Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

lżej umierać, gdy się w chwili ciężkiej może komuś, mocniejszemu od siebie, polecić.
A tu zarzucano kwiatami histryona, który podawał na pośmiewisko myty religijne. Cały Rzym, od cezara zacząwszy, a skończywszy na ostatnim plebejuszu, przyklaskiwał bezbożności.
Germanin pochylił głowę. Pod jego czaszką rodziły się myśli czarne, ponure. Przypomniał sobie słowa Hermana: — Ich bogowie spodleli, jak oni...
Stary setnik nie mylił się; znał on dobrze panów świata...
Panowie świata?! Dlaczego oni panami, a my... Publiusz mówił, iż Rzym runie, jak dom spróchniały, gdy miejsce Jowisza zajmie na Kapitolu bóg inny... Jowisz spoczywa dotąd w marmurowej świątyni, na krześle z kości słoniowej; ale niestraszne są chyba jego pioruny, kiedy pierwszy lepszy histryon może drwić bezkarnie z mieszkańców Olimpu...
Serwiusz spojrzał na Publiusza. I trybun siedział z głową opuszczoną, patrząc przed siebie.
— Gdybym był imperatorem, kazałbym tego komedyanta ukrzyżować — wyrzekł Serwiusz głosem przyciszonym.
— I ja — mruknął Publiusz.
W loży przeciwległej tej, którą zajmował Lucyusz Werus, odchyliła długa biała ręka purpurową zasłonę. W otworze błysnęła para czarnych, płomiennych oczu, zwróconych w stronę Serwiusza.
Siła tego wzroku była tak wielka, że ją Germanin poczuł na sobie. Ale kiedy spojrzał, zapadła firanka.