Dziadunio/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziadunio
Podtytuł Obrazki naszych czasów
Wydawca Nakładem J. K. Żupańskiego
Data wyd. 1869
Druk Druk J. Buszczyńskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Nie usiedli jeszcze gdy Szczepan wziął na stronę starego, postawiwszy półmisek w rogu stołu; dobył korzystając ze sposobności tabakierkę w której machinalnie Dziadek też palce umoczył i rzekł cicho.
— Proszę jaśnie pana... co ja tu mam począć? będzie temu z godzinę może jak znowu przyjechał ten... ten... jegomość wiesz... starowina... półwaryata... pono krewny jasnych państwa... Czekał tylko żeby goście odjechali, a no koniecznie się domaga widzenia z jasnym panem. Może by mu tam dać wieczerzę a zostawić go na jutro, bo będzie nudził...?
Dziadek zrazu nie dosłyszał czy nie zrozumiał.
— Kto taki? kto?
— A no... z pozwoleniem jaśnie pana... król Madagaskaru...
Stary parsknął śmiechem.
— Władziu! słyszysz... jest stary Beniowski...
Władek w ręce uderzył...
— A to będzie zabawne!! wszak go Dziadunio prosić każe?
— Proś go Szczepanie... więcej on ma czasem rozumu w swojem bałamuctwie niż ci co się z niego śmieją... Szczepan przykrył kurczęta i poszedł spiesznie.
W chwilkę potem przez główne wschody od ganku, z powagą wielką wszedł powoli ogromnego wzrostu ze spiczastą głową okrytą zrudziałą peruką, mężczyzna lat, jak się zdawało, sześćdziesięciu kilku. Wyprostowany, sztywny, ubrany był cały czarno, we fraku, który jak reszta ubioru miejscami świecił się od wynoszenia. — Okrągły kapelusz połamany i wytarty niósł w ręku razem z chustką która przed miesiącem białą być mogła. Z lewej strony na piersi miał jakiś znaczek blaszany jakby gwiazdę przeciętą krzyżem, a u dziurki od fraka... rozmaitego koloru wstążeczki... Twarz Beniowskiego była długa, blada, rysów dosyć szlachetnych, wyrazu poważnego, z oczyma niebieskiemi mocno wypukłemi i orlim nosem... Nic oprócz uroczystej do zbytku postawy nie zdradzało w nim obłąkanego... Buty tylko i rękawiczki były oznaką że nie wiele wiedział co miał na sobie... pierwsze otwarcie były dziurawe, drugie cynicznie pobrukane i podarte.
Wchodząc na ganek, skłonił głową przed Dziadkiem, podał mu rękę i odezwał się cicho.
— Beniowski, król Madagaskaru... ale zawsze jeszcze w najściślejszem incognito.
Dodamy tu tylko że ów Beniowski, imiennik czy krewny sławnego konfederata... obałamucił się uroiwszy sobie, że po stryjecznym Dziadzie bezpotomnie zmarłym miał prawo do królestwa Madagaskaru. Był to człowiek niegdyś bardzo światły, professor szkół wyższych, filolog i historyk... ale bzika tego dostawszy, puścił się w świat z nim... przygotowując zawsze z flotą, którą ekwipował na odzyskanie przodków spuścizny. Znano go w okolicy, litowano się nad nim a po troszę bawiono, obłąkanie jego było łagodne, spokojne, poważne... nieszkodliwe... ale że u ludzi nie dość czynną znajdował pomoc, miał do nich pretensyą i z goryczy płynęły mu czasem nielitościwe sarkazmy przeciwko wiekowi, czasom, obyczajom i t. p...
Beniowski całemi godzinami niekiedy mówił tak rozsądnie, sądził tak zdrowo, że gdyby nie owa gwiazda na piersiach wziąćby go można za zupełnie przytomnego i niepospolicie udarowanego człowieka... na nieszczęście wśród takiej rozmowy właśnie,.. nagle wtrącił zawsze coś tak niespodzianego... dzikiego, iż w złudzeniu tem długo trwać nie dozwolił.
— Najściślejsze incognito, rzekł do Dziada... proszę mnie nie zdradzać... po prostu Beniowski Karol bez żadnego tytułu... jakkolwiek jestem Karolem II.
— To na cóż order włożyłeś? spytał Dziadunio.
— Order mój — odparł król — nie zdradza mnie, mogę być osobą partykularną przyozdobioną za zasługi orderem Gwiazdokrzyża przez Karola II. Dla gawiedzi zaś insignia te zawsze coś znaczą... zwłaszcza jeśli buty są dziurawe...
Spojrzał na nogi.
— A niezaprzeczenie są dziurawe... gdyż jestem dystrakt... i czynię to dla uspokojenia rewolucyjnych nagniotków. Są to koncessye, które im daję...
— Znasz Władysława mego wnuka...?
— Jeśli się nie mylę był mi prezentowany, nie oficyalnie, rzekł król, ale jako osobie prywatnej...
— Siadajże... proszę... odezwał się Dziadek po powitaniu...
Incognito siadam... gdziekolwiek bądź... rzekł Karol II, nie zważajcie...
— Zkądże to Pan Bóg prowadzi? zapytał Dziadunio...
— Oczekując aż się moje interessa wyklarują, co wkrótce nastąpić musi, odbywam podróż naukową po kraju...
— Naukową? przerwał Władek — w jakim mianowicie celu?
— Bardzo ważnym... mówił Beniowski biorąc się po królewsku do kurcząt, bardzo ważnym... oto szukam mości dobrodzieju śladów choćby jednego człowieka w przeszłości i teraźniejszości naszej, który by bzika nie miał... i nie mogę znaleźć.
Nie tajno jest, panu Szambelanowi, dodał, iż ludzie zazdrośni i intryganci nasyłani za mną przez teraźniejszą królową Madagaskaru... głoszą powszechnie iż ja... ja... mam jakoby ćwieczek w głowie. Nie potrzebuję nawet dowodzić jak dalece to jest potwarzą i śmiesznością... Ale we wszystkiem człowiek głęboko myślący, jakim ja jestem niezaprzeczenie — znajdzie nasienie pożytku dusznego. Wpadłem na myśl poszukiwania czy też wszyscy są przy zdrowych zmysłach... no, i zaręczam państwu, że chwilami trafia się człowiek przytomny, ale nie ma ani jednego coby nim był całe życie... Wszyscy są po troszę waryaci — oprócz mnie.
— A ja? spytał Dziadek bardzo spokojnie.
— Gdybyś nie miał bzika, który cię przy życiu i zdrowiu utrzymuje odrywając od smutnej rzeczywistości, czyżbyś dożył tych lat? Zjadły by cię smutki i utrapienia.
Dziadek zamiast rozśmiać się westchnął.
— U mnie wszystko zapisane — dodał Beniowski. Straciłeś żonę, córkę którą kochałeś, zięcia który nie był bardzo zły; wnuka który był bardzo dobry... no... i...
Spojrzał na Władka i wstrzymał się.
— Kochany Szambelanie, skończył, nie mogę dokładnie oznaczyć natury twojego bzika, ale go musisz mieć. — Ze skutków wnoszę o przyczynie... żyjesz... Wszyscy jeneralnie są obłąkani... ale Pan Bóg im daje w pilniejszych potrzebach chwilową przytomność.
Dziadek się uśmiechnął smutnie...
— Czy i z przeszłością robiłeś studya? zapytał.
— A jakże! a jakże! zawołał Beniowski... jednego nie mieliśmy bohatera bez ćwieczka... tylko jeden czapką drugi wieńcem jak cezar łysinę, inny koroną ćwieczek przykrywał... Wydam o tem dzieło... ale gdy już będę w domu.
— Kiedyż w podróż? mówił Dziad.
— Wprędce... ściągam fundusze na zakupienie statków w Ameryce... kłopotów mnóstwo... a wszystko na mojej głowie...
— Zkądże jedziesz teraz?
— Z Poznańskiego — rzekł wzdychając Beniowski... ale tam już germania taka że jak pod płotem z pokrzywy z pośrodka parzących niemców wydobyć się trudno...
— Wiesz co — dodał Dziadek, to są ludzie przedsiębiorczego umysłu i do stowarzyszeń ochotni, mógłbyś u nich zaciągnąć pożyczkę jak Bey tunetański... we Francyi i... akcjami się dostać do Madagaskaru.
— Tsyt! Jestem incognito! nie wiemy o tem, traktuję z Rotszyldami, ale chcą słono odemnie. Potrzebuję najmniej sto milionów franków aby stanąć na nogach...
— Jakto? dług by cię postawił...
— Ale tak! Czyż nie rozumiesz tego że gdy będę miał sto milionów długu, to mnie ci bronić muszą, którym winien zostanę? — Tak robią i inni monarchowie — na tem świat stoi...
Władek się uśmiechnął, Dziadek także.
Beniowski dobrał jeszcze pół kurczęcia.
— Nigdy Polacy polityki nie mieli, rzekł, nie byłoby ich lepiej nic od rozbioru obroniło nad długi...
Nagle urwał i zadumał się.
— Ale, ale, rzekł — mianowałem Szambelana wielkim komandorem mojego Gwiazdokrzyża, patent podpiszę...
— Bardzo ci dziękuję — odparł Szambelan — niech to będzie na później.
— Szymborowi nie dam choćby sobie życzył dekoracyi, nie lubię go... Jest on podobno mężem wnuczki waszej, ale mimo to otwarcie powiem, że go nie cierpię.
— Z przyczyny? spytał Dziad.
— Najdziwniejsza rzecz, odparł król, że nie mam do tego przyczyny żadnej, albo raczej przyczyna ta we mnie jest, ale się schowała w taki kąt że nie mogę jej dobyć... Miły człowiek, wesół, dosyć grzeczny, tytułuje mnie zawsze królewską mością, nie chybia mi, ale coś ma w sobie...
— Dajmy temu pokój — przerwał Dziad, to drażliwa materya...
— Każda familia widzisz asindziej, dodał król, musi mieć dwie rzeczy, brylanta familii i wrzód... brylant świeci jej na czole a wrzód boli... przypuśćmy na plecach...
Władek się rozśmiał...
— Królu a panie, rzekł, są przecież rody, którym szczęściem obojga braknie.
— Nigdy, mój młodzieńcze... zawołał Beniowski... chyba już rodzina zejdzie na jednego znoska... Posłuchaj tylko... brylantem się chwalą... a wrzodu musisz się sam domacać...
Znowu zamilkł na chwile, sięgnąwszy po sałatę...
— To wielkie szczęście — rzekł sam do siebie — to wielkie szczęście...
— Co takiego? spytał Dziad...
Król pochylił mu się do ucha.
— Szambelan znasz moję wnuczkę?
— Widziałem ją... tak... tak... widziałem —
— Otóż to szczęście że jej tu niema...
— Dla czego? spytał Dziad?
— Ten wasz wnuk ma takie oczy żeby mi ją mógł oczarować, a postanowiłem nie wydawać jej tylko za pretendenta do tronu w Madagaskarze... Muszę... muszę ją dać na ofiarę polityce... Cel wyższy... szczęście moich ludów zniewala mnie do tego... Unikam więc wszystkiego... coby jej serce zaniepokoić mogło... A wasz wnuk jest chłopiec niebezpieczny...
Pochylił się do ucha Szambelanowi. —
— Jak ci się zdaje, czyby go nie zrobić prostym kawalerem Gwiazdokrzyża?
— Zawcześnie, rzekł Dziadunio...
— No, więc poczekamy... Ale ty go wypraw ztąd...
— A to dla czego?
— Dwa tygodnie jak się włóczę po okolicy... wnuczka pewnie o mnie niespokojna, gotowa tu dogonić... a jak się zetkną...
Dziadek ruszył ramionami...
— Nie bój się, jedzie po wieczerzy...
— A ja? czy mam także jechać po wieczerzy? spytał Beniowski.
— Sądzę że przenocujesz incognito i odpoczniesz u mnie.
— Mogę, mogę to uczynić... ale będę prosił o papier i pióro, gdyż muszę ekspedyować depesze do ministeryum i listy do bankierów...
Mieli już wstawać od stołu, gdy Beniowski podparł się na łokciu zadumany.
— A wiesz asan dobrodziej? rzekł do Dziada... że ja obawiając się go nastraszyć całej prawdy mu nie powiedziałem...
— O Madagaskarze? spytał Dziadunio.
— Ale ba! o sobie... Ja się do pana Szambelana schroniłem przed pogonią.
— Uchowaj Boże, nie policyi przynajmniej? spytał Dziad.
— Nie, to przed tą wnuczką moją własną, która ma manią ścigania mnie i zamykania we dworku w Kaliszu, pod pozorem że się niepotrzebnie włóczę... Zwyczajnie kobieta... wyższych celów pojąć nie jest w stanie... O włos, żem się dziś przed nią zdołał uchronić, a myślę że tu mnie nie doścignie; w razie zaś, gdyby to nastąpiło, bo niewiasty są uparte, bądź łaskaw Szambelanie ukryć mnie i nie wydawać!
Mówił to właśnie gdy oczy Władka, który siedział naprzeciw wnijścia na ganek uderzyło zjawisko niezwyczajne... łatwo mu się domyślić było, że ta nieznana postać niewieścia jawiąca się w mroku musiała być wnuczką Beniowskiego, przed którą król Madagaskaru uciekał. Ani Beniowski ani Szambelan nie mogli jej widzieć, gdyż jeden plecami, drugi bokiem do niej był zwrócony...
Szła powoli, zatrzymując się na palcach, jak czasem dziecię się skrada po cichu aby motyla pochwycić.
Z cieniów pół przezroczystych tej nocy księżycowej, oświecona odblaskiem lampy od ganku, występowała przed Władkiem jak czarowne widmo jakieś... jak dziewica z ballady lub pieśni. Postępowała zwolna, smutno, rozglądając się do koła, zmięszana widocznie tą rolą którą odegrać musiała z rękami zwieszonemi, z wyrazem bólu i rezygna[1] W dłoniach trzymała prosty słomkowy kapelusz... zdjęty z głowy pięknej rysunkiem a nadewszystko wyrazem.
W rysach twarzy regularnych malowała się już ciężko wypróbowana życiem dusza, ale pełna energii i niezłamana... oczy jej patrzały tęsknie ale śmiało... Czysto polskie to było dziecko z tym wdziękiem jakie tylko kwiaty naszej ziemi mają... wysmukła, giętka, wdzięczna bez wiedzy i starania o wdzięk... Szafirowe jej oczy skierowane były z ciekawością na Władka, zdawała się niemi prosić wcześnie o współczucie... i mówić — Jam biedna... szanujcie mnie. Już się zbliżała do ostatniego wschodu i jakby jej odwagi zabrakło... wstrzymała się, ręką powiódłszy po czole, nie wiedząc od czego począć... jak się wytłumaczyć...
Beniowski domawiał ostatnich wyrazów gdy spojrzawszy na Władka po jego oczach wlepionych w dal ciemną, domyślił się że je coś zwrócić musiało — obejrzał się przelękły i zobaczył wnuczkę, stojącą jeszcze ze zwieszonemi i załamanemi rękami...
Władek z bijąccm sercem wpatrzył się w obrazek... który na całe życie w pamięci jego miał pozostać.
Król załamał ręce tragicznie.
— A co? zawołał — nie mówiłem! Deus ex machina! Wilk za płotem! Jest! sama na zgubę swą śpieszy...
Rękami wskazał ją Dziadkowi który się żywo z krzesła poruszył z oznakami współczucia i poszanowania.
— Nie mówiłem!... czułem że mnie goni! Chce koniecznie zrobić ze mnie professora emeryta na lichej pensyjce kończącego przed laty rozpoczęte tłumaczenie Tytusa Liviusza? Każe mi żyć zrazami z cebulą... i kaszą!! Jako wołu posłusznego chce mnie zaprządz do rydwanu rzeczywistości... abym go ciągnął a w nim... śmiecie żywota.
Prezentuję ją państwu... Hanna... wnuczka moja ale opiekuje się mną jakby była prababką.
Tymczasem Hanna się przysunęła ucałować jego rękę, a stary czule ją uścisnął.
— Takie to czasy, dodał wzdychając — co jabym jej miał pilnować i rozkazywać, to ona mnie w niewoli trzyma. Waćpaństwo nie uważacie że starość zniedołężniała... ona co królowała wieki, dała sobie wyrwać berło z rąk i... poszła w parobki emancypowanych dzieci...
Hannie Dziadunio troskliwie wraz z Władkiem zrobili miejsce. Biedne dziewczę uśmiechało się, rumieniło, nie wiedziało co mówić... ale niedola domowa nauczyła ją znosić mężnie los i stawić mu czoło z odwagą... Po chwili lice jej pogodne rozchmurzać się zaczęło.
— Ej! Dziadku kochany, rzekła... nas dwoje tylko jest na świecie... a ty mnie samę opuszczasz... i błądzisz po okolicy... czy to się tak godzi?
— Dziecko krótkowidzące, odparł Beniowski — ty mnie chcesz mierzyć miarą pospolitych ludzi... w tem omyłka... olbrzymów łokciem się nie mierzy lecz na sążnie... Tobie się zawsze zdaje żem ja stary emeryt niedołęga... który powinien siedzieć w szlafroku... a ja czuję w sobie powołanie do zbroi, berła i korony... Jesteście rażeni ślepotą. Chcecie bym Liviusza dokończył! wiesz co? niechże się on cały znajdzie wprzódy! Na stoczterdzieści ksiąg oryginału, posiadamy ich tylko trzydzieści i cztery... ja takiego tam fragmentu przekładać nie myślę...
Tryumfująco spojrzał na wnuczkę... która podparta na ręku patrzała nań z czułością dziecięcia i ozwała się głosem pełnym świeżości...
— Nie o Liviusza chodzi... Dziadku drogi ale o ciebie... Czyż twojemu sercu brak czego w tym cichym, ubogim dworku naszym w którym nam tak dobrze? czyż ci nie żal tego kątka który Bóg dał... a trochę i tej wnuczki co cię tak kocha?
— Otóż jest! kobieta. Zaraz za serce chce ciągnąć... Zawołał Beniowski, alem je zapieczętował... nie dostaniesz mi się do niego... Liviusz i ty... wzięliście odprawę... Są ważniejsze cele i wznioślejsze idee które mną rządzą. Ja mam posłannictwo wielkie, mam opiekę nad ludami którym niosę błogosławieństwa cywilizacyi...
Hanna spuściła głowę smutnie.
— Słuchaj no przerwał Szambelan[2] czy pewien jesteś że cywilizacja dana im tak ryczałtowo — ich nie zadławi?
— Zakrztuszą się ale ją przełkną, rzekł Beniowski.
— Mój królu, — kończył gospodarz — do cywilizacyi ażeby była zdrową i posilną potrzeba się dobijać pracą powolną, stopniową o własnych siłach. Patrz na Moskali... jak fatalnie ich zdęło że się pożyczanej objedli.
— Cyt! o Moskalach milczenie głębokie! przerwał Beniowski... mam względem nich pewne zamiary... Spodziewam się że mnie nie wydacie. Jak tylko obejmę moje królestwo Madagaskaru, natychmiast zbieram wojsko, flotę, pościągam sprzymierzeńców... i daję wam słowo że odbuduję Polskę...
Dziadek smutnie z kolei spojrzał na króla; przyszło mu na myśl że podobnie nie jeden już raz tę nieszczęśliwą Polskę odbudowywano, Beniowski nie był śmieszniejszym od innych...
— Ale wszystkie moje najświetniejsze pomysły — dodał król, rozbijają się o co? oto... o parę tych oczek błagających i usta uśmiechnięte, które mnie nazad do dworku w Kaliszu na rekollekcye prowadzą.
— Czyż ci tam tak źle? spytała wnuczka.
— Źle mi nie jest... uśmiechnął się do niej stary... boś ty święta i dobre dziecko... ale razem cicha istota, poziomka różowa wyrosła na grządce i kochająca trawę w której się kryje, myśl twoja nie może sięgnąć do dębu wierzchołka...
A masz asińdzka taką siłę... że póki mnie pilnujesz i o Madagaskarze i o posłannictwie mojem zapominam... przecież tak być nie powinno! Co mi po królestwie dla mnie?... jestem stary... nawykłem żyć biedą... ale sięgam urzeczywistnienia wielkiej idei... chcę moje ludy uszczęśliwić, poczynając od tego że je zrazu przetrzebię... potem świat przetworzę... nową epokę ufunduję... Polskę wskrzeszę... O! ho! nie zbywa mi na planach i programmie... a ty chcesz bym zrazy z kaszą jadł i Liviusza tłumaczył!!
— Ja chcę... abyś uspokoił się, spoczął, odetchnął i mnie więcej kochał... przerwała Hanna. Ludzie widząc cię na rozdrożach, myślą że ci źle w naszym domku, że ja nie umiem osłodzić ci życia i ortograficznie pisać pod dyktowaniem.
— Ludzie są złośliwi... ty piszesz jak professor, w domu jak w uchu rzekł Beniowski (kwestya czy w uchu tak bardzo wesoło, kiedy tam wszystkie głupie świata hałasy mają prawo zaglądać)... ale moja mościa Hanno... idea! posłannictwo! Madagaskar! połączenie demokracyi łagodnej z arystokracyą pokorną... E! co wam to mówić! niezrozumiecie!
Stary ręką zamachnął...
— Wyście istoty poziome... a ja! ja!
Uderzył się w pierś... i sam rozśmiał natychmiast... Hannie łzy zakręciły się w oku... Władek uczuł że mu się one także zebrały pod powieką... gniewał się prawie na starego szaleńca.
— Dziadku — przerwała po chwili Hanna, wielkie myśli rzucić możesz jak ziarna na papier, podejmą je ludzie i cześć ci one przyniosą... Nie każdemu dano myśl połączyć z czynem... ludzie słowa jak ty mają posłannictwo prorocze... drugim dano miecz w ręce, by je czynem wcielili.
Oko jej ożywiło się...
— Mnie biednej poziomej istocie, rzekła ośmielając się powoli... nie godzi się zwrócić twojej uwagi na to... że mylisz się może posłannictwo słowa biorąc za inne... do którego twa szlachetna dusza nie była stworzoną... Czyn i siła... ślepe narzędzie idei której nie znają, którą dla nich symbol w pieluchach obwija... muszą stąpać przez góry trupów i rzeki krwi... Jestżeś ty do tego stworzony?
Słuchając tych natchnionych wyrazów pięknej Hanny, Dziadowi oczy zabłysły.
— A co? rzekł wskazując ją... albom to ją źle wychował? czy nie godna jest być królową Madagaskaru! Słyszeliście jak to mówi?
Hanna się zarumieniła, przelatujący jej wzrok schwycił na twarzy Władka rozpłomieniony zachwyt... Młody chłopak gorzał już cały... z tych ślicznych ust, tak naturalnie, z taką prostotą płynęły myśli... o które jej nawet nie śmiał by był posądzić. Zastósowanie przecie dowodziło, że ich nie powtarzała pożyczywszy, że się w niej samej zrodziły.
— Otóż wam powiem, dodał król... że ta kobieta ma taką władzę nademną, że czasem gotów jestem wyrzec się posłannictwa i sądzę się starym professorem... Czarownica! Szczęściem... że gdy pozostanę sam zaraz się opamiętam.
— Dziadku... przerwała Hanna... Trzy tygodnie upływa jak błądzisz tak bez celu.
Beniowski uśmiechnął się z politowaniem.
— Wróćże choć spocząć do domu...
— Tak! tak! a ty mnie zamkniesz i przykujesz...
— Czyż byłeś kiedy zamkniętym?...
— Zamykasz mnie na progu kładąc łzy swoje! zawołał professor, tego ja nie chcę... wolności potrzebuję...
— Ale choć spocznij! błagała Hanna, widać na twarzy twojej znużenie, w oczach gorączkę... daj mi słowo że ze mną jutro do Kalisza powrócisz...
— Dobrze! dobrze! odparł z niechęcią Beniowski... Każesz... pojadę... ale Liviusza tłumaczyć nigdy! To fragment! Przy tem w Kaliszu nikt mnie nie uznaje... choć incognito lubię aby Karol II obudzał pewne uszanowanie... lada professorzyna ma się za równego ze mną. Raz się z tego wyłamać potrzeba... Wszyscy wchodzą bez meldowania się.
— Ja będę meldować... szepnęła Hanna...
Król nadąsany zamilkł... ale w jednej chwili zwinęła się myśl w jego biednej głowie, podniósł oczy i zapytał.
— Czy Przerębski odniósł historyą Müllera?
Hanna się uśmiechnęła.
— W całości... i niepoplamioną...
— Postawiłaś ją na trzeciej półce przy historykach niemieckich?
— Według numeru...
— Cóż mówił? pytał o mnie?
— Czeka na szachy...
— Nie mogę z nim grać, bije królowę... tego nie znoszę...
— Przyrzekł poprawę...
— A Muthauer co porabia?
— Zmartwiony bardzo wycieczką waszą... i niespokojny o zdrowie...
— E! to waryat... zawołał Beniowski... doktor jest i zdaje mu się że wszyscy chorzy... choćby zabić byle mu kurować... Temu to się nikt nie wywinie... Jeźliś zdrów da ci lekarstwo żebyś nie był chory... a zawsze nie przepuści sucho... ja się go boję...
— A taki dobry człowiek! dodała Hanna.
— Gdyby nie był waryat... rzekł król... ale widocznie ma bzika...
I na chwilę zapomniawszy o Madagaskarze czule wypytywał o Kalisz, o staruszkę gospodynią, o faworyta psa Nerona który całemi tygodniami czekał na niego w ganku...
Hannie rozjaśniło się lice... odpowiadała wesoło, starała się go przyciągnąć do tego dworku cichego...
— Żebyś Wiedział jak ładnie w naszym ogródku, jak rozkwitłe lipy pachną... jak malin pełno i truskawek... jakie kwiaty przed oknami twemi, jak wszystko tęskni i niepokoi się tobą... jakby ci tam dobrze być mogło...
— Niewiasto! przerwał w końcu przechodząc do surowszego wyrazu twarzy biedny król — niewiasto! nie powinno iść o to człowiekowi gdzie mu dobrze być może... ale gdzie ma spełnić włożony nań obowiązek... Gdyby się tylko szło do szczęścia trzebaby nieraz po kolana w błoto za nim wędrować...
— Święte są słowa twoje — odpowiedziała mu Hanna z uśmiechem... ale doprawdy dziadku mój, masz obowiązki i pod tą strzechą ubogą... dla tego serca które cię kocha...
Beniowski wstał i pocałował ją w czoło.
— Prawda, rzekł — i dla tego cię wydam za pretendenta, będę abdykował i zrobię królową...
— Mamy na to czas — uśmiechając się smutnie — szepnęła Hanna — wolę być twoją wnuczką... i dawać w mieście lekcye dzieciakom.
— W tem nie widzę nic zdrożnego — zawołał król. Ludwik Filip także dzieci uczył w Szwajcaryi.
Wszyscy wstali, w głębi domu słychać było bijącą dziesiątą godzinę. Władkowi dawno potrzeba już było do domu powracać, urok Hanny go wstrzymywał... Czuł w niej istotę jaką czasem marzył, niewieścią sercem, męzką energią i wolą... piękną formą i piękną rozpromienieniem duszy... nie myśląc i nie starając się o to wcale... oczarowała go biedna wnuczka professora... Znana ona była dawno Dziadowi, ale Władysław nigdy jej w życiu nie spotkał, choć wiedział nawet że byli dalecy krewni... Nie domyślał się nigdy w tej wychowance małego miasta i małego świata tak zachwycającej istoty... pełen podziwu stał teraz przed nią zamyślony jakby chciał w duszy rozwiązać sobie zagadkę cudu... Dziadek czasem nań z pod oka spozierał... ale twarz jego nie zdradzała ani niepokoju ani niechęci.
Beniowski ziewnął po królewsku — znać było że padał ze znużenia.
— Chodź mój królu, rzekł mu gospodarz... zaprowadzę cię ze Szczepanem do twojej sypialni, a Zubrzyckiej każę tym czasem dla panny Hanny przygotować pościel przy jej pokoju....
Hanna okazała trochę niepokoju...
— Nie bój się waćpanna, rzekł Dziadek, — postawię ja mu straż żeby się nie wymknął... Zubrzycka po was przyjdzie, a Władek nam tymczasem towarzystwa dotrzyma.
Na twarzy wnuka odmalowała się radość wielka... że mógł na chwilę dłużej z Hanną pozostać... ciekawym był bliżej ją poznać...
Ale w chwili gdy Beniowski pocałowawszy ją w czoło odchodził... Hanna jakby się siły jej wyczerpały, usunęła się na krześle widocznie zwątlona, twarz jej przybrała znowu tęskny ten wyraz, z którym na ganek wchodziła... Spojrzała na Władka, ze współczuciem wpatrującego się w nię i uśmiechnęła boleśnie...
— Nie śmiej się pan z dwojga biednych ludzi — rzekła po cichu jakby jej sił brakło... — nie gorsz się moją wycieczką, ani nawet szałem tego starca nieszczęśliwego... Wierz mi pan gdybyś go znał bliżej, poszanowałbyś szlachetne marzenia tej chorej duszy...
— A pani, zawołał Władek, nie sądźże mnie takim trzpiotem ażebym śmiał urągać wielkiej boleści... Któż z nas pewien jest że go tak życie nie zwichnie... A któżby znowu uwielbieniem nie był przejęty dla jej poświęcenia...
— Nie mów mi pan słodyczy, jam do nich nie przywykła — odpowiedziała Hanna z cicha... spełniam obowiązek... nie zawsze podołać mu mogę... Masz pan najlepszy dowód w dzisiejszej przygodzie... godziłoż się żebym mu tak wymknąć się dała? Ale często wychodzi na miasto lub w okolicę i powraca prędko, a czasem gdy ja w pogoń za nim się udam... już znikł mi bez śladu...
— Pojmuję niepokój pani — rzekł Władek.
— Domyślasz się go dobry panie, ale trudno pojąć jak się on czuje... Myśleć o starcu biednym... wystawionym na tyle niebezpieczeństw, bezbronnym, wyśmiewanym... prześladowanym często... to okropnie. Sen z powiek ucieka, łzy płyną, a siły nie starczą.
Mała pensyjka jego niedostateczną jest by nas wyżywić i jego fantazyom dogodzić, ja muszę kilka godzin przepędzić dla lekcyi w mieście... Siedzę jak na węglach... wracam biegnąc, za każdą razą trwożąc się czy go zastanę...
Hannie łza upadla na rękę.
— Czasem, mówiła dalej — dobry jest, słucha mnie, łagodnieje, zapomina swych marzeń... bawią go książki i szachy... potem nagle wraca niewinne omamienie, wymyka mi się z domu, niknie i całemi miesiącami szukać go muszę... A jednak nie skarżyłabym się na to życie, do którego mię Bóg przeznaczył... gdybym go szczęśliwszym, spokojniejszym widziała... Nawet gdy pozornie zapomina, uspakaja się... znać że w umyśle tkwi jakiś obłęd z dziwną ironiczną ścigany i rozwijany logiką. Naonczas... po ściągnionych brwiach... po zapadłych ustach widząc symptom choroby, muszę się wysilać aby rozbić te chmury, aby oderwać myśl od tej prometeuszowskiej skały... i sępa co ją szarpie...
Mówili tak z cicha długo, noc była cudna, jasna, księżycowa, spokojna... W dziedzińcu chłopak wodził konia Władka oczekując na panicza... siwy rżał czasami...
Hanna spytała wreszcie.
— Któż to pojedzie?
— Ja, powrócę do matki..... która na mnie czeka...
Dziś jeszcze... Nie widziałem jej długo, wracam dopiero z Berlina... jeszczem nienasycony swojemi...
— A droga daleka? spytała Hanna.
— Parę godzin... noc tak śliczna... dodał Władek, wyda mi się to najrozkoszniejszą przejażdżką... a pojedzie ze mną i miłe wspomnienie dzisiejszego wieczora...
— Grzeczny pan jesteś... ale szczerze... nie jest to widok miły, patrzeć na dwoje nieszczęśliwych ludzi...
— Przepraszam panią... nic milszego nad widok heroicznego spełnienia obowiązku z takim spokojem i prostotą, a jeźli cnota przybierze się jeszcze w takie kształty urocze...
Hanna uśmiechnęła się prawie boleśnie.
— Pan jesteś nadto już grzeczny — szepnęła prawie z wymówką... ale jutro blask dnia rozwieje tę fantasmagoryą wieczorną, z której zostanie biedny odarty obłąkany starzec... i rodzaj parafiańskiej Antigony...
— Bardzo pani trafnie nazwałaś fantasmagoryą to twoje przybycie do nas, pośpieszył dodać Władek... nie uwierzysz pani jakie ono na mnie uczyniło wrażenie... Nigdy go niezapomnę...
— Ani ja tego bicia serca i strachu i wstydu z jakim szłam po owych wschodach... przypominając sobie ów sławny wiersz Dantego... łzy mi się zbierały na powiekach, drżałam...
— Sąż ludzie tak bez serca... tak straszni?
— Są różni... odpowiedziała Hanna... a najwięcej takich dla których człowiek w pewnych dopiero warunkach zaczyna być za człowieka miany... Jedni potrzebują na to nazwiska, drudzy tytułu, inni wychowania form pewnych... a jak mało tych co w najmniejszym i najnieforemniejszym z braci szanują istotę ludzką.
— Ale tego braku współczucia i poszanowania pani przynajmniej obawiać się nie możesz?
— Dla czego? biedna włóczęga... obudzę nieraz podziwienie, rzadko litość a współczucie najrzadziej.
W tej chwili Dziadek im przerwał rozmowę wchodząc razem z Zubrzycką, która z sobą Hannę zabrać miała. Władek także pożegnawszy się chwycił za czapkę, uściskał Dziadka i ostatnie rzuciwszy jeszcze wejrzenie na znikającą Hannę, skoczył na siwka... który z nim razem wkrótce za drzewami się schował.
Dziadek stał jeszcze w ganku i słał za nim krzyżyki... tęskno mu jakoś było na duszy...




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak dokończenia wyrazu i zarazem zdania. Winno być rezygnacyi. lub rezygnacyą.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak znaków interpunkcyjnych wydzielających wtrącenie. Winno być Słuchaj no, przerwał Szambelan, lub Słuchaj no — przerwał Szambelan


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.