Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Podaj nam togi i niech lektyka będzie gotowa.
Niewolnik zarzucił panom na ramiona białe płaszcze i ułożywszy je w fałdy, wybiegł po lektykę.
— Zastaniemy w teatrze oprócz prefekta miasta wszystkich, których potrzebujesz — mówił Publiusz do Serwiusza.
W teatrze Pompejusza dawano dziś od samego rana przedstawienia składane. Poeta Marullus napisał nową komedyę, a słynny pantomin, Parys, miał mistrzowską grą swoją illustrować kilka mytów religijnych.
Tak zapowiedziały Nowiny codzienne.
Na placu przed przybytkiem Talii i Melpomeny było już pusto. Służba, która przyniosła panów i panie, wróciła do domu. Pod portykiem rozlegał się tylko miarowy krok pretoryanów, pilnujących porządku.
Publiusza i Serwiusza powitał śmiech całej sali. Aktorowie odegrali właśnie jakąś starą komedyę Plauta.
Zająwszy miejsce w rzędach, przeznaczonych dla stanu senatorskiego, obrzucił Germanin teatr olśnionem spojrzeniem. W pierwszej chwili nie widział nic, oprócz błyszczącej przestrzeni, która otaczała go zewsząd, jak mgła srebrzysta. Zdawało się mu, że stanął w samo południe nad brzegiem morza i patrzy na falę, mieniącą się w blaskach słońca.
Obok niego, za nim, ponad nim, w górę, pod sam strop niebieski, świeciły białe suknie i białe togi. Czterdzieści tysięcy osób mieściło się w lożach kamiennych, tworzących olbrzymie półkole.