Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Były to Rzymianki, wychowane na mimach i powieściach spodlonej Grecyi.
— A ty, Mucyo?
— Ja jestem Rzymianką drewnianego, ubogiego Rzymu, jak mnie Marek Kwintyliusz nazywa. Nie mnie, przeznaczonej do przędzenia wełny, odczuwać mistrzowstwo wielemówiących gestów Parysa i rozkoszować się głębią satyr Marulla. Do tego potrzeba smaku wykwintnego, ja zaś mam upodobania barbarzyńskie.
Na jej ustach zawisł smutny śmiech. Oparłszy głowę na poręczy sofy, utkwiła wzrok w suficie, wyłożonym bogatą sztukateryą.
Z zajęciem przypatrywał się Publiusz dziewczynie, którą zdobiła powaga dojrzałej matrony. Ani przez chwilę nie przysło mu na myśl wątpić o szczerości jest słów. Tyle było głęboko odczutego żalu w jej dużych, wilgotnych oczach!
— Nie pochwalasz naszego tearu? — zapytał
— Ty o to pytasz, trybunie? — odpowiedziała. — Ty, który wolałeś spędzić młodość, głodną szczęścia, w obozie, ty, który zamiast używać życia, jak twoi rówieśnicy, wolisz służyć Rzymowi, poniewierając się gorzej od niewolnika ubogiego plebejusza na twardych łożach namiotów? Kwintyliusz pyta Kornelię, czy ją podły śmiech zajmuje?
W miarę, jak mówiła, ożywiała się. Ostatnie słowa wypowiedziała głosem podniesionym, zwracając na trybuna oczy zdziwione. Spotkawszy się z jego zachwyconem spojrzeniem, opuściła głowę zakłopotana.
Dalszą rozmowę przerwało wejście Tullii.
— Kazałam podać śniadanie na dziedzińcu —