Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

być w tej nowej wierze, kiedy mimo zakazów cezara i czujności pretorów, ciągle się rozszerza.
— Bogowie chrześcian obiecują lepsze życie po śmierci i uczą, że wszyscy ludzie są równi — objaśniał Kajus, wzruszywszy pogardliwie ramionami. — Zdaje się, że niewolnikom i barbarzyńcom najwięcej ta równość się podoba. To nie jest wiara dla obywateli rzymskich.
— A jednak znajdują się chrześcianie podobno już także na Palatynie, w najbliższem otoczeniu imperatora — wyrzekł Serwiusz.
— To być nie może! — zawołali obaj Rzymianie równocześnie.
— Boski Marek Aureliusz nie zniósłby obok siebie tych sekciarzów — odezwał się Publiusz. — Jest na świecie jedna tylko wiara prawdziwa, a tej uczą nasi kapłani.
Dalszą rozmowę przerwał Zygfryd, ubrany już w suknię wolnego człowieka, w białą togę. Gdy go Serwiusz ujrzał, podniósł się żywo.
— Ciebie tu spotykam? — zawołał. — Sądziłem, że ucztujesz dawno w Walhalli.
Starzec popatrzył szeroko otwartemi oczyma na prefekta, potem schylił się do jego kolan i odezwał się:
— Głos waszego ojca przemówił do mnie z pod kurhanu, panie.
— Ty go dobrze znałeś, stary?
— O, o, o! Ktoby w lasach markomańskich nie rzucił żony i dziecka, gdy on zawołał! Bił on, bił — mruczał Zygfryd, kręcąc głową — ale go w końcu zmogli...