
Dopiero, kiedy się lepiej komedyantom przypatrzył, domyślił się źródła wrzawy. Oto miał na sobie drugi histryon płaszcz filozofa i był podobny do Marka Aureliusza.
— Dziwię się, że rząd pozwala na takie wybryki — szepnął Serwiusz do Publiusza.
Trybun wzruszył ramionami.
— Wszyscy cezarowie byli dla teatru i cyrku pobłażliwi — odpowiedział.
W komedyi Marulla ślęczał filozof nad pergaminami, a jego żona zabawiała się tymczasem z germańskim gladyatorem. Kiedy się zdradzony mąż dowiedział od błazna o wiarołomstwie żony, wówczas kazał niewolnikowi przynieść miecz. Ujrzawszy jednak jego błyszczące ostrze, rzucił broń i uciekł za scenę, żegnany burzą śmiechu i oklasków.
Po utworze Marulla nastąpiły jeszcze trzy inne w tym samym rodzaju. Wszędzie zdradzała żona męża, z którego drwiła razem z kochankiem, wszędzie był mąż niedołęgą, tchórzem, lub spólnikiem, płaconym za wstyd połowicy.
A zebrany w teatrze Rzym patrzał na te brudy i wył z radości, gdy histryon podkreślił mimiką jaki płaski, tłusty dwuznacznik. Bawili się wybornie senatorowie, zaśmiewały się kobiety, chichotały panienki, huczał motłoch, zajmujący piętro najwyższe.
Serwiusz oglądał się zdziwiony wokoło. On, barbarzyniec, syn nieprzebytych kniei, zabiłby każdego, ktoby śmiał na niewiastę jego rodu rzucić cień podejrzenia. W jego lasach nie wiedziano nic o wiarołomstwie żon, a jeśli zdarzyła się gdzie czasem taka potworna zbrodnia, to zacierano skrzętnie nawet wieść o niej, aby nie plamiła sławy sioła. A tu, w stolicy świata, tracono przytomność z zachwytu dla podłości...
Powtórnie podniósł oczy do rzędów, zajmowanych przez kobiety. Widział wszędzie rozbawione twarze...
Pasmo jego myśli przerwał okrzyk.
— Witaj, cezarze! — huknęło kilkadziesiąt tysięcy głosów równocześnie.
Do loży, wznoszącej się po prawej stronie sceny, wszedł młody, smukły brunet w todze purpurowej, ze złotym wieńcem we włosach, posypanych proszkiem. Posłał publiczności ręką ukłon niedbały, a kiedy się uciszyła, odezwał się głosem ochrypłym:
— Witajcie wy!
Zaledwo imperator Lucyusz Werus spoczął, wybiegł na scenę, której boki zajął chór męzkich i żeńskich śpiewaków, przystojny histryon.
I znów rozległ się okrzyk, tak samo wrzaskliwy, jak ten, który Rzym rzucił pod stopy jednego ze swoich władców. Kobiety podnosiły się z siedzeń, gestykulując rękami.
Był to wyzwoleniec Parys, słynny na całe imperium pantomim.
Orkiestra, składająca się z fletów, świstawek, cymbałów, cytr i lir, rozpoczęła widowisko hałaśliwą przegrywką. Towarzyszyły jej chóry, wtórujące rytmicznym ruchom artysty.
Myt o zdradzie Marsa i Wenery, nakrytych przez Wulkana siatką w chwili wiarołomstwa, ilustrował Parys mimiką. Mówił, pokazywał, czynił ruchami rąk, głowy, nóg, giętki i zwinny, jak śliski gad. Lubieżnie błyszczały jego duże, wyraziste oczy, lubieżnie kołysały się członki, lubieżnie składały się usta, naśladując pocałunki miłosne. To przypadał do posadzki, to wyskakiwał w górę, na prawo, na lewo, to zdawał się leżeć na powietrzu i obejmować kogoś namiętnie. Nie powiedział ani słowa, a publiczność rzymska, przywykła do mów pantomimicznych, rozumiała go doskonale.
Z powstrzymanym oddechem, z wytężonym wzrokiem śledzili młodzi i starzy ruchy histryona. Zmysłowość Parysa udzieliła się ze sceny widzom. Na twarze mężczyzn i kobiet wystąpiły gorące rumieńce.
Kiedy pantomim skończył, posypał się na niego deszcz kwiatów i wszczęła się taka wrzawa, iż zdawało się, że rozsadzi mury teatru. Kobiety zrywały z rąk pierścienie i ciskały je na scenę. Motłoch łomotał przyniesionemi z domu stołkami o ściany przedziałów.
— Parys... Parys... — szumiało wokoło.
A Parys, ulubieniec imperatora Werusa, kochanek patrycyuszek, przyjaciel senatorów, kłaniał się niedbale, jak cezar.
Coraz dziwniejszą wydawała się Serwiuszowi publiczność rzymska.
Widział i on i mimy i pantomimy na prowincyi w teatrach Windobony i miast innych; ale tam łagodzili histryoni bezwzględność autorów. Żaden z nich nie odważyłby się wobec widzów barbarzyńskich plwać na świętości rodziny lub drwić z bogów. On sam kazałby w obozie wychłostać zuchwalca, któryby się chciał bluźnierstwem popisywać. Wytrawny żołnierz, zbratany ze śmiercią, wiedział z osobistego doświadczenia, że wojownikowi lżej umierać, gdy się w chwili ciężkiej może komuś, mocniejszemu od siebie, polecić.
A tu zarzucano kwiatami histryona, który podawał na pośmiewisko myty religijne. Cały Rzym, od cezara zacząwszy, a skończywszy na ostatnim plebejuszu, przyklaskiwał bezbożności.
Germanin pochylił głowę. Pod jego czaszką rodziły się myśli czarne, ponure. Przypomniał sobie słowa Hermana: — Ich bogowie spodleli, jak oni...
Stary setnik nie mylił się; znał on dobrze panów świata...
Panowie świata?! Dlaczego oni panami, a my... Publiusz mówił, iż Rzym runie, jak dom spróchniały, gdy miejsce Jowisza zajmie na Kapitolu bóg inny... Jowisz spoczywa dotąd w marmurowej świątyni, na krześle z kości słoniowej; ale niestraszne są chyba jego pioruny, kiedy pierwszy lepszy histryon może drwić bezkarnie z mieszkańców Olimpu...
Serwiusz spojrzał na Publiusza. I trybun siedział z głową opuszczoną, patrząc przed siebie.
— Gdybym był imperatorem, kazałbym tego komedyanta ukrzyżować — wyrzekł Serwiusz głosem przyciszonym.
— I ja — mruknął Publiusz.
W loży przeciwległej tej, którą zajmował Lucyusz Werus, odchyliła długa biała ręka purpurową zasłonę. W otworze błysnęła para czarnych, płomiennych oczu, zwróconych w stronę Serwiusza.
Siła tego wzroku była tak wielka, że ją Germanin poczuł na sobie. Ale kiedy spojrzał, zapadła firanka.
Teraz spostrzegł Serwiusz naokoło siebie uśmiechy dwuznaczne. Nie domyśiał się powodu zajęcia, jakie wzbudził, ale wiedział, że szepty odnoszą się do niego.
— Jeśli tylko zechcesz, możesz się w Rzymie dobrze zabawić — mówił Publiusz. — Zauważyła cię Faustyna.
— Kto taki? — pytał Germanin.
— Imperatorowa Faustyna, małżonka boskiego Marka Aureliusza.
— I cóż ztąd?
Jeszcze Publiusz nie zdążył odpowiedzieć, kiedy się do niego zbliżyło kilku senatorów. Witali się z nim serdecznie, a potem prosili go, aby ich zapoznał z Serwiuszem.
Prefekt germański ujrzał się nagle otoczony przez najwyższych dygnitarzy Rzymu. Doradcy cezarów, prefekci i pretorowie zasypywali go uprzejmemi słowami, starając się widocznie o jego względy. Ofiarowywali mu swoje usługi, a dowiedziawszy się o bezprawiu, które go sprowadziło do stolicy, obiecywali mu pomoc i wymiar sprawiedliwości.
Dwóch ludzi przypatrywało się tej scenie uważnie.
Imperator Lucyusz Werus, rozłożony wygodnie na poduszkach łoży, zmrużył powieki, wydął dolną wargę i uśmiechał się szydersko. Tyle pogardy rozlało się na jego bladej, wyniszczonej twarzy, że sączyła się ona z każdego rysu.
Poborca Fabiusz zmarszczył brwi i targał brodę nerwowym ruchem ręki. Nagle powstał z siedzenia i opuścił teatr, rzuciwszy Markowi, który znajdował się między senatorami, spojrzenie porozumiewawcze. Po chwili wyszedł wesoły pretor i udał się pod portyk, gdzie znalazł przyszłego teścia, przechadzającego się wzdłuż filarów.
— Ciepło ci? — odezwał się Marek. — Chłodzisz się.
Roześmiał się pusto.
— Nie zapominaj, że moja fortuna będzie niezadługo twoją — mruknął Fabiusz.
— Wiem i dlatego postąpisz rozumnie, gdy mi posag zaraz oddasz. Z rąk moich nikt go nie wydostanie.
— Oprócz ciebie samego.
— Stajesz się dowcipnym...
— Mógłbyś przez chwilę posłuchać uważnie.
— Nie mamy sobie już nic do powiedzenia. Tu trzeba szybko działać, bo ten germański żołdak trafi, jak miarkuję, do samego imperatora.
Marek obejrzał się wokoło, a przekonawszy się, że pod portykiem niema nikogo, zapytał szeptem:
— Owa niewolnica?
— Już usunięta... — odpowiedział Fabiusz.
— Jesteś tego pewny?
— Najpewniejszy.
— W takim razie trzeba przegrać do prefekta miasta w kości ową wazę murzyńską. Wiem, że mu się bardzo podobała.
Fabiusz skrzywił się.
— Zaraz wazę... to majątek — mruknął.
— Droższa twoja skóra — odparł Marek. — Za kilka dni będzie u mnie obiad z Lidyą. Nie chciałem cię z nią poznajomić przed ślubem, ale jedyna to sposobność zbliżenia się do prefekta. Będziesz rozmyślnie w kości przegrywał. Do strażników miasta i szpiegów poślij jakiego bystrego niewolnika i nie szczędź pieniędzy.
Fabiusz łypnął chytremi oczkami. Przysunąwszy się tuż do Marka, wyrzekł z cicha:
— Czyżby nie było lepiej tego Germanina...
Dokończył myśli gestem, wykonywając ręką taki ruch, jak gdyby kogoś pchał sztyletem.
Marek cofnął się o cały krok. Znów wydał się mu ten bezwzględny handlarz, z kłami wilka, z oczyma kota — wstrętnym.
— Zapytaj w tym względzie o radę niewolników greckich — wyrzekł chłodno. — Oni potrafią wszystko. Do widzenia, wracam do teatru.
— Głupiec — mruknął za nim Fabiusz.
Na scenie wznosiła się góra Ida, pokryta krzewami i drzewami. Liczne strumyki srebrzyły się wśród traw i kwiatów. Stado żywych kóz przechadzało się w głębi. Pasł je młody, piękny histryon, ubrany w strój trojański.
Nagle, jakby z pod ziemi, stanął przed pasterzem uroczy, jasnowłosy chłopiec. Złote skrzydła miał u głowy i u nóg, a w lewej ręce niósł różdżkę. Merkury to podawał Parysowi jabłko.
Z wrzawą wpadła na scenę Minerwa, otoczona zgrają demonów przestrachu i grozy wojennej; poważnie wkroczyła Juno w towarzystwie Kastora i Polluksa, wdzięcznym krokiem, słodko uśmiechnięta wsunęła się Wenus, prowadząc za sobą całe wojsko amorków, gracyi i horów.
Zaludniła się scena. Demony grozy wojennej uderzały tarcze o tarcze, amorki, gracye i hory — prześliczne dziewczynki — poruszały złotemi skrzydełkami i boginie gotowały się do walki.
Wtem odezwały się flety i poważna Juno obiecywała przy ich wtórze sędziemu, wskazanemu przez gromowładnego Jowisza, za wyrok życzliwy panowanie nad Azyą. Wolno kołysała się małżonka boga bogów, przemawiając do Parysa miarowemi pantominami.
Gwałtowna Minerwa rzucała się na scenie, jak opętana. Naokoło niej biegli demoni przestrachu, nadzy chłopcy, tańczący taniec mieczów. Brzęk i szczęk żelaza rozbrzmiał w teatrze. Sławę ci dam wojenną i wieniec bohatera — mówiły szybkie, dzikie ruchy córki jowiszowej. — Sławę, sławę! — wtórowała orkiestra, wygrywająca marsze doryckie.
Chłodno przyjął Parys zabiegi Junony i Minerwy. Chłodno śledziła publiczność ich pantominy.
Ale oto odezwały się znów flety, a śpiewały tak miękko, taką słodką pieśń lidyjską nuciły, że ciało układało się samo w ruchy łagodne, faliste.
Grzmot oklasków odezwał się teraz. Do Parysa zbliżyła się Wenus. Prawie zupełnie naga, przepasana tylko przez biodra lekką, przejrzystą, niebieską tkaniną, olśniewała niezwykłą urodą. Biła od niej łuna świeżej, młodej piękności.
— Za dużo sukien! — zawołał ktoś na piętrze najwyższem.
— Tunika za długa! — huczał motłoch.
Rzym w podartej, łatanej todze szalał z uciechy, a purpuraci, zajmujący rzędy najbliższe scenie, uśmiechali się pożądliwie.
Wenus tańczyła przed Parysem rozkosze miłosne. Jej to oddał on złote jabłko.
W chwili, kiedy boginie znikły, wytrysnął ze szczytu Idy barwny słup wschodnich olejków. Odurzający zapach wypełnił cały teatr, a góra zapadała się powoli razem z drzewami i kozami pod ziemię.
Publiusz i Serwiusz podnieśli się równoczenie.
— Wyjdziemy? — wyrzekł trybun.
— Nie będę żałował dalszego ciągu widowiska — odparł prefekt.
Opuściwszy teatr, szli pieszo pustemi ulicami Pola Marsowego.
Pierwszy odezwał się Publiusz.
— Nie zachwyciły cię nasze zabawy? — zapytał.
— Teraz dopiero rozumiem owych wytwornisiów, których nam Rzym przysyła do legionów, owych woniejących trybunów i w kwiecie wieku wyniszczonych legatów — odpowiedział Serwiusz. — I rozumiem także, dlaczego Awidyusz Kassyusz przywracał w ostatniej wojnie karność obozową mieczem i krzyżem. Nie chciałbym prowadzić do boju wojska, składającego się z dzieci Rzymu.
— A jednak złamało to wojsko potęgę Wschodu — zauważyła przez usta Publiusza duma Rzymianina.
Serwiusz zrobił ręką ruch pogardliwy.
— O, Wschód! — mówił. — Na Wschodzie chodzą mężowie w miękkich sukniach niewieścich. Trzy czwarte zresztą legionistów nie są już waszej krwi potomkami.
Publiusz nie przeczył. Wiedział, że Germanin znał stosunki wojskowe równie dobrze, jak on. Ale Rzymianina bolała ta świadomość barbarzyńcy.
— Długoletni pokój pod rządami Antoninów rozluźnił nieco karność obozową — wyrzekł — ale niech tylko zajdzie potrzeba, a przebudzi się i błyśnie znów dawna dzielność rzymska. Dotąd nie przewyższył nas nikt w boju, ani w radzie.
Germanin milczał. Nie opuściły go widocznie myśli ponure, bo czoło jego fałdowało się ciągle.
Zbliżali się do ulicy Szerokiej, kiedy usłyszeli za sobą ciężkie kroki. Zamknięta lektyka przesunęła się szybko. Tragarze pędzili kłusem.
— Po śniadaniu udam się do urzędu tajnej straży — mówił Serwiusz. — Chciałbym odszukać jaknajprędzej Tusneldę i wrócić do moich lasów.
— A gdybyś jej nie znalazł? — zapytał Publiusz.
— Wówczas pozostałby mi tylko smutny obowiązek... zemsty.
— Niech ci bogowie pomogą...
— Czy ci z teatru? — wyrzekł Serwiusz, uśmiechnąwszy się gorzko.
— Niech Hades pochłonie tych podłych Greków!
— Co do mnie, nie rozumiem, jak ludzie, bawiący się pantomimami Parysa, mogą składać ofiary w świątyniach. Moja dusza barbarzyńska nie pojmuje tak niegodnego kłamstwa. Gdybym był Rzymianinem, zburzyłbym ołtarze Marsów, Wener, Junon i Minerw, albo ukrzyżowałbym wszystkich autorów i histryonów. Widziałem w teatrze kapłanów. Szczególnego to rodzaju słudzy bogów, którzy klaskają Parysowi. Jakże oni chcą, żeby ludzie wierzyli w ich naukę!
I znów nie przeczył Publiusz, chociaż go słowa Germanina głęboko dotknęły. Rzeczywiście... Jakże oni chcą, żeby im ludzie wierzyli?...
— Zepsuło się w istocie dużo w Rzymie cezarów — mówił głosem przesiąkłym boleścią. — Potrzeba nam jakiejś wielkiej burzy, jakiegoś nieszczęścia, coby osmagało spodlone tłumy i rzuciło je znów przed ołtarze bogów.
— Niech wam geniusz waszego ogniska narodowego, niech wam święty ogień Westy pomoże, bo wątpię, czy Rzym, bawiący się w teatrze, na jaki dziś patrzałem, ukorzy się kiedykolwiek z ufnością przed bogami Olimpu. Mówię to nie jako Germanin, lecz jako rycerz i prefekt rzymski, wychowany przez waszych retorów i filozofów. Zdawało mi się, że mądrość najoświeceńszego narodu zastąpi mi baśnie mojego plemienia, a dziś wiem tylko tyle, że swoimi bogami wzgardziłem a waszych kochać się nie nauczyłem. I wasi bogowie i nasi nie są prawdziwi, kiedy nie budzą już czci i bojaźni.
— Mówisz, jak chrześcianin — odezwał się Publiusz.
— Mówię, jak wszyscy, których wychowały wasze szkoły, księgi i teatry — odparł Serwiusz — jak wszyscy oświeceni naszego czasu, jak ty, kiedy jesteś sam z sobą.
— A mimo to potępiasz nasz teatr i składasz przed każdą bitwą ofiary...
— Potępiam wasz teatr, brzydzę się bowiem wszelkiem bluźnierstwem; ofiary zaś składam nie bogom waszym i naszym, lecz owym nieznanym, których nie widzę, a których czuję obok siebie, wkoło, wszędzie, gdy skrzydła śmierci załopocą nad moją jazdą.
— Ty wierzysz w owych bogów nieznanych, Serwiuszu?
— Ty o to pytasz, ty, żołnierz, który doświadczyłeś tylokrotnie na polu bitew prawdy przeczuć i znaków ostrzegających?! Ty, który, rzucając się w bój najgorętszy, wiedziałeś zawsze, że wrócisz z niego cały?! Mówił ci ktoś, ukryty w tobie. Gdy jaki śmieszny retor lub filozof, który nie słyszał nigdy głosu śmierci, nie żegnał się nigdy z życiem w kwiecie młodości, nie rozmyślał nigdy nad stosem trupów, oświetlonych blaskiem księżyca — gdy taki nędznik, stąpający pewnym krokiem po ulicy, strzeżonej przez pachołków miejskich, silny tylko językiem, drwi z bogów — nie dziwię się wcale. Ale żołnierz nie ma prawa do bluźnierstwa, bo czuje w chwili ciężkiej obok siebie potęgi nieznane. Pamiętasz w Pannonii ową noc przed bitwą?
— Pamiętam... — mruknął Publiusz.
— Niech nam święte ognisko Westy pomoże — dodał po krótkiem milczeniu głosem bezdźwięcznym — i twoi... nieznani... bogowie...
Zbliżali się do dworca Kwintyliów.
Gdy skręcali w ulicę Ogrodów, ujrzeli przed sobą tę samą lektykę, która przebiegła obok nich na Polu Marsowem.
— Pozdrowienie nieuprzejmemu sąsiadowi i krewnemu — odezwała się z po za firanki Tullia Kornelia.
Trybun i prefekt przyśpieszyli kroku.
— Gdyby nie ważne sprawy gościa, byłbym dziś u stóp twoich złożył hołd powinny — wyrzekł Publiusz, witając się z piękną wdową.
— Widzę, że z żołnierzami trzeba postępować tak samo, jak oni postępują z nieprzyjaciółmi. Zabieram was do niewoli i rozkazuję przyjąć u mnie śniadanie — mówiła Tullia, wychodząc z lektyki.
— Tak miłemu napadowi poddaje się każdy wojownik bez oporu — odparł Publiusz, pochylając głowę.
— Barbarzyńcy nie walczą z kobietami — dodał Serwiusz.
— Ale kobiety bardzo często z nimi — zaśmiała się Tullia. — Zauważyłam, że i was znużyło dzisiejsze przedstawienie.
— Wracasz z teatru? — zapytał Publiusz.
— Nie miałam ochoty patrzeć dłużej na te plugawe bezeceństwa. Nie rozumiem, co ludzie widzą ciekawego w tych ciągłych wiarołomstwach i bluźnierstwach. Odbiegliśmy widocznie daleko od zwyczajów i obyczajów naszych przodków, kiedy nas już tylko grecka zgnilizna zajmuje. Matki, prowadzące córki na mimy Marullów i pantomimy Parysów, powinienby cenzor pozbawić prawa noszenia białych sukien. Należy im się jaskrawa szata płaconych ladacznic. Czasami żałuje się, że na tronie Rzymu zasiadają łagodni Antoninowie, zamiast okrutnych Klaudyów i Flawiów.
Podejrzliwie spojrzał Publiusz na Tullię. Onaż to mówiła?
Znał on piękną prokonsulową bardzo dobrze z lat dawniejszych. Wiedział, że należała do rzędu najgorętszych wielbicielek teatru i literatury greckiej, że stary Korneliusz sprzedał na jej zbytki połowę dóbr ziemkich.
Ale z twarzy Tullii biła dobrze grana szczerość.
Zmieniłożby ją wdowieństwo do tego stopnia? — myślał trybun.
Z czarującym uśmiechem powtórzyła patrycyuszka zaproszenie, gdy stanęła z gośćmi przed domem.
— Przepraszam, że opuszczę was na kilka chwil — wyrzekła w sali przyjęć — ale nawet takie drobne sprawy, jak śniadanie, nie powinny się obywać bez współudziału gospodyni. Przyślę wam tymczasem Mucyę.
Tullia zajmuje się gospodarstwem? Ona, która nie wiedziała nigdy, co podadzą do stołu, zawsze pewna, że sycylijski kucharz, mistrz w swojej sztuce, rozporządzi lepiej od niej...
Coraz dziwniejszem wydało się Publiuszowi zachowanie się prokonsulowej.
Do sali weszła Mucya i uśmiechnęła się do gości uprzejmie.
— Cienie Korneliów witają was z radością, waleczni, dla Rzymu zasłużeni mężowie — odezwała się, wskazując ruchem ręki na sofy. — Stryjenka nie każe długo na siebie czekać. Proszę...
— Nie w domu, lecz w teatrze spodziewałem się zastać piękną Mucyę — wyrzekł Publiusz. — Młodości należy się śmiech swobodny.
— Śmiech naszych teatrów obraża uszy Rzymianki — odpowiedziała Mucya.
— Dziesięć tysięcy Rzymianek klaskało dziś Parysowi.
— Były to Rzymianki, wychowane na mimach i powieściach spodlonej Grecyi.
— A ty, Mucyo?
— Ja jestem Rzymianką drewnianego, ubogiego Rzymu, jak mnie Marek Kwintyliusz nazywa. Nie mnie, przeznaczonej do przędzenia wełny, odczuwać mistrzowstwo wielemówiących gestów Parysa i rozkoszować się głębią satyr Marulla. Do tego potrzeba smaku wykwintnego, ja zaś mam upodobania barbarzyńskie.
Na jej ustach zawisł smutny śmiech. Oparłszy głowę na poręczy sofy, utkwiła wzrok w suficie, wyłożonym bogatą sztukateryą.
Z zajęciem przypatrywał się Publiusz dziewczynie, którą zdobiła powaga dojrzałej matrony. Ani przez chwilę nie przyszło mu na myśl wątpić o szczerości jej słów. Tyle było głęboko odczutego żalu w jej dużych, wilgotnych oczach!
— Nie pochwalasz naszego teatru? — zapytał
— Ty o to pytasz, trybunie? — odpowiedziała. — Ty, który wolałeś spędzić młodość, głodną szczęścia, w obozie, ty, który zamiast używać życia, jak twoi rówieśnicy, wolisz służyć Rzymowi, poniewierając się gorzej od niewolnika ubogiego plebejusza na twardych łożach namiotów? Kwintyliusz pyta Kornelię, czy ją podły śmiech zajmuje?
W miarę, jak mówiła, ożywiała się. Ostatnie słowa wypowiedziała głosem podniesionym, zwracając na trybuna oczy zdziwione. Spotkawszy się z jego zachwyconem spojrzeniem, opuściła głowę zakłopotana.
Dalszą rozmowę przerwało wejście Tullii.
— Kazałam podać śniadanie na dziedzińcu — mówiła, prowadząc gości za sobą wązkim kurytarzem — więcej tam światła i zieleni. Za skromne przyjęcie przepraszam, ale nie spodziewałam się dziś nikogo u siebie.
Dwóch tylko niewolników obnosiło potrawy tak proste, iż zdziwiły one nawet legionistów, nie przywykłych w obozie do kuchni wytwornej. Całe śniadanie składało się z ostryg, ryb pieczonych, chleba, owoców i z młodego wina albańskiego.
Tullia, zanim podniosła czarkę do ust, wylała kilka kropli wina na posadzkę, bogom domowym na ofiarę.
— Zwycięztwo legionów, odniesione nad ludami Wschodu — zaczęła, zwracając się do Publiusza — pozwoli naszym walecznym trybunom wypocząć czas dłuższy w stolicy, z czego Rzymianki będą bardzo zadowolone.
Słowa swoje wzmocniła uśmiechem zalotnym.
— Piękne Rzymianki nie będą miały pociechy z takich, jak ja, nieokrzesanych żołdaków — odezwał się Publiusz. — Gładkiej mowy w obozie zapomniałem, miejską uprzejmość i giętkość utraciłem.
— Uprzejmość i giętkość wraca mężowi miłość, a Publiusz Kwintyliusz zasłużył sobie na uwielbienie Rzymianek. Coraz mniej dziś takich, jak ty, patrycyuszów. Nie wątpię, że i waleczny prefekt podziela moje zdania — odparła Tullia, pochylając głowę w stronę Serwiusza.
Germanin, który słuchał dotąd w milczeniu, odezwał się:
— Jeden Kwintyliusz i jedna Kornelia godzą cudzoziemca z tysiącami tych, którzy obrzucają kwiatami Parysów.
— Nie dziwię się wcale, że nasz teatr nie może się podobać czystym oczom dzieci Germanii. W waszych lasach nie zmieniło się podobno nic od czasów Tacyta, a wiemy od niego, że małżeństwo jest u was związkiem świętym.
Tak nieznaczny błysk ironiczny rozświecił na sekundę źrenice Tullii, że dostrzegł go tylko Publiusz, który śledził uważnie każdy ruch prokonsulowej.
— Barbarzyńcy są jeszcze tak śmieszni — odparł Serwiusz — tak zacofani, że wierzą w świętość przysiąg, umów, małżeństw i różnych innych przesądów.
— Nietylko sztuki wojowania mieczem uczyłeś się od Rzymian, jak uważam, ale także — językiem.
— Wasi gramatycy, retorowie i filozofowie byli w istocie nauczycielami mojej młodości.
— Wdzięcznego mieli ucznia...
— Twierdzili inaczej. Skarżyli się nieraz przed ojcem, że nie szanuję ich mądrości. Twarda natura barbarzyńcy nie umiała się poznać na subtelnem gadulstwie współczesnej filozofii i na łamańcach stylistycznych retoryki.
— A mimo to oceniła je bardzo właściwie — zaśmiała się Tullia. — Ciekawa jestem, czyby się ta sama twarda natura umiała równie dobrze poznać na gorącej miłości Rzymianek. Nie jedna para czarnych oczu spoczywała dziś w teatrze na tobie.
— Nie będę mógł swoich doświadczyć w tym kierunku, gdyż nie jestem już wolny — odpowiedział Serwiusz.
— I toby cię...
Chciała zawołać „wstrzymało,“ ale pomiarkowawszy się, wyrzekła szybko:
— Odpowiedź to godna męża. Mówiono mi — zwróciła się do Publiusza — że masz zamiar ubiegać się o pretorat. Rzym cieszy się już na myśl o świetnych igrzyskach, bo tylko świetnie może Kwintyliusz wystąpić.
— Po trzynastoletniej służbie obozowej należy mi się rok wypoczynku na krześle pretora — odezwał się Publiusz.
— Dawny Rzym nie lubił pretorów bezżennych — rzuciła Tullia z pozorną obojętnością.
— I o tem myślałem.
Mówiąc to, podniósł Publiusz oczy w stronę Mucyi, która nie brała udziału w rozmowie. Chociaż milczała, nie Tullia, lecz ona była gospodynią śniadania. Jej spojrzenia i znaki prowadziły niewolników.
Nastało krótkie milczenie. Na policzkach Mucyi wykwitł rumieniec, a w źrenicach Tullii błysnęło tak złowrogo, że jej twarz, dotąd uśmiechnięta, przeraziła Publiusza. Nieubłagana, okrutna mściwość stargała harmonię linii tego klasycznego oblicza.
Rychło jednak zapanowała patrycyuszka nad sobą.
— Może przejdziemy do ogrodu — wyrzekła, podnosząc się z łoża.
Była znów spokojna i chłodna.
— Z przyjemnością będziemy korzystali innym razem dłużej z gościnności twojej — odezwał się Publiusz — dziś jednakże prosimy o zwolnienie. Prefekt ma w mieście jeszcze dużo spraw do załatwienia.
— W takim razie nie zatrzymuję, ale proszę na przyszłość o pamięć sąsiedzką.
Kiedy goście znikli za portyerą, zwróciła się Tullia do synowicy:
— Sądziłam — wyrzekła, mierząc Mucyę wzrokiem nienawistnym — że patrycyuszki drewnianego Rzymu gardzą środkami zalotnic ulicznych.
— Nie rozumiem, do czego zmierzasz, stryjenko — odpowiedziała Mucya, podnosząc głowę.
— Rozumiesz mnie bardzo dobrze. Zachowywałaś się dziś przy gościach, jak chytra niewolnica.
— Milczałam, stryjenko.
— Milczenie twoje było jeszcze wymowniejsze od spojrzeń nieskromnych.
— Dziwiłam się tylko ubogiemu przyjęciu...
— Zrozumiałaś mnie więc, domyśliłaś się przyczyny moich rozporządzeń!... Czy ty wiesz, że w Rzymie jest niewielu takich zuchwalców, coby chcieli zasłużyć na mój gniew sprawiedliwy?
— Ulegałam dotąd nawet twoim nawyknieniom, stryjenko, chociaż...
— I postępowałaś rozumnie, czarnym bowiem byłby dla ciebie dzień, w którymby ci przyszło na myśl stanąć na drodze moich zamiarów.
Teraz zbliżyła się Mucya do stryjenki i spojrzawszy jej prosto w oczy, wyrzekła:
— Gdyby się twoje zamiary skrzyżowały kiedykowiek z obowiązkami Rzymianki lub z tem, cobym uważała za swoje prawo, wówczas nie powstrzymałby mnie, ani przeraził twój gniew grożący. Do Kornelii mówisz...
Nie łagodna dziewczyna wygłosiła te słowa, lecz patrycyuszka, nieprzywykła do odbierania rozkazów. Ze zmarszczką na czole, z oczami zmrużonemi, z wysuniętą dolną wargą, stała Mucya naprzeciw Tullii, równie wyniosła i nieugięta, jak ona.
Stryjenka, zdziwiona stanowczością synowicy, milczała.
— Wybór męża i pana nie jest rzeczą niewiasty — mówiła Mucya. — Jeśli Publiusz Kwintyliusz powiedzie ciebie przed ołtarz ogniska domowego, nie moja zazdrość rzuci cień na twoją radość, lecz jeśli...
Jej zaciśnięte usta dopowiedziały reszty.
Odwróciła się i opuściła wolno dziedziniec.
— Pożałujesz tej mowy zuchwałej — syknęła za nią Tullia.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.