Antoniusz i Kleopatra (Shakespeare, tłum. Ostrowski, 1895)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Antoniusz i Kleopatra
Pochodzenie Dzieła Wiliama Szekspira Tom II
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1895
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Krystyn Ostrowski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom II
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ANTONIUSZ I KLEOPATRA
Przekład
KRYSTYNA OSTROWSKIEGO.

OSOBY.
MAREK ANTONIUSZ   Tryumwirowie
OKTAWIUSZ CEZAR
M. EMILIUSZ LEPID

SEKSTUS POMPEJUSZ.

DOMICYUSZ ENOBARBUS   Stronnicy Antoniusza.
WENTYDYUSZ
EROS
SKARUS
DERCETAS
DEMETRYUSZ
FILON
MECENAS   Stronnicy Cezara.
AGRYPA
DOLABELA
PROKULEJUS
TYREUSZ
GALUS
MENAS   Stronnicy Pompejusza.
MENEKRATES
WARYUSZ

TAURUS, namiestnik Cezara.
KANIDYUSZ, namiestnik Antoniusza.
SYLIUSZ, rotmistrz Wentydyusza.
EUFRONIUSZ, posłaniec Antoniusza.
ALEKSAS, MARDYAN, SELEUKUS i DYOMEDES, dworzanie Kleopatry.
WIESZCZ i PACHOŁEK.
KLEOPATRA, królowa Egiptu.
OKTAWIA, siostra Cezara, żona Antoniusza.

CHARMION   dziewczęta Kleopatry.
IRAS
Rotmistrze, żołnierze, posłance i służba.
Rzecz dzieje się w różnych stronach państwa rzymskiego.

AKT PIERWSZY.

SCENA PIERWSZA
W Aleksandryi. Pokój w pałacu Kleopatry.
DEMETRYUSZ i FILON.

Filon. Wiesz co, ten dziwny szał naszego wodza
Przechodzi wszelką, m iarę; te spojrzenia,
Co nad rotami, wśród wojennych znaków
Jak zbrojny Mars jaśniały, dziś przyćmione,
Spływają z wątłym swych promieni blaskiem
Na śniadą skroń kochanki; to lwie serce
Co dawniej w zgiełku strasznych walk zrywało
Pancerza łuski, dziś bez hartu prawie,
Jak miech lub wachlarz bije, dla chłodzenia
Cygańskiej chuci. Otóż on i ona.

(Odgłos trąb. Antoniusz i Kleopatra wchodzą z orszakami, Rzezańce wachlujące królowę).

Uważaj pilnie, poznasz w nim ze smutkiem
Ów trzeci filar świata, dziś przebrany
Za błazna tej wietrznicy; patrz i słuchaj.
Kleopatra. To miłość, mówisz; jakaż jej potęga?
Antoniusz. Do morskiej głębi żaden wzrok nie sięga.
Kleopatra. Jej kres ostatni dziś mi poznać trzeba.
Antoniusz. W niej nie ma kresu, jak w obszarze nieba.
Służący (wchodząc). Posłowie z Rzymu.
Antoniusz. Dręczą mnie — mów żywo.
Kleopatra. Racz, Antoniuszu, dać im posłuchanie.
Czy Fulwia może gniewna? lub zapewne
Bezwłosy Cezar listem ci oznajmia

Najwyższą wolę: „Uczyń to lub owo,
Weź to królestwo, temu daj swobodę,
Tak postąp, ja ci każę“.
Antoniusz. Dość, kochanko!
Kleopatra. A może też — to najpodobniej będzie —
Nie wolno ci tu bawić, sam Oktawiusz
Przysyła ci odprawę, bądź posłuszny.
Gdzie Fulwii list? Cezara? — nie, obojga? —
Przywołać gońców. — Jakem z krwi królewskiej,
Rumienisz się, mój drogi; twój rumieniec
Hołd Cezarowi składa, czy małżonce,
Wstyd mu swarliwej Fulwii. — Gdzie posłowie?
Antoniusz. Niech Rzym się w Tybr zapadnie, niech powały
Cesarstwa runą! Tu mój świat, przy tobie.
Królestwa to są śmieci, ziemia karmi
Bydlęta z ludźmi, cześć najwyższa życia
To kochać się jak my, gdy jedna dusza
W dwóch bliźnich sercach płonie, w tym uścisku
Wyzywam świat, by zeznał pod zaklęciem,
Że równych nam nie było.
Kleopatra. Milcz, obłudny!
Czyś bez kochania Fulwię — wziął za żonę?
Jam przecież nie szalona, choć udaję,
Tyś Antoniuszem zawsze.
Antoniusz. Twem igrzyskiem.
Na miłość mej miłości, na twe szczęście,
Nie traćmy chwil na te dotkliwe spory,
Niech każda w życiu nam otwiera nowych
Słodyczy zdroje. Jaka dziś zabawa?
Kleopatra. Przyjęcie gońców.
Antoniusz. Fe, królowo sprzeczna!
U której wszystko wdziękiem: złość, uśmiechy,
A nawet płacz, bo żądza lub cierpienie
Upiększa się powabem jej oblicza.
Precz z posłańcami, sam na sam chcę z tobą
Przechadzać się po mieście, by dokładniej
Obyczaj ludu poznać. Chodź, królowo,
Na rozkaz twój. — O gońcach ani słowo.

(Antoniusz i Kleopatra wychodzą z orszakami).

Demetryusz. No cóż, Cezara poseł tak przyjęty?
Filon. A tak; Antoniusz, gdy tym szałem tknięty,
Zbyt często z siebie tę powagę zrzuci,
Co z Antoniuszem wzrosła.
Demetryusz. To mię smuci,
Że sam potwierdza wszystko, co w tej dobie
Rzym o nim głosi. Bogom cześć i tobie.

(Wychodzą).
SCENA DRUGA.
Tamże. Inny pokój.
CHARMION, IRAS, ALEKSAS i WIESZCZ.

Charmion. Aleksasie, słodki Aleksasie, najdostojniejszy, najwyborniejszy Aleksasie, gdzież jest ten wieszcz, którego zdolności tak wysoko ceniłeś przed królową? Jakże pragnę poznać tego małżonka, o którym mówiłeś, że rogi swoje w wieńce z kwiatów przystraja?
Aleksas. Wieszczu!
Wieszcz. Czego żądasz, panie?
Charmion. Miałżeby to on nim być? Czy ty posiadasz wiedzę?
Wieszcz. Oczy me w księdze przyrody nieco czytać potrafią.
Aleksas. Pokaż mu dłoń swoją. (Wchodzi Enobarbus).
Enobarbus. Zastawcie stoły natychmiast; wina niech będzie dostatek, byśmy mogli niem puhar za zdrowie Kleopatry wychylić.
Charmion. Dobry wieszczu, skreśl mi przyszłość szczęśliwą.
Wieszcz. Losem nie rządzę — wygłaszam go tylko.
Charmion. Głoś więc twą przepowiednię.
Wieszcz. Będziesz piękniejszą jeszcze, niż nią teraz jesteś.
Charmion. Mówi o mojej postaci.
Iras. Gdzież tam! Twierdzi, że na starość twarz malować będziesz.
Charmion. Zmarszczków mieć nie chcę.
Aleksas. Nie szydźcie z jego wiedzy. Uważajcie.
Charmion. Cicho.
Wieszcz. Goręcej kochać będziesz, niż cię kochać będą.
Charmion. Wolę wątrobę zagrzewać trunkiem.
Aleksas. Wysłuchaj go.
Charmion. Przepowiedz mi coś doskonałego. Jednego ranka naprzykład trzech królów zaślubię i do mogiły wszystkich trzech złożę. Pięćdziesiąt lat licząc, wydam na świat dziecię, przed którem Herod Judei bić będzie czołem. Przepowiedz mi, że zaślubię Oktawiusza Cezara, że obok pani mej stanę.
Wieszcz. Przeżyjesz ją.
Charmion. Wybornie, długie życie lepiej mi smakuje niż figi.
Wieszcz. Czara żywota, z której piłaś dotąd, słodszą jest od tej, z której pić będziesz w przyszłości.
Charmion. Jak widzę, dzieci moje będą bez nazwiska. Powiedz, ile będę miała chłopiąt, a ile dzieweczek?
Wieszcz. Gdyby każda zachcianka twa miała płodne łono, to miałabyś ich milion.
Charmion. Szaleńcze! Wybaczam ci, boś czarownik.
Aleksas. Sądzisz, że tylko bielizna twego łoża zna tajnie twoich pragnień.
Charmion. Teraz na Iras kolej.
Aleksas. Wszyscy chcemy wiedzieć, jaki los ją czeka.
Enobarbus. Mój los i los was wielu tutaj dobrze mi wiadomy. Dziś w nocy legniem spać pijani.
Iras. Dłoń moja tylko skromność wróży.
Charmion. Tak jak powódź Nilowa wróży głodne lato.
Iras. Precz szalona! Ty wróżyć nie umiesz.
Charmion. Jeśli dłoń wilgotna nie zdradza płodności, to się za ucho nie podrapię nigdy. Proszę cię, przepowiedz jej przyszłość jak najpowszedniejszą.
Wieszcz. Będziecie wspólne dzielić losy.
Iras. Jakto? Wytłómacz się jaśniej.
Wieszcz. Rzekłem.
Iras. Więc nawet o piędź jedną los mój nie góruje nad jej losem?
Charmion. Gdyby los twój od mego był lepszy, gdzież byś go mieć chciała?
Iras. Byle nie w nosie mego męża.
Charmion. Niechaj nas niebo z płochych myśli leczy. Teraz na ciebie kolej Aleksasie. Chcemy i jego przyszłość poznać. Izys, obdarz go żoną kaleką, słodka bogini zaklinam cię o to; niech ta umrze, a w jej miejsce niech poślubi gorszą, niech na żony bierze niewiasty coraz gorsze, aż w końcu niech pojmie najgorszą, która gdy on umrze dźwigając pięćdziesiąt par rogów, śmiejąc się, jego zwłoki złoży do mogiły. Izydo, odmów mi czego ważniejszego, lecz tych modłów wysłuchaj. Błagam cię.
Iras. Amen. Izydo, wysłuchaj modłów twego ludu; jeśli serce pęka na widok zdradzonego urodziwego męża, to śmiertelnie boli spoglądać na potwór bez rogów; Izydo, obdarz go więc tem, na co zasłużył.
Charmion. Amen.
Aleksas. Gdyby to one mogły przystroić mnie w rogi, to byleby dopiąć celu, chętnieby się wyzuły z niewieściego wstydu.
Enobarbus. Cicho, Antoniusz idzie!
Charmion. Nie, to Kleopatra.

Kleopatra (wchodząc). Gdzie pan wasz?
Enobarbus. Nie wiem.
Kleopatra. Był tu, jestem pewna,
Bo zbiegł przedemną.
Charmion. Jam go nie widziała.
Kleopatra. Zdał się wesoły, nagle go zawiała
Myśl jakaś rzymska, spojrzał na mnie krzywo —
Wszak Enobarbus?
Enobarbus. Zdrów.
Kleopatra. Znajdź go, co żywo,
I sprowadź mi, Aleksas!

Aleksas. Na usługi.
Otóż się zbliża.

(Antoniusz wchodzi z posłańcem i służbą).

Kleopatra. Nie chcę mu raz drugi
Przebaczyć — chodźmy.

(Wychodzą Kleopatra, Enobarbus, Aleksas, Iras, Charmion, wieszcz i słudzy).

Posłaniec. Fulwia bój zaczęła.
Antoniusz. Z Lucyuszem, moim bratem?
Posłaniec. Tak. Lecz wkrótce
Zawarto pokój, a gdy wzgląd przeważny
Skojarzył ich przeciwko Cezarowi,
Ten, obrotniejszy, zmiótł ich z pół Italii,
Przy pierwszem starciu.
Antoniusz. Nic gorszego nie ma?
Posłaniec. Zła wieść zaraża tego, kto ją głosi.
Antoniusz. Tak, jeśli spotka tchórza lub ciemięgę.
Więc dalej, dla mnie, to co przeszło, niczem.
Kto głosi prawdę, choćby śmierć w niej była,
Ten mi pochlebia. Cóż więc?
Posłaniec. Labienus
(To przykra wieść) z Partyjskim swym zastępem
Aż po za Eufrat Azyi kres posunął,
Zwycięskim znakiem wionął z gór Libanu
Przez Lidyę i przez Jonię, gdy —
Antoniusz. Antoniusz,
Chcesz mówić —
Posłaniec. Panie!
Antoniusz. Mówże bez ogródek,
Powszechnej wieści nie szczędź mi odgłosu,
Zwij Kleopatrę jak ją zwie lud rzymski,
Szydź z nas przekąsem Fulwii, skarć obłędy
W swobodzie całej, z jaką złość potępia,
Gdy zbrojna prawdą. O! my chwasty płodzim,
Gdy życia prąd mniej silny; mówić szczerze,
To pleć ten kąkol. Zostaw mię na chwilę.
Posłaniec. Powolne służby.

(Wychodzi).

Antoniusz. Jest tam kto z Sycyonu?

Służący. Od świtu goniec czeka.
Antoniusz. Niech się zjawi.
Rozerwać muszę te egipskie pęta,

(Drugi posłaniec wchodzi).

Lub zginę w nich splątany. — Kto ty jesteś?
Drugi posłaniec. Twa żona Fulwia zmarła.
Antoniusz. Gdzie?
Drugi posłaniec. W Sycyonie.
Choroby przebieg i szczegóły bliższe
Tyczące ciebie, w liście tym zawarte.

(List mu oddaje i wychodzi).

Antoniusz. Duch wielki gaśnie. Tegom się spodziewał.
Co zbyt porywczo przez nas odtrącone,
To pragniem znów posiadać. Skarb dzisiejszy
Przez nawyknienie, staje się bezecnym
A nawet wstrętnym, żal mi jej po zgonie,
Wzgardziłem żywą, a za martwą gonię.
Z tej czarodziejki sideł się wyzwolę,
Jej gusła mi zwiastują gorszą dolę
Niż jest obecna, sto tysięcy razy. —
Hej! Enobarbus!
Enobarbus (wchodząc). Jestem, na rozkazy.

Antoniusz. Muszę się stąd oddalić.
Enobarbus. W takim razie zabijemy wszystkie niewiasty nasze. Widzimy, że każda szorstkość zabójczą jest dla nich. Odjazd nasz śmierć im zada.
Antoniusz. Muszę się stąd oddalić.
Enobarbus. Niech giną białogłowy, jeśli tego wymaga potrzeba. Żal byłoby pozbywać się ich bez powodu. Jeśli na szali ważna ciąży sprawa, to mniejsza o nie. Kleopatra umrze, skoro tylko się dowie o twoich zamiarach. Widziałem nieraz, jak dla błahych powodów konała. Sądzę, że w zgonie, jakąś, miłosnej podobną, rozkosz upatrywać musi, gdy tak chętnie umiera.
Antoniusz. Obłudność tej niewiasty z niczem nie porównasz.
Enobarbus. Niestety nie, panie! Żądze jej utkane są z najczystszej przędzy jej miłości. Jej łez i westchnień, wichrem i ulewą nazwać nie można, ale to są sroższe nawałnice, niźli te, o których nam mówią kalendarze. To nie udanie! Jeśliby tak być miało, to władzą wywoływania deszczów sprostała Jowiszowi.
Antoniusz. Czemuż ją napotkałem na drodze żywota! Enobarbus. Nie żałuj tego! To cud jedyny, który napotkałeś w ciągu twych wędrówek.
Antoniusz. Fulwia zmarła.
Enobarbus. Co panie?
Antoniusz. Fulwia zmarła.
Enobarbus. Fulwia?
Antoniusz. Zmarła.
Enobarbus. To złóż bogom dziękczynną ofiarę. Skoro nieba wyrwą żonę z objęć męża, to by pocieszyć ukazują krawców, co znaczy: zużyta suknia spadła ci z grzbietu, uszyj sobie nową. Gdyby drugich niewiast, prócz Fulwii nie było na świecie, to byłby to zaprawdę cios, opłakania godzien; tu, to żal z pociechą ręka w rękę idzie. Na opłakanie tej straty znajdziesz łzy w cebuli.
Antoniusz. Fulwia czynami swymi wywołała burze, które mej obecności żądają bezzwłocznie.
Enobarbus. Jakżesz załagodzisz te, któreś tu wywołał? Kleopatra bez ciebie obejść się nie może.

Antoniusz. Dość płochych rozmów. Idź oznajmić wodzom
Zamiary nasze. Ja zaś Kleopatrze
Wyjaśnię sam konieczność tej podróży,
I serce jej przychylę, bo nie tylko
Śmierć nagła Fulwii i ważniejsze względy
Wzywają nas do Rzymu, lecz usilne
Spólników naszych i przyjaciół listy
Ku temu dążą. Sekstus, syn Pompeja,
Wszczął bój z Cezarem, już wyłącznie rządzi
Na oceanie, a nasz lud niewdzięczny,
(Co zasłużonym winną cześć przywraca,
Gdy służyć mu przestaną) wskrzesza ojca
Potęgę, wielkość i godności wszelkie,
W żyjącym synu, który krwią, nazwiskiem,
Wybitniej jeszcze męstwem się odznacza
I w sławę wzrasta. Te przymioty z czasem

Groźnymi stać się mogą. Są to kiełki
Jak włos rumaka, już mające życie,
Nim węża jad mieć będą. Naszą wolę
Setnikom odnieś, powiedz, że dziś jeszcze
Chcę stąd odpłynąć.
Enoharhus. Rozkaz twój obwieszczę.

(Wychodzą).
SCENA TRZECIA.
KLEOPATRA, CHARMION, IRAS i ALEKSAS.

Kleopatra. Gdzież on jest?
Charmion. Jeszczem spotkać go nie mogła.
Kleopatra. Idź zobacz gdzie jest, z kim i co porabia,
Lecz nie mów nic od kogo. — Jeśli smutny,
Gotowani tańczyć, jeśli przy zabawie,
Poprosisz o lekarza, idź, i wracaj.

(Aleksas wychodzi).

Charmion. Jeżeli pani lubym jest, ja myślę
Że nie tą drogą zmusić go potrafi
Do wzajemności.
Kleopatra. Cóż byś ty czyniła?
Charmion. Schlebiałabym we wszystkiem, bez oporu.
Kleopatra. Szalona jesteś, wnet by mię porzucił.
Charmion. Wciąż mu przymawiasz, drażnisz bez potrzeby,
Do czasu znosim to, co nas uciska.

(Antoniusz wchodzi).

Patrz, oto wchodzi.
Kleopatra. Słabam i stęskniona.
Antoniusz. Z boleścią wielką jej wynurzyć muszę —
Kleopatra. Odprowadź mię stąd, Charmion, bo upadnę,
To trwać nie może, żadna pierś niewieścia
Nie zniesie tylu cierpień.
Antoniusz. Racz łaskawie —
Kleopatra. Ach, oddal się cokolwiek.
Antoniusz. Nie rozumiem.
Kleopatra. Ja z oczu twych zgaduję wieść radosną.
Co pisze ci małżonka? — Możesz jechać,

A nawet żal mi, żeście się rozstali!
O! niech nie myśli, że to ja cię wiążę,
Do tego nie mam prawa, tyś jej mężem.
Antoniusz. Bogowie świadczą —
Kleopatra. Bo też nigdy żadna
Nie była tak zdradzoną, choć od razu
Dostrzegłam szczep tej zdrady.
Antoniusz. Kleopatro —
Kleopatra. Jak mogłam wierzyć, żeś jest moim, szczerze,
Chociaż Olimpem trzęsły twe zaklęcia,
Ty coś jej skłamał? To szalona zbrodnia,
Dać się uwikłać w te przysięgi szumne,
Nim przebrzmią już złamane!
Antoniusz. Pozwól, pani, —
Kleopatra. Nie szukaj czczych wymówek, jedź do domu,
Szczęśliwa droga. Gdyś się mnie zalecał,
Na słowa czas był wtedy, nierozłączna
Osiadła wieczność w ustach i spojrzeniach,
Łuk brwi promieni! szczęściem, skroń i członki
Nosiły piętno niebios, jam ta sama,
Lub ty, największy dziś wojownik w świecie,
Tyś jest największym kłamcą.
Antoniusz. Dość, królowo!
Kleopatra. Twój wzrost bym rada mieć, byś się przekonał,
Że nie brak serc w Egipcie.
Antoniusz. Racz mię słuchać.
Niezbędny los odemnie dziś wymaga
Chwilowej służby, lecz to serce nigdy
Niewiernem ci nie będzie. Nad Italią
Lśni miecz domowej wojny: syn Pompeja
Nadpływa zbrojno do przystani Rzymu,
A równość dwóch walczących stron podwaja
Zaciętość walki. Wróg, rosnący w siłę,
I w miłość wzrasta. Stąd wygnaniec dawny,
Zamożny w cześć ojcowską, garnie serca,
Tych wszystkich, którzy na obecnym rządzie
Nic nie zyskali, a tych liczba groźna,
I co by radzi, choć gwałtownym środkiem
Swój los naprawić. Co mój wyjazd nagli,

Ten wzgląd u ciebie winien mieć uznanie,
To śmierć mej żony.
Kleopatra. Jeśli nie z płochości,
Z dzieciństwa przecież wiek mój mię wyzwala —
Czy Fulwia może umrzeć?
Antoniusz. Już nie żyje.
Masz list, przy wolnej chwili niech ci powie,
Co burz podniosła; w końcu, to najlepsze,
Gdzie, jak i kiedy zmarła.
Kleopatra. O niewdzięczny!
Gdzie święte bańki, które łzy małżonka
Napełnić mają? Teraz już przeczuwam
Po śmierci Fulwii, co mię samą czeka.
Antoniusz. Już przestań łajać, dowiedz się nareszcie,
Co w mym zamyśle żyje lub umiera.
Jak sama mną rozrządzisz, na to słońce,
Co Nilu muł zapładnia, jam dozgonnie
Twym jeńcem, sługą, zdając mir lub wojnę
Na twoją łaskę.
Kleopatra. Przetnij mi sznurówkę —
Nie, Charmion, zostaw — Mdleję, znów mi lepiej,
To jak twa miłość.
Antoniusz. Ja od serca mówię,
Więc ufaj tej miłości, która zniosła
Stanowczą próbę.
Kleopatra. To mi Fulwia radzi.
Wiesz co, twarz odwróć, rozpłacz się do woli,
A potem mię pożegnasz, ja poczytam
Te łzy za swoje. Scenę tak odegraj
Z królewską sztuką, by mi się zdawała
Najszczerszą prawdą.
Antoniusz. Krew rozpalasz we mnie.
Kleopatra. Mógłbyś grać lepiej, lecz to już uchodzi.
Antoniusz. Dość, na ten miecz —
Kleopatra. I tarczę. — Coraz piękniej.
Lecz jeszcze wznieść się możesz. Patrzaj, Charmion,.
Jak Alcyd rzymski nam przedstawia dzielnie
Gniew swego przodka.
Antoniusz. Żegnam.

Kleopatra. Choć dwa słowa.
Musim się rozstać, książę — nie, inaczej,
Kochaliśmy się, książę — jeszcze nie to,
Już wiem i ty wiesz dobrze, to rzecz dziwna,
W pamięci mam prawego Antoniusza,
Stąd myśli mi się plączą.
Antoniusz. Gdyby płochość
Nie była jej poddaną, mieniłbym królowę
Płochością samą.
Kleopatra. Ach, to znój nie lada
Tak smętną płochość zmuszać do uśmiechu,
I znosić jak ją znoszę. Przebacz, panie,
Mnie własne czary trują, gdy dla ciebie
Nie mają wdzięku. Czyń, co honor każe,
Nie lituj się nad mym bezsilnym szałem.
Bogowie mocni! niechaj laur zwycięski
Ten miecz uwieńczy, szczęścia kwiat niezwiędły
Uściele mu tę drogę!
Antoniusz. Chodź, kochanko;
Pożegnań chwila tak nam trwa i znika,
Ze tu zostając, za m ną szlesz twą duszę,
Ja zaś, odchodząc, żyć przy tobie muszę.

(Wychodzą).
SCENA CZWARTA.
W Rzymie. Pokój w domu Cezara.
OKTAWIUSZ CEZAR, LEPID i służba.

Cezar. Lepidzie, odtąd poznasz sam dowodnie,
Że jest i będzie myśli mej daleką
Nienawiść dla współrządzców. Z Aleksandryi
Donoszą, że poluje, gra i pije,
Hulając noc i dzień; mniej męski duchem
Niż Kleopatra, która też od niego
Mniej zniewieściałą; gońców nie przyjmuje,
Zaledwie zna swych równych: w nim się mieści
Zbiór wszystkich skaz i błędów, rozdzielonych
Na całą ludzkość.

Lepid. Przecież, złe narowy
Wspaniałych zalet zatrzeć w nim nie mogą;
Te drobne skazy, to jak mgły na niebie,
Jaśniejsze wśród pomroku; ze krwi raczej
Niż z własnej woli; bez poprawy może,
Lecz nie bez wiedzy.
Cezar. Umiesz mu pobłażać,
Bo, dajmy na to, jeśli mu przystoi,
Targnąwszy się na łoże Ptolemeja,
Królestwem żart opłacić; z niewolnikiem
W gospodzie usiąść, pić do upadłego;
W południe bruki zbijać, lub szermierzyć
Z cuchnącą zgrają: jeśli to uczciwie,
(A dziwnie rzadką musi mieć przyrodę,
Kto duszy tem nie splami) nasz tryumwir
Wymówki nie ma, skoro my znosimy
Płochości jego brzemię. Niech po trudzie
Swobodne chwile spędza w śród rozkoszy,
Niestrawność, rwanie kości mu wystarczą
Na słuszną karę; lecz ten czas marnować,
Co dźwiękiem trąb go budzi, równie głośnym
Jak wzgląd na wspólne dobro — to wrystępne,
To jak ów uczeń, już świadomy złego,
A zrywający wśród szalonej uczty
Kwiat swej młodości.

(Posłaniec wchodzi).

Lepid. Pewnie coś z obozu.
Posłaniec. Rozkazy już spełnione; co godzina,
Wszechwładny Cezar będzie mieć wiadomość
Od wojska. Pompej ma przeważną flotę
I snać ma miłość wielu z tych, dla których
Oktawiusz był postrachem: do przystani
Niechętnych tłum się zbiega, głos powszechny
Skrzywdzonym go mianuje.
Cezar. Nic dziwnego.
Uczymy się od najdawniejszych czasów,
Że kto przy władzy, miłość wnet postrada;
Kto zaś upadnie, chociaż jej niegodny,
Znów staje się najmilszym. Tłum chwiejący,
To jak te błędne zioła na strumieniu,

Niesione zmiennym prądem tu i owdzie,
Aż w ruchu swym spróchnieją.
Posłaniec.Oprócz tego,
Manekrat, Menas, dwaj korsarze sławni,
Plądrują morze prując je łodziami
Wszelkiego kroju, wściekłe ich napady
Lud rzymski płoszą; brzegów zaś mieszkance
Na samą myśl truchleją, wojsko pierzcha.
Najśmielszy statek, skoro się pojawi,
Już jest schwytanym; Pompej swem nazwiskiem,
Bez walki już zwycięża.
Cezar. Antoniuszu,
Zapomnij o biesiadach. Gdyś uchodził
W porażce z pod Modeny, po zabiciu
Konsulów Pansy i Hircyusza, z głodem
Goniącym cię, powtórną wiodłeś walkę;
Choć miękko wychowany, bez odrazy,
Jak dzicy ludzie, piłeś mocz źrebięcy
I te złocone męty na kałuży,
Na które bydło parska. Twym pokarmem
Był głóg najtwardszy na najlichszym krzewie.
Jak jeleń, kiedy śnieg odziewa łąki,
Ustami rwałeś korę drzew, na Alpach;
Jak niesie wieść, spożyłeś pewną strawę
Szerzącą śmierć w zarazie; a to wszystko,
(Sromotna dziś pam iątka dla twej sławy)
Walecznie zniosłeś, tak, że twe oblicze
Zaledwie schudło.
Lepid. Żal mi go serdecznie.
Cezar. Niech własny wstyd sprowadzi go do Rzymu
I to najrychlej. Czas byśmy z nim oba
Ruszyli w pole. W tym zamiarze chcemy
Naradę zwołać, bo nieczynność nasza
Pompeja siły wzmaga.
Lepid. W przyszłej dobie
Zdolniejszym będę zdać ci wierną sprawę,
Co mamy sił na morzu i na lądzie,
By wrogom czoło stawić.
Cezar. W tym przeglądzie,
Do wspólnej pracy chciałbym się ośmielić.

Lepid. Bądź zdrów, Cezarze. Raczysz mi udzielić
Co ważniejszego ci doniosą straże.
Cezar. Bądź o tem pewien; tak powinność każe.

(Wychodzą).
SCENA PIĄTA.
W Aleksandryi. Pokój w pałacu
KLEOPATRA, CHARMION, IRAS i MARDYAN.

Kleopatra. Chodź, Charmion — ha, ha! — Chcę pić mandragorę.
Charmion. Co mówisz!
Kleopatra. Jakoś przespaćbym pragnęła
Ten czas nieznośny aż Antoniusz wróci.
Charmion. Zbyt o nim myślisz.
Kleopatra. On mię zdradza!
Charmion. Pani,
Ja tak nie sądzę.
Kleopatra. Zbliż się, pół człowieku —
Mardyan. Co łaska słyszeć?
Kleopatra. Nie twój śpiew słowiczy.
Co eunuch może, jest mi obojętnem.
Ciesz się, bezwładny, że myśl twa spokojna
Za Egipt nie ulata. Masz ty żądze?
Mardyan. O, mam.
Kleopatra. Doprawdy?
Mardyan. Nie doprawdy, pani;
Jam zuch doprawdy tylko w tem, co skromne;
Mam przeto wściekłe żądze, i pamiętam
Co przy Wenerze czynił Mars.
Kleopatra. O, Charmion!
Gdzież myślisz, że jest teraz? Śpi czy stoi?
Czy na przechadzce, lub cwałuje konno?
Szczęśliwy koń, że Antoniusza niesie!
Pędź, skrzydłonogi, wiesz kto cię dosiada?
To Atlas pół-stworzenia, prawe ramię
I hełm ludzkości. — Słuchaj, on coś mówi,
Lub szepce: „Gdzie mój wąż złotego Nilu?“
Bo tak mię zwykł nazywać. Jak nektarem,

Łez poję się trucizną — o mnie myśli
Już ogorzałej od pieszczoty słońca,
O mnie, latami zwiędłej? O Juliuszu
Szerokoczoły, gdyś tu szedł olbrzymem,
Pięknością gwiazd jaśniałam. Pompej wielki
Stał oniemiały, wzrok wlepiwszy we mnie,
Jakby zachwytem zdjęty, chciał umierać
Oddając mi swe życie.
Aleksas (wchodząc). Cześć królowej!
Kleopatra. O jakżeś różny od bożyszcza mego,
Lecz cię Antoniusz widział, to spojrzenie
Wszechmocnym czarem w klejnot cię przemienia.
Co też porabia mój Antoniusz dzielny?
Aleksas. Ostatni jego czyn, to pocałunek —
Z tysiącem innych — na tej perle wschodniej,
A jego słowa w sercu mem utkwione.
Kleopatra. Niech w moje się przeleją.
Aleksas. „Mój Aleksas,
Jej sługa — mówił — szle królowej Nilu
Ten skarb perłowej muszli. By w jej oczach
Ten dar bezcenny podnieść, chcę nasadzić
Jej możny tron państwami, Azya cała
Ją nazwie swą boginią“. Skinął ręką
I dosiadł konia, który pod swym jeźdzcem
Tak głośno zarżał, że cobądźbym mówił
Na wiatr-by poszło.
Kleopatra. Tęskny, czy wesoły?
Aleksas. Ni to ni owo, jak w jesiennej porze:
Ni mróz ni upał — tak coś między dwoma.
Kleopatra. To równowaga, nie! to wielkość duszy!
Uważaj, Charmion, lecz uważaj tylko,
On nie był tęskny, bo chciał rozpromienić
Spojrzenia sług i dworzan; nie wesoły,
Bo rad ich ostrzedz, że połowę serca
Zostawił przy mnie; lecz tak, między dwoma.
Nastroju boski! — radość i tęsknota
W najwyższym szczeblu, lepiej ci do twarzy
Niż komu z ludzi. — Gońców mych spotkałeś?
Aleksas. Tak jest, królowo, liczę ich dwadzieścia.
To jakoś gęsto.

Kleopatra. Kto się zrodzi w dobie,
Gdy mu wysyłać listy me przestanę,
Ten umrze z nędzy. — Daj mi, eo potrzeba,
Chcę pisać, Charmion. — Powiedz, za Cezarem
Czym tak szalała?
Charmion. O Juliuszu wielki!
Kleopatra. Śmiej to powtórzyć, ością ci uwięźnie.
Mów, Antoniuszu dzielny.
Charmion. O Cezarze!
Kleopatra. Milcz, na Izydę, zęby ci zakrwawię,
Jeżeli się odważysz znów porównać
Juliusza z mym wybranym.
Charmion. Przebacz, pani,
Ja po niej wtórzę.
Kleopatra. To zielenne lata,
Zaledwie dźbło rozsądku — trzeba było
Mieć jeszcze krew zastygłą! — Idźmy, Charmion,
Przywołasz gońca, list mu dam codzienny,
Aż się wyludni Egipt mój promienny.



Dzieła Wiliama Szekspira T. I - ornament from p.663.jpg



AKT DRUGI.

SCENA PIERWSZA
W Messynie. Pokój w domu Pompeja.
POMPEJ, MENEKRAT i MENAS.

Pompejusz. Sprawiedliwymi jeśli są bogowie,
Za naszą sprawę walczą.
Menékrat. Wiesz, Pompeju,
Że co w odwłoce, jeszcze nie stracone.
Pompejusz. Gdy klęczym przed ich tronem, nasze modły
Z przedmiotem ich marnieją.

Menekrat. My, bezwiedni,
Gdy własnej zguby pragniem, ich wszechwiedza
Odtrąca chęć szkodliwą, tak zyskujem
Na niespełnionych modłach.
Pompejusz. Ja zwyciężę.
Lud kocha mnie, ocean drży przedemną,
Potęga moja wzrasta, mam nadzieję,
Że dojdzie pełni. Marek zaś Antoniusz
Na godach przy kochance, ani myśli
Bić się za morzem. Cezar skarb ładuje
A serca traci. Lepid im pochlebia,
Ci mu nawzajem, lecz nie cierpi obu,
I obaj go nie cierpią.
Menas. Już z Cezarem
Wyruszył w pole, siły ma przeważne.
Pompejusz. Skądże to wiesz? to kłamstwo.
Menas. Od Sylwiusza.
Pompejusz. On marzy; wiem, że w Rzymie bawią społem,
Czekając Antoniusza. Bóg miłości
Niech zetrze zmarszczki warg twych, Kleopatro!
Urokiem żądzy wdzięki twe podniesie,
Szaleńca zaklnie w ciągłych uczt odmęcie,
Przytępi mózg pijaństwem, sto kucharzy
Epikurejskich, niech mu smak zaostrzą,
Aż sen i jadło w nim stłumiwszy męstwo,
W głąb Lety go. zanurzą. — Cóż, Waryuszu?
Waryusz (wchodząc). Wiadomość niewątpliwą ci przynoszę:
Antoniusz w lada chwili ma zawinąć
Do Rzymu. Odkąd Nilu brzeg porzucił,
Miał czas na przejazd.
Pompejusz. Chetniejbym dał ucho
Mniej ważnej wieści. — Menas, czy podobna,
By ten lubieżnik przywdział hełm i zbroję
Dla tak podrzędnej wojny? Jako żołnierz
Dwa razy wart ich obu. Lecz tem wyżej
Nasz mir podniesiem, że z podniety naszej
Od Kleopatry łona się odrywa
Niesyty jej kochanek.
Menas. Ja nie wierzę,
By Cezar mógł iść w parze z Antoniuszem,

Gdyż mu i Fulwia dała się we znaki,
I brat z nim walczył, chociaż nie z wyraźnej
Namowy Antoniusza.
Pompejusz. Nie wiem, Menas,
Jak mniejsze gniewy pod większymi zgasły,
Lecz gdyby nie to, że wraz walczą z nami,
Widocznem jest, że z sobą by walczyli.
Dość nienawiści trw a pomiędzy nimi,
By spór odnowić. Czy ta jedna trwoga
Zawziętość ich uśpiła, godząc nagle
Pokątne sprzeczki, tego dziś nie wiemy.
Bogowie niech rozsądzą! Nam wypada
Sił wszelkich użyć, jakie świat posiada.

(Wychodzą).
SCENA DKUGA.
W Rzymie. Pokój w domu Lepida.
ENOBARBUS i LEPID.

Lepid. Cny Domicyuszu, dawny mój kolego,
Przystałoby nakłonić wodza twego
Do słów uprzejmych, ludzkich.
Eiiobarbus. Niech tak czyni
Jak mówi. Jeśli Cezar mu zawini,
Niech na Cezara spojrzy po nad głową,
I Marsa krtań zagłuszy swą wymową.
Włos Antoniusza gdybym m iał na brodzie,
Dziś nie dałbym się golić.
Lepid. Przy narodzie
Domowe kłótnie niczem.
Enofoarbus. Niech godzina
To wszystko spełni, co się z nią poczyna.
Lepid. Nad sprawą drobną wyższa m a pierwszeństwo.
Enobarbus. Nie, jeśli tam ta pierwszą.
Lepid. Na przekleństwo
Zasłużysz, krocząc tym swarliwym torem.
Antoniusz idzie.

(Wchodzą Antoniusz i Wentydyusz).

Enobarbus. Tam, wasz Cezar z dworem.

(Cezar wchodzi z Agrypą i Mecenasem).

Antoniusz. Jeżeli zgoda stanie, w trop za Partem:
Słyszałeś, Wentydyuszu.
Cezar (do Mecenasa). Zbyć to żartem?
Agrypy się zapytaj.
Lepid. Przyjaciele,
Gdy nas tu łączą tak przeważne cele,
Niech wszelki spór ucichnie. Krzywdy zgasną
W mgle zapomnienia. Kto urazę własną
Zbyt szumnie głosi, ten chcąc goić blizny
Popełnia mord. A więc na cześć ojczyzny,
(Na to uczucie pierwsze i najżywsze)
Lżejszemi słowy trącim co drażliwsze,
By ran tych nie zajątrzyć.
Antoniusz. To przestroga.
Na czele wojska, przed spotkaniem wroga,
Takbym przemówił.
Cezar. Witaj nam w stolicy.
Antoniusz. Nawzajem.
Cezar. Siądźmy.
Antoniusz. Siądź, Cezarze.
Cezar. Dzięki.
Antoniusz. Za złe mi masz, jak słyszę, co godziwem
Lub tylko mnie się tyczy.
Cezar. Byłbym śmiesznym
Gdybym za nic, lub za drobnostkę marną,
Miał mieć urazę, zwłaszcza też do ciebie.
Śmieszniejszym jeszcze, gdybym twe nazwisko
Wymienił z ubliżeniem, bez powodu.
Antoniusz. A w czem, Cezarze, pobyt mój w Egipcie
Miał cię obchodzić?
Cezar. Nie mniej i nie więcej
Niż ciebie tron mój w Rzymie. Przecież, jeśli
Tam zdrady knułeś, pobyt twój w Egipcie
Najmocniej mnie obchodził.
Antoniusz. Jakie zdrady?
Cezar. Myśl moją łatwo pojmujesz, po tem wszystkiem
Co mię spotkało. Brat twój, żona twoja,
Walczyli ze mną, ich zawiści ku mnie
Tyś był przyczyną, ty wojennem hasłem.

Antoniusz. Sam siebie chcesz uwodzić. Brat mój nigdy
O los mój się nie troszczył, znam go dobrze
I mam świadectwo stu przyjaciół wiernych,
Co z tobą broń podnieśli. Czy nie raczej
Chciał wydziedziczyć z władzy mię i ciebie,
I wojnę toczył przeciw mej prawości,
Wiążącej mię z narodem? Listy moje
To ci dowiodły. Jeśli chcesz niezgody,
Nie braknie ci pozorów do zaczepki,
Lecz nie tej treści.
Cezar. Wielbisz się, twą winę
Składając na mój sąd, obrona taka
Tem silniej cię potępia.
Antoniusz. O, bynajmniej.
Wiem, że nie jesteś w stanie, choć wszechwładny,
Tej prawdzie przeczyć, że ja, twój zastępca,
Twój wspólnik w sprawie przeciw nam podjętej,
Nie mogłem chętnie patrzeć na rozruchy
Mój własny mir burzące. Co do Fulwii,
Radbym ci sprawić z duchem jej małżonkę.
Część trzecia świata lejcom twym posłuszna,
Ujeździsz ją, lecz takiej żony nigdy.
Enoharbus. Bodaj nam dostać żonki, w tym zakroju,
By każdy dwójką stanąć mógł do boju!
Antoniusz. Nieposkromione żądze jej, Cezarze,
(Przy pewnej przebiegłości) a wynikłe
Stąd nieporządki, z żalem to wyznaję,
Twój spokój zakłóciły, lecz nie moja
W tem wina.
Cezar. Wszak cię listy moje doszły,
Gdyś w Aleksandryi hulał, do kieszeni
Schowałeś je starannie i z przekąsem
Pozbyłeś się posłańca
Antoniusz. Lecz, Cezarze,
Z nienacka mi się zjawił, przed wezwaniem
I gdy trzech króli goszcząc, już nie byłem
Czem zwykle jestem z rana. Lecz nazajutrz
Odpowiedź dostał, co znaczyło tyle,
Co przeprosiny. Niechże ten pachołek

Nie waśni nas, a jeśli są zwaśnienia,
Wykreślim go z rachunku.
Cezar. Sam zerwałeś
Złożoną mi przysięgę, o co nigdy
'Oskarżyć mię nie zdołasz.
Lepid. To zbyt ostro.
Antoniusz. Lepidzie, pozwól gderać mu do woli,
Mnie świętszym jeszcze honor niż przysięga
I nigdy go nie splamię. Mów, Cezarze,
Cóżem ci przysiągł?
Cezar. Pomoc, broń i ramię
Poświęcić mi w potrzebie, jam zawołał
A tyś odmówił.
Antoniusz. Lub zaniedbał raczej
I to w zjadliwych tych godzinach, kiedy
Sam siebie nie posiadam. Lecz niebawem
Nagrodzę ci tę stratę. Prawość moja
I męstwo chodzą w parze, to bez tego
Jest dla mnie niczem. Świadczę więc, że Fulwia
By ściągnąć mię z Egiptu, wojnę wszczęła,
Za co ja sam, bezwiedna jej przyczyna,
Przepraszam cię, o ile cześć żołnierza
Na słowie tem nie straci.
Lepid. To szlachetnie.
Mecenas. Jak Lepid radził, już przestańcie jątrzyć
Wzajemne krzywdy płonnem ich wspomnieniem,
By tylko myśleć o potrzebie Rzymu
Nad wszystko wyższej.
Lepid. Prócz nad Mecenasa.

EnoBarbus. Pożyczcie sobie na chwilę miłości waszej; dług ten zwrócicie, skoro o Pompejuszu mowy już nie będzie. Wówczas nie mając zajęcia, swobodnie będziecie się mogli swarzyć.

Antoniusz. Jesteś prostym żołnierzem, a więc przestań mówić.
Enobarbus. Prawda milczeć powinna, o tem zapomniałem.
Antoniusz. Ubliżasz temu kołu, powtarzam więc, zamilcz.
Enobarbus. Dobrze; mów dalej kamienny głazie.

Cezar. Mnie więcej treść niż układ się podoba
Słów Domicyusza; radbym mieć nadzieję,
Byśmy tak różni myślą i zwyczajem
Zawarli trwałą zgodę. Jest-li przecież
Niezłomny łańcuch związać nas mogący,
Wyszukam go na świecie, lub za światem.
Agrypa. O głos, Cezarze —
Cezar. Mów, Agrypo.
Agrypa. Marek
Antoniusz wie, że siostrę masz po matce,
Oktawie piękną: tobie zaś wiadomo,
Że on dziś wdowcem.
Cezar. Dość, bo Kleopatra
Niechże to zwietrzy, będziesz m iał za swoje,
Żeś nierozważnie radził.
Antoniusz. Jam bezżenny:
Daj mi wysłuchać co Agrypa mówi.
Agrypa. By między w am i zgody cześć ustalić,
Miłością bra tnią dwoje serc rozpalić
I wiecznie związać, niech Antoniusz pojmie
Cezara siostrę. Ona, za rękojmię
Trwałego szczęścia, w nim dostanie męża,
Którego cnoty, godność, moc oręża
Jak słońce świecą. Przez ten związek, wszelkie
Drobniejsze zwady, dziś na pozór wielkie,
I wielkie trwogi z drobnych zwad wynikłe,
Do szczętu zginą. W kłam się prawdy zwykłe,
Błąd w prawdę zmienia; miłość jej dla obu,
Strażnicą waszej staje się do grobu,
I wszystkich dla was. Com powiedział ściśle,
To raczcie spełnić, gdyż to po namyśle
Sumiennie rzekłem.
Antoniusz. Cezar niech odpowie.
Cezar. Antoniusz pierwej zdanie swe otworzy
O tem, co słyszał.
Antoniusz. Jaką moc Agrypa
Posiada, gdybym odrzekł:,.Niech tak będzie“,
By wniosek stał się czynem?
Agrypa. Moc Cezara,
Wpływ bratni na Oktawię.

Antoniusz. Ani myślę
Śnić o przeszkodzie w tym zamiarze błogim,
Tak dla mnie chlubnym! — Podaj mi prawicę:
Dokonaj czyn twej łaski, od tej chwili
Braterskie czucia niech sercami rządzą
I światu szczęście w różą!
Cezar. Weź tę rękę.
Z nią siostrę ci oddaję, którą kocham
Jak żaden brat przedemną: niechaj żyje
Łącznikiem serc i krajów, i niech nigdy
Nasz węzeł się nie kruszy!
Lepid. Daj nam Panie.
Antoniusz. Nie chciałem podnieść miecza na Pompeja,
Bo miewał dla mnie przed niedawnym czasem
Szczególne względy; przeszlę mu podzięki,
Bym się nie zdawał płochym lub nieludzkim,
I wręcz mu powiem: broń się.
Lepid. Czas upływa:
Musim wytropić świeży ślad Pompeja,
Inaczej nas wytropi.
Antoniusz. Gdzie ma flotę?
Cezar. W zatoce pod Miceną.
Antoniusz. Jego siły
Na lądzie?
Cezar. Już przeważne i rosnące;
Na morzu on Cezarem.
Antoniusz. Tak wieść niesie.
Radbym mu zajrzeć w oczy! Więc do czynu;
Lecz nim oręże chwycim, niech się spełni
To, cośmy tu zaczęli.
Cezar. Z całej duszy.
Oktawię racz odwiedzić; u mej matki
Sam będę twym zwiastunem.
Antoniusz. Wszak na świadki
Nasz Lepid stanie?
Lepid. I na wszelkie drużby;
Śmierć mię nie wstrzyma od tak miłej służby.

(Odgłos trąb. Cezar, Antoniusz i Lepid wychodzą).

Mecenas. Witaj nam gościu z Egiptu przybyły!
Enobarbus. Czcigodny Mecenasie, połowo serca Cezarowego, zacny przyjacielu mój, Agrypo, witajcie mi!
Agrypa. Dobry Enobarbie!
Mecenas. Cieszmy się z tak pomyślnego ukończenia sprawy. Czy mile czas schodził wam w Egipcie?
Enobarbus. Dzień biały spędzaliśmy w objęciach snu, a noc na wychylaniu puharów.
Mecenas. Czy prawda, że na ranny posiłek dla dwunastu biesiadników, ośmiu odyńców pieczonych stawiano wam na stół?
Enobarbus. Odyńce te znaczyły nam tyle, co dla orła mucha. Na ucztach miewaliśmy lepsze, godne wzmianki dania.
Mecenas. Jeśli wierzyć językom ludzkim, to musi to być wspaniała białogłowa?
Enobarbus. Serce Antoniusza podbiła za pierwszem widzeniem. Było to na rzece Cydnus.
Agrypa. I mnie doniesiono, że tam ją po raz pierwszy ujrzał.

Enobarbus. I z bogini twarzą.
Siedziała w łodzi; perły i klejnoty
Jej tron zdobiły: przód był szczerozłoty;
Z purpury żagle, woń ich tak podniosła,
Że wiatr aż omdlał; srebrny maszt i wiosła
Bijące w miarę przy stu fletni śpiewie
Dotknięta fala, jak w miłosnym gniewie
Za łodzią goniąc, z lekka ją kołysze.
Co do niej samej, tego nie opiszę:
Leżąca pod namiotem, w pół korabiu,
(Złotogłów lity, jasne tło z jedwabiu)
Kwiat sypie w kąpiel, gdzie się słońce płuka,
Piękniejsza od Wenery, w której sztuka
Przewyższa wdzięk przyrody. U jej boku,
Z dołkami w licach i z uśmiechem w oku,
Swawolnych dziatek pląsa rój wiosenny
Z wachlarzem pawim w ręku. Wiatr w pół-senny
Skroń ich całując pod różanym wieńcem,
Ubarwia żywszym gładką twarz rumieńcem
I chłodzi ją naprzemian.

Agrypa. To ponęta
Dla Antoniusza!
Enoftarbus. Śliczne jej dziewczęta,
Jak nimfy wodne, lub jak Nereidy,
Z wlepionym wzrokiem w oczy swej Tetydy,
Skłonieniem jej się wdzięczą. Tam, przy sterze,
Syrena rządzi; jak łabędzie pierze
Podnosi żagle, zwalnia lub przyspiesza
Bieg złotej łodzi. Lud i miejska rzesza
Zalewa brzegi, gdzie w dziewiczem gronie
Jej syn ją wita. W rynku, sam na tronie,
Nasz wódz westchnienia szle na cztery wiatry;
Co też by rade mknąć do Kleopatry,
Opróżnić przestwór, by się jej przyglądać.
Agrypa. Szczęśliwy Egipt! nie ma już co żądać.
Enobarlbus. Wylądowano, gońca wódz wyprawia,
Zaprasza na wieczerzę, ta odmawia:
„Przystojniej będzie gdy nasz gość wspaniały
Wprzód nas odwiedzi.“ Ten, w zalotach śmiały,
Choć „nie“ płci pięknej nigdy nie powiada,
Sześćkroć zgolony, z nią do stołu siada;
Swem sercem płaci to, co zjadł oczyma,
I w staje głodny.
Agrypa. Więcej wnet otrzyma.
Tak Juliusz Cezar, w dniu gdy sieją zboże,
Zdobywał mieczem tej niebianki łoże;
Miecz zorał, sierp wyprzątnął.
Mecenas. Cezariona.
Enobarbus. Raz tu przebiegła skoczkiem, jak szalona,
Czterdzieści kroków; brakło jej oddechu.
Coś chciała mówić, wśród omdlenia, śmiechu,
Jej śmiech był czarem, a jej mdłość potęgą.
Mecenas. Wódz ją zapomni.
Enoharbus. Nigdy; pod przysięgą.
Czas jej nie dotknie, zwyczaj żądz nie spłoszy.
Jej rozmaitość wzmacnia wdzięk rozkoszy.
Kobiety zwykle tępią smak przesytem,
Ta coraz nowym rzeźwi go zachwytem.
Powszednia słabość tak ją czyni piękną,

Że błogosławiąc i kapłani, miękną,
Gdy zgadną, że cierpiąca.
Mecenas. Jeśli cnota.
Rozwaga, skrom ność, lepsze niż pieszczota
Egipskiej wróżki, wszystko to przedstawia
W najżywszym blasku wiosny swej Oktawia.
Agrypa. Rycerzu dzielny, niech cię w dom podejmę,
Tyś moim gościem.
Enobarbus. Dzięki wam uprzejme.

(Wychodzą).
SCENA TRZECIA.
Tamże. Pokój w domu Cezara.
CEZAR, ANTONIUSZ, OKTAWIA między nimi służba i Wieszcz.

Antoniusz. Świat, moje rządy, z ramion twych łańcuchem
Zbyt często mię rozłączą.
Oktawia. Dniem i nocą,
Na klęczkach będę błagać o twe szczęście
Domowych bogów.
Antoniusz. Żegnam cię, Cezarze. —
Oktawio, nie wierz co świat o mnie m ówi:
Nie zawszem był, czem jestem, lecz wzór cnoty
Mam w twej osobie. Dobranoc mej pani,
Do jutra, bracie.
Cezar. Żegnam.

(Wychodzą Cezar i Oktawia).

Antoniusz. Przyjacielu, jak widzę tęsknisz za Egiptem?

Wieszcz. Byłoby stokroć lepiej, gdyby noga ma tu, a twoja nigdy w Egipcie nie była postała.

Antoniusz. Wyjaśnij mi myśl twoją.

Wieszcz. Słowami wyjaśnić jej nie zdołam, odgaduję ją tylko; tobie zaś radzę, spiesz nad Nil.

Antoniusz. Co wyżej stanie, los mój czy Cezara?
Wieszcz. Cezara. O! nie zbliżaj się do niego.
Duch opiekuńczy, co nad tobą czuwa,
Jest śmiałym, wzniosłym i niezwyciężonym,
Gdzie nie jest duch Cezara; gdy się złączą,

Twój drży, blednieje, gaśnie; ja ci radzę
Pół-światem się rozdzielić.
Antoniusz. Nie mów tego.
Wieszcz. Nikomu, nigdy, prócz samemu tobie.
Gdy gracie z sobą, tak mu szczęście służy,
Żeś pewien przegrać, choć przy wyższej stawce.
On zbije cię po ciemku: w jego świetle
Twój promień znika. Mówię ci raz jeszcze,
Twój duch się trwoży przed. Cezara duchem.
Gdy zdała, znów mężnieje.
Antoniusz. Idź do licha.
Wentydyuszowi powiedz, że go czekam; —

(Wieszcz wychodzi).

Na Partów ruszy. — Gusła czy przypadek,
Powiedział praw dę: los mu wiecznie sprzyja;
I w każdej grze, rachuby moje pełzną
Przed jego szczęściem. Rzucam kość, wygrywa.
Koguty jego wciąż dławiły moje,
Gdy zakład stał na rów ni; a przepiórki
Nad memi się znęcały. Do Egiptu!
I choć przyjąłem ślub dla zgody państwa.
Wentydyusz (wchodzi). Mój duch swobodny wstydzi się poddaństwa. —
Na Partów, bracie; żagiel dziś rozwiniesz;
Krassusa śladem, pomścisz go lub zginiesz.



SCENA CZWARTA.
Tamże. Ulica.
LEPID, MECENAS i AGRYPA.

Lepid. Nie trudźcie się już dalej, bardzo proszę,
Przyspieszcie raczej odjazd.
Agrypa. Skoro mąż jej
Z Oktawią się rozłączy, wnet wyruszym.
Lepid. Aż oba się zjawicie w stroju Marsa,
Tak wam do twarzy, żegnam.
Mecenas. Jak miarkuję
Z długości tej przeprawy, pod Miceną
My pierwsi staniem.

Lepid. Pochód wasz jest krótszy;
Mój jest półkolem, więc dwa dni zyskacie.
Bywajcie zdrowi.
Mecenas i Agrypa. Szczęść Minerwo, bracie.

(Wychodzą).
SCENA PIATA.
W Aleksandryi. U Kleopatry.
KLEOPATRA, CHARMION, IRAS i ALEKSAS.

Kleopatra. Muzyki, Mardyan? śpiew to pokarm cienki
Tych, co miłości łakną
Służące. Hej, piosenki!

(Mardyan wchodzi).

Kleopatra. Nie, co innego; Charmion: do kręgielni.
Charmion. Mnie ram ię boli, są tu gracze dzielni,
Naprzykład Mardyan.
Kleopatra. Grać z eunuchem jedno,
Co grać z kobietą. — Chcesz mię bawić biedną?
Mardyan. Chcę, byłem zdołał.
Kleopatra. Mniejsza o tw e chęci.
Gdy w grze swej aktor da mi znak pamięci,
Niezdolność mu przebaczam. Już nie trzeba. —
Do rzeki, Charmion — tam, w odblasku nieba,
Przy dźwięku lutni, chcę zarzucać wędę
Na złote płocie; kłuć haczykiem będę
Ich śliskie skrzela, i przy każdej rybie
Zdobytej, myśląc, że kochanka zdybię,
Wyrzeknę: Znów cię trzymam!
Charmion. Śmiech był tani,
Gdy łowiąc z nim o zakład, nurek pani
Soloną rybę przypiął mu do wędki,
A on wyciągnął.
Kleopatra. Gdzież ten czas tak prędki —
Te dnie przymówek, aż w nim gniew zapłonął,
Bezsenne noce śmiechu, aż ochłonął;
Gdy podciętego, z ranną mgłą jutrzenki,
Składałam w łoże, ścieląc nań sukienki,

A strojąc się jak Pallas, w ubiór męski,
I z pod Filippi jego miecz zwycięski. —

(Posłaniec wchodzi).

O! czy z Italii? — Siej twe wieści płodne
W to wdowie ucho, już oddawna głodne.
Posłaniec. Królowo —
Kleopatra. Co! Antoniusz mój nie żyje? —
Ta wieść, nikczemny, panię twą zabije.
Lecz powiedz: zdrów i wolny, będę szczodrą,
I skłonisz usta na tę żyłkę modrą,
Przy tym pierścieniu na mej ręce, którą
Całował Herod klęcząc pod purpurą.
Posłaniec. Co do pierwszego, zdrów.
Kleopatra. Masz więcej złota.
Lecz słuchaj, często głosi nam hołota,
Że zmarli zdrowi: jeśli tam chcesz tropić,
To złoto, co ci daję, każę stopić,
I wlać do gardła.
Posłaniec. Pani —
Kleopatra. Znasz twą służbę,
Więc mów; na twarzy masz niedobrą wróżbę.
Jeżeli zdrów — skąd szpetne te pozory
Dla wieści tak nadobnej! jeśli chory,
Zjaw się jak jędza z wężów ćmą na skroni,
Nie z głową ludzką.
Posłaniec. Niech mię Izys chroni!
Kleopatra. Ochotę mam cię wybić, nim uciekniesz:
Lecz „zdrów i wolny“, jeśli to wyrzekniesz,
Cezara przyjacielem, nie zaś jeńcem.
Obsypię cię perłam i, złotym wieńcem
Włos twój ozdobię.
Posłaniec. Zdrów jest.
Kleopatra. To nie długo.
Posłaniec. Z Cezarem w zgodzie.
Kleopatra. Tyś uczciwym sługą.
Posłaniec. W przyjaźni większej żyją niż poddani.
Kleopatra. Z mej łaski się wzbogacisz.
Posłaniec. Przecież, pani —
Kleopatra. Nie lubię tego. Nie wiesz sam, co pleciesz.
Początek lepszy. Wstydź się za to „przecież“!

To „przecież“, to jak strażnik, co wygrzebie
Złoczyńcę z pod pręgierza. Proszę ciebie,
Zbierz we dwa słowa zapas twej powieści,
Złe razem z dobrem. Cezar z nim się pieści;
On zdrów, powiadasz; i dodajesz: wolny.
Posłaniec. Już wolnym nie jest; tegom rzec niezdolny,
Bo związał się z Oktawią.
Kleopatra. W jakiej sprawie?
Posłaniec. W tej, skąd się rodzim.
Kleopatra. Żonę ma, Oktawię?
Posłaniec. Tak jest.
Kleopatra. Patrz, Charmion, bladość mię powlekła. —
Niech wszystkie zmory porwą cię do piekła!

(Bije go i rzuca o ziemię).

Posłaniec. Ach, zmiłuj się.
Kleopatra. Co mówisz? — Masz, ty trupie,

(znowu go uderza).

Precz stąd, wisielcze! oczy ci wyłupię,
O ziemię rzucę, włos ci każę zgolić,

(tarza go za włosy).

Oćwiczyć drutem, rozciąć i nasolić
W kipiącym occie.
Posłaniec. Pani, jam niewinny,
Jam doniósł tylko, ślub im dał kto inny.
Kleopatra. Mów, że tak nie jest, dam ci z mej potęgi
Udzielny kraj, majątek: a twe cięgi
Wystarczą za to, żeś mię zwiódł nikczemnie;
Obdarzę cię tem wszystkiem, coś odemnie
Wyżebrać pragnął.
Posłaniec. On jest —
Kleopatra. Co? ja czekam.
Posłaniec. Żonaty.
Kleopatra. Zginiesz, łotrze!

(dobywa sztylet).

Posłaniec. Nóż! uciekam.

(Wybiega).

Charmion. Łaskawa pani, przebacz, to ciemięga.
Kleopatra. Są więksi głupce, których grom dosięga. —
Niech Egipt Nil zaleje; niech wyrzuci

Rój wściekłych gadzin! — Wołać, go, niech wróci:
Gryść go nie bodę, choć mam w piersi żmiję.
Charmion. On nie śmie, pani.
Kleopatra. Ja go nie zabiję. —
Niestarta wyjdzie na mej dłoni plama,
Gdy pastwiąc się nad niższym, ona sama
Mnie samej zawiniła. — Zbliż się do mnie.

(Posłaniec wraca).

A widzisz jak to wstrętnie i nieskromnie
Złe wieści nosić; daj języków tysiąc
Pomyślnym, innych możesz się wyprzysiądz,
Aż same się rozgłoszą.
Posłaniec. Jam powiedział
Rzetelną prawdę.
Kleopatra. Już dozgonny przedział;
O nieba! — Mówże, to mię już nie zrani,
Gdy mi powtórzysz: Tak jest.
Posłaniec. Tak jest, pani.
Kleopatra. Niech ziemia cię pochłonie! więc obstajesz
Przy swojem? zdrajco, ty mi serce krajesz!
Posłaniec. Czy będę kłamał?
Kleopatra. Zmyślaj, kręć obłudnie,
A pół Egiptu niech się zmieni w studnię
Dla krokodylów. Za drzwi z tym potworem!
Choćbyś miał twarz Narcyza, ty upiorem
Mnie byś się zdawał. Mów, gdzie Fulwii wdowiec?
Posłaniec. Niech pani się zlituje.
Kleopatra. Nie, odpowiedz!
Posłaniec. Ach, wybacz pani, nie chcę jej obrazić.
Jej rozkaz pełniąc, mamże się narazić
Na pewną śmierć? On jest Oktawii mężem.
Kleopatra. Bodajbyś przepadł lub stąd zniknął wężem,
Jeśli to prawda! Czy na pewne głosisz? —
Ten towar, który z Rzymu mi przynosisz,
Weź go na plecy, dziś nie jestem hojną,
Niech ci kark zgniecie!

(Posłaniec wychodzi).

Charmion. Pani bądź spokojną.
Kleopatra. Czcząc Antoniusza, krzywdzę cześć Cezara.

Charmion. I nie raz pierwszy.
Kleopatra. To mój błąd i kara.
Odprowadź mię. O Charmion! trochę słońca! —
To nic. — Aleksas, idź i spytaj gońca
O wiek Oktawii, jaka twarz, i oczy,
A nie zapomnij barwy jej warkoczy;
Co powie, zaraz donieś. —

(Aleksas wychodzi).

Niech go stracę
Na wieki: — gdzie tam — życiem to przypłacę!
Bo z jednej strony ma Gorgony postać,
A z drugiej Marsa. —

(Do Mardyana).

Masz mi jeszcze dostać
Wiadomość o jej wzroście. — Już nie szlocham,
Spokojna jestem. — Charmion, ja cię kocham.

(Wychodzą).



SCENA SZÓSTA.
W pobliżu Miceny.
Odgłos trąb. Z jednej strony wchodzą POMPEJUSZ i MENAS z trębaczom i kotłami, z drugiej CEZAR, LEPID, ANTONIUSZ, ENOBARBUS i MECENAS z zastępem żołnierzy.

Pompejusz. Mam twoich zakładników, ty masz moich;
Rozmówim się przed bitwą.
Cezar. Bardzo słusznie,
Że słowa wprzód zamienim; w tymże celu
Wysłałem ci na piśmie, co żądamy.
Jeżeliś już rozważył, radbym wiedzieć,
Czym zdołał miecz twój wstrzymać od napaści,
Sycylii wrrócić tę dorodną dziatwę,
Co zginie tu dla ciebie.
Pompejusz. Więc oświadczam
Przed wami, łączną ziemi tej starszyzną,
Przed zastępcami bogów, — iż nie widzę
Skąd ojciec mój by nie miał być pomszczonym,
Gdy odżył w synie swym; gdy Juliusz Cezar,

Co pod Filippi zjawił się zabójcy,
Was trzech miał za mścicieli. Czy nie wiecie
Co knował blady Kasyusz? lub dlaczego
Przezacny Brutus, swych pradziadów godny,
Wśród sprzysiężonych dla wolności świętej
Kapitol krwią zrumienił? bo nie chcieli
W człowieku mieć tyrana. W tejże myśli
Zebrałem flotę, pod której brzemieniem
Pieniący nurt się wzdyma; z nią zamierzam
Ojcowską krzywdę pomścić na wzgardliwym
I nienawistnym Rzymie.
Cezar. Czyń do woli.
Antoniusz. Nie straszysz nas, Pompeju, swoją flotą
Rozprawim się na lądzie i na morzu:
Znasz naszych sił przewagę.
Pompejusz. Tak, na lądzie,
Bo tam przeważasz mię ojcowskim domem:
Kukułki też dla siebie gniazd nie ścielą,
Więc możesz być mym gościem.
Lepid. Racz powiedzieć,
(Gdyż ustęp ten od rzeczy) co też myślisz
O wnioskach ci przesłanych.
Cezar. To pilniejsze.
Antoniusz. O łaskę cię prosim; rozważ tylko,
Gdzie większa korzyść.
Cezar. Na co cię naraża
Podjęta wojna.
Pompejusz. Wiem, że mi dajecie
Sycylię i Sardynie; jam zaś winien
Oczyścić brzeg z korsarzy, sypy zboża
Do Rzymu przewieść; skutkiem tej ugody
Rozejdziem się z niewyszczerbionym mieczem
I z nieskalaną tarczą.
Cezar, Antoniusz i Lepid. To przyznajem.
Pompejusz. Więc wiedzcie, żem tu wszedł, przygotowany
Ten układ przyjąć; lecz mię znów Antoniusz
Rozjątrzył do żywego. — Choć utracę
Zasługę jej wspomnieniem: właśnie kiedy
Twój brat i żona wiedli bój z Cezarem,

W Sycylii, przy mnie, matka twa znalazła
Przytułek i gościnę.
Antoniusz. To pamiętam,
I gotów jestem złożyć ci podziękę,
Na jaką stać mię będzie.
Pompejusz. Daj prawicę.
Jam ani myślał, że się tu spotkamy.
Antoniusz. Egipskie łoża pulchne; dzięki tobie,
Żeś mię tu ściągnął wcześniej niż pragnąłem,
Bom na tem zyskał.
Cezar. Odkąd cię widziałem,
Zmieniłeś się do szczętu.
Pompejusz. Nie wiem jakie
Zła dola bruzdy ryje na mej twarzy,
Lecz wiem, że serca nigdy nie dosięgnie,
By zrobić go jej sługą.
Lepid. Dniu szczęśliwy!
Pompejusz. I dla mnie też, Lepidzie. — Zatem, zgoda.
Umowę zaszłą pismo niech uświęci,
Pod wszystkich trzech pieczęcią.
Cezar. Co najrychlej.
Pompejusz. Losujmy przed rozjazdem, kio z nas pierwszy
Ugości swych przyjaciół.
Antoniusz. Ja, Pompeju.
Pompejusz. Gdy los wyrzecze, pierwszy lub ostatni,
Rozgłośną sławę twej egipskiej kuchni
Z nadmiarem sprawdzisz. Juliusz, jak wiadomo,
Na niej się roztył.
Antoniusz. Jak wiadomo tobie.
Pompejusz. Myśl mam uprzejmą.
Antoniusz. I uprzejme słowa.
Pompejusz. Prócz tego, jakiś tam Apollodorus
Dostawił mu —
Euobarbus. To prawda.
Pompejusz. Cóż dostawił?
Enobarbus. Królowę jakąś mu w sienniku sprawił.
Pompejusz. Tyś Enobarbus: jak tam szło, pod zbroją?
Enobarbus. Nie źle, tu lepiej, bo się jakoś roją
Aż cztery uczty.

Pompejusz. Daj mi rękę, zuchu:
Jam walcząc z tobą ci zazdrościł w duchu,
Lecz nigdym nie był twym nieprzyjacielem.
Enobarbus. Jam walcząc z tobą był twym wielbicielem,
Lecz od mych pochwał twa zasługa większa.
Pompejusz. Żołnierska szczerość twoją twarz upiększa.
Niech cię uścisnę. — Czy wam służyć mogę
Do mej galery?
Cezar, Antoniusz i Lepid. Racz pokazać drogę.

(Wychodzą Pompejusz, Cezar, Antoniusz, Lepid, żołnierze i służba).

Menas. Rodzie twój Pompejusz nigdy nie byłby podobnych traktatów zawierał. (Głośno). Spotykaliśmy się już z sobą.

Enobarbus. Na morzu o ile zapamiętam.
Menas. Nie mylisz się.
Enobarbus. Dzielnie walczyłeś na morzu!
Menas. A ty na lądzie.

Enobarbus. Każdego, co mnie pochwali i ja wychwalać będę, chociaż nikt nie zdoła zaprzeczyć mi czynów moich na lądzie.
Menas. Ani mnie chwały, jaką okryłem się na wodzie.
Enobarbus. Tak jest, ale jest coś, czego bezpiecznie mógłbyś się wyprzeć, na morzu łupiłeś strasznie.
Menas. A ty na lądzie.
Enobarbus. Wypieram się tej lądowej służby, ale podaj mi rękę. Gdyby oczy nasze miały na zawołanie pachołków, to mogłyby pochwycić dwóch ściskających się łotrów.
Menas. W twarzach męskich obłudy nie ma.
Enobarbus. Zgoda, ale też nie m a niewieściego lica bez fałszu.
Menas. To nie wada, one serca kradną.
Enobarbus. Przybyliśmy tu, ażeby walczyć z wami.
Menas. Co do mnie, to boleję nad tem, że zamiast za miecz, przyszło za szklanicę chwycić. Pompejusz. w dniu dzisiejszym szczęście swe śmiechem odpędza od siebie.
Enobarbus. Jeśli tak jest, to płaczem nie znęci go nazad.
Menas. Nie sądziliśmy spotkać tu Marka Antoniusza. Czy prawda, że on poślubił Kleopatrę?
Enobarbus. Cezara siostra zowie się Oktawia.
Menas. Nie przeczę, ta sama, która była wprzódy Gajusa Marcella żoną.
Enobarbus. A teraz jest żoną Marka Antoniusza.
Menas. Co mówisz?
Enobarbus. Prawdę.
Menas. Cezar złączył się tedy z Antoniuszem na zawsze? Gdybym był augurem, tobym inaczej przepowiedział o tym związku. Sądzę, że. związek skojarzyła polityka, a nie miłość.
Enobarbus. I ja jestem tego zdania. Ale zobaczysz, że węzeł, który ich dziś jednoczy, przemieni się w pętlę, która ich przyjaźń zadławi. Oktawia jest w obejściu cicha, zimna i spokojna.
Menas. Któżby nie pragnął mieć takiej małżonki?
Enobarbus. Człowiek, który sam cnót tych nie posiada, innemi słowy: Marek Antoniusz. Jego egipski przysmak przynęci go nazad. Skoro to się stanie, westchnienia Oktawii rozdmuchają płomienie w Cezarze i to, co ich łączy, stanie się powodem ich rozdwojenia. Antoniusz będzie miłował tę, której serce oddał. Tutaj zaślubił tylko zyski.
Menas. To być może. — Ale chodźmy na pokład. Chcę wnieść w twoje ręce jeden toast.
Enobarbus. Przyjmę go. Gardła nasze wprawiliśmy w Egipcie.
Menas. Chodźmy więc!


SCENA SIÓDMA.
Na pokładzie galery Pompejusza, w pobliżu przylądka Micenum. Odgłos trąb. Wchodzi służba z przyborami do uczty.

Pierwszy sługa. Nadejdą tu za chwilę. Niektóre z ich krzewów słabo w ziemię wrosły się korzeniami, najlżejszy powiew wiatru je wywróci.
Drugi sługa. Lepidus zarumienił się silnie.
Pierwszy sługa. Skoro posłyszy, że jeden drażni drugiego językiem, wnet woła: „dość tego1“ i zniewala ich do zgody, a siebie do picia.
Trzeci sługa. W mózgu swoim tem sroższą wywołując wojnę.
Drugi sługa. Takie są następstwa spółki z mocarzami świata; jednoby mi było piastować w ręku bezużyteczną trzcinę, jak berdysz, którego ręka moja nie w stanie byłaby dźwignąć.
Pierwszy sługa. Być powołanym na wielką widownię, a niedostrzeżony w niej gościć, to na jedno wyniesie, co w twarzy dziury mieć miasto oczu. To szpeci wielu.

(Przegrywka. Wchodzą Cezar, Antoniusz, Pompejusz, Lepid, Agrypa, Mecenas, Enobarbus, Menas i inni wodzowie).

Antoniusz (do cezara). To ich obyczaj. Mierzą nurt Nilowy
Kreskami wzdłuż piramid, tej wskazówki
Wysokość lub głębokość, im zwiastuje
Urodzaj lub drożyznę. lin Nil wyższy,
Tem lepsze plony, gdy opadnie, rolnik
Na bruzdę szlamu ziarno swe zasiewa,
I wnet ma żniwo.
Lepid. Macie tam szczególne
Gadziny.
Antoniusz. I zjadliwe.

Lepid. Wasz wąż Egipski, równie jak i krokodyl, rodzą się z mułu Nilowego, ogrzanego promieniami słońca.
Antoniusz. Tak jest.
Pompejusz. Siądźmy! Podajcie w ina! Lepida zdrowie!
Lepid. Chociaż czuję się słabym, dotrzymam wam czoła.
Enobarbus. Póki sen cię nie zmorzy.
Lepid. Te Ptolomeja piramidy, jak słyszałem, mają być wspaniałe budowy.

Menas (na stronie). Jedno słowo,
Pompeju.
Pompejusz (podobnież). Mów do ucha, cóż takiego?

Menas. Wstań z krzesła, wodzu, proszę cię, zaklinam,
Choć jedno słowo.
Pompejusz. Czekaj. — Do Lepida?
Lepid. A wasz krokodyl, cóż to za stworzenie?
Antoniusz. Kształt ma właściwy sobie, grubość
równą objętości, tyle ma wzrostu, ile jest wysoki i
porusza się z pomocą własnych członków. Karmi się
tem, co spożywa, a po śmierci odradza się.
Lepid. Teraz, co do maści.
Antoniusz. Maść jego własna.
Lepid. To ciekawa żmija.
Antoniusz. Tak jest, i łzy ma mokre.
Lepid. Być nie może!
Cezar. No, jeśli opis ten go zadowolili —

Antoniusz. Tak sądzę, bacząc na toast, który Pompejusz wnosi na cześć jego, chyba byłby istnym Epikurejczykiem.

Pompejusz (do Menasa na stronie). Bodajbyś wisiał! Bredzisz! Idź do kata!
Rób co ci każę. — Dajcież mi tę czarę!
Menas (podobnież). Na pamięć moich zasług, racz mię słuchać,
Wstań z krzesła, wodzu.
Pompejusz. Myślę, żeś oszalał.
Cóż, gadaj?

(Odchodzą na stronę).

Menas. Zawszem rudło miał zwrócone
Ku twemu szczęściu.
Pompejusz. Wiernie mi służyłeś,
To prawda. I cóż potem? —
Enobarbus. Tu mielizny,
Lepidzie, toniesz.
Menas. Na te stare blizny,
Czy chcesz być panem świata?
Pompejusz. Co ty mówisz?
Menas. Czy chcesz być panem świata? poraź drugi.
Pompejusz. A w jaki sposób?
Menas. Słuchaj, co ci powiem;
Choć mię ubogim sądzisz, ja twój sługa,
Ja światem cię obdarzę.
Pompejusz. Czyś pijany?

Menas. Mych ust, Pompeju, czara nie dotknęła.
Być możesz, jeśli śmiesz, Jowiszem ziemskim.
Co hądź ocean kąpie, dzień oświeca,
To twojem, jeśli zechcesz.
Pompejusz. A gdzie droga?
Menas. Ci trzej współrządzcy trzech okręgów świata
Są na twej łodzi: pozwól zdjąć kotwicę,
A gdy odbijem, skoczyć im do gardła:
Świat nasz, i oni.
Pompejusz. Ach! to zrobić było
Nic mi nie mówiąc. Dla mnie, to podłością,
Co wyszłoby dla ciebie na zasługę.
Wiedz, że nie korzyść mym honorem rządzi,
Lecz on korzyścią. Żałuj, że te słowa
Zdradziły czyn twój, który bez tej zdrady
Zasłużyłby w przyszłości na pochwałę
A dziś wart jest nagany. Pij, nie gadaj.
Menas (na stronie). Czy tak? twej zguby nie chcę być ofiarą.
Kto szukał, a nie zbierze, gdy wypatrzy,
Ten nigdy nic nie znajdzie.
Pompejusz. Do Lepida!
Antoniusz. Ja go wyręczę. — Na ląd go wynieście.
Enobarbus. Do ciebie, Menas.
Menas. Lat swobodnych dwieście.
Pompejusz. Lej, aż przepełnisz.
Enobarbus. Patrz, to zuch, jak żyje!

(Wskazując na służącego podnoszącego Lepida).

Podnosi trzecią świata część, za szyję.
Menas. Więc trzecia część pijana: bodaj cały,
Koleje szczęścia prędzej by wracały.
Enobarbus. Nasmaruj duszkiem.
Pompejusz. Na Egipskim dworze
Bywało lepiej.
Antoniusz. Tam jest Nil, tu morze. —
Zadzwońmy w czary! w krąg Cezara zdrowie.
Cezar. Co za potrzeba mózg zalewać w głowie,
By jeszcze był mętniejszym.
Antoniusz. To na czasie.

Cezar. Niech czas ci służy, w zbroi lub atłasie;
Lecz ja bym wolał pościć pół tygodnia,
Niż tyle wypić w jednym dniu: to zbrodnia.
Enobarbus. Cóż, naczelniku, póki śmiech pod wąsem,
Czy się nie pozna Rzym z Egipskim pląsem?
Pompejusz. Prosimy.
Antoniusz. Zgoda, wszyscy dłoń do dłoni,
Aż nasze zmysły winna mgła zasłoni
I w Lety zdrój pogrąży.
Enobarbus. Dalej w szyki. —
Niech w słuch i serce bije prąd muzyki.
Ja was ustawię; tej bachantki pienia
Niech każdy wtórzy zgodnie, bez wytchnienia,
I z całej piersi.

(Przygrywka. Enoharbus wszystkich krąg ustawia).
Śpiew.

Chodź, monarcho winopłodny,
Chodź, Bachusie nasz urodny:
W twej beczułce szczęścia kwiat;
Niech twój liść nam skronie wieńczy;
Lej rozkoszy zdrój młodzieńczy,
Aż się w krąg potoczy świat!
Cezar. Cóż nam więcej trzeba? —
Pompeju, dobrej nocy. — Niech was nieba
Snem błogim darzą: żegnam. — Chodź, mój bracie,
Ważniejsze sprawy cierpią na tej stracie
Drogiego czasu. Ty, choć tęga głowa,
Jak winny szczep kulejesz: moje słowa
Lgną jakoś w ustach; wpadliśmy w obłędy
Zbyt pieszcząc się z puharem. Droga tędy. —
Bywajcie zdrowi.
Pompejusz. Na brzeg was wysadzę.
Antoniusz. Najchętniej.
Pompejusz. W ręku masz ojcowską władzę
I dom ojcowski. — Lecz do czasu zgoda.
Na łódkę zemną.
Enobarbus. Strzeżcie się, tam woda. —

(Wychodzą Pompejusz, Cezar, Antoniusz i służba).

My do kajuty, Menas.

Menas. Do kielicha. —
Hej! — kotły, trąby, fletnie, cóż u licha! —
Niech Neptun słyszy, jak cenimy wielce
Tak wielkich ludzi: trąbcież wy, wisielce!

(Zatrąbka).

Enobarbus. Hej, hola! — Za Cezarem, w górę czapka!
Menas. Chodź, kapitanie! jest na spodzie kapka.

(Wychodzą).
Dzieła Wiliama Szekspira T. VII ornament p.51.jpg



AKT TRZECI.

SCENA PIERWSZA.
Pobojowisko, w Syryi.
WENTYDYUSZ wchodzi w zwycięskim orszaku; SYLIUSZ, Rzymianie, rotmistrze i żołnierze w żałobnym pochodzie za zwłokami PAKORUSA.

Wentydyusz. Uległaś, Partyo, mimo strzał zjadliwych,
Wszechwładzy rzymskiej; zgon Krassusa Marka
O pomstę wołał. — Syn twój, Orodesie,
Pakorus mężny, wśród zwycięskich szyków,
Żałobną cześć odbierze.
Syliusz. Wentydyuszu,
Nim ze krwi Partów twoja broń ostygnie,
Puść się za nimi; tropiąc ich przez Medyę,
Mezopotamię, zapędź aż w bezludne
Północne stepy; tak nasz wódz Antoniusz
Na tryumfalny rydwan się podniesie,
I laurem skroń uwieńczy.
Wentydyusz. O Syliuszu!
Jam swoje skończył; wódz podrzędny musi
Na mniejszym czynie przestać; bo pamiętaj,
Że lepiej nic nie zrobić, niż zbyt głośne
Pozyskać imię, gdy nasz pan w namiocie.

I on i Cezar więcej przez podwładnych
Niż siebie ziem zdobyli: Sosyusz, dzielny
Poprzednik mój, namiestnik jego w Syryi,
Za zbytni pospiech w sławy swej rozwoju,
Skaranym został wieczną już niełaską.
Kto więcej sprawi niż naczelnik może,
Za wodza mu się stawia; chęć podbojów.
Żołnierska cnota, woli skryć przegrane,
Niż głosić zdobycz, która jej ubliża.
Dla Antoniusza więcej bym dokonał,
Lecz lękam się urazić, a zasługi
W urazie by przepadły.
Syliusz. Masz to w sobie,
Bez czego żołnierz ledwo się odróżnia
Od swego miecza. List mu przesłać miałeś?
Wentydyusz. Donoszę kornie, com imieniem jego,
Czarownem bojów hasłem, dlań ucznił:
Żem z wojskiem dobrze płatnem i orłami
Niezbitą Partów po dziś dzień konnicę
Za świat przepędził.
Syliusz. Gdzież on teraz bawi?
Wentydyusz. Do Aten dąży, gdzie, jak nam pozwolą;
Z tak ciężkim plonem naszych wojsk obroty,
Zapewne się złączymy. — Naprzód, roty!

(Wychodzą).
SCENA DRUGA.
W Rzymie. Przedpokój u Cezara.
AGRYPA i ENOBARBUS.

Agrypa. Cóż! to przymierze już zawarte święcie?
Enobarbus. Dobili targu: Pompej na okręcie;
Oktawia płacze, klnąc na los okrutny,
Że musi Rzym opuścić; Cezar smutny;
A Lepid, skutkiem uczty, ma błędnicę,
Jak Menas mówi.
Agrypa. Tak poważne lice!
Enobarbus. Tak bystry rozum! Jak on czci Cezara!

Agrypa. Lecz Antoniusza kocha, co niemiara.
Enobarbus. Co, Cezar? bóstwo, Jowisz sam barłogiem.
Agrypa. A co Antoniusz? On Jowisza bogiem.
Enobarbus. Rzecz o Cezarze? Większych serc nie trzeba.
Agrypa. O Antoniuszu? Spadł feniksem z nieba.
Enobarbus. Chcesz wielbić go, mów — Cezar — i nic więcej.
Agrypa. Którego widzi, tego czci goręcej.
Enobarbus. Gdy razem idą, równa w nich zaleta. —
O! serce, język, liczba, wieszcz, poeta,
Krwią, mową, pismem, śpiewem! nie wyrażą
Czem dlań Antoniusz. Przed Cezara twarzą,
Klękajcie ludy, kórzcie się z modłami.
Agrypa. On dla nich, chrząszczem —
Enobarbus. Oni dlań, skrzydłami. —

(Zatrąbka).

Agrypo, żegnam; trąbka na koń woła.
Agrypa. Niech świeże laury w am ozdobią czoła.

(Wchodzą Cezar, Antoniusz, Lepid, Oktawia).

Antoniusz. Już nie pozwolę dalej iść, Cezarze.
Cezar. Zabierasz mi połowę mnie samego:
Mię w niej uszanuj. Siostro, bądź w małżeństwie
Czem jesteś w myśli bratniej, niech twe serce
Z nadmiarem sąd mój spełni. — Antoniuszu,
Niech ten wzór cnoty wpośród nas stojący,
Jak trwały cement naszych serc przymierza,
Nie stanie się taranem tej budowy,
By wyłom w niej otworzyć; lepiej było
Pozbawić się tej spójni, niż ją widzieć
Zmienności twej ofiarą.
Antoniusz. To krzywdząca
Nieufność.
Cezar. Rzekłem.
Antoniusz. Nie, Cezarze, nigdy,
Jakkolwiek o m nie sądzisz, niedopuszezę
Byś taką miał obawę. Niech, bogowie
Do twych zamiarów rzymski lud nakłonią!
Tu się rozejdziem.

Cezar. Siostro, bądź mi zdrowa;
Niech los ci sprzyja wszędzie i we wszystkiem,
Zachowaj myśl pogodną! żegnam ciebie.
Oktawia. Najdroższy bracie! —
Cezar. Kwiecień w twem spojrzeniu,
To wiosna serca. Deszczyk, maj zwiastuje. —
Uspokój się.
Oktawia. Nasz dom odwiedzać raczysz;
I —
Cezar. Cóż, Oktawio?
Oktawia. Powiem ci z osobna.
Antoniusz. Jej serca głos nie słucha, ani serce
Nie śmie nim rządzić; to jak puch łabędzi,
Co nad jeziorem lśniąc barwami tęczy,
I tu i tam się chwieje.
Enobarbus (do Agrypy, na stronie). Cezar jęczy?
Ągrypa. Mgłę ma na czole.
Enobarbus. Tuman się rozpłakał;
Co w koniu plamą, to w Cezarze zakał.
Agrypa. Wszak i Antoniusz nad Juliusza ciałem,
Potwornym rykiem jęknął; sam widziałem
Płacz jego szczery, przy Brutusa stosie.
Enobarbus. Miał wtedy katar tak zawzięty w nosie,
Że kwilił nad tem, co sam zbroił chętnie;
Wierz w to, aż łkaniem w ucho ci zatętnię.
Cezar. Otrzymasz bratni list o każdej dobie;
Czas nie prześcignie myśli mej ku tobie.
Antoniusz. Miłości mej potęgą cię przemogę,
Jak, tym uściskiem.
Cezar. Dość już.
Antoniusz. Teraz, w drogę.
Lepid. Niech roje gwiazd jej podróż błogosławią!
Cezar. Bądź zdrów, bądź zdrowa.

(Całuje Oktawie).

Antoniusz. Czekam cię, Oktawio.

(Zatrąbka. Wychodzą).

SCENA TRZECIA.
W Aleksandryi. Pokój w pałacu.
KLEOPATRA, CHARMION, IRAS i ALEKSAS.

Kleopatra. Gdzie jest ten człowiek?
Aleksas. Drży w służbowej sieni.
Kleopatra. Sprowadzić go tu.

(Posłaniec wchodzi).

Aleksas. Najjaśniejsza ksieni,
Sam Herod nie śmie spojrzeć na królowę,
Gdy twarz jej gniewna.
Kleopatra. Ściąć Heroda głowo
I zaraz przynieść: lecz to chęci płoche,
Antoniusz ich nie spełni. — Zbliż się trochę.
Posłaniec. Co, najjaśniejsza pani, —
Kleopatra. Wszak jej imię
Oktawia?
Posłaniec. Tak jest.
Kleopatra. Gdzieś ją widział?
Posłaniec. W Rzymie.
Patrzałem na nią, gdy w odzieniu szarem
Szła między Antoniuszem i Cezarem.
Kleopatra. Słuszniejsza jest odemnie?
Posłaniec. Gdy urośnie.
Kleopatra. A jak też mówi? cicho, czy donośnie?
Posłaniec. Zazwyczaj cicho: modli się i przędzie.
Kleopatra. To nieźle: długo kochać jej nie będzie.
Charmion. O Izys! kochać? nie, to niepodobna.
Kleopatra. Tak myślę, Charmion: cichy głos i drobna! —
Czy ma wspaniały chód? przypomnij sobie,
Królowę przecież znałeś w mej osobie.
Posłaniec. Chód pełzający; stoi lub się rusza,
To raczej piękny trup niż żywa dusza;
Kamienny posąg, jak w Ramzesa krypcie.
Kleopatra. Czyś pewien?
Posłaniec. Lub sie nie znam.
Charmion. Trzech w Egipcie
Nie znajdziesz takich znawców.

Kleopatra. Bez — wątpienia,
Ma smak wyborny. — Postać jak z kamienia. —
A co do wieku? To wyrachuj ściśle.
Posłaniec. Już wdową po Marcellu. Niech pomyślę. —
A wiec około lat trzydziestu liczę.
Kleopatra. Czy słyszysz, Charmion, w dową! — Jej oblicze
Okrągłe czy podłużne?
Posłaniec. W pół okrągłe,
Jak księżyc w pełni. Lecz ma rysy ściągłe.
Kleopatra. Twarz bez wyrazu; to zapewne gąska. —
Jej włos?
Posłaniec. Jasno brunatny; skroń tak wąska
Jak liść wierzbiny.
Kleopatra. Zbieraj te pieniądze;
Źle cię przyjęłam, dziś cię lepiej sądzę.
Chcę znów do Rzymu cię wyprawić gońcem:
Lepszego posła nie znał nikt pod słońcem.
Na list poczekasz.

(Posłaniec wychodzi).

Charmion. Zda się człek porządny.
Kleopatra. Jest nim w istocie, Charmion, i rozsądny.
Żal mi, żem uszu trochę mu natarła.
Oktawia, to lichota.
Charmion. To pół karła.
Kleopatra. On wie, co jest królewskość, tam jej nie ma.
Charmion. Co jest królewskość, on? Co pani mniema,
On od dzieciństwa w jej usłudze karmion!
Kleopatra. Mam o coś jeszcze go zapytać, — Charmion:
W czytelni mojej sama list mu wręczę.
Antoniusz do mnie wróci.
Charmion. Za to ręczę.

(Wychodzą).
SCENA CZWARTA.
W Atenach. Pokój u Antoniusza.
ANTONIUSZ i OKTAWIA.

Antoniusz. Nie tylko to, jak wiesz, Oktawio droga,
To możnaby przebaczyć, i tysiące

Podobnych krzywd. — lecz wznawia bój z Pompejem
Testament pisze, czyta go przed ludem:
O mnie słów skąpi. Gdy konieczność każe
Należną czcią mi płacić, z chłodnym wstrętem
Przytłumia głos i lichą stopą mierzy.
Z najlepszej sposobności nie — korzysta,.
Lub chwali mię przez zęby.
Oktawia. O mój mężu!
Wszystkiemu nie wierz lub, gdy wątpić trudno
Nie tłómacz na złe. Jeśli to zerwanie
Nastąpić musi, jakiż los mię czeka,
Modlącą się co dzień za obie strony:
Bogowie będą szydzić z mej modlitwy,
Gdy powiem: „Zbawcie męża i obrońcę“!
A zniszczę ją, wołając równie głośno:
„I brata zbawcie11! Brat czy mąż wygrywa,
Z modlitwą wraz przepadam bez ratunku
Pomiędzy tym i tamtym.
Antoniusz. Lecz, Oktawio,
Najszczersza miłość temu się należy,
Kto ją najwyżej ceni. Z mym honorem
Ja życie stracę! Lepiej nie mieć męża,
Niż mieć go tak starganym. Skoro żądasz,
Stań między nami. Przez ten czas, Oktawio,
Gotując się. do walki, może wstrzymam
Wyzwanie twego brata. Spiesz do Rzymu:
Tak ziszczą się twe chęci.
Oktawia. Dzięki tobie.
Niech boska wszechmoc wątłą mię, uczyni
Rozjemcą waszym! On walczący z tobą,
To jakby świat się rozpadł; krocie trupów
Szczeliny nie zapełnią.
Antoniusz. Skoro wątku
Tej kłótni dojdziesz, zwróć twój gniew na sprawce
Gdyż naszych win tak zrównać nie podobna,
Byś równo nam sprzyjała. Do podróży
Przybocznych wybierz; nim na okręt wsiądziesz,
Cobądź zapragniesz, natychmiast mieć będziesz.

(Wychodzą).
SCENA PIĄTA.
Ateny. Druga komnata pałacu. Enobarbus i Eros spotykają się.

Enobarbus. Co słychać przyjacielu?
Eros. Dziwne nadeszły wieści.
Enobarbus. Jakie?
Eros. Cezar i Lepidus wytoczyli wojnę Pompejuszowi.
Enobarbus. Rzecz stara; jakiż uwieńczył ją skutek?
Eros. Cezar, który posiłkował się Lepidem przeciwko Pompejuszowi, wyparł się z nim spółki i nie chce się z nim dzielić zdobytymi wawrzynami. Nie dość tego. Oskarżył go o znoszenie się poprzednie z Pompejuszem i uwięził go. Śmierć chyba wyswobodzi biednego tryumwira.

Enobarbus. Świat więc już tylko parę szczęk posiada,
Wrzuć między nie cokolwiek wojna zjada,
Wciąż gryść się będą. Gdzie Antoniusz, dziecię?
Eros. W ogrodzie się przechadza — rwie i gniecie,
Co wpadnie mu pod rękę: „To ten głupiec,
To Lepid!“ — woła: radby żywcem upiec
Setnika, który śmiał Pompeja zgładzić.
Enobarbus. Już flotę zbroi.
Eros. Sam ją ma prowadzić.
Chce bić Cezara, Rzymian, co się zmieści.
A wzywa cię na radę, moje wieści
Odkładam więc n a później.
Enobarbus. Znowu spory
O jakieś bzdurstwo. — Ludzie, to upiory.

(Wychodzą).
SCENA SZÓSTA.
Pokój w domu Cezara.
CEZAR, AGRYPA i MECENAS.

Cezar. W pogardzie Rzymu działa wciąż, co więcej,
Tak sprawił się niedawno w Aleksandryi.
W targowym rynku, na podstawie srebrnej,
W złocistych krzesłach, on i Kleopatra,

Zabrali miejsce, u ich stóp Cezarion,
Juliusza synem błędnie przez nich zwany,
I cały ród nieprawy, bo wynikły
Z dziewięciu lat rozpusty. Swej kochance
Zostawił rząd Egiptu, nazwał panią
Udzielną i królową Cypru, Lidyi
I niższej Syryi.
Mecenas. Czy to w obec ludu?
Cezar. Na rynku, gdzie przeglądy wojsk odbywa.
Królami królów synów swych ogłosił,
Aleksandrowi dał Armenię, Partyę
I wielką Medyę, dział zaś Ptolomeja
Cylicya, Syrya i Fenicya. Ona
Zjawiła się w Izydy boskiej stroju,
Rozumiesz, w którym, jak donoszą gońce,
Już często ją widziano.
Mecenas. Daj Rzymowi
Znać o tem.
Agrypa. Rzym, znużony do ckliwości
Zuchwalstwem jego, już mu nieprzychylny.
Cezar. Lud wie o wszystkiem, znowu dziś odbiera.
Skarżące listy.
Agrypa. Kogoż on oskarża?
Cezar. Cezara, o to, żem z Sycylii rządów
Pompeja złupił, a nie przyznał jemu
Należnej części, dalej, żem nie zwrócił
Przysłanych mi okrętów, łaje, wreszcie,
Za odsunięcie od tryumwiratu
Lepida, i zabranie mu przychodów
Na własny skarb.
Agrypa. To zarzut niegodziwy,
Bez odpowiedzi tego znieść nie można.
Cezar. Przez umyślnego już mu ją posłałem.
Tryumwir — rzekłem — za okrutne czyny,
Za nadużycie swej wysokiej władzy,
Na stratę jej zasłużył. Co do wyspy,
Część jej odbierze, byle mi w Armenii
I w innych państwach, które sam owładnął,
Wyznaczył moją.
Mecenas. Na to nie przystanie.

Cezar. Tak też na jego. zgadzam się żądanie.

(Wchodzi Oktawia z małym orszakiem).

Oktawia. Mój bracie, witaj! tobie cześć, Cezarze!
Cezar. Czym się spodziewał zwać cię odrzuconą!
Okiawia. Tak mię nie nazwiesz, panie, bez powodu.
Cezar. Cóż mogło zajść? Nie jak Cezara siostra
Powracasz do nas, Antoniusza żonie
Za przednią straż huf cały mieć przystało,
Rumaków rżenie winno jej przybycie
Z daleka głosić, drzewa nad gościńcem
Żyjącą mieć osadę, tłum stęskniony
Przyspieszać jej zjawienie, nawet ziemia
Wzruszona stopą licznych jej szeregów
Aż w niebo prochem ciskać. Gdy tymczasem
Do Rzymu wchodzisz jak przekupka biedna,
Uprzedzasz z góry objaw mej miłości
Bez niego płonnej, radbym cię powitać
Na morzu i na lądzie, w każdym kroku
Hołd wyższy niosąc.
Oktawia. Panie zbyt łaskawy,
Przybywam tak nie z musu, lecz to czynię
Z mej własnej woli. Mąż mój, gdy zasłyszał,
Że zbroisz się na wojnę, raczył zemną
Podzielić się tą wieścią i zezwolił
Na powrót mój do Rzymu.
Cezar. Zbyt skwapliwie,
Boś między nim stanęła i nierządem.
Oktawia. O, nie mów tego.
Cezar. Wiem już co zamyśla,
Postępki jego z wiatrem mię dochodzą.
Gdzież teraz bawi?
Oktawia. Jest w Atenach, panie.
Cezar. Nie, siostro, tyś skrzywdzona, Kleopatra
Skinieniem go zwabiła, tej sprośnicy
On rząd swój oddał, i oboje wiodą
Pół świata na tę wojnę. Już zebrani
Król Libii Bochus, przy nim Archelaus
Król Kapadocyi, jest król Paflagonii
Filadelf, dalej Tracyi król Abdallas,
Arabii Malchus i Judejski Herod,

Król Pontu, a Mitrydat Komageny,
Polemon i Amintas, ten król Medyi,
Ten Likaonii, że nie wspomnę wielu
Mniej znanych sprzymierzeńców.
Oktąwia. O nieszczęsna,.
Żem rozdzieliła serce na dwie części,
Tak wstrętne jedna drugiej!
Cezar. Ta ci wierna.
Twym listom zadość, długom się ociągał,
Aż wielkość twej zniewagi mnie znagliła
Do przyspieszenia zemsty. Bądź spokojna,
Otrzymasz ją zupełną, jakiekolwiek
Nad twojem szczęściem czas gromadzi burze,
Niech rzeczy pójdą bez przeszkody, torem
Przez los wytkniętym. Dziś cię Rzym pozdrawia.
Tyś droższą mi nad wszystko. Twoja krzywda
Przechodzi zakres myśli, a bogowie
Wzywają nas i wszystkich nam przyjaznych,
By słuszność ci wyrządzić. Twoja sprawa
Jest naszą sprawą.
Agrypa. I całego Rzymu.
Mecenas. Witamy cię, Oktawio. Co ma serce,
To wszystko ciebie kocha i poważa,
Antoniusz sam, ten cudzołożnik hardy,
W rozpuście swej zagrzęzły, cię odtrąca,
I rządy swe powierza zalotnicy,
Przeciwko nam wichrzącej.
Oktawia. Czy być może?
Cezar. Bądź o tem pewna. Zbrodni tej zbyt ostro
Nie możem skarcić. Chodź, najmilsza siostro.

(Wychodzą).
SCENA SIÓDMA.
Obóz Antoniusza, nad przylądkiem Actium.
KLEOPATRA i ENOBARBUS.

Kleopatra. Ja chcę się zemścić, zanim gniew mój zgaśnie.
Enobarbus. Lecz za co, za co, za co?

Kleopatra. Za to właśnie
Żeś mię w obozie, przed wodzami kilku,
Szkodliwą mienił.
Enobarbus. Za to, za to tylko?
Kleopatra. Gzy więcej trzeba? skądże, to mi dowiedź,
Nie wolno mi tu zostać?
Enobarbus (na strome). Mam odpowiedź —
Jeżeli z jazdą klaczy pułk przybędzie,
Na cóż rumaki? każdą klacz dosiędzie
Wierzchowiec, z jeźdzcem.
Kleopatra. Śmieszysz mię, cóż potem?
Enobarbus. Okropnym dla nas będziesz tu kłopotem,
Nasz wódz nadwątli serce swe olbrzymie,
Czas, mózg i zdrowie. Już go łają w Rzymie
Za lekkomyślność. Wojskiem, jak tam sądzą,
Rzezaniec Fotyn i kokoszki rządzą.
Kleopatra. Niech Rzym przepadnie, niech języki zwiędną,
Co mnie szkalują, mnie wśród was niezbędną!
Mnie, com powinna, z królów krwi królowa,
Dać przykład mężom! Dość już, ani słowa,
Ja wam dostoję.
Enobarbus. Wara z nią szermierzyć.
Otóż naczelnik.

(Antoniusz wchodzi z Kanidyuszem).

Antoniusz. Któżby śmiał uwierzyć,
Że pominąwszy Tarent i Brundusium,
Jońskiego morza rozciął już obszary
I Toryn zabrał? — Wiesz o tem, kochana?
Kleopatra. Wiem, że pospiechu nikt nie ceni więcej
Niż opieszały.
Antoniusz. Przekąs nie pośledni,
Bo najczujniejszym przystałby rycerzom,
W zgromieniu gnuśnych. — A więc, Kanidyuszu,
Spotkamy się na morzu.
Kleopatra. Gdzieżby lepiej?
Kanidyusz. Na morzu, czemu?
Antoniusz. Bo mię tam wyzywa.
Enobarbus. Wyzwanie twoje nieraz już odrzucił.
Kanidyusz. Gdyś chciał odnowić tę Farsalską bitwę,
Gdzie Cezar zniósł Pompeja, on przeczuwał

Nierówną walkę, więc ustąpił śmiało,
Tak z nim dziś uczyń.
Enobarbus. Nędzne masz osady,
Majtkowie to mulnicy lub żniwiarze,
Spędzeni pod naciskiem, gdy u niego
Są ci, co dawniej bili się Z Pompejem.
Ich statki zwrotne, twoje są przysiadłe,
Bez hańby więc odmówisz morską walkę,
Gdy stajesz mu na lądzie.
Antoniusz. Nie, na morzu.
Enobarhus. Przezacny wodzu, sam niweczysz przeto
Stanowczą wyższość, jaką masz na lądzie,
Rozdzielasz zastęp twój, złożony zwłaszcza
Z piechoty bitnej, tracisz bez użytku
Tak słynną twą świadomość, i pomijasz
Jedyną pewną drogę do zwycięstwa,
By wszystko rzucić na bezdenną szalę
Zwodniczych nurtów.
Antoniusz. Nie, na morzu sprawa.
Kleopatra. Sześćdziesiąt statków ja postawię w rzędzie.
Antoniusz. Spalimy nadmiar floty, co zostanie,
Z osadą pełną, pod przylądkiem Actium
Rzucimy na Cezara; po przegranej,

(Posłaniec wchodzi).

Dopiero rzecz na lądzie. — Co mi niesiesz?
Posłaniec. Wieść była słuszną. Cezar jest w pobliżu,
A Toryn wzięty.
Antoniusz. Co, już? niepodobna,
I z całem wojskiem? — Niech Kanidyusz weźmie
Legionów dziewiętnaście i dwanaście
Tysięcy jazdy, my na statek z tobą.

(Wchodzi Skarus).

Tetydo piękna! — Skarus, zbliż się śmiało!
Skarus. Prześwietny wodzu, chroń się walki morskiej,
Nie wierz spróchniałym deskom. Masz w usłudze
Ten miecz, te moje blizny! Niech tam kaczki
Egipskie lub Fenickie nurkiem płyną,
My zwykliśmy po ziemi, co nas płodzi,
Krok w krok za wrogiem stąpać.

Antoniusz. Precz! — Do łodzi.

(Wychodzą Antoniusz, Kleopatra i Enoharbus).

Skarus. Na Herkulesa, prawdę mu wyrzekłem.
Kanidyusz. Cóż z tego, jeśli prawda nim nie rządzi.
Nasz wódz jest wiedzion: wierzchem są kobiety,
A my na spodzie.
Skarus. Wszak legionów pieszych
I całej jazdy oddał wam dowództwo?
Kanidyusz. Oktawiusz Marek i Justejus drugi,
Publikola i Celius mają morze;
Ja wszystko co na lądzie. Lot Cezara,
To jak lot orli.
Skarus. On był jeszcze w Ezymie,
A wojsko szło drobnymi oddziałam i,
By zwiady zmylić.
Kanidyusz. Kto pod nim dowodzi?
Skarus. Jak słyszę, Taurus.
Kanidyusz. Z tym nie łatwa sprawa.
Posłaniec (wchodząc). Naczelnik prosi.
Kanidyusz. Sądnym dniem brzemienny,
Czas wszystko zmienia, chociaż sam niezmienny.

(Wychodzą).
SCENA ÓSMA.
Równina, w pobliżu Actium.
CEZAR, TAURUS, rotmistrze i inni.

Cezar. Gdzie Taurus?
Taurus. Służę.
Cezar. Stój w odwodzie słupem,
Nie ruszaj stąd, aż wrócę z morskim łupem.
Masz na tej karcie treść rozkazu ścisłą:
Od jednej stawki wszystko dziś zawisło.

(Wychodzą).
(Wchodzą Antoniusz i Enobarbus).

Antoniusz. Ustawisz flotę pod przylądku brzegiem,

Ku ziemi wklęsłym łamiąc ją szeregiem;
</poem>

Cezara łodzie stąd policzym snadnie,
I według tego natrzem jak wypadnie.

(Wchodzą z jednej strony KANIDYUSZ z piechotą w glebi; z drugiej TAURUS, namiestnik Cezara. Po ich wejściu, słychać wrzawę bitwy morskiej. — Odgłos trąb i kotłów).

Enobarbus (wracając). Skończona rzecz! Wstyd oczy mi wyjada.
Egipski prom naczelny, Antoniada,
W sześćdziesiąt żagli, zwraca ster i ginie:
Aż mi się ćmi.
Skarus (wchodząc). Bogowie i boginie,
Z Olimpu całym zborem!
Enobarbus. Cóż, u kata?
Skarus. Przegraliśmy najdroższy klejnot świata:
Za całus tracim w hańbie i ohydzie
Królestwa i prowincye.
Enobarbus. Jak tam idzie?
Skarus. Najlepiej dla Cezara, jakby piekło
Z nim się sprzysięgło. Niech tę szkapę wściekłą
Egipski trąd roztoczy! ćma przeklęta!
Gdy los się z losem ważył, jak bliźnięta
Podobne sobie, nam się lepiej wiodło; —
Jak w czerwcu krowę coś ją tam ubodło,
Zwróciła ster i pierzchła.
Enobarbus. To widziałem:
Oślepłem prawie patrząc, i musiałem
Aż oczy zmrużyć.
Skarus. Gdy ta sprosna mara
Zniknęła, wódz nasz, złudzeń jej ofiara,
Jak dziki kaczor, gdy go spłoszą sieci,
Wśród najzaciętszej — w alki za nią leci.
Jeszczem nie widział tak szpetnego czynu:
Rozwaga, męstwo, wodzów cześć i gminu
Nie były tak splamione.
Enobarbus. Biada, biada!
Kanidyusz (wchodząc). Nasz los na morzu tchnieniem już nie włada
I tonie bez ratunku. Gdyby raczej
Wódz mię był słuchał, poszłoby inaczej.
O! dał nam wzór ucieczki swym przykładem,
Na wpół zwycięstwa.

Enobarbus. Tym idziecie śladem?
Więc bywaj zdrów.
Kanidyusz. My do Peloponezu
Żeglujem.
Skarus. Droga łatwa: z pod Efezu
Za wami zdążę.
Enobarbus. Więc bywajcie zdrowi;
Szczęśliwa droga.
Kanidyusz. Ja zdam Cezarowi
Legiony z jazdą; już mu się w niewolę
Oddało sześciu królów.
Enobarbus. Ja zaś wolę
Zwichniętej sprawie służyć, choć rozwaga
Tam zbiegów ciągnie, gdzie się szczęście wzmaga.

(Wychodzą).
SCENA DZIEWIĄTA.
W Aleksandryi. Pokój w pałacu.
ANTONIUSZ i służba.

Antoniusz. Słyszycie! ziemia wichrzy się podemną.
Ze wstydu, że mię znosi. — Chodźcie bliżej,
Takem zapóźnił się w żegludze życia,
Żem zbłądził od przystani. — Mam galerę
Ładowną złotem, weźcie ją, rozdzielcie,
I zgódźcie się z Cezarem.
Słudzy. My? O, nigdy!
Antoniusz. Ja sam uciekłem, jam nauczył tchórzów
Jak wrogom tył podawać. — Przyjaciele,
Odstąpcie mię; wybrałem się w przeprawę,
Do której was nie trzeba; bądźcie zdrowi: —
Mój skarb jest na zatoce, weźcie wszystko. —
Przed tem, com kochał, dziś się płonić muszę;
Aż włos mój się buntuje; gdyż ten siwy
Czarnego lży za prędkość, czarny łaje
Siwego za lenistwo — Przed rozstaniem,
Weźmiecie pismo do przyjaciół, które
Wstęp Rzymu wam otworzy. Bez wyrzutów
Lub odpowiedzi wstrętnych się rozejdziem;

Porzućcie tego, kto się sam porzuca.
Uwłaszczam was tym skarbem i tą łodzią.
Zostawcie mię samego: jam bezwładny,
Rozkazać już nie mogę, więc was proszę:
Odejdzie stąd. Pokrótce się zobaczym.

(Siada).
(Wchodzi EROS; IRAS i CHARMION prowadzące KLEOPATRĘ).

Eros. Łaskawa pani, zbliż się doń, z pociechą.
Iras. To on, królowo.
Charmion. Przystąp, cóż ci wzbrania?
Kleopatra. Pozwólcie, niech usiądę. O Junono!
Antoniusz. Nie, nie, nie, nie.
Eros. Racz spojrzeć.
Antoniusz. Tfu, to hańba!
Charmion. O pani —
Iras O królowo! —
Eros. Naczelniku —
Antoniusz. Naczelnik, ja? — Gdy pod Filippi trzymał
Swój miecz jak istny tancerz, jam na odlew
Zwiędłego ściął Kasyusza; jam szlachetną
Brutusa krew wytoczył: on jedynie
Przez wodzów swych zwyciężał, bez żadnego
Poczucia wojny; teraz — o to mniejsza.
Kleopatra. Pomóżcie mi.
Eros. Królowa, Kleopatra.
Iras. Bacz podejść trochę, przemów coś od serca:
On przygnębiony wstydem.
Kleopatra. O? nie mogę.
Eros. Przezacny wodzu, wstań; królowa idzie:
Jej skroń się słania, śmierć ją chwyci, jeśli
Nie wesprzez jej otuchą.
Antoniusz. Nieuczciwie
Nazwisko me splamiłem.
Eros. To królowa.
Antoniusz. Gdzieś mię zawiodła, ty egipska wiedźmo?
Patrz, nie chcąc tobie w oczy pluć mym sromem,
Odwracam się, i widzę po za sobą
To wszystko, com zniesławił.

Kleopatra. Przebacz, panie,
Trwożliwym żaglom: ani śnić bym mogła,
Że za mną zbiegniesz.
Antoniusz. Owszem, tyś wiedziała,
Że do twej łodzi serce to przykute,
Pociągniesz tam, gdzie zechcesz: znałaś twoją
Przewagę nad mym duchem; tyś wiedziała,
Że mię skinieniem zmusisz do zdeptania
Bozkazu bogów.
Kleopatra. Przebacz!
Antoniusz. Dziś mi trzeba
Do niedorostka korne słać błagania,
W matactwach podłych czołgać się przed wrogiem,
Mnie, com pół-światem trząsał dla rozrywki,
Niwecząc to, com stworzył. Tyś wiedziała,
Żem był zdobyczą twoją; że stępione
Płomieniem żądzy miecz ten i to ramię
We wszystkiem ci służyły.
Kleopatra. Przebacz, panie.
Antoniusz. Ni jednej łzy; O! jedna z nich przeważa,
Com zyskał lub utracił. Całus jeden
Opłaca mi świat cały. — Gdzie Eufroniusz,
Przewodnik dzieci? — Ołów mam na sercu. —
Dać wina i wieczerzę! — O Fortuno,
Drwię z twoich ciosów, aż niebiosa runą.

(Wychodzą).
SCENA DZIESIĄTA.
Obóz Cezara w Egipcie.
CEZAR, DOLABELA, TYREUSZ i inni.

Cezar. Niech Antoniusza zjawi się posłaniec. —
Czy znacie go?
Dolabela. To nauczyciel dziatek:
Snać oskubany z pierza, gdy do ciebie
Tak liche piórko skrzydeł swych wysyła,
On, co miał ciżbę królów na rozkazy,
Zaledwie miesiąc temu.

(Wchodzi Eufroniusz).

Cezar. Chodź, mów śmiało.
Eufroniusz. Antoniusz, pan mój, szle mię do Cezara:
Mię com tak drobne miał przy nim znaczenie,
Co kropla rosy na mirtowym liściu
Przy oceanie.
Cezar. Dosyć słów. Do rzeczy.
Eufroniusz. Wszechwładnym panem cię wódz nasz pozdrawia:
Chce żyć w Egipcie; w razie zaś odmowy,
Swą prośbę ścieśnia, prosząc o to tylko,
By wolnym był oddychać między niebem
A ziemią, jako prosty mąż w Atenach;
Zaś Kleopatra, ufna twej opiece,
Poddaje się twej mocy, lecz uprasza
O Ptolomejów berło dla swych dzieci,
Od dziś dnia twych lenników.
Cezar. Co do niego,
Nie słuchani nawet jego próśb. Królowej
Nie zbędzie na mych względach; byle tylko
Zausznik jej z Egiptu był wygnanym
Lub życie stracił: jeśli to wykona,
Jej chęć się spełni czynem. Gdzie Tyreusz?
Eufroniusz. Szczęść ci Furtuno.
Cezar. Dać mu wolne przejście.

(Eufroniusz wychodzi. — Do Tyreusza).

Dla twej wymowy masz otwarte pole;
Odstręczyć masz królowę od wspólnika:
Nie szczędź obietnic; daj co tylko zechce,
Co wreszcie sam wymyślisz. Płeć niewieścia
W najlepszej doli wątła, lecz w nieszczęściu
Westalka wiarę złamie. Bądź przezorny,
Wyznaczysz sam zapłatę za twe trudy,
Ja zaś uświęcę prawem.
Tyreusz. Do twej woli.
Cezar. Uważaj jak on znosi swą przegranę,
Przez jakie czyny jego myśl objawia
Zamiary dalsze. Cezar cię pozdrawia.

(Wychodzą).
SCENA JEDENASTA.
W Aleksandryi. Pokój w pałacu.
KLEOPATRA, ENOBARBUS, CHARMION i IRAS.

Kleopatra. Co mamy począć?
Enobarbus. Dumać i umierać.
Kleopatra. Kto w tem winniejszy?
Enobarbus. Że się nie chcę spierać,
Więc on, Antoniusz, bo w nim żądza wściekła
Przemogła rozum. Czemu, gdyś uciekła
Z tej wielkiej walki, gdy się dwa zastępy
Straszyły wzajem jak zażarte sępy,
Zbiegł za twym śladem? Czy nie była świętsza
Powinność wodza nad zachcianki wnętrza;
I to w tej chwili, gdy się świat ze światem
O niego ścierał. To sromotą zatem
Niemniej jak zgubą, czepiać się twej flagi
W obliczu całej floty.
Kleopatra. O! zniewagi!

(Antoniusz wchodzi z Eufroniuszem).

Antoniusz. Czy taką dał odpowiedź?
Eufroniusz. Taką, panie.
Antoniusz. Jej samej względy, nam śmierć lub wygnanie.
Eufroniusz. Lub to lub tamto.
Antoniusz. Sprawę zdać jej trzeba. —
Przed niedorostkiem rzuć tę siwą głowę,
On za to zgórą chęci twe wypełni
Państwami Wschodu.
Kleopatra. Co, tę głowę twoją?
Antoniusz. Wróć do Cezara. Powiedz, że go zdobi
Młodzieńcza róża, której woń zwiastuje
Najrzadsze cnoty: skarb, legiony, statki,
To wszystko tchórz mieć może: a wodzowie
Bić się tak dobrze pod chłopięcia znakiem,
Jak pod Cezara: zatem go wyzywam,
Złożywszy pychę tych korzyści świetnych,
By zmierzył się z upadłym Antoniuszem;
Miecz z mieczem, oko w oko. Chodź, napiszę.

(Antoniusz wychodzi z Eufroniuszem.).

Enobarbus. Tak, bardzo — wierze, iż zwycięzca możny
Wda się z szermierzem, jak ów drab narożny
Z podobnym sobie. — Snać rozsądek ludzi
Z ich szczęściem złączon; mózg niedola studzi,
A blask zewnętrzny zwykł za sobą gubić
Wewnętrzną godność. Jakże mógł się chlubić,
By Cezar nadmiar swej potęgi raczył
Zlać z jego próżnią! — Wielki duch się spaczył
W tej wielkiej klęsce.
Służący (wchodziło). Od Cezara goniec.
Kleopatra. Bez prośby wstępnej? — To wielkości koniec.
Przed zwiędłą różą ten dziś węchu skąpi,
Co klęczał przed jej pączkiem. — Niech przystąpi.
Enolbarbus (na stronie). Uczciwość moja ze mną spór wytacza.
Bo wierność dla szaleńców przeistacza
W szaleństwo naszą wiarę, choć kto wiernie
Uprawia rolę, gdzie mu płacą ciernie.
Krajowi służąc po zdarzonej klęsce,
Zwycięzcom jego staje za zwycięzcę,
I w dziejach się uwiecznia.

(Tyreusz wchodzi).

Kleopatra. Cezar żąda?
Tyreusz. Z osobna powiem.
Kleopatra. Dwór na cię spogląda,.
Mów śmiało.
Tyreusz. Czy przed Antoniusza dworem?
Enobarbus. On tylu ma przyjaciół i z honorem,
Co Cezar szpiegów. Jeśli pan twój skłonny,
Wódz pójdzie doń z ochotą i bezbronny,
My zaś gotowi, taka w nas ofiara,
Pójść za nim wszędzie, choćby do Cezara.
Tyreusz. Czy tak? — Więc, pani, Cezar cię zaklina,
Byś na to jedno miała dziś baczenie,
Iż Cezar jest Cezarem.
Kleopatra. To rzecz jawna.
Tyreusz. On wie, żeś z Antoniuszem nie miłością
Związana, lecz bojaźnią.
Kleopatra. O!

Tyreusz. Więc blizny
Na twym honorze budzą w nim współczucie,
Bo skutkiem są przemocy.
Kleopatra. On jest bogiem,
On wie, co prawdą. Ta stęskniona dusza
Zdobyta, nie oddana.
Enoharbus (na stronie). Antoniusza
Zapytam o to. — Wodzu, twe okręty
Tak skołatane, że najdroższe sprzęty
Spadają w morze.

(Wychodzi).

Tyreusz. Czy mam przed Cezarem
Obwieścić, czego żądasz? On zachęca
Twą prośbę, by ją spełnić. Wielce pragnie,
Byś jego berło wzięła za podporę
Dla własnej doli, lecz rad mieć przezemnie
Wiadomość, iż porzucasz Antoniusza
I chronisz się pod opiekuńcze skrzydło
Wszechwładzcy świata.
Kleopatra. Jakże ci na imię?
Tyreusz. Tyreusz, pani.
Kleopatra. Mój wymowny gościu,
Zdaj Cezarowi to: Iż przez zastępcę
Wszechwładną dłoń całuję, żem gotowa
Koronę złożyć klęcząc u stóp jego,
Że los Egiptu sam wszechmocnym głosem
Oznajmić raczy.
Tyreusz. Zamiar to szlachetny,
Gdy mądrość walczy z losem jej przeciwnym,
A tyle śmie, co może, żadna klęska
Jej nie dosięgnie. Niech mi będzie wolno
Dłoń ucałować.
Kleopatra. Juliusz, wzór Cezara,
Gdy miał na myśli zgarnąć z niej królestwo,
Przykładał usta do tej kornej dłoni,
Aż mdlał całując.

(Wchodzi Antoniusz i Enobarbus).

Antoniusz. Cóż to, do pioruna! —
Coś ty za jeden?

Tyreusz. Ja wypełniam ściśle
Co mi przykazał ten, kto swej potęgi
Jest najgodniejszym.
Enobarbus. Ty dostaniesz cięgi.
Antoniusz. Tu, chodźcie. — A ty sępie! — Wy złoczyńce!
Już mię odbiegli; dawniej, gdym zawołał,
Tłum królów do mnie pędził na wyścigi,
Chwytając w lot rozkazy. Czy słyszycie?

(Służący wchodzą).

Jam jest Antoniusz. Wziąć oćwiczyć trutnia.
Enobarbus. Łatwiejsza z lwiątkiem, niż lwem starym kłótnia,
Gdy ranny zwłaszcza.
Antoniusz. Piekło i niebiosa!
Zbić go. — Gdybym którego z tych dwudziestu
Wielmożnych sług Cezara, widział kiedy
Tak śmiałym z ręką tej — jakże, się zowie,
Ta dawniej Kleopatra — zbić go, chłopcy,
Aż jak łobuza twarz mu się wykrzywi,
I łkać i skomleć będzie. Precz z tym łotrem!
Tyreusz. O, Marku Antoniuszu —
Antoniusz. Ściąć rózgami
I wrócić tu. — Cezara pełnomocnik
Odpowiedź weźmie. —

(Wychodzą służący z Tyreuszem).

Zanim cię poznałem,
Już byłaś na wpół zwiędłą, ty niegodna!
Dziewicze łoże czym zostawił w Rzymie,
Czym wyrzekł się być ojcem prawych dzieci,
Z najświętszej żony, by mię ta zhańbiła,
Co mizdrzy się włóczęgom?
Kleopatra. Antoniuszu —
Antoniusz. Wietrznicą zawsze byłaś i dziś jeszcze.
Lecz gdy w narowach stajem się niezgieci,
(O nędzo!) Jowisz oczy nam zasklepia,
Sąd zdrowy tarza w brudzie i zniewala
Czcić własne błędy, szydząc z nas, gdy lecim
Na oślep w otchłań.
Kleopatra. Aż do tego przyszło?

Antoniusz. Poznałem cię ogryzkiem już ostygłym
Z Juliusza stołu, nie, okruchem ojca
Pompeja, że nie wspomnę chwil rozkoszy,
Niezaciągniętych do powszechnej wieści,
A ślubom twym skradzionych, bom jest pewien.
Że jeśli się domyślasz co jest cnota,
Znać jej nie możesz.
Kleopatra. Przecież znam i ciebie!
Antoniusz. Dozwolić, by najemnik, co ci powie
Za grosz: „Bóg zapłać!“ tak się poufalił
Z tą ręką, mem pieścidłem, z tym sygnetem.
Królewskich serc ofiarą! — O! niech wstąpię
Na wzgórze Bazan, gdzie zagłuszę jękiem
Ryczące trzody, bom skrzywdzony dziko,
Bo miałbym postać, żaląc się po ludzku,
Wisielca, który, gdy mu sznur zarzuca,
Wysławia zręczność kata. —

(Służący wracają z Tyreuszem).

Czy wziął w skórę?
Pierwszy służący. Porządnie.
Antoniusz. Krzyczał?
Pierwszy służący. W głos o litość prosił.
Antoniusz. Jeżeli ojca masz, niech pożałuje,
Źe córką cię nie spłodził, ty podobnie,
Żeś twego pana chlubił się zwycięstwem,
Boś za to rózgi dostał. Od tej chwili
Niech biała rączka wprawia cię w omdlenie;
Drżyj, gdy ją zoczysz. — Wracaj do Cezara,
Opowiedz mu coś wskórał, niech się strzeże,
By więcej mię nie jątrzył, gdyż niepomny
Na to, com był, znieważać to, czem jestem,
To niecnie i zuchwale. On mię drażni,
W tej chwili właśnie, gdy się mnie nie lęka,
Gdy szczęsne gwiazdy, co mię dotąd wiodły,
Zboczywszy z dróg odwiecznych, swoje blaski
Rzuciły w piekło. Jeśli się oburzy
Na to, co mówię i co czynię, wszakże
Jest przy nim Hiparch, to mój wyzwoleniec,
Niech każe go powiesić, ściąć, umęczyć,

Do woli, dla odwetu. Spraw się dobrze,
A teraz precz, uciekaj!

(Tyreusz wychodzi).

Kleopatra. Czy skończyłeś?
Antoniusz. Niestety! księżyc nasz zaćmieniem świadczy
Upadek Antoniusza.
Kleopatra. Ja poczekam.
Antoniusz. By schlebiać panu, wdać się ze służalcem,
Co szaty mu przypina!
Kleopatra. On mię krzywdzi!
Antoniusz. Twe serce dla mnie z lodu!
Kleopatra. Ach, okrutny!
Niech piorun lód ten w ostry grad roztłucze,
Zatruje żółcią i niech pierwsze ziarno,
W mą pierś wrzucone, stopi się z mem życiem!
W skroń Cezariona drugi niech ugodzi,
Aż wszystkie żywe mojej krwi pamiątki,
Wraz z całą rzeszą mych Egipcyan dzielnych,
Pod gradobiciem tej śmiertelnej burzy
Bez grobu legną, póki much i gadów
Nilowych nie nakarmią!
Antoniusz. Milcz, już dosyć.
Pod Aleksandryą Cezar się rozłożył,
Więc z bliska się rozprawim. Wojsko piesze
Cios wytrzymało, flota zaś w rozsypce
Zebrawszy się wspaniale nurty pruje.
O gdzieżeś był, mój duchu? — Kleopatro,
Ażali z pola jeszcze raz powrócę,
Uściśniesz mię zlanego krwią mych wrogów,
Ten sierp mi zbierze plon wieczystej sławy,
Tu jest nadzieja.
Kleopatra. Oto znów mój luby!
Antoniusz. Muszkuły, serce, zmysły się potroją,
Bić będą ślepo. Gdy me dni płynęły
Szczęśliwie, świetnie, lada żart wytrącał
Zabójczy topór, dziś zacisnę zęby
I w piekło poszlę, co mi się nawinie. —
Chodź, jeszcze noc wesołą. — Każę zwołać
Rotmistrzów smętnych, będziem pić do koła,
Aż kur zapieje.

Kleopatra. Dzień urodzin moich
Przepłakać miałam, lecz gdy pan mój znowu
Jest Antoniuszem, jam jest Kleopatrą..
Antoniusz. Pogodzim się serdecznie.
Kleopatra. Na wieczerzę
Zaprosić wodzów.
Antoniusz. Rad im będę szczerze,
Aż przez ich rany wino się przeciśnie.
Mam ogień w żyłach. Jutro, gdy, dzień, błyśnie, —
Śmierć we mnie się rozkocha, bo, z jej — kosą
Ten miecz chcę zbratać, krwi przelanej rosą.

(Wychodzą Antoniusz, Kleopatra i służba).

Enobarbus. On teraz piorun zwalczy. Wściec się w boju,
To strachem strach odpędzić; w tym nastroju,
Turkawka strusia dziobnie. Stąd wynika,
Że gdy się ścieśnia mózg u naczelnika
Duch w sercu rośnie. Szał, gdy rozum grzebie,
Połyka miecz, co służy mu w potrzebie.
Zostawię go szczęśliwej Kleopatrze,
Pewniejszą służbę jutro sam wypatrzę.

(Wychodzi).
Dzieła Wiliama Szekspira T. IV ornament p.472.jpg



AKT CZWARTY.

SCENA PIERWSZA.
Obóz Cezara pod Aleksandryą.
CEZAR, czytając list; AGRYPA, MECENAS i inni.

Cezar. Zwie mię chłopięciem, lży bezsilną groźbą,
Że wygna mię z Egiptu; mego sługę
Oćwiczyć kazał, wyzwał mię na rękę.
Ja bić się z nim: niech wie lubieżnik stary,

Że zginąć tak nie myślę; że tymczasem
Z gróźb jego szydzę.
Mecenas. Cezar niech rozważy,
Że gdy się wsciecze taki mąż, widocznie
Ostatkiem goni. Nie daj mu wytchnienia,
Korzystaj z jego błędów. Mózg bezwiedny,
To dom bez stróża.
Cezar. Racz oznajmić wodzom,
Że jutro chcemy z tylu walk pamiętnych
Ostatnią stoczyć. Jest w szeregach naszych
Dość Antoniusza zbiegów, by na zwiady
Mieć kogo posłać. Wojsko do biesiady;
Zapasów jest dostatkiem: wnet na karku
Antoniusz nasz obaczy. Biedny Marku!

(Wychodzą).
SCENA DRUGA.
W Aleksandryi. Pokój w pałacu.
ANTONIUSZ, KLEOPATRA. ENOBARBUS, CHARMION, IRAS, ALEKSAS i inni.

Antoniusz. On nie chce bić się ze mną?
Enobarbus. Nie.
Antoniusz. Dla czego?
Enobarbus. Sam z dwudziestoma? niech cie nieba strzegą!
Wszak on szczęśliwszym po dwadzieścia razy.
Antoniusz. To zła wymówka. Słuchaj!
Enobarbus. Na rozkazy.
Antoniusz. Stanowcza jutro bitwa: lub żyć będę,
Lub czci mej taką kąpiel krwi zdobędę,
Że w niej odżyję. Skonać tak, to pięknie.
Wszak mi pomożesz?
Enobarbus. Aż ten miecz nie pęknie.
Antoniusz. Dobrześ powiedział. Niech tu wejdą słudzy. —

(Słudzy wchodzą).

W ostatniej uczcie będziem, ja i drudzy,
Równymi sobie. — Dajcież mi te ręce.

Rzetelność waszą tym uściskiem święcę —
I ty, — i ty, — wy wszyscy: — w waszem gronie.
Mniej zacni od was, płaszcząc się w koronie,
Królowie hołd mi nieśli.
Kleopatra. Cóż to znaczy?
Enobarbus To jakiś wybryk, którym szał rozpaczy
Przedrzeźnia radość.
Antoniusz. Dla was przyjaciele,
Ja sam z jednego w kilku się rozdzielę;
Wy, w Antoniusza wszyscy się złączycie,
By mógł wam służyć, jak wy mu służycie.
Słudzy. To zbytnia łaska.
Antoniusz. Jeszcze noc przyjemną
Chcę z wami spędzie; więc ucztujcie zemną,
Jak kiedy kraj ten królem zwał żołnierza,
I w służbie wam pomagał.
Kleopatra. Gdzież on zmierza?
Enobarbus. Chce nas do łez rozczulić.
Antoniusz. Tę noc jeszcze;
Gdyż jutro już w pół martwy wam obwieszczę
Kres waszych usług; lub, nim wejdzie słońce,
Mój duch innego wskaże wam obrońcę.
Choć pożegnania słowem was pozdrawiani,
Wasz pan do śmierci, ja was nie odprawiam;
Nie, lecz ostrzegam tą niemylną wróżbą,
Spokrewnion z wami już dozgonną służbą.
Dwie godziny tylko, więcej nie trzeba,
Za tę przewłokę wam nagrodzą nieba.
Enobarbus. Co czynisz, wodzu? wszyscy w płacz, jak osły!
Od słów tak rzewnych uszy nam urosły.
Cebulę mam w źrenicy: przez Brachusa,
Nie róbże z nas kobiety.
Antoniusz. Niech pokusa
Mię porwie, jeśli kto z was mię rozumie.
Wy, przyjaciele, ty, mój stary kumie,
Choć wasze serca myśli mej nie zgadły,
Niech radość kwitnie, gdzie te krople spadły.
Chcę was pokrzepić; chcę przed rannym brzaskiem
Noc rozpłom ienić stu pochodni blaskiem.

Najlepszą mam otuchę. Gdzie was wiodę,
Zwycięstwo znajdziem, dzielnych serc nagrodę,
Nie śmierć i sławę. Już wieczerza płonie;
Do stołu! troski wina zdrój pochłonie.

(Wychodzą).
SCENA TRZECIA.
Aleksandrya. — Plac przedpałacowy. Wchodzą dwaj żołnierze.

Pierwszy żołnierz. Dobranoc towarzyszu, jutro dzień stanowczy.
Drugi żołnierz. Rozstrzygnie losy wojny. Bądź mi zdrowym. Czyś żadnej dziś dziwnej w mieście nie posłyszał wieści?
Pierwszy żołnierz. Żadnej — alboż jest jaka?
Drugi żołnierz. Krąży błaha pogłoska. Dobranoc.
Pierwszy żołnierz. Żegnam cię.

(Wchodzi dwóch żołnierzy).

Drugi żołnierz. Żołnierze, czuwajcie bacznie.
Trzeci żołnierz. Wy również. Dobranoc.

(Pierwsi żołnierze stają na straży)

Czwarty żołnierz. Tu nasz posterunek (stają na straży). Jeśli powiedzie się flocie naszej jutro, to i lądowe wojsko potężnie się stawi.
Trzeci żołnierz. Dzielny duch je ożywia.

(Słychać muzykę pod sceną).

Czwarty żołnierz. Cicho! — Co to za odgłos?
Pierwszy żołnierz. Cicho! — słuchajmy!
Drugi żołnierz. Słuchajmy!
Pierwszy żołnierz. Jakieś dźwięki powietrzne.
Trzeci żołnierz. Nie, płyną z pod ziemi.
Czwrarty żołnierz. Wszak to szczęśliwa wróżba?
Trzeci żołnierz. Przeciwnie.
Pierwszy żołnierz. Ależ cicho towarzysze! Co to ma się znaczyć?
Drugi żołnierz. To Herkules, którego tak wielce miłował Antoniusz, opuszcza go.
Pierwszy żołnierz. Pójdźmy, dowiedzmy się, czy drugie straże go słyszą.

(Postępują ku drugiej straży).

Drugi żołnierz. Hola! Towarzysze!
Wszyscy żołnierze razem. Co to jest? Co to ma się znaczyć?
Pierwszy żołnierz. To dziwna sprawa.
Trzeci żołnierz. Co słyszycie te raz?
Pierwszy żołnierz. Dążmy w ślady tych dźwięków. Zobaczmy, czem to się zakończy.
Wszyscy. Zgoda! Idźmy!

(Wychodzą).
SCENA CZWARTA.
Tamże. Pokój w pałacu.
ANTONIUSZ, KLEOPATRA, CHARMION i służba.

Antoniusz. Eros! daj pancerz, Eros!
Kleopatra. Spij, noc długa.
Antoniusz. Już dnieje, kurko. — Eros, gdzie kolczuga!

(Eros wchodzi ze zbroją).

Zbudź się, chłopaku, odziej mię żelazem —
Jeśli Fortuna zdradzi mię tym razem,
To że z niej szydzę. — Spiesz się.
Kleopatra. Ja pomogę.
Do czego to?
Antoniusz. Ach, zostaw, nie na nogę!
Ty serce lepiej zbroisz — to mię dusi.
Kleopatra Lecz pozwól, tu! pomagam. Tak być musi.
Antoniusz. A, nieźle; teraz nam sprzyjają wieszcze. —
Daj hełm i tarczę.
Eros. Zaraz.
Antoniusz. Ty śpisz jeszcze!
Kleopatra. Wszak zręcznie to przypięłam?
Antoniusz. Wyśmienicie:
Kto zaś odepnie, ten narazi życie.
Bo tym toporem głowę mu napieprzym. —
Ty krewisz, Eros; patrz, królowa lepszym
Od ciebie giermkiem. Prędzej. — O, kochanie!

Żebyś ty widzieć mogła to spotkanie,
Wnet byś poznała, żem nie lada wiarus
W Marsowym trudzie. —

(Skarus wchodzi uzbrojony).

A, dzień dobry, Skarus;
Pomyślną wieść przynosisz, twym zwyczajem.
Do miłej pracy my przed zorzą wstajem
I garniem się wesoło.
Skarus. Tysiąc ludzi
Okutych w zbroje, zanim dzień się zbudzi,
Czekają na wybrzeżu.
Antoniusz. To olbrzymy.

(Słychać granie trąb. Wchodzą rotmistrze i żołnierze).

Rotmistrze. Dzień dobry, wodzu.
Wszyscy. Szczęścia ci życzymy.
Antoniusz. Nawzajem. Dzień ten, jak rychlejsze dzieci,
O których świat się dowie, w czas nam świeci. —
Dajże mi pas, przymocuj: teraz dobrze.
Cóż myślisz o tem, ty mój stary bobrze?
Skarus. Pamiętaj, że na lądzie —
Antoniusz. Już słyszałem. —
Domicyusz zaspał: czy z miłosnym szałem
Na trzeźwo się położył? To mu szkodzi.
O, wstyd mu będzie, że dziś nie dowodzi!
Zostawiam panie; bądź co bądź mię czeka,
Masz uścisk mój żołnierski. Czas ucieka,

(Całuje ją).

Niegodnie, szpetnie byłoby, na próżne
Czułostki go marnować. Daj podróżne.
Jam wskrós ze stali. — Wy zaś przyjaciele,
Co chcecie walczyć, zamną: ja na czele.

(Wychodzą Antoniusz, Eros, Rotmistrze i żołnierze).

Charmion. Czy łask a wejść do ciebie?
Kleopatra. Już za progiem
Walecznie odszedł. Gdyby wręcz miał z wrogiem
Ten spór zakończyć, bez narodów straty.
O! wtenczas, — lecz obaczym. — Do komnaty.

(Wychodzą).
SCENA PIĄTA.
Obóz Antoniusza, przy Aleksandryi.
Odgłos trąb. ANTONIUSZ, EROS i SKARUS.

Skarus. Niech bitwa szczęści twej, rycerzu, sławie.
Antoniusz. Ty, rady twoje, czemuż nie przemogły,
Bym toczył bój na lądzie!
Skarus. Oj, to prawda.
Byłbyś żołnierza, który cię odstąpił
I zbuntowanych królów miał przy sobie,
Jako po dziś dzień.
Antoniusz. Któż mię odstąpił?
Skarus. Wieczny
Zausznik twój. Zawołaj Domicyusza,
On nie dosłyszy, lub z obozu Rzymian
Odpowie; „Już cię nie znam“.
Antoniusz. Enobarbus?
Skarus. Zbiegł do Cezara.
Eros. Panie, skrzyń i skarbów
Nie zabrał z sobą.
Antoniusz. Kto?
Eros. Domicyusz.
Skarus. Prawda.
Antoniusz. Idź, Eros, idź, odeszlij mu co jego;
Nic nie zatrzymasz. A napiszesz przytem,
(A ja podpiszę) list najmilszej treści:
Że go pozdrawiam, życząc mu, by nigdy
Ważniejszych nie miał przyczyn do niewiary. —
O! co za klątwa — mój przyjaciel stary!

(Wychodzą).
SCENA SZÓSTA.
Obóz Cezara przed Aleksandryą.
CEZAR, AGRYPA, ENOBARBUS i inni wodzowie. — Odgłos trąb.

Cezar. Naprzód, Agrypo, niech się wojsko rusza.
Koniecznie chcę wziąć żywcem A ntoniusza;
Zdaj rozkaz wodzom.

(Agrypa wychodzi).

Dzień powszechnej zgody
Już bliski: po zwycięstwie niech narody
Oliwny szczep ocieni.
Posłaniec (wchodząc). Naczelniku,
Antoniusz w polu.
Cezar. Idź, niech w przednim szyku
Ci wszyscy staną, którzy go zdradzili,
Tak sam na sobie pierwszy cios wysili.

(Cezar wchodzi z wodzami).

Enobarbus. Aleksas też był zdrajcą, bo wysłany
Przez niego do Judei, chciał Heroda
Nakłonić, by się zaparł Antoniusza
I złączył się z Cezarem: za nagrodę,
Ten kazał go powiesić. Kanidyusza,
Ze zgrają zbiegów płaci, lecz zaprzańcom
Nie daje wiary. Taki los mię czeka.
O, źlem postąpił; czuję, że już nigdy
Nie będę wesół.
Żołnierz (od cezara, wchodząc). Wódz twój, Domicyuszu,
Odsyła ci twe skarby, podwojone
Szczodrością jego własną: w tym namiocie.
Przybyły goniec z mułów je zdejmuje.
Enobarbus. Weź sobie wszystko.
Żołnierz. Czy żartujesz ze mnie?
Naprawdę mówię; staraj się posłańca
Bezpiecznie stąd odprawić; sam nie mogę,
Bo służbę mam w obozie. Twój naczelnik
Jowiszem zawsze.
Enobarbus. A jam jest złoczyńcą,
I musze sam to przyznać. Antoniuszu,
Kopalnio łaski, jakżebyś zawdzięczył
Za wierną służbę, kiedy za łotrostwo
Tak hojnie płacisz! Serce krwią nabiega:
Jeśli go żal nie skruszy, prędszy środek
Dopełni kary, lecz i żal wystarczy.
Ja z tobą walczyć? — Nie, by skryć tę nędzę,
W najlichszym rowie dni ostatnie spędzę.

(Wychodzi).
SCENA SIÓDMA.
Pole bitwy między dwoma obozami.
Wrzawa trąb i kotłów. AGRYPA i kilku wodzów.

Agrypa. Na odwrót! żołnierz natarł zbyt gorąco.
Sam Cezar walczy, szyki nam się mącą,
Wróg silny opór stawia.

(Wychodzą).
(Zatrąbienie. Antoniusz i Skarus ranny).

Skarus. To wygrana!
O mój cesarzu, gdyby tak od rana,
Wypchnęlibyśmy tam tych aż do piekła
Z łatanym czubem.
Antoniusz. Krwią ci skroń ociekła.
Skarus. Dwie drobne blizny, była tu litera
Jak wielkie C, a teraz w kształcie zera.
To Cezar się podpisał.
Antoniusz. Już pierzchają.
Skarus. Przez sito go przepędzim z całą zgrają,
Sześć guzów tu się zmieści.
Eros (wchodząc). Rzym ulega,
Dziś Egipt górą.
Skarus. Wziąć na barki zbiega,
Za skórę z tyłu chwytać tę hołotę.
Hej, łowy na zająca!
Antoniusz. Za ochotę
Raz ci zawdzięczę, a sześćkroć za męstwo.
Chodź ze mną.
Skarus. Prowadź i daj nam zwycięstwo.

(Wychodzą).
SCENA ÓSMA.
Pod basztami Aleksandryi.
Zatrąbienie. ANTONIUSZ w pochodzie, SKARUS i wojsko.

Antoniusz. Spędzeni z pola. Niech kto z was obwieści
Królowej tę wygranę. — Jutro, bracia,

Nim słońce błyśnie, resztę krwi wytoczym,
Co dziś nam zbiegła. Wszystkim wam dziękuję,
Boście tak dzielnie oburącz walczyli,
Jak gdyby sprawa ta nie była moją,
Lecz wszystkim wspólną, każdy z was Hektorem.
Na miasto więc, do rodzin i przyjaciół,
Ogłoście wasze czyny, niech łzy szczęścia
Z ran skrzepłą krew obmyją, a całusy
Zagoją chlubne szramy. — Daj mi rękę:

(Kleopatra wchodzi ze służbą).

Polecam cię tej wielkiej czarodziejce,
Jej dzięki cię uzdrowią. — Kleopatro,
Uściśnij zbrojną szyję, wstąp jak bóstwo
Do piersi przez ten pancerz, i radośnie
Z bijącem sercem pląsaj.
Kleopatra. O mój królu!
O niezgłębiona cnoto! z walk otchłani
Powracasz mi nietknięty?
Antoniusz. Mój słowiczku,
Na puch Cezara zgniotłem. Ha, gosposiu!
Choć siwe jakoś kłócą się z czarnemi,
Tak nerwy mózg zasila, że potrafią
Dotrzymać pola młodszym. Spójrz łaskawie
Na tego zucha, zbliż do ust prawicę: —
Mianuję cię rotmistrzem — tak się spisał,
Jak gdyby Bóg, zawistny ludziom, w jego
Postaci walczył.
Kleopatra. Dam ci, przyjacielu,
Złocistą zbroję po rodzonym ojcu.
Antoniusz. Zasłużył nań, choćby w rubiny cała,
Jak świetny wóz Febusa. — Idźmy, pani.
Radosny wjazd odbędziem do stolicy,
Z tarczami zrąbanemi jak ich czoła.
Gdyby królewski gmach mógł was pomieścić,
Dziś z całem wojskiem siadłbym do wieczerzy,
Puharem pełnym święcąc dzień jutrzejszy,
Brzemienny plonem sławy. — Niech trębacze
Spiżowy dźwięk rozniosą w koło miasta,
Niech bębnów łoskot w grom piorunny wzrasta,

A niebo z ziemią pod nocnymi blaski,
Nasz pochód głosząc, miesza swe oklaski.

(Wychodzą).
SCENA DZIEWIĄTA.
Obóz Cezara.
Żołnierze stojący na warcie, później ENOBARBUS.

Pierwszy żołnierz. Jeśli za kwadrans nas nie ściągną, dzieci,
Na odwach wrócim. Noc gwiazdami świeci,
Do boju, mówią, stanąć już wypadnie
O drugiej z rana.
Drugi żołnierz. Dzień ten nam szkaradnie
Dokuczył, Cezar marzy gdzieś w ukryciu.
Trzeci żołnierz. Mecenas milczy, pierwszy raz w swem życiu.
Drugi żołnierz. Agrypa skały swą wymową wzrusza.
Pierwszy żołnierz. Dziś jakiś rycerz zbiegł od Antoniusza,
Twarz krył pod płaszczem, jak skradziony arbuz,
Nazwisko rzymskie — już wiem, Enobarbus.
Drugi żołnierz. Przy Antoniuszu zbyt niepewna służba,
Więc wraca do Cezara.
Trzeci żołnierz. Dobra wróżba!
Pierwszy żołnierz. Ktoś idzie, ciszej.
Enobarbus (wchodząc). Nocy, i wy gwiazdy —
Trzeci żołnierz. Skądże ten głos?
Drugi żołnierz. Zapewne na podjazdy.
Enobarbus. Bogini wielka! świadczę się twym blaskiem,
Że jeśli zdrajcy pamięć jest przeklętą,
Ja, Enobarbus, przed obliczem twojem
Wyznałem żal mój.
Pierwszy żołnierz. Enobarbus!
Trzeci żołnierz. Cicho!
Enobarbus. Wszechwładna ksieni dusz prawdziwie smętnych!
Nademną wysącz nocy mgłę zatrutą,
Niech życie to, mej woli nieposłuszne,

Katować mię przestanie. Ciśnij serce
O twardy kamień mej okropnej zbrodni,
By wyschłe żalem i zgryzotą spiekłe,
W proch się rozbiło. O mój Antoniuszu!
Ty szlachetniejszy, niż mój czyn jest podłym,
Dość wielkim jesteś, abyś mi przebaczył.
Lecz niech mię świat zapisze w poczet zbiegów,
Niewdzięcznych sług i zdrajców. Antoniuszu!
Zwycięstwo tobie.
Drugi żołnierz. Przemów ty do niego.
Pierwszy żołnierz. Słuchajcie; może powie coś ważnego
Dla naszej sprawy.
Trzeci żołnierz. Patrz, usypia święcie.
Pierwszy żołnierz. Gdzie tam, omdlewa; straszne to zaklęcie
Nie sen zwiastuje.
Drugi żołnierz. Jak on strasznie dyszy.
Trzeci żołnierz. Zbudź się, rycerzu, przemów!
Pierwszy żołnierz. Już nie słyszy,
Dłoń śmierci go dotknęła. Otóż kotły

(Słychać kotły zdała).

Pobubkę bijąc, mgły jesienne zmiotły,
Dzień świta nad obozem.
Drugi żołnierz. Ja ci mówię,
Że ktoś z wyższych; sute ma obuwie.
Pierwszy żołnierz. Już kwadrans minął.
Trzeci żołnierz. Strach co ginie ludzi;
Na odwach!
Drugi żołnierz. Może bitwy zgiełk go zbudzi.

(Wynoszą ciało).
SCENA DZIESIĄTA.
Między dwoma obozami.
ANTONIUSZ, SKARUS i wojsko w pochodzie.

Antoniusz. Na morzu świetna będzie dziś rozprawa
Ląd im nie służy.
Skarus. Coś na dwie zakrawa.
Antoniusz. Niechże się chronią w ogień lub powietrze
I tam ich głowy ta prawica zetrze.

Legiony w górach już stojące głazem
Czekają hasła (flota za rozkazem
Wypłynie z portu), my na stanowiska,
Skąd nieprzyjaciół ruch dopatrzym z bliska.

(Wychodzą).
(Cezar i wojsko w pochodzie).

Cezar. Aż wróg sam natrze, walki nie przyspieszym,
Co nie nastąpi, bo żołnierzom pieszym
Osadził statki. Sprawa nie zginęła,
Lecz tylko w porę weźmy się do dzieła.

(Wychodzą).
(ANTONIUSZ i SKARUS wracają).

Antoniusz. Opodal jeszcze. Stamtąd, gdzie ta jodła,
Dostrzegę łatwo, jak się rzecz powiodła,
I wnet ci powiem.

(Wychodzi).

Skarus. Na królowej żaglach
Jaskółki się gnieździły, a wieszczowie
Nie śmieją — nie chcą mówić — jakieś klęski
Ponurość ich zwiastuje. Sam Antoniusz,
Choć mężny, zda się sm ętny; zmienność losu
To wzbudza w nim obawę, to nadzieję;
Czy wygra, lub czy straci.

(Wrzawa trąb i kotłów zdała, jak przy bitwie morskiej).

Antoniusz (wracając). Wszystko w szmaty!
Ta ćma egipska znowu mię zdradziła:
Okręty się poddały; jej żeglarze
Weselą się, ciskając czapki w górę,
Jak dawni bracia z braćmi. — Ty niewierna!
Żakowi mię sprzedałaś! moje serce
Twej zguby tylko pragnie. — Niech uciekną;
Idź! gdy się zemszczę nad tą czarownicą,
Skończone wszystko. — Niech uciekną, mówię!

(Skarus wychodzi).

O! słońce! już nie ujrzę twego wschodu:
Antoniusz i Fortuna się żegnają
W uścisku rąk ostatnim. — Spaść tak nisko.
Że ci, co stopy mi jak psy lizali,

O łaskę żebrząc, biegną za kwitnącym
Cezarem; a ten dąb co ich ocieniał,
Na próchno starty. Ona też mię zdradza.
Ty chytra wiedźmo, coś oczyma jędzy
Kusiła mię do wojny lub spoczynku,
Ty, w której łonie był mój wieniec chwały,
Cyganko z piekła, sztuką twą zabójczą,
Dziś mię pogrążasz w samą głąb otchłani!
Gdzie Eros, Eros!

(Kleopatra wchodzi).

Ach, toś ty! Uciekaj!
Kleopatra. Czy na kochankę pan mój tak się dąsa?
Antoniusz. Precz, znikaj! lub odpłacę ci za wszystko
I spodlę łup Cezara! Idź do niego,
Niech cię wystawi na okrzyki tłumu,
Za swym rydwanem, jako srom największy
Twej całej płci; niech cię pokaże nagą
Za lichy grosz, ciemięgom; niech cnotliwa
Oktawia, paznogciem krwi niesytym,
Twarz ci rozedrze.

(Kleopatra uchodzi).

Lepiej, żeś uciekła,
Ratując życie, lecz najlepiej było
Pod moją ręką zginąć, i raz umrzeć
Niż tysiąc razy. — Eros, hej! — Nessusa
Koszulę mam na piersi: ty mój przodku,
Alcydzie wściekły, naucz mię twej zemsty.
Na sierp Dyany tyś Lichasa rzucił;
Niech dłoń ta, co maczugą twą miotała,
Dziś w grób mię wtrąci. Czekaj ty guślarko,
Twą zdradą Cezar zgniótł mię wiarołomnie,
Więc musisz za to zginąć — Eros, do m nie!

(Wychodzi).
SCENA JEDENASTA.
W Aleksandryi. Pokój w pałacu.
KLEOPATRA, CHAKMION, IRAS i MARDYAN.

Kleopatra. Ratujcie, siostry! On szalony, wściekły,
Jak Ajaks o paweżę; dzik Tessalski
Tak nigdy się nie srożył.

Charmion. Do grobowca!
Tam się zamknąwszy, powiedz żeś umarła,
Duch z ciałem się rozłącza mniej boleśnie,
Niż on z wielkością.
Kleopatra. Do grobowca zatem.
Mardyanie, powiedz mu, żem się zabiła,
Żem go nazwała w mem ostatniem tchnieniu,
I rozczul go do łez, jeżeli możesz.
Idź, powiesz mi jak przyjął tę nowinę. —
My do grobowca! Skruszę go łub zginę.

(Wychodzą).
SCENA DWUNASTA.
Tamże. Inny pokój.
ANTONIUSZ i EROS.

Antoniusz. Czy ty mię widzisz jeszcze?
Eros. Tak jest, panie.
Antoniusz. Czasami, widzim smoczy wzór w obłoku,
Niekiedy mgłę w postaci lw a, niedźwiedzia,
Obronne baszty na urwisku skały,
Rozpadła górę lub przylądek modry
Sadzony drzewem niby się chwiejącym
W zmyślonym wietrze. Czy widziałeś kiedy
Wieczorne te zjawiska?
Eros. Nieraz, panie.
Antoniusz. Ów rumak na błękicie, w oka mgnieniu
W tumanie się rozpływa i zaciera,
Jak woda w wodzie.
Eros. To są chmur widziadła.
Antoniusz. O mój chłopczyno, pan twój jest podobnym
Złudzenia tworem. Widzisz mię w tej chwili.
Lecz rychło stracę postać tę widomą.
Dla Kleopatry wojny te podjąłem,
Bom kochał ją, mniemając, że mię kocha;
Z tem sercem jej oddałem serc miliony
Garnące się do niego: a dziś ona,
Mój Eros, dla Cezara karty rzuca

I wroga tryumf płaci mą niesławą. —
O, nie płacz tak, mój chłopcze; od nas samych
Zależy nas wyzwolić. — Oj, ta wróżka!
Wykradła miecz za sercem.
Mardyan (wchodząc). Antoniuszu,
Królowa cię kochała, los jej wiecznie
Związany z twoim.
Antoniusz. Precz, rzezańcze podły!
Za swoją zdradę rychłą śmierć odbierze.
Mardyan. Śmierć jednej duszy jeden raz się płaci,
Więc już nie dłużna. Stało się bez ciebie,
Coś chciał uczynić: jej ostatnie słowo
Ja ci odnoszę: „mój kochanek drogi!“
Wśród rozpaczliwych jęków twe nazwisko,
Przerwane między sercem i ustami,
W jej piersi zgasło. Tak oddała ducha
Z tą nazwą w niej zawartą.
Antoniusz. Więc umarła?
Mardyan. Umarła.
Antoniusz. Eros, rozbrój mię: skończyłem.
Już czas wypocząć. — Płacę ci wspaniale,
Gdy cały stąd uchodzisz.

(Mardyan wychodzi).

Zdejm to wszystko —
Ajaksa siedmioskórny krąg nie zniesie
Uderzeń mego serca. W proch, to ciało!
Ty serce, bądź silniejszem dziś od piersi,
Rozerwij twą powłokę! — Spiesz się, Eros —
Wódz, żołnierz zniknął: precz okruchy zbroi,
Dość godnie was nosiłem. — Idź, mój chłopcze. —

(Eros wychodzi).

Doścignę cię kochana i wypłaczę
Twe przebaczenie. Tak być musi, zwłoka
Przedłuża mękę. Gdy kaganiec gaśnie,
Na co się tłuc po nocy. Trud zbyteczny
Niweczy plon swój; ciągłe wysilenie
Rozpręża siły: czas przyłożyć piętno. —
Eros! — chcę iść za tobą. — Eros! — Czekaj na mnie:
Gdzie dusze śnią na kwiatach, ręka w rękę,

Wspaniale przejdziem wśród olśnionych cieni;
Dydonę z Eneaszem ćmy odbiegną
I będą szły za nami. — Eros! Eros!
Eros (wchodząc). Co wódz rozkaże?
Antoniusz. Śmierć mej Kleopatry
Tak mi sromotnie przeżyć, że niebianom
Wstyd mej podłości. Ja, com świat na części
Rozdzielał mieczem, na Neptuna grzbiecie
Warownie stawiał, dziś mi braknie męstwa
Niewiasty słabej; wyższej w tem odemnie,
Że Cezarowi zgonem swym powiada:
„Ja sama się zwyciężam.“ Tyś mi przysiągł,
Że gdy godzina przyjdzie (a zaiste
Dziś już nadeszła), gdy mi będzie trzeba
Wybierać między śmiercią a niesławą,
Że na mój rozkaz wtedy mię zabijesz:
Więc uczyń to; czas nagli, ja ci każę.
Ty nie mnie zgładzisz, lecz Cezara szczęście.
Bledniejesz, Eros!
Eros. O bogowie mocni!
Ja mam to zrobić, czego strzał tysiącem
Zawzięty Part nie zdołał?
Antoniusz. Zatem, Eros,
Ty wolisz w Rzymie patrzeć się z ukrycia
Na twego pana z ręką w tył związaną,
Z ugiętym karkiem, z twarzą tą śmiertelnym
Oblaną sromem, gdy na złotym wozie
Zwycięski Cezar, przodem się toczący,
Swą pychą go zbezcześci?
Eros. Pierwej skonam.
Antoniusz. Chodź więc: od hańby jeden cios uwalnia.
Ten miecz nosiłeś dla obrony kraju,
Dla mnie go dziś dobędziesz.
Eros. Przebacz, panie!
Antoniusz. Gdym się wyzwolił, wszakże mi przysiągłeś,
Że spełnisz, co ci każę, bez namysłu.
Czyli mam sądzić, że tw a wierność była
Bezwiedną lub zmyśloną? Więc dokonaj.
Eros. Ach, odwróć pierwej twarz tę bohaterską,
Gdzie świata cześć jaśnieje.

Antoniusz (odw racając się). Dobądź miecza!
Eros. Już go dobyłem.
Antoniusz. Uczyń to niezwłocznie
Do czegoś go wyciągnął.
Eros. Panie drogi,
Mój wodzu, mój cesarzu, pozwól słudze
Pożegnać cię, nim krwawy cios wymierzy.
Antoniusz. Do woli twej, chłopczyno.
Eros. Żegnam ciebie,
Najdroższy panie. Czyś jest gotów?
Antoniusz. Uderz.
Eros. Więc stało się —

(Przebija się, padając na swój miecz).

Tak patrzeć już nie będę
Na twoją śmierć.
Antoniusz. O! trzykroć on mężniejszy!
Nauczasz mię, com winien był uczynić,
A ty nie mogłeś. On i Kleopatra,
Przykładem szczytnym uczucie mi wrócili
Młodzieńczej cnoty. Chcę przed śmiercią stanąć
Jej ulubieńcem, biegnąć doń jak w łoże
Mej narzeczonej. Eros, mistrz twój dawny
Twym uczniem ginie: tyś mi wskazał drogo.

(Pada na swój miecz).

Za tobą stąpam. — Co? niezmarły jeszcze? —
Śmierć mię odtrąca? — Do mnie, wy, żołnierze! —

(Wchodzą Dercetas i żołnierze).

Pierwszy żołnierz. Nasz wódz?
Antoniusz. Chybiłem: wy poprawcie, bracia,
Com zaczął.
Drugi żołnierz. Świat się kończy.
Trzeci żołnierz. Gwiazda spada.
Pierwszy żołnierz. I czasy są spełnione.
Wszyscy razem. Biada! biada!
Antoniusz. Kto kocha mię, dobije mię do szczętu.
Pierwszy żołnierz. Nie ja.
Drugi żołnierz. I nie ja.
Trzeci żołnierz. Żaden z nas.

(Wychodzą).

Dercetas. Zgon jego
Jak życie, sługi do ucieczki zmusza.
Ten miecz, z tą wieścią, dla mnie u Cezara
Wyjedna łaskę.
Dyomed (wchodząc). Gdzie nasz wódz, Antoniusz?
Dercetas. Tu, Dyomedzie.
Dyomed. Żyje? Mów, człowieku!

(Dercetas wychodzi).

Antoniusz. Tyś jest Dyomed? Weź ten miecz, przez litość
I zadaj cios ostatni.
Dyomed. Wodzu dzielny,
Do ciebie Kleopatra mię przysyła.
Antoniusz. Przysyła, ciebie?
Dyomed. Tak jest.
Antoniusz. Skąd?
Dyomed. Z grobowca,
Gdzie się schroniła. Ma złowieszczą trwogę
O to, co się tu stało; bo poznawszy,
Żeś miłość jej znieważył podejrzeniem
Tajemnych zmów z Cezarem, i że twoja
Zawziętość nie ma granic, znać ci dała,
O swojej śmierci, lecz w obawie skutków,
Przysyła mię, bym prawdę ci powiedział,
Zapóźno może.
Antoniusz. Tak, zapóźno, patrzaj.
Racz moją straż przywołać.
Dyomed. Straż cesarza!
Gdzie straż? pan woła.

(Żołnierze wchodzą po jednemu).

Antoniusz. Do królowej zemną;
Oddajcie mi braterską tę usługę.
Pierwszy żołnierz. O biada nam, że nie przeżyłeś, panie,
Ostatnich twych żołnierzy.
Wszyscy razem. Dniu nieszczęsny!
Antoniusz. Nie, przyjaciele, nie pozwólcie losom
Z łez waszych szydzić: przyjmcie to skarcenie
Jak ja przyjmuję, karcąc je nawzajem
Pozorną wzgardą. W bitwach, mym zwyczajem,

Jam was prowadził; dziś na spokój wieczny
Wy mię zanieście: wszystkim dzięk serdeczny.

(Wychodzą, niosąc Antoniusza).
SCENA TRZYNASTA.
Tamże. Grobowiec.
U góry KLEOPATRA, CHARMION i IRAS.

Kleopatra. O Charmion! już nie wyjdę z tego grobu.
Charmion. Uspokój się na chwilę.
Kleopatra. Nie, ja nie chcę.
Gotowam znieść najokropniejsze ciosy,.
Lecz gardzę łez jałmużną, żal mój srogi
Jak przedmiot jego, winien być niezmiernym. —

(U dołu, Dyomed wchodzi).

Więc umarł?
Dyomed. Żyje, chociaż śmierć już bliska.
Kleopatra. On żyje, Charmion!
Dyomed. Patrz na spód grobowca,
Tam wierni słudzy go przynoszą.

(U dołu, Antoniusz niesiony przez żołnierzy).

Kleopatra. Słońce,
Spal zmienny obszar świata! — niech ciemności
Ogarną go na wieki. Antoniuszu,
O Antoniuszu, o mój Antoniuszu!
Pomóżcie, Charmion, Iras i wy wszyscy,
Wy tam, na dole, wnieść go tu.
Antoniusz. Dwa słowa,
Nim skończę! lecz nie przez Cezara męstwo,
Antoniusz sam pokonał Antoniusza.
Kleopatra. Tak być musiało, ktoby też był godnym
Zwyciężyć ciebie; lecz to mię zabija!
Antoniusz. Rozstajem się, kochanko, choć od śmierci
Radbym wyżebrać chwilę, bym z miliona
Mych pocałunków, złożyć mógł ostatni
Na twoich wargach. —
Kleopatra. Nie śmiem, o mój luby,
(Racz słudze twej przebaczyć) zejść do ciebie,

By mię wie wzięto, wśród zwycięskiej wrzawy.
Cezara wjazdu nie chcę być ozdobą,
Jeżeli węże, nóż, trucizna, mają
Jad, ostrze, żądło, ja się ich nie boje.
Małżonka twa, Oktawia, z krwią zastygłą,
Z obłudnem okiem, tego nie dostąpi,
By mogła mi urągać. — Chodź, kochanku, —
Dźwigajcie ze mną wszystkie — aż go wniesieni.
I wy, żołnierze.
Antoniusz. Spiesznie, bo umieram.
Kleopatra. To trud nie lada! — Serce tak olbrzymie!
A nasze siły smutku moc przeważa,
O, gdybym mogła mieć Junony władzę,
Piorunnem skrzydłem zdjąłby cię Merkury
I złożył wśród Olimpu. Jeszcze trochę —
Chęć płocha w szał przechodzi. — Mam cię wreszcie,

(Wciągają Antoniusza do grobowca).

Bądź pozdrowiony! skonaj tu, gdzie żyłeś,
Uściskiem cię orzeźwię, wargi moje
Do szczętu tak chcę zużyć.
Wszyscy. Widok smętny.
Antoniusz. Umieram. Kroplę wina, niech przemówię.
Kleopatra. Ja mówić będę i wyrzekać głośno,
Aż mych złorzeczeń zląkłszy się fortuna,
Swe koło skruszy.
Antoniusz. Słuchaj mię raz jeszcze.
Przyjm od Cezara honor i swobodę. —
O!
Kleopatra. To z tem nadto sprzeczne.
Antoniusz. Przy Cezarze
Prokulejus sam godzien twej ufności.
Kleopatra. Mej własnej ręce ufam i odwadze,
Nikomu więcej.
Antoniusz. Niech mój los przedśmiertny
Zbyt cię nie smuci, pociesz się wspomnieniem
Tych lat ubiegłych szczęścia i wielkości,
Gdym żył najpierwszym wśród mocarzy świata
I najwspanialszym dziś nie bez czci ginę,
Nie po tchórzowsku zdaje hełm i berło
W zwycięzcy dłoń, lecz jak Rzymianin prawy

Zwalczony przez Cezara. Duch mój gaśnie,
Żyj, ja skończyłem.

(Umiera).

Kleopatra. O największy z ludzi!
Czyś mię nie kochał? Ja mam żyć bez ciebie
W tym nędznym świecie, który po twym zgonie
Podlejszym jest od błota? — Patrzcie, siostry,
Korona ziemi pełznie. — O mój królu! —
Wojenny wieniec pada i więdnieje,
Rycerski szczep stracony, ród niewieści
Zrównany z męskim, los i szczęście niczem,
I księżyc błędny świecić ju ż nie będzie
Nad żadną chwałą.
Charmion. Ach, to zbyt okropnie!
Iras. Królowa z nim umarła.
Charmion. Pani! —
Iras. Ciszej! —
Charmion. O pani, pani, pani!
Iras. Cześć Egiptu
Zaćmiona!
Charmion. Cesarzowo!
Kleopatra. Nie, jam tylko
Niewiastą nędzną, i tym samym lichym
Podległa troskom, co mleczarka wiejska,
Dysząca przy robocie. — Dziś bym chciała
Zawistnym bogom w twarz tem berłem rzucić,
Wołając, że świat nasz był wart ich nieba,
Nim skarb ten mu wykradli. Wszystko marne,
Cierpliwość głupstwem, sierdzić się i srożyć
Wściekłemu psu przystoi. Czyż to zbrodnia,
Przed czasem zejść w tajemne kraje śmierci,
Nim po nas przyjdzie? — Cóż to wam kobiety
Bądźcież wesołe! Charmion, wy, dziewczęta,
Przestańcie szlochać! — Ach, sieroty, patrzcie,
Nasz świecznik zbladł, już kona. — Przyjaciele

(Do żołnierzy, na dole).

Nie trwóżcie się, pogrzebiem go, a potem,
Zwyczajem rzymskim, spełnim czyn tak wielki,

Że sama śmierć poszczyci się swym łupem.
Duch jego żyje, choć powłoka trupem.
Ach, siostry, siostry! nic nam nie zostaje.
Prócz mężnej śmierci, ja wam przykład daję.

(Wychodzą).
Dzieła Wiliama Szekspira T. VII ornament p.51.jpg



AKT PIĄTY.

SCENA PIERWSZA.
Obóz Cezara przed Aleksandryą
CEZAR, AGRYPA, DOLABELA, MECENAS, GALUS, PR0KULEJUS i inni.

Cezar. Idź, Dolabelo, niech broń wreszcie złoży,
Po takiej klęsce, powiedz mu otwarcie,
Ze bezskuteczny szydzi z nas odwłoka.
Dolabela. Do usług.

(Wychodzi. Dercetas wchodzi z mieczem Antoniusza).

Cezar. Ktoś ty jest? któż cię ośmiela
Przed nami stawać?
Dercetas. Dercetas mię zowią.
Służyłem temu, kto był najgodniejszym
Najlepszej służby, póki żył dla sławy,
Był moim panem, a jam znosił życie,
By dać je mu w ofierze. Jeśli łaska,
Cezarze, przyjąć mię, chcę stać przy tobie,
Jak przy nim stałem, jeślim ci zbyteczny,
Weź moją krew bezpłatnie.
Cezar. Co ty mówisz?
Dereetas. Cezarze, mówię, że Antoniusz zmarły.
Cezar. O nie! zgon taki sprawiłby silniejszy
Po świecie rozgłos, grom ten lwy by rzucił
W ulice miast, a mieszczan w ich jaskinie.

Śmierć Antoniusza, nie jest jak zwyczajna,
W nim zgasłoby pół świata.
Dereetas. Skonał przecie,
Lecz nie zgładzony przez katowską rękę
Lub nóż najemny, bo tym samym mieczem,
Co w czynach swych zapisał jego sławę,,
A dziś, z odwagą z serca mu natchnioną,
To serce przeszył. Miecz ci ten przynoszę,
Wydarty z ran ziejących i zbroczony
Krwią najzacniejszą.
Cezar. Wszyscy się smucicie?
To słusznie i chwalebnie, przy tej wieści
Bogowie się rozpłaczą.
Agrypa. Rzecz szczególna,
Że serca głos nam każe się litować
Nad własnym czynem.
Mecenas. Pełnią cnót przeważał
Znikome skazy.
Agrypa. Nigdy duch wznioślejszy
Ludzkości nie przodkował, lecz niebianie
Człowieka godłem chcieli mieć ułomność.
Sam Cezar płacze.
Mecenas. To zwierciadło świetne
Mu własny los przedstawia.
Cezar. Antoniuszu!
Jam sprawcą twej niedoli — są choroby
Dla których nóż niezbędny. Trzeba było
Dla ciebie Rzym poświęcić, lub dla Rzymu
Twą władzę skruszyć, w świecie dla nas obu
Przestrzeni brakło. Przyjm to słowo żalu,
Z tą szczerą łzą, jak nasza krew serdeczna,
Wylaną nad mym bratem, rówiennikiem,
U szczytu, sławy zgasłym, nad współrządzcą
I towarzyszem wśród wojennych trudów,
Zastępów mych prawicą, wzniosłem sercem,
Gdzie duch mój się rozżarzał — Ze też nasze
Nieprzejednane gwiazdy to braterstwo
Rozerwać nam kazały! — Wiedzcie wszyscy,
Lecz więcej powiem przy swobodnej chwili.

(Skarus wchodzi).

Bo człowiek ten ma ważną wieść w obliczu,
Musimy go wysłuchać. — Skąd przychodzisz?
Skarus. Jam prosty kmieć egipski. Moja pani
Dziś bez przytułku, w swym grobowcu skryta,
Świadomą pragnie być o twych zamiarach,
By według nich się mogła przysposobić
Do swej zmuszonej doli.
Cezar. Na otuchę,
Już dziś się dowie, przez którego z naszych,
Jak względem niej zaszczytnie i uprzejmie
Postąpić chcemy, bo Cezara szczęściem
Jest przebaczenie.
Skarus. Żegnam cię, Cezarze!

(Wychodzi).

Cezar. Na ciebie, Prokuleju. Idź i powiedz,
Że nie znam zemsty: zanieś jej pociechę
Stosowną do wielkości jej cierpienia,
By w dumie swej, zamachem zabójczym
Nie uszła z naszych rąk; żyjąca w Rzymie
Zwycięstwom naszym świetność da niezgasłą.
Idź i najspieszniej donieś nam co mówi,
A zwłaszcza co stąd wnosisz.
Prokulejus. Wnet odpowiem.

(Wychodzi).

Cezar. Idź za nim, Galu. — Niech i Dolabela
W tej sprawie wam pomoże.

(Galus wychodzi).

Wszyscy. Dolabela!
Cezar. Sam właśnie go wysłałem; nim powróci,
Wy ze mną do namiotu: zobaczycie,
Jakem niechętnie wdał się w tę wyprawę,
Jak moje listy, zgodne i spokojne,
Zażegnać chciały tę powszechną wojnę.

(Wychodzą).
SCENA MRUGA.
W Aleksandryi. W grobowcu.
KLEOPATRA, CHARMION i IRAS.

Kleopatra. Strapiony duch już się uczciwiej rządzi.
O Charmion, co za wstyd zwać się Cezarem;

Być nie fortuną, lecz jej posługaczem,
Narzędziem jej swawoli; wszak szlachetniej
Uczynić to, co wszelki czyn dopełnia.
Przygody wiąże, zmienny los krępuje,
Usypia i odsądzą nas od mierzwy,
Karmiącaj kmiecia i Cezara.

(Wchodzą i obsadzają wejścia na zewnątrz: Prokulejus, Gains i żołnierze).

Prokulejus. Pani,
Egiptu księżno, Cezar cię pozdrawia,
Wzywając do namysłu nad prośbami
Godnemi jego względów.
Kleopatra. Twe nazwisko?
Prokulejus. Prokulej, na usługi.
Kleopatra. Sam Antoniusz
Zachęcił mię, bym ci wierzyła; wszakże
Nie bardzo dbam o wierność obcych ludzi,
Gdy zdrad już się nie lękam. Jeśli Cezar
Chce w księżnej mieć żebraczkę, to mu powiedz,
Że mój majestat, dla godności tronu,
O mniej niż o królestwo się nie schyli.
Zdobyty Egipt niech mój syn posiędzie,
To ja mu klęcząc złożę hołd dziękczynny
Za zwrot choć tej własności.
Prokulejus. Miej nadzieję,
W monarsze dłonie wpadłaś, to ci ręczę.
Dowolnie zdaj się na Cezara łaskę,
Bo tak jest szczodrą, że jej nadmiar spływa
Na wszelką nędzę. Niech mu więc odniosę
Wieść twej lenności, znajdziesz w nim zwycięzcę,
Co tem wspanialszą wesprze cię pomocą,
Im korniej przed nim klękniesz.
Kleopatra. Powiedz, proszę,
Żem jest zdobyczą jego, więc uznaję
Objętą przezeń władzę. Wciąż się wprawiam
W niezwykłą mi naukę posłuszeństwa,
I radabym go poznać.
Prokulejus. On wzajemnie,
Bo wiem, że nad twą dolą się lituje
I radby ją polepszyć.

Galus. Patrz, jak łatwo
Zdobywać twierdze.

(Galus i dwaj żołnierze wstępują drabiną do grobowca, otwierają rygle wejścia; za nimi Prokulejus z resztą żołnierzy).

Strzedz jej dla Cezara.

(Wychodzi).

Iras. O pani!
Charmion. Kleopatro! tyś ujęta! —
Kleopatra. O, jeszcze nie; do czynu.

(Dobywa sztylet).

Prokulejus. Stój, królowo!

(Rozbraja Kleopatrę).

Co czynisz? to szaleństwo! nie przychodzę
Cię zdradzić, lecz wyzwolić.
Kleopatra. Czy od śmierci,
Co chorych psów uzdrawia?
Prokulejus. Kleopatro.
Nie szydź z Cezara łaski. Chcieć się zabić,
To myśl niegodna ciebie: niech świat widzi
Spełnioną jego dobroć; a śmierć twoja
Zniweczy plon jej.
Kleopatra. Śmierci, śmierci, śmierci!
Gdzież jesteś? chodźże, czeka cię królowa
Pilniejsza od niemowląt i żebraków!
Prokulejus. Umiarkuj się.
Kleopatra. Już jeść nie będę, panie,
Już nie chcę pić, a jeśli to nie starczy,
Nie będę spać. Roztrącę tę powłokę,
Niech Cezar sobie radzi. Ja zaś żywcem
Nie dam się wlec w orszaku twego władzcy,
I nie pozwolę, by Oktawia głupia
Zelżyła mię spojrzeniem. Wyście chcieli
Wystawić mię na widok podłej tłuszczy
Ohydnych Rzymian! Raczej rów w Egipcie
Mię dziś pogrzebie! raczej w muł Nilowy
Zagrzęznę naga, i robactwo wodne
Roztoczy mię do kości! raczej wzniosę
Na szczycie mych piramid szubienicę
I nań łańcuchem rzymskim się powieszę!

Prokulejus. Obecny Cezar wnet ci udowodni,
Że postrach twój go krzywdzi.
Dolabela (wchodząc). Prokuleju,
O twym zamachu Cezar już świadomy,
Przysyła mię po ciebie; a królowę
Pod moją straż oddaje.
Prokulejus. Dolabelo,
Spełniłem rozkaz bądźże dlań uprzejmym. —
Co tylko zlecisz mi łaskawa pani,
To mu obwieszczę.
Kleopatra. Umrzeć bym pragnęła.

(Wychodzą Prokulejus i żołnierze).

Dolabela. Wszak już słyszałaś o mnie, cesaizowo?
Kleopatra. Nie pomne wcale.
Dolabela. Jam jest Dolabela.
Kleopatra. Dziękuję. Znam czy nie znam, cóż mi z tego.
Śmiejcie się, gdy chłopcy lub dziewczęta
O swoich snach gadają.
Dolabela. Nie rozumiem.
Kleopatra. Otóż mnie śniło się, że pewien mocarz —
O, więcej takich snów, bym wyśnić mogła
Równego mu człowieka!
Dolabela. Racz łaskawie —
Kleopatra. Twarz jego słońcem, a księżycem skronie
Pod wieńcem gwiazd, złocące w swym obiegu
Ten drobny krąg, tę ziemię.
Dolabela. Chciej królowo —
Kleopatra. Nad oceanem stąpał: swem ramieniem
Ocieniał świat; głos jego brzmiał jak lutnia
Harmonii wiecznych, w mowie do przyjaciół,
Lecz gdy w natarciu rzucał krzyk zwycięski,
W grom śmierci się rozdźwięczał. W jego łasce
Nie było zimy; to jak jesień wschodnia,
Plenniejsza po zebraniu. Miłość jego,
To młody rój delfinów, pląsający
Nad modrym swym żywiołem. Miał przy sobie
Tłum królów, książąt; wyspy i mocarstwa
Perłami z rąk płynęły.
Dolabela. Kleopatro —

Kleopatra. Czy kiedy był, lub mógł być, taki człowiek,
Jak ten o którym śniłam?
Dolabela. Nie, zaiste.
Kleopatra. Ty kłamiesz, świadczę się jasnością nieba;
Lecz jeśli żył lub żyć ma ktoś podobny,
To tylko sen wymarzy: bo przyroda
W twórczości mu nie zrówna; takim tworem
Przemogłaby zmyślenie wyobraźni
I snom zadała kłamstwo.
Dolabela. Racz mię słuchać.
Nieszczęście twoje, wielkie jak ty sama,
Z godnością znosisz. Niech mój zamiar nigdy
Nie dojdzie skutku, jeślim jest nieczuły
Na boleść twoją, w sercu mem odbitą.
Kleopatra. Czy wiesz, co Cezar o mnie postanawia?
Dolabela. Choć wiem, z niechęcią spełniam to zlecenie.
Kleopatra. Ach, powiedz, proszę —
Dolabela. Żadna w tem sromota —
Kleopatra. Mam żywcem wejść do Rzymu?
Dolabela. Tak jest, pani.
Kleopatra. Już dość. — I tyś się podjął tej podłości?
Precz stąd, zuchwalcze!
Dolabela. Pani —
Kleopatra. Do mnie, siostry!

(Głos za sceną).

Na ustęp, oto Cezar.

(Wchodzą CEZAR, GALUS, PROK0LEJUS, MECENAS, SELEUKUS i służba).

Cezar. To królowa?
Dolabela. Tak jest. — Oktawiusz, twój zwycięzca.

(Kleopatra klęka).

Cezar. Powstań,
Nie klękaj, pani, proszę cię.
Kleopatra. Bogowie
Tak rozrządzili, składam hołd powinny
Mojemu panu.
Cezar. Nie korz się przede mną.
Choć w naszem łonie tkwią doznane krzywdy,

Zapomnim o nich, jakby tylko były
Przypadku dziełem.
Kleopatra. O, wszechwładzco świata,
Nie zdołam tak wysłowić mej obrony,
By mię twój sąd rozgrzeszył, lecz wyznaję,
Żem choć królowa, była zbyt przystępną
Ułomnej płci słabościom.
Cezar. Kleopatro,
Ja twym obrońcą, nie oskarżycielem.
Do naszej chęci jeśli się odwołasz,
(A ta ci jest przyjazną) w tej dążności
Odniesiesz wielką korzyść, lecz nie zmuszaj
Do srogich praw odwetu, Antoniusza
Stąpając torem, gdyż nie tylko siebie
Pozbawisz mych dobrodziejstw, twoje dzieci
Pchniesz w otchłań, z której pragnę je wydobyć
Przy twej pomocy. Rzekłem i pozdrawiam.
Kleopatra. Świat ci otworem stoi, ty nim władasz,
My twej zdobyczy godłem i pomnikiem,
Tam staniem, gdzie rozkażesz. Przyjm to pismo.
Cezar. Bądź mym doradzcą, co do Kleopatry.
Kleopatra. To spis pieniędzy, sreber i klejnotów,
Będących mą własnością, spis rzetelny,
Drobnostki w nim nie zbywa. — Gdzie Seleukus?
Seleukus. Co łaska?
Kleopatra. Mój podskarbi niech zaświadczy
Pod karą miecza, czym zastrzegła sobie
Najmniejszą rzecz. Seleuku, powiedz prawdę.
Seleukus. Niech język mój strętwieje, zanim skłam ię,
Pod karą miecza.
Kleopatra. Com ze skarbca wzięła?
Seleukus. Dość by wykupić wszystko co zawiera.
Cezar. Nie rumień się królowo, dziś mocarzom,
Przezorność jest konieczną.
Kleopatra. Patrz, Cezarze!
Jak szczęście zwabia! moi chcą być twymi,
W zamianie losów, byłoby odwrotnie.
Niewdzięczność tego kłamcy do wściekłości
Mię przyprowadza. — Sługo, tak niewierny
Jak miłość wynajęta! — Ty się cofasz?

Ty mi nie zbiegniesz, ja ci oczy wydrę,
Choćbyś miał sępie skrzydła. Psie bez duszy!
Najlichszy łotrze!
Cezar. Błagam cię, królowo.
Kleopatra. Cezarze! patrzaj, co za wstyd okropny,
Że gdy w tym grobie raczysz mię odwiedzać,
Twym majestatem szczycąc mię, bezwładną,
Mój własny sługa, ciężar mej niedoli,
Obarcza swą podłością! Dajmy na to,
Żem przechowała jakiś grat niewieści,
Bezcenny drobiazg, takie źdźbło znikome,
Jakiem i płoche darzą się mieszczanki,
Żem nawet skryła pewien fant świetniejszy
Dla Liwii lub Oktawii, by wyjednać
Ich pośrednictwo, mamże być skarżoną
Przez tych, co ze mnie żyli? O bogowie!
Ten cios mię głębiej strąca. Precz odemnie,

(do Seleuka).

Nim tchnieniem zemsty duch mój rozpłomienię
Na zgliszczach mej niedoli. — Będąc człekiem,
Miałbyś nade mną litość.
Cezar. Idź Seleuku.

(Seleukus wychodzi).

Kleopatra. Widzicie, że nas królów świat potępia
Za to, co drudzy czynią. Gdy upadniem,
Co było cnotą, staje się występkiem.
Ach, wielkość, to nieszczęście!
Cezar. Kleopatro,
Coś ukryć mogła, lub coś tu przyznała,
Nie wchodzi w skład zdobyczy, to jest twojem,
Rozrządzaj niem do woli, w przekonaniu,
Że Cezar nie jest zbójcą i nie umie
Brać to, co nabyć może. Nie czyń sobie
Katuszy z własnych myśli, nie, królowo,
Bo zamierzamy tak postąpić z tobą
Jak sama nam poradzisz. Jedz, spoczywaj,
A nadewszystko wierz w Cezara chęci,
Przyjazne ci do końca, żegnam zatem.
Kleopatra. Łaskawy panie!

Cezar. Zwij mię raczej bratem.

(Zatrąbienie. Cezar wychodzi z orszakiem).

Kleopatra. On łudzi mię słowami, bym straciła
Poczucie mej godności. Słuchaj, Charmion.

(Mówi jej do ucha).

Iras. Już dość, królowo, jasny dzień się zmierzcha,
Wnet pomrok cię zaskoczy.
Kleopatra. Spiesz i wracaj,
Mój wyrok już wydany, jam gotowa,
Idź, powiedz, że mi pilno. —

(Charmion wychodzi).

Dolabela?
Dolabela (wchodząc). Rozkazem pani dane mi zlecenie
Współczucie własne spełnić mi doradza.
Więc jej obwieszczam, że z Cezarem wojsko
Przez Syryę kroczy, że przed trzecią, dobą
Sam wyszle przodem ciebie i twe dzieci.
Z tej wieści zrób użytek; jam uczynił,
Com przyrzekł, com powinien.
Kleopatra. Dolabelo,
Ja dłużną ci zostaję.
Dalalbela. Ja twym sługą
Najuniżeńszym.
Kleopatra. Żegnam, i na długo.

(Dolabela wychodzi).

Nareszciem wolna. Iras, cóż ty myślisz?
Egipska lalko, chcesz być wystawioną
Wraz ze mną, w Rzymie: gdzie tragarze brudni,
Z fartuchem stęchłym, łokciem i młotami,
Podniosą nas na pręgierz, ich oddechem
Zatrutym lichą strawą wskroś przejęte,
I potem ich skąpane?
Iras. Nie, o nigdy!
Kleopatra. A przecież to nas czeka. Tłum liktorów
Pogłaszcze jak sprośnice; wieszcz obdarty
Satyrą nas oszczeka; miejskie błazny
Prologiem poczęstują i przedstawią
Aleksandryjskie uczty, gdzie Antoniusz
Pod stołem zaśnie, ja zaś widzieć będę

Chłopaka grającego mię, królowę,
W postaci dziewki.
Iras. O bogowie mocni!
Kleopatra. I to nas czeka.
Iras. Tego nie zobaczę;
Paznogcie pierwej w oczach mych utopię.
Kleopatra. Tak, to jedyny sposób, by zniweczyć
I wyśmiać ich zamiary. — Oto Charmion. —

(Charmion wraca).

Ubierzcie mię siostrzyce, jak do tronu —
W szkarłatne stroje — znów na Cydnus wsiędę
I spotkam Antoniusza. — Spiesz się, Iras. —
Ty, wdzięczna Charmion, z nią przyrządzisz wszystko;
Po pracy tej ostatniej, będziesz wolną
Aż po dzień sądu. — Daj koronę, perły.
Skądże ten zgiełk?

(Iras wychodzi. Zgiełk za sceną).

Żołnierz (wchodząc). Jest tam pachołek wiejski;
Domaga się przystępu do królowej,
Z plecionką fig.
Kleopatra. Niech wejdzie. Czyn szlachetny.

(Żołnierz wychodzi).

Ten płaz dokona! on mi wolność niesie.
Mój zamiar już stanowczy, nie mam w sobie
Nic niewieściego: całam jak z marmuru,
Od stóp do głowy; zmienny krąg miesiąca
Przestaje być mą gwiazdą.

(Wraca żołnierz z wieśniakiem przynoszącym figi).

Żołnierz. Oto człowiek.

(Wychodzi).

Kleopatra. Ustąpcie mu. Masz żmijkę tę Nilową
Dającą śmierć bez bólu?

Wieśniak. Zaprawdę przyniosłem, ale nie radzę dotykać się go, bo ukąszeniem śmierć niesie. Ludzie, których ząb jego zabił, prawie nigdy, a przynajmniej rzadko, powracają do życia.
Kleopatra. Czy znałeś ludzi, którym śmierć zadał?
Wieśniak. Bardzo wielu, tak mężów jak niewiast. O jednej nie później słyszałem jak wczoraj. Była to bardzo zacna białogłowa, choć co prawda, nieco lubiąca mijać się z prawdą. Kobieta ta opowiadała o śmierci i cierpieniach, które jego ząb jej za dał: świadczyła jak najlepiej o robaku, ale temu, który w połowie ludzkim słowom wierzy, w połowie nawet ludzkie nie pomogą czyny. To tylko jest prawda, że to arcy ciekawy robak.
Kleopatra. Odejdź już, przyjacielu.
Wieśniak. Bawcie się z robakiem.
Kleopatra. Bądź zdrowym.

(Wieśniak stawia kosz).

Wieśniak. Tylko w rozumne ręce powierzyć go można; w nim tkwi wiele złego.
Kleopatra. Nie frasuj się o to. Baczyć o nim będziem.
Wieśniak. Wybornie. Nie dawajcie mu jeść, bo nie wart jest strawy.
Kleopatra. A mnie będzie chciał jeść?
Wieśniak. Nie bierzcie mnie znów za głupca; wiem dobrze, że sam bies nie chciałby skosztować białogłowy.

Kleopatra. Odejdź już, bądź mi zdrowym

Wieśniak. Odchodzę, bawcie się z robakiem.

(Wychodzi wieśniak — wchodzi Iras, niosąc koronę i szaty królewskie).

Kleopatra. Dajże mi płaszcz, koronę; nieśmiertelne
Przejmują mię pragnienia. Od tej chwili
Miód gron Egipskich już tych ust nie zmoczy. —
Co żywo, Iras. — Zda mi się, że słyszę
Głos Antoniusza; gdy powstały z grobu
Mój czyn uwielbia i wyszydza marne
Cezara szczęście, z niebios mu zesłane,
Jak przyszłych klęsk wyrocznię. Otóż idę
Do ciebie, mężu: jam tej nazwy godna!
Jam duch i płomień; ziemskie me żywioły
Niech w ziemię wrócą. — Czyście już gotowe?
Więc przyjmcie moich warg ostatnie żary.
Bądź zdrowa, Charmion — Iras, żyj szczęśliwa.

(Daje im pocałunek. Iras pada i umiera).

Czy mam gadzinę w ustach? Tyś upadła?
Jeżeli z życiem żegnasz się tak mile.
To snać grom śmierci jest boleścią lubą
Jak dreszcz miłosny. Czy nie wstaniesz więcej?
Tak szybkim zgonem świadczysz, że świat cały
Nie godzien podziękowania.
Charmion. Mgły wezbrane,
Bozpłyńcie się strumieniem, niech łzy wasze
Z jej duchem w raj odlecą!
Kleopatra. To mię gnębi.
Jeżeli pierwsza spotka go w Olimpie,
Pytając o mnie, da jej pocałunek,
Co był mem niebem. Chodź, śmiertelny gadzie,

(Przykładając żmiję do piersi).

Zatrutem żądłem rozwiąż lub rozerwij
Zwinięty kłąb żywota. Nędzny zbójco,
Czyś niedość gniewny? Niech twój pisk usłyszę,
Kąsając powiedz, że ów Cezar wielki,
Jest wielkim karłem.
Charmion. O bogini wschodu!
Kleopatra. Milcz! u mej piersi widzisz to niemowlę,
Co ssąc usypia mamkę?
Charmion. Sen okropny!
Kleopatra. Jak balsam słodki, lekki jak powietrze. —
Antoniusz woła! — Druga ślad jej zetrze. —

(Przykłada drugą żmiję do ramienia).

Nie warto żyć —

(Pada na łoże i kona).

Charmion. Na ziemi? — Żegnam ciebie. —
O śmierci, chwal się, żeś zaćmiła w niebie
Najżywszą gwiazdę. — Zmrużcie się, okienka;
Słoneczne blaski dała ta jutrzenka,
Już zgasła! kiedyż przejrzą się niebiosa
W tak świetnem źródle? Wieniec twój z ukosa;
Daj, niech poprawię: to mej służby koniec,
A potem — wolność.
Pierwszy żołnierz (wpadając). Od Cezara goniec!
Charmion (chwytając żmiję). Zapóźno! — Cbodźże! już twe żądło czuję.

Pierwszy żołnierz. Żołnierze, za mną! ktoś tu zdradę knuje.
Drugi żołnierz. Patrz, przed jej trupem, Cezar sam uklęknie.
Pierwszy żołnierz. Coście zrobiły? — Charmion, czy to pięknie?
Charmion. Mów ciszej; córce książąt i rycerzy,
Królowej z królów, umrzeć tak należy.
Ach, pani!

(Kona).

Dolabela (wchodząc). Cóż tu zaszło?
Drugi żołnierz. Wszystkie zmarły.
Dolabela. To ród olbrzymi, my jesteśmy karły. —
Za wielkość Rzymu ginie ta ofiara,
Wspaniałym zgonem.
Głosy (za sceną). Miejsce dla Cezara!

(Cezar wchodzi z całym orszakiem).

Dolabela. Cezarze! coś przewidział, to się stało:
Z rąk nam uchodzą
Cezar. To szlachetnie, śmiało!
Odgadła naszą myśl i własnym torem
Królewskim poszła. — Lecz jak się zabiły?
Nie widzę krwi.
Dolabela. Kto był ostatni z niemi?
Pierwszy żołnierz. Ów prosty wieśniak, co im przyniósł figi
W tym koszu.
Cezar. Więc otrute?
Pierwszy żołnierz. Niewiadomo.
Dopieroco ta żyła; bom ją widział
I słyszał, jak się zaprzątała wieńcem
Swej zmarłej pani: wstała drżąc i nagle
Na ziemię padła.
Cezar. Mężny duch w mdłej piersi! —
Gdyby się struły, to by poznać można
W nabrzmieniu członków; sen jej tak pogodny,
Jak gdyby siecią czarów swych łowiła
Drugiego Antoniusza.
Dolabela. Tu, na piersi,
Jest krwawy znaczek i spuchnięcie drobne;
Tu drugie, na ramieniu.

Pierwszy żołnierz. To ślad żmii,
Na liściach piany, jak w Nilowej grocie,
Po przejściu węża.
Cezar. Zdaje się w istocie,
Że tak skonała. Lekarz jej powiadał,
Że z nią tysiącznych już sposobów badał
Najlżejszej śmierci. — Złożyć ją na tronie
I zmarłe sługi wynieść. Niech po zgonie
Spoczywa przy tym, który żył jej życiem.
Gdzież znajdę ziemię godną być nakryciem
Tak świetnej pary? Pamięć ich nietknięta
W litości wieków będzie żyć tak święta,
Jak sława ich zwycięzcy. Przy obrzędzie,
Za trumną wojsko iść orszakiem będzie,
A stąd, do Rzymu. — Rozkaz daj niebawem
Uczczenie zmarłych jest ludzkości prawem.

(Wychodzą).
KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Krystyn Ostrowski.