Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom I.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

rych nie widzę, a których czuję obok siebie, wkoło, wszędzie, gdy skrzydła śmierci załopocą nad moją jazdą.
— Ty wierzysz w owych bogów nieznanych, Serwiuszu?
— Ty o to pytasz, ty, żołnierz, który doświadczyłeś tylokrotnie na polu bitew prawdy przeczuć i znaków ostrzegających?! Ty, który, rzucając się w bój najgorętszy, wiedziałeś zawsze, że wrócisz z niego cały?! Mówił ci ktoś, ukryty w tobie. Gdy jaki śmieszny retor lub filozof, który nie słyszał nigdy głosu śmierci, nie żegnał się nigdy z życiem w kwiecie młodości, nie rozmyślał nigdy nad stosem trupów, oświetlonych blaskiem księżyca — gdy taki nędznik, stąpający pewnym krokiem po ulicy, strzeżonej przez pachokłów miejskich, silny tylko językiem, drwi z bogów — nie dziwię się wcale. Ale żołnierz nie ma prawa do bluźnierstwa, bo czuje w chwili ciężkiej obok siebie potęgi nieznane. Pamiętasz w Pannonii ową noc przed bitwą?
— Pamiętam... — mruknął Publiusz.
— Niech nam święte ognisko Westy pomoże — dodał po krótkiem milczeniu głosem bezdzwięcznym — i twoi... nieznani... bogowie...
Zbliżali się do dworca Kwintyliów.
Gdy skręcali w ulicę Ogrodów, ujrzeli przed sobą tę samą lektykę, która przebiegła obok nich na Polu Marsowem.
— Pozdrowienie nieuprzejmemu sąsiadowi i krewnemu — odezwała się z po za firanki Tullia Kornelia.
Trybun i prefekt przyśpieszyli kroku.
— Gdyby nie ważne sprawy gościa, byłbym