Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Czy nie słyszałeś w ostatnich czasach o jakiejś brance germańskiej z wysokiego rodu? — zapytał prefekt, przerywając dalsze zwierzenia starca.
— Z wy...so...kie...go rodu — powtórzył Zygfryd — z naszego?
Prefekt potwierdził pytanie ruchem głowy.
— Może mówili ci niewolnicy naszego plemienia o napadzie na sioło Winfryda? — pomagał pamięci wyzwoleńca.
Zygfryd spojrzał z pod czoła na Publiusza.
— Mów, nie obawiaj się — odezwał się trybun — jestem przyjacielem prefekta. Pragnę, aby wrócił do domu z narzeczoną.
— Jest w Rzymie jeden handlarz niewolników — mówił starzec — o którym opowiadają, że urządza polowanie na wolnych Germanów. Ale trzebaby się do niego ostrożnie zabrać, bo to dziś pan możny. Między rycerzami zasiada, z senatorami się przyjaźni.
— Fabiusz? — zapytał Publiusz.
— Ty rzekłeś, panie.
Trybun milczał. Wiadomość o rzemiośle przyszłego teścia Marka nie sprawiła mu przyjemności.
— Ale to wieść tylko — odezwał się szybko Zygfryd, zmiarkowawszy, że jego nowina dotknęła trybuna.
— Nie zważaj na mnie — rzekł Publiusz. — Rób, co ci twoja uczciwość nakazuje.
A zwróciwszy się do wywoływacza, zapytał:
— Czy byłeś u prefekta miasta?
— Przesławny prefekt jest obecnie w teatrze Pompejusza — odparł Greczyn.