Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Parysowi. Jakże oni chcą, żeby ludzie wierzyli w ich naukę!
I znów nie przeczył Publiusz, chociaż go słowa Germanina głęboko dotknęły. Rzeczywiście... Jakże oni chcą, żeby im ludzie wierzyli?...
— Zepsuło się w istocie dużo w Rzymie cezarów — mówił głosem przesiąkłym boleścią. — Potrzeba nam jakiejś wielkiej burzy, jakiegoś nieszczęścia, coby osmagało spodlone tłumy i rzuciło je znów przed ołtarze bogów.
— Niech wam geniusz waszego ogniska narodowego, niech wam święty ogień Westy pomoże, bo wątpię, czy Rzym, bawiący się w teatrze, na jaki dziś patrzałem, ukorzy się kiedykolwiek z ufnością przed bogami Olimpu. Mówię to nie jako Germanin, lecz jako rycerz i prefekt rzymski, wychowany przez waszych retorów i filozofów. Zdawało mi się, że mądrość najoświeceńszego narodu zastąpi mi baśnie mojego plemienia, a dziś wiem tylko tyle, że swoimi bogami wzgardziłem a waszych kochać się nie nauczyłem. I wasi bogowie i nasi nie są prawdziwi, kiedy nie budzą już czci i bojaźni.
— Mówisz, jak chrześcianin — odezwał się Publiusz.
— Mówię, jak wszyscy, których wychowały wasze szkoły, księgi i teatry — odparł Serwiusz — jak wszyscy oświeceni naszego czasu, jak ty, kiedy jesteś sam z sobą.
— A mimo to potępiasz nasz teatr i składasz przed każdą bitwą ofiary...
— Potępiam wasz teatr, brzydzę się bowiem wszelkiem bluźnierstwem; ofiary zaś składam nie bogom waszym i naszym, lecz owym nieznanym, któ-