Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Odpowiedź to godna męża. Mówiono mi — zwróciła się do Publiusza — że masz zamiar ubiegać się o pretorat. Rzym cieszy się już na myśl o świetnych igrzyskach, bo tylko świetnie może Kwintyliusz wystąpić.
— Po trzynastoletniej służbie obozowej należy mi się rok wypoczynku na krześle pretora — odezwał się Publiusz.
— Dawny Rzym nie lubił pretorów bezżennych — rzuciła Tullia z pozorną obojętnością.
— I o tem myślałem.
Mówiąc to, podniósł Publiusz oczy w stronę Mucyi, która nie brała udziału w rozmowie. Chociaż milczała, nie Tulia, lecz ona była gospodynią śniadania. Jej spojrzenia i znaki prowadziły niewolników.
Nastało krótkie milczenie. Na policzkach Mucyi wykwitł rumieniec, a w źrenicach Tullii błysnęło tak złowrogo, że jej twarz, dotąd uśmiechnięta, przeraziła Publiusza. Nieubłagana, okrutna mściwość stargała harmonię linii tego klasycznego oblicza.
Rychło jednak zapanowała patrycyuszka nad sobą.
— Może przejdziemy do ogrodu — wyrzekła, podnosząc się z łoża.
Była znów spokojna i chłodna.
— Z przyjemnością będziemy korzystali innym razem dłużej z gościnności twojej — odezwał się Publiusz — dziś jednakże prosimy o zwolnienie. Prefekt ma w mieście jeszcze dużo spraw do załatwienia.
— W takim razie nie zatrzymuję, ale proszę na przyszłość o pamięć sąsiedzką.