Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

znajdował się między senatorami, spojrzenie porozumiewawcze. Po chwili wyszedł wesoły pretor i udał się pod portyk, gdzie znalazł przyszłego teścia, przechadzającego się wzdłuż filarów.
— Ciepło ci? — odezwał się Marek. — Chłodzisz się.
Roześmiał się pusto.
— Nie zapominaj, że moja fortuna będzie niezadługo twoją — mruknął Fabiusz.
— Wiem i dlatego postąpisz rozumnie, gdy mi posag zaraz oddasz. Z rąk moich nikt go nie wydostanie.
— Oprócz ciebie samego.
— Stajesz się dowcipnym...
— Mógłbyś przez chwilę posłuchać uważnie.
— Nie mamy sobie już nic do powiedzenia. Tu trzeba szybko działać, bo ten germański żołdak trafi, jak miarkuję, do samego imperatora.
Marek obejrzał się wokoło, a przekonawszy się, że pod portykiem niema nikogo, zapytał szeptem:
— Owa niewolnica?
— Już usunięta... — odpowiedział Fabiusz.
— Jesteś tego pewny?
— Najpewniejszy.
— W takim razie trzeba przegrać do prefekta miasta w kości ową wazę murzyńską. Wiem, że mu się bardzo podobała.
Fabiusz skrzywił się.
— Zaraz wazę... to majątek — mruknął.
— Droższa twoja skóra — odparł Marek. — Za kilka dni będzie u mnie obiad z Lidyą. Nie chcia-