Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Publiusz nie przeczył. Wiedział, że Germanin znał stosunki wojskowe równie dobrze, jak on. Ale Rzymianina bolała ta świadomość barbarzyńcy.
— Długoletni pokój pod rządami Antoninów rozluźnił nieco karność obozową — wyrzekł — ale niech tylko zajdzie potrzeba, a przebudzi się i błyśnie znów dawna dzielność rzymska. Dotąd nie przewyższył nas nikt w boju, ani w radzie.
Germanin milczał. Nie opuściły go widocznie myśli ponure, bo czoło jego fałdowało się ciągle.
Zbliżali się do ulicy Szerokiej, kiedy usłyszeli za sobą ciężkie kroki. Zamknięta lektyka przesunęła się szybko. Tragarze pędzili kłusem.
— Po śniadaniu udam się do urzędu tajnej straży — mówił Serwiusz. — Chciałbym odszukać jaknajprędzej Tusneldę i wrócić do moich lasów.
— A gdybyś jej nie znalazł? — zapytał Publiusz.
— Wówczas pozostałby mi tylko smutny obowiązek... zemsty.
— Niech ci bogowie pomogą...
— Czy ci z teatru? — wyrzekł Serwiusz, uśmiechnąwszy się gorzko.
— Niech Hades pochłonie tych podłych Greków!
— Co do mnie, nie rozumiem, jak ludzie, bawiący się pantomimami Parysa, mogą składać ofiary w świątyniach. Moja dusza barbarzyńska nie pojmuje tak niegodnego kłamstwa. Gdybym był Rzymianinem, zburzyłbym ołtarze Marsów, Wener, Junon i Minerw, albo ukrzyżowałbym wszystkich autorów i histryonów. Widziałem w teatrze kapłanów. Szczególnego to rodzaju słudzy bogów, którzy klaskają