Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Kiedy goście znikli za portyerą, zwróciła się Tullia do synowicy
— Sądziłam — wyrzekła, mierząc Mucyę wzrokiem nienawistnym — że patrycyuszki drewnianego Rzymu gardzą środkami zalotnic ulicznych.
— Nie rozumiem, do czego zmierzasz, stryjenko — odpowiedziała Mucya, podnosząc głowę.
— Rozumiesz mnie bardzo dobrze. Zachowywałaś się dziś przy gościach, jak chytra niewolnica.
— Milczałam, stryjenko.
— Milczenie twoje było jeszcze wymowniejsze od spojrzeń nieskromnych.
— Dziwiłam się tylko ubogiemu przyjęciu...
— Zrozumiałaś mnie więc, domyśliłaś się przyczyny moich rozporządzeń!... Czy ty wiesz, że w Rzymie jest niewielu takich zuchwalców, coby chcieli zasłużyć na mój gniew sprawiedliwy?
— Ulegałam dotąd nawet twoim nawyknieniom, stryjenko, chociaż...
— I postępowałaś rozumnie, czarnym bowiem byłby dla ciebie dzień, w którymby ci przyszło na myśl stanąć na drodze moich zamiarów.
Teraz zbliżyła się Mucya do stryjenki i spojrzawszy jej prosto w oczy, wyrzekła:
— Gdyby się twoje zamiary skrzyżowały kiedykowiek z obowiązkami Rzymianki lub z tem, cobym uważała za swoje prawo, wówczas nie powstrzymałby mnie, ani przeraził twój gniew grożący. Do Kornelii mówisz...
Nie łagodna dziewczyna wygłosiła te słowa, lecz patrycyuszka, nieprzywykła do odbierania rozkazów. Ze zmarszczką na czole, z oczami zmrużonemi, z wysuniętą dolną wargą, stała Mucya na-