Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Wszystkie te suknie i togi ruszały się bezustannie, a za każdym ich zwrotem tryskał z jakiegoś drogiego kamienia promień migotliwy.
Dość długo trwało, zanim oko Germanina przywykło do tej powodzi blasków.
Po jakimś czasie zaczął Serwiusz rozróżniać na tle ruchliwem naprzód ciała, potem należące do nich głowy. Były prawie wszystkie czarne, mimo złotego proszku, który miał ciemnym włosom nadawać barwę jaśniejszą.
Ciekawie spojrzał Germanin na pierwsze piętro, przeznaczone dla kobiet ze stanu senatorskiego i rycerskiego. Siedziały tam rzędem obok siebie żony i siostry panów świata w sukniach głęboko wyciętych i z obnażonemi ramionami.
Już go spostrzegłszy, już przyłożyły do oczu szlifowane szmaragdy i podziwiały jego wspaniałą budowę. Cichy szept płynął z loży do loży: kto to... z Kwintyliuszem przyszedł...
Germanin, zachwycony świetnem otoczeniem, nie zauważył, że Publiusz oddalił się od niego i rozmawiał z jakimś starszym, brodatym senatorem. Dopiero kiedy się obydwaj do niego zbliżyli, odwrócił się do nich z ukłonem.
— Prefekt miasta zapytuje: czy nie domyślasz się rabusia? — mówił Publiusz.
— Prawdopodobnie byli to ludzie jednego z kolonistów — odpowiedział Serwiusz — ci jegomoście bowiem dopuszczają się u nas różnych podłości.
— Kolonistów jest w Germanii wielkie mnóstwo — odezwał się prefekt miasta. — Czy nie pada na żadnego z nich podejrzenie?