Świerszcz za kominem/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Świerszcz za kominem
Pochodzenie Karola Dickensa wybór dzieł
Wydawca Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha
Data wydania 1914
Miejsce wyd. Poznań – New York
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. The Cricket on the Hearth
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Holenderski zegar w rogu wybił dziesiątą, gdy woźnica usiadł przy swem ognisku. Był tak rozstrojony i przybity nieszczęściem, że zląkł się kukułki, która melodyjnie wykukała dziesięć razy, z drżącym pospiechem skryła się w maurytańskim domku i zatrzasnęła za sobą drzwi, jakby zbyt ciężko jej było patrzeć na niezwykły widok. Gdyby maleńki kosiarz, uzbrojony najostrzejszą kosą, przy każdym zamachu wbijał ją w serce Jana, nie zdołałby zranić go tak okrutnie, jak to zrobiła Dot.
To serce było pełne miłości ku niej, omotane niezliczonemi nićmi wspomnień, uprzędzonemi pod wpływem jej miłych przymiotów; było to serce, w którem ona zapanowała tak niepostrzeżenie i silnie, serce do takiego stopnia prawe, mocne w dobrem, a niezdolne do złego, że nie mogło od razu poddać się wściekłości ani pragnieniu zemsty, jedynie znalazło się w niem miejsce na rozbity obraz szczęścia.
Ale powoli, gdy tak siedział w zamyśleniu przy ognisku, teraz ciemnem i chłodnem, inne gorsze myśli zaczęły mu się nasuwać jak ostry wiatr, zrywający się nocą. Oszukańczy nieznajomy spał pod jego zhańbionym dachem. Ledwo trzy kroki oddzielały Jana od drzwi jego izby. Dość jednego uderzenia, żeby je wywalić. — „Możesz spełnić zabójstwo, zanim się opamiętasz“ — mówił Teklton. Jakież to zabójstwo, jeśli daje niegodziwcowi czas, aby się bronił? Po jego stronie przecież jest przewaga młodości.
Ta myśl niebezpieczną była przy posępnym nastroju jego duszy: myśl gniewu, skłaniająca go do zemsty; ulegając jej, Jan mógł zamienić wesoły domek na przeklęte miejsce, któregoby obawiali się przechodnie, a w oknach którego ludzie bojaźliwi widywaliby przy bladem świetle księżyca walczące ze sobą cienie i słyszeli dzikie wycie w czasie zawieruchy. Rywal był młodszy od oszukanego męża! Tak, tak; jakiś zakochany, władnący sercem, które nigdy do niego nie należało. Ktoś z dawnych wybrańców Dot, przedmiot jej myśli i marzeń, za którym tęskniła i tęskniła, wtedy, gdy Jan uważał ją za tak szczęśliwą w małżeństwie. O, jakaż męka śmiertelna — myśl o tem!
Dot była na górze z maleństwem, które spać układała. Kiedy Jan siedział zamyślony u kominka, zbliżyła się do niego tak cicho, że pogrążony w swym smutku tego nie zauważył i przysunęła ławeczkę do nóg jego. Dopiero wtedy spostrzegł jej obecność, gdy dotknęła jego ręki i w twarz mu zajrzała.
Ze zdziwieniem? Nie. To od razu uderzyło Jana i spojrzał na nią powtórnie, aby sprawdzić swoje wrażenie. Nie, bez zdziwienia. Było to bystre pytające spojrzenie, ale nie zdziwione. Z początku poważne i z przebłyskiem trwogi, ale potem zajaśniało dziwnym strasznym uśmiechem. Dot odgadła myśli Jana; potem już nic nie widział, prócz jej rąk złożonych, przyciśniętych do czoła, głowy pochylonej i rozpuszczonych włosów. Gdyby nawet Jan w tej chwili był wszechmocnym, w sercu jego tak żywo tliła się iskra litości, że najmniejszej krzywdy nie wyrządziłby niewiernej żonie. Niewymownie jednak ciężko mu było widzieć ją siedzącą u swych nóg, na niziutkiej ławeczce — gdzie tak często spoglądał na nią z miłością i dumą, rozkoszując się jej niewinnością i weselem; gdy więc wstała i odeszła ze łkaniem — Jan doznał niemałej ulgi. — Pusta izba wydała mu się milszą, niż ulubiona przez tyle czasu obecność Dot. Ta pustka najbardziej przypominała mu, jak samotnym jest teraz i jak beznadziejnie porwały się wszystkie związki jego życia. Im silniej to odczuwał, im jaśniej poznawał, że wolałby widzieć Dot umarłą wraz z dziecięciem u piersi, tem wścieklej kipiał w nim gniew ku rywalowi. Jan obejrzał się wkoło, szukając oczyma broni.
Wisiała na ścianie. Zdjął ją i postąpił ku drzwiom wiarołomnego gościa. Wiedział, że broń nabita. Posępna myśl, że tego człowieka trzeba zastrzelić, jak dzikiego zwierza, utkwiła mu w głowie i wzrastała w jego umyśle, aż zmieniła się w potwornego demona, który opanował go całkowicie i od nieszczęśliwego odpędził wszystkie łagodniejsze uczucia. Pod jego władzą woda zamieniła się w krew, miłość w nienawiść, łagodność w ślepe okrucieństwo. Obraz Dot cichej, upokorzonej, wzbudzający w nim czułość i litość z nieprzepartą siłą, nie ustępował z jego myśli, ale nie opuszczając go, popychał go ku drzwiom, podnosił broń w jego ręku, przyciskał palec do odwiedzionego kurka i krzyczał: „zabij go, zabij go we śnie!“
Woźnica odwrócił strzelbę, aby kolbą uderzyć we drzwi, już trzymał ją podniesioną w górę; miał stanowczy zamiar głośno krzyknąć, aby rywal mógł oknem wyskoczyć.
Wtem drzewo zajęło się i ogień jaskrawym blaskiem oblał całe ognisko a ogrzany świerszcz rozpoczął swą pieśń.
Żaden dźwięk, ani głos ludzki choćby nawet był głosem Dot samej nie byłby w stanie tak oddziałać na Jana i ułagodzić go. Niewyszukane słowa, któremi opiewała swe upodobanie do tego samego świerszcza odezwały się w uszach jego; jej drżenie i powaga w tamtej chwili przyszły mu na myśl; jej miły głos — ach, jaki to był głos; najsłodsza muzyka przy domowem ognisku uczciwego człowieka! — poruszył najlepsze struny jego duszy i wzbudził w niej lepsze zamiary w życiu i działaniu.
Jan odskoczył ode drzwi, jak lunatyk nagle przebudzony ze strasznego snu i odłożył broń na stronę. Potem zakrył twarz rękami, siadł przy ogniu i znalazł ulgę we łzach.
— Lubię świerszcza — mówił głos tajemniczy, powtarzając to, co Jan tak dobrze zapamiętał. — Lubię go za to, żem wiele razy go słyszała, a ta niewinna melodya nasuwała mi wiele myśli.
— Ona tak mówiła! — zawołał woźnica. — Istotnie! — Było to szczęśliwe mieszkanie, Janie i za to lubię świerszcza.
— Tak, ono było takiem, Bóg świadkiem, przyznał Jan. — Ona je zawsze szczęśliwem czyniła... aż do tego czasu.
— Ona ma tak wyborny, zgodny charakter; tak lubi życie domowe, tak jest wesoła, czynna i pogodna — wyszeptał głos.
— Nie napróżnom ją tak kochał, — odezwał się woźnica.
Głos poprawił go, mówiąc: „kocham“.
Woźnica znów powtórzył: „kochałem“. — Ale niepewnie.
Cichy szept nie był posłuszny i po swojemu mówił i za siebie i za Jana.
Elf podniósł rękę i zaczął w błagającej postawie:
— U twego własnego ogniska...
— U ogniska, które ona zniszczyła — przerwał Jan.

— Nie, które ona tak często błogosławiła i otaczała weselem — odparł świerszcz — u ogniska, które bez niej byłoby tylko kupą kamieni, cegieł i zardzewiałych rusztów, a dzięki jej stało się twoim domowym ołtarzem, gdzieś wieczorami przynosił na ofiarę drobne swe
Spędził tak noc całą, oparłszy głowę na rękach 
namiętności, samolubstwo lub troskę, a odzyskiwał spokój duszy, zaufanie, szczerość, dym zaś z tego kominka wznosił się w górę, wonniejszy niż drogie kadzidła, jakie płoną w kosztownych kadzielnicach świątyń całego świata! Przy twojem własnem ognisku, w jego spokojnej świątyni, otoczonej dobrymi jego wpływami i wspomnieniami, wysłuchaj jej. Wysłuchaj mnie! Wysłuchaj wszystkiego, co przemawia językiem twego ogniska i twego domu.

— I wstawia się za Dot? — zapytał Jan.
— Wszystko, co przemawia językiem twego ogniska i twego domu, musi wstawić się za nią! — odparł świerszcz — dlatego, że ta mowa jest sprawiedliwa.
I dopókąd woźnica siedział w swem krześle, pogrążony w myślach, objąwszy głowę rękami, duch tajemniczy stał poza nim, podsuwając mu swe myśli i okazując mu je, jak w zwierciadle lub na obrazie. Nie był to duch jedyny. Od okapu komina, od zegara, fajki, samowarka i kołyski, od ścian i podłogi, od sufitu schodów, od wózka na podwórzu, kredensu w izbie, od wszelkiego domowego sprzętu, od każdej rzeczy i każdego miejsca, którego Dot dotykała i z którem było związane wspomnienie o niej w umyśle nieszczęśliwego męża — oddzielały się powietrzne roje skrzydlatych elfów.
Nie w celu, aby stanąć za Janem na wzór świerszcza, lecz żeby działać i ruszać się. Żeby wszelką cześć oddać postaci Dot. Żeby woźnicę targać za poły i wskazywać mu miejsca, w których jawiło się to miłe widziadło. Żeby tłoczyć się na nie i pieścić je. Żeby sypać mu kwiaty pod nogi. Żeby wieńczyć jego jasną główkę swemi delikatnemi rękami. Żeby okazać swą miłość i czułość dla Dot. Żeby ją upewnić, że niema tu żadnej potwornej lub szkodliwej istoty, któraby do niej zbliżyć się chciała — nikogo prócz nich — igrających i przyjaznych elfów.
Myśli Jana nie rozłączały się z obrazem Dot. Był zawsze im obecny.
Oto siedzi z robotą przy ognisku i śpiewa sobie piosenkę. Taka wesoła, figlarna, staranna, maleńka Dot. Czarodziejskie istoty, jak na zmowę, wpatrzyły się naraz wszystkie w niego, jakby mówiły:
— Czy to tę niezrównaną żonę opłakujesz?
Za oknem dały się słyszeć głosy radości, zadźwięczały instrumenta muzyczne, rozlegały się głośna rozmowa i śmiech. Tłum rozbawionej młodzieży wtargnął do izby; była wśród nich Mey Filding i wiele ładnych dziewcząt. Dot, piękniejsza od nich wszystkich, nikomu nie ustępowała młodością. Goście ci przyszli zabrać ją ze sobą. Mieli tańczyć. Jeśli czyja maleńka nóżka stworzoną była do tańca, to bez zaprzeczenia była to nóżka Dot. Ale ona zaśmiała się, wstrząsnęła główką i wskazała na swoje zajęcie przy kominku i na stół już nakryty, z taką chytrą i zadzierzystą minką, że jeszcze śliczniejszą się wydała. Tak więc Dot wesoło ich wyprawiła, kłaniając się tancerzom, gdy koło niej przechodzili jednemu po drugim, ale z tak komiczną obojętnością, że jeśli byli wielbicielami Dot, powinniby zaraz się utopić. I napewno byli wielbicielami, bo niepodobna było oprzeć się jej czarowi. Dot jednak z natury nie była zimna. O, nie! bo gdy do drzwi zbliżył się jeden znajomy woźnica, z jakąż radością podbiegła ku niemu!
Znów elfy skierowały na niego swe oczy, jakby chciały powiedzieć: „Czy ta kobieta mogła cię oszukiwać!“ Jakiś cień padł na zwierciadło czy obraz; nazwijcie to, jak chcecie. Wielki cień nieznajomego, kiedy po raz pierwszy stanął pod ich dachem; zasłonił sobą i zamazał wszystkie inne przedmioty. Ale skrzętne elfy pracowały, jak pszczółki, żeby go odsunąć. I Dot znowu ukazała się, po dawnemu jasna i prześliczna. Kołysząc swoją dziecinę i usypiając ją cichą piosenką, przytuliła główkę do ramienia tej samej zamyślonej postaci, obok której stał czarodziejski świerszcz.
Noc — chcę powiedzieć, prawdziwa noc, a nie ta, którą wskazuje czarodziejski zegar — teraz rozjaśniła się; i w tem stadyum rozmyślań woźnicy wyjrzał księżyc i jasno oświecił niebo. Zapewne jakiś spokojny i łagodny promień wcisnął się w duszę Jana, który teraz trzeźwiej zaczął myśleć nad tem, co zaszło.
Chociaż cień nieznajomego padał od czasu do czasu na zwierciadło, wyraźny, wielki i całkowicie określony, lecz nie był już teraz tak ponurym, jak przedtem. Gdziekolwiek się pokazał, elfy wspólnie zaczynały pracować swemi małemi rączkami i nóżkami z nieprawdopodobną szybkością, aby go zetrzeć.
I gdziekolwiek dostrzegły Dot, ukazywały ją mężowi jasną i śliczną z głośnym zachwytem.
Ukazywały ją piękną i jasną, bo były to duchy domowego ogniska, które nie cierpią obłudy; ona je zabija; Dot tymczasem nigdy ich nie zasmucała; czynna, wesoła, uprzejma, była jasnością i rozkoszą w domku woźnicy.
Elfy tłoczyły się nadzwyczajnie, ukazując ją z dzieckiem, rozmawiającą w kółku mądrych, starych matron, gdy starała się okazać poważną. Stała, opierając się na ramieniu męża i dawała do zrozumienia — ona taki pączek w postaci malutkiej kobiety! — że wyrzekła się wszelkich w świecie wesołych zabaw i że zdołała już nabyć wiele doświadczenia w obowiązkach macierzyńskich. Ale w tejże chwili elfy ukazywały ją śmiejącą się z niezręczności męża, podnoszącą kołnierz jego koszuli, aby piękniej wyglądał i kręcącą się z nim po tejże samej izbie, aby go nauczyć tańca.
Elfy odwróciły się i znów wszystkie otwartemi oczami zaczęły patrzeć na Jana, gdy wskazały mu Dot z niewidomą dziewczynką, bo choć wszędzie odznaczała się wesołością i ożywieniem, to w domku Kaleba Plemmera te przymioty wyraźniej jeszcze występowały, przelewały się przez brzegi. Miłość, zaufanie i wdzięczność ślepej dziewczynki dla Dot, jej starania, aby uchylić się od wdzięczności Berty, jej niewinne małe podstępy, aby skorzystać z każdej chwili wizyty, aby coś pożytecznego dla domu uczynić i istotne gorliwe prace, choć młoda kobieta udawała, że odpoczywa; jej hojne podarki w rodzaju smacznego przyjęcia: cielęciny, pasztetu wieprzowego i butelek piwa, jej jaśniejąca twarzyczka, ukazująca się we drzwiach i znikająca po pożegnaniu; dziwny wyraz całej jej powierzchowności od ładnej nóżki, do głowy uwieńczonej przepysznymi warkoczami: — to wszystko Elfy ukazywały wyraźnie i wychwalały za te skromne zasługi Dot, która była duszą rodzinnego i towarzyskiego kółka, czemś nieodzownem dla dobra ogólnego. I znów patrzyły na Jana błagalnym wzrokiem, jakby mówiły — podczas gdy niektóre z nich kryły się w fałdach sukni Dot i pieściły ją: — Czyż ta kobieta mogła zawieść twoje zaufanie?
Nie raz, nie dwa i nie trzy w długiej nocy rozmyślań dobre istoty pokazywały ją Janowi na ulubionem jej miejscu z pochyloną głową, z zaciśniętemi u czoła rękami i falami rozsypanych włosów, jaką widział po raz ostatni. I widząc ją w takim smutku, nie zwracały się już ku Janowi i nie patrzyły na niego, lecz otoczyły Dot tłumnie i pocieszały i całowały ją, aby jej okazać swe współczucie i życzliwość, zupełnie zapominając o niepocieszonym mężu.
Tak przeszła noc. Księżyc zaszedł, gwiazdy pobladły; nastąpił chłodny poranek; słońce weszło. Woźnica siedział, jak wpierw, zamyślony przy kominku. Spędził tu całą noc, oparłszy głowę na ręku. Całą noc wierny świerszcz ćwierkał przy ognisku. Całą noc gospodarz przysłuchiwał się jego głosowi. Całą noc duchy domowego ogniska pracowały nad nim. Całą noc Dot ukazywała się w zwierciadle, miła i bez winy, prócz tych chwil, gdy na nie cień padał. Gdy dzień zupełny nastał, Jan wstał, umył się i przebrał. Nie był w stanie zająć się swojem zwykłem wesołem rzemiosłem — na to nie starczyło mu odwagi — ale z tem wielkiej nie było biedy, gdyż z powodu wesela Tekltona Jan Piribingl umówił się z drugim woźnicą, aby go zastąpił. Miał zamiar wesoło wybrać się z Dot do kościoła. Ale wszystkie te plany spełzły na niczem. Dziś była także rocznica ślubu małżonków Piribingl. Ach, czyż mógł Jan przewidzieć, że cały rok szczęścia zakończy się dla niego tak smutnie? Oczekiwał przyjazdu Tekltona rankiem i nie omylił się. Nie zdążył przejść koło ganku tam i napowrót, gdy zobaczył handlarza zabawek, trzęsącego się na drodze w swoim powoziku. Gdy ekwipaż podjechał bliżej, Jan zauważył, że Teklton był przybrany strojnie do ślubu, a koniowi upiększył głowę kwiatami i wstęgami. Koń był podobniejszy do narzeczonego niż pan jego, którego na pół zakryte oko bardziej niż przedtem odznaczało się nieprzyjemnym wyrazem. Ale woźnica nie zwracał na to wielkiej uwagi. Jego myśli co innego zajmowało.
— Janie Piribingl! — wymówił tonem współczucia gość. — Jakże się czujesz, przyjacielu, dzisiejszego rana?
— Źle noc spędziłem, panie Teklton — odpowiedział woźnica, potrząsając głową — bo byłem bardzo rozstrojony. Czy nie mógłbyś pan ofiarować mi pół godziny na rozmowę w cztery oczy?
— Po to też przyjechałem, — powiedział Teklton, wysiadając z powoziku, — nie zajmuj się mym koniem. Będzie stał spokojnie, przywiązany lejcami do tego słupa, jeśli mu dasz trochę siana.
Gdy woźnica przyniósł garstkę siana ze stajni i dał ją koniowi, wszedł z gościem do domu.
— Zdaje się ślub pana naznaczony nie wcześniej jak na południe? — zapytał.
— O, tak — odpowiedział Teklton. — Mam jeszcze wiele czasu. Wiele czasu.
Przy wejściu do izby zauważyli, że Tilly stuka do drzwi nieznajomego, którego izdebka znajdowała się ledwo o parę stąd kroków. Jedno z jej zaczerwienionych oczu (dlatego, że Tilly płakała całą noc, patrząc na swoją płaczącą panią) było przyciśnięte do dziurki w zamku; głośno zapukała pięścią i wydawała się przestraszoną.
— Ośmielam się powiedzieć, że nie mogę się dopukać, — wymówiła niańka, — oglądając się wkoło. — Mam nadzieję, że nie stało się tu nic złego i nikt nie umarł.
Tym pełnym miłości bliźniego słowom Tilly towarzyszyły nowe uderzenia do drzwi, które jednak pozostały bez odpowiedzi.
— Może ja poprobuję? — zaproponował Teklton. — To ciekawe!
Woźnica, który się odwrócił ode drzwi, dał mu znak, aby wszedł, jeśli chce. I tak Teklton zastąpił Tilly; i on też stukał i szarpał klamką bez żadnego rezultatu. Ale przyszło mu na myśl pchnąć drzwi i kiedy otworzyły się bez trudu, zajrzał do izby, wsunął głowę, potem próg przestąpił i natychmiast wybiegł stamtąd z pośpiechem.
— Janie Piribingl — szepnął gość na ucho gospodarzowi — mam nadzieję, że nic złego nie stało się tu tej nocy.
Woźnica szybko zwrócił się ku niemu.
— On się gdzieś ukrył i okno na rozścież otwarte, — rzekł Teklton. — Nie widzę żadnych śladów, okno prawie na jednym poziomie z ogrodem, ale lękam się, czy nie było tu jakiej... jakiej kłótni, hę?
Prawie zupełnie zamroczył swoje oko i wpił się niem w Jana, przyczem skrzywił twarz i zgiął swą postać, jakby chciał siłą wycisnąć prawdę z Jana Piribingla.
— Nie obawiaj się pan, rzekł tenże. — Nieznajomy wszedł do tej izby zeszłej nocy bez wszelkiej dla siebie krzywdy, bez wszelkiej obrazy z mej strony ani słowem ani czynem i nikt od tej chwili do niego nie zachodził. Znikł stąd z własnej dobrej woli. Ja z radością wyszedłbym za ten próg, aby do końca życia żebrać jałmużny, idąc od domu do domu, gdybym mógł zmienić to, co zaszło i sprawić, aby ten człowiek nigdy był do nas nie wchodził. Ale przyszedł i odszedł. I nic już mnie z nim nie wiąże.
— O, naturalnie. Według mnie odczepił się dość tanio, — powiedział Teklton, biorąc krzesło.
Ale zjadliwej ironii nie zauważył woźnica, który z kolei siadł i zasłonił twarz na chwilę, zanim się odezwał.
— Wczoraj wieczorem pokazałeś mi pan moją żonę, — zaczął wreszcie, — moją żonę, — moją żonę, którą kocham; skrycie...
— I czule — wtórował Teklton.
— Dopomagała do przebrania się temu człowiekowi i dała mu sposobność do widzenia się sam na sam. Pewien jestem, że niema dla mnie przykrzejszego widoku. Jestem pewien, że niema w świecie człowieka, któremu mniej chciałbym zawdzięczać to odkrycie, jak panu.
— Przyznaję, żem zawsze miał podejrzenie, zauważył Teklton, — i dlatego tak mnie tu nie lubili, wiem o tem.
— Ale ponieważ otworzyłeś mi pan oczy, — ciągnął woźnica, nie zwracając na jego słowa uwagi, — ponieważ widziałeś ją, moją żonę, którą kocham, — jego głos i wejrzenie stały się twardsze, kiedy powtarzał te słowa, wyraźnie z silnie powziętym zamiarem — ponieważ widziałeś ją w tak złem świetle, więc słusznem i sprawiedliwem będzie, abyś pan spojrzał na nią mojemi oczami, żebyś wglądnął w moją duszę i poznał, co ja o tem myślę, dla tego że moje postanowienie powzięte — kończył Jan, badawczo patrząc na gościa. — I nic nie jest w stanie teraz go zachwiać.
Teklton zamruczał kilka słów w tym sensie, że zawsze na kogoś winę złożyć trzeba; ale stanowczość Jana Piribingla zmusiła go do milczenia. W prostej, niewyszukanej mowie tego człowieka było coś tak szlachetnego i pełnego godności, że ujawniało duszę niezłomnego honoru.
— Jestem człowiek prosty i gruby — mówił dalej woźnica — i nie mam czem się chlubić. Nie odznaczam się mądrością, jak panu wiadomo i nie jestem już młody. Pokochałem moją maleńką Dot, bo rosła w mych oczach w domu swego ojca od najwcześniejszego dzieciństwa; bom wiedział, jak ona jest dzielna, bo w niej skupiło się całe moje życie w ciągu lat wielu. Jest wielu mężczyzn, z którymi porównać się nie mogę, ale ci nigdyby nie potrafili kochać mej małej Dot, jak ja ją kochałem.
Zatrzymał się i parę chwil po cichu uderzał nogą w podłogę, nim zaczął dalej.
— Często myślałem — znów rozpoczął Jan — że choć nie wart jestem Dot, mógłbym być dla niej kochającym mężem i kto wie, czy nie potrafiłbym lepiej jej ocenić niż inny; w ten sposób powoli oswoiłem się z tą myślą i zacząłem uważać za możliwe małżeństwo między nami. Tak też się stało. Pobraliśmy się.
— Aha — wymówił Teklton, znacząco potrząsając głową.
— Siebie samego oceniłem dobrze, poznałem swój charakter, wiedziałem, jak silnie kocham Dot i jak szczęśliwym z nią być mogę — mówił Jan dalej. — Ale nie dość myślałem o niej.
— Rozumie się — potwierdził Teklton. — Niestałość, lekkomyślność, chęć podobania się! Nie brałeś tego w rachubę. Wszystko to przeoczyłeś! Aha!
— Nie powinienbyś pan przerywać mi — z pewną surowością zauważył woźnica — zanim pan nie zrozumiesz słów moich, a dalekim jesteś od tego. Jeślibym wczoraj jednem uderzeniem położył człowieka, który ośmieliłby się powiedzieć o niej choć jedno złe słowo, to dziś podeptałbym go nogami, choćby był moim rodzonym bratem.
Handlarz zabawek popatrzył na niego ze zdziwieniem, tymczasem Jan mówił dalej łagodniejszym tonem.
— Pomyślałem o tem, żem oderwał Dot — w jej latach, przy jej piękności — od młodych przyjaciół i wielu zabaw, których była ozdobą, od wesołych zebrań, gdzie jaśniała jak najświetniejsza gwiazda, żeby ją zamknąć w swym ponurym domu i zmusić do zadowolenia się mojem nudnem towarzystwem? Czyż pomyślałem, jak mało odpowiadam jej żywej, dzielnej naturze, jak musi być nudny i nieznośny nierozgarnięty mężczyzna dla kobiety bystrego umysłu? Czyż pomyślałem, że moja ku niej miłość nie była zasługą i nie dawała mi żadnych szczególnych praw, bo każdy, kto znał moją Dot, musiał ją pokochać? Nie, o niczem tem nie pomyślałem, ale skorzystałem z jej nieopatrznego zaufania, skłonności do zamążpójścia i ożeniłem się z nią. Lepiej, gdybym był tego nie zrobił! Żałuję jej, nie siebie!
Handlarz zabawek patrzył na niego z wytężoną uwagą. Nawet napół przymrużone oko Tekltona teraz było otwarte.
— Niech ją Bóg błogosławi — ciągnął woźnica — za tę pogodną stałość, z jaką kryła to przedemną! I niech mi Bóg przebaczy, żem z powodu swej niedomyślności nie odgadł wpierw tego! Biedne dziecko! Biedaczka Dot! Jak mogłem nie domyśleć się, gdym widział, że jej oczy zachodzą łzami, gdy się mówiło o niedobranych małżeństwach w rodzaju naszego! Setki razy zauważyłem skrywane drżenie jej warg, a przecież ani razu nie przemknęło mi przez myśl podejrzenie aż do przeszłej nocy! Nieszczęśliwa! Jak mogłem przypuścić, że ona mnie pokocha? Jak mogłem uwierzyć, że jestem przez nią kochany!
— Ona bardzo popisywała się swoją miłością ku tobie — podchwycił Teklton. — Ona do tego stopnia udawała kochającą żonę, że mówiąc otwarcie, to mnie najpierw skłoniło do podejrzeń.
Tu nie zaniedbał wspomnieć o wyższości Mey Filding, gdyż młoda ta dziewica niewątpliwie nie udaje zakochanej w nim.
— Ona wszelkiemi siłami starała się mnie pokochać — powiedział na obronę żony biedaczysko Jan z większem wzruszeniem, niż przedtem. — Dopiero teraz zaczynam pojmować, jak zmuszała się Dot, aby być dla mnie staranną, oddaną żoną, która pojmuje swój małżeński obowiązek. Jak była dobra, jak wiele robiła; jakie ma dzielne serce i ile siły charakteru, o tem świadczy szczęście, którego doznałem pod tym dachem! Będzie to dla mnie pociechą i osłodą, gdy tu sam zostanę.
— Zostaniesz sam? — zapytał Teklton. — Aha, to znaczy, żeś postanowił działać?
— Postanowiłem — odrzekł Jan — obdarzyć ją największem dobrem, naprawiając swoją omyłkę, o ile to w mej mocy. Mogę uwolnić Dot od codziennego udręczenia, nierównego małżeństwa i nieznośnej ze sobą walki, aby ukryć swe uczucia. Pozwolę jej korzystać ze swobody, o ile tylko zależy to odemnie.
— Jakto! Myślisz ją jeszcze nagradzać? zawołał Teklton, trąc i wykręcając palcami swoje ogromne uszy. — Chyba źle cię zrozumiałem. Napewno nie mówiłeś tego.
Woźnica schwycił handlarza zabawek za kołnierz i potrząsł nim jak trzciną.
— Posłuchaj mnie pan — powiedział — i postaraj się zrozumieć. Posłuchaj. Ja, zdaje się, jasno mówię.
— Zupełnie jasno — potwierdził Teklton.
— Mówię, jak myślę!
— Tak właśnie, jak myślisz.
— Siedziałem przy tem ognisku przeszłej nocy — całą noc bez przerwy — zawołał woźnica. Na tem miejscu, gdzie moja żona siadała tak często obok mnie, zwracając ku mnie swą miłą twarzyczkę. Przypomniałem sobie całe jej życie dzień za dniem. Rozbierałem jej charakter, jej postępowanie. I klnę się na duszę, ona niewinna, jeśli jest nad nami Najwyższy Sędzia, który sądzi winnych i niewinnych.
Sprawiedliwy świerszcz przy kominku!
Sprawiedliwe duchy domowego ogniska!
— Gniew i zwątpienie opuściły mnie — ciągnął dalej Jan — a w mej duszy pozostał tylko smutek. W złej chwili powrócił jakiś dawny wielbiciel, odpowiedniejszy dla niej wiekiem i upodobaniami niż ja, któremu zapewne oddali ją wbrew jej woli. W złej chwili, zaskoczona i niezdolna obmyśleć swego postępowania, Dot stała się wspólniczką jego wiarołomstwa, gdy zgodziła się ukryć jego nikczemne oszustwo. Przeszłej nocy poszła, aby się z nim zobaczyć potajemnie, czegośmy byli świadkami. To zły czyn. Ale we wszystkiem innem ona niewinna, jeśli jest prawda na ziemi!
— Ha, jeśli jesteś takiego mniemania!... — zaczął Teklton.
— A więc, oswobodzę ją — przerwał mu woźnica. Odeślę ją z mojem błogosławieństwem za liczne, szczęśliwe chwile, któremi mnie darzyła i z przebaczeniem za boleść, jaką mi wyrządziła. Niech odjedzie i cieszy się pokojem duszy, którego jej życzę! Ona nigdy nie będzie mnie nienawidzieć. Polubi mnie więcej, gdy przestanę być dla niej obrożą i gdy łańcuch, którym ją przykułem, lżejszym się okaże. Dziś rocznica tego dnia, w którym przywiozłem ją z domu rodzicielskiego, bardzo mało troszcząc się o to, czy będzie szczęśliwa. I dziś także Dot wróci do swego starego gniazda. Nie będę jej więcej natrętnym. Rodzice mej żony przyjadą do nas dzisiaj — powzięliśmy zamiar spędzić ten dzień razem — i zabiorą ją ze sobą do domu. Zupełnie jej wierzę i mogę zaufać jej honorowi, gdziekolwiek mieszkać będzie. Porzuca mnie niczem nieskalana i nieskalane życie będzie prowadziła, tegom pewien. Jeśli umrę — a to może nastąpić, gdy Dot młodą jeszcze będzie, tak postarzałem się w kilku godzinach, — to ona się dowie, żem pamiętał o niej i kochał ją do grobu! Oto rezultat tego, coś mi pokazał. Teraz już wszystko się skończyło!
— O nie, Janie, nie skończyło się. Nie mów tego, że wszystko minęło. Nie wszystko jeszcze. Słyszałam twe szlachetne słowa. Nie mogłam wyjść niepostrzeżenie, udając żem nie słyszała słów, które wzbudzają we mnie taką głęboką wdzięczność. Nie mów, że wszystko skończone, dopokąd zegar raz jeszcze nie uderzy!
Dot weszła do izby zaraz po Tekltonie i pozostała tam. Nie patrzyła na gościa, ale nie spuszczała oczu z męża.
Jednakże nie zbliżyła się do niego, pozostawiając jak można największą przestrzeń między nim i sobą. Ale choć mówiła z gorącem uczuciem, nie przysunęła się do Jana ani na krok. Jak to się różniło od dawnych jej zwyczajów!
— Żadna ręka nie zdoła utworzyć zegarowego mechanizmu, któryby dla mnie znów wydzwaniał godziny minionego szczęścia, powiedział woźnica ze smutnym uśmiechem. — Ale niech będzie, jak chcesz, kochana. Zegar wkrótce wybije. Słowa nasze niewielkie mają znaczenie. Postaram się zadowolić cię w rzeczach ważniejszych.
— Mnie zaś pora wyruszyć stąd — zamruczał Teklton. Czas nie czeka. A gdy zegar godzinę wybije, muszę być w drodze do kościoła. Bywaj zdrów, Janie Piribingl. Bardzo mi żal, że nie będę miał szczęścia widzieć was u siebie. Bardzom zmartwiony tą stratą, a zarazem tem, co ją spowodowało.
— Mówiłem przecież jasno? — dopytywał się woźnica, odprowadzając go do drzwi.
— O, zupełnie!
— I pan zapamięta to, com mówił?
— Pozwól mi zaznaczyć, — odpowiedział Teklton, przezornie naprzód sadowiąc się w powoziku, — że to, coś powiedział, było do tego stopnia niespodziewanem, iż trudno byłoby mi zapomnieć.
— Tem lepiej dla nas obydwóch, — odpowiedział Jan. — Bądź pan zdrów. Życzę ci szczęścia.
— Chciałbym i ja życzyć ci tego samego — rzekł Teklton. — Ale gdy nie mogę tego zrobić, więc poprzestanę na podziękowaniu. Mówiąc między nami, (zdaje się, żem o tem już wspominał?) nie sądzę, że w mem małżeństwie mniej będę szczęśliwy z powodu, że Mey nie zwracała na mnie zbyt wielkiej uwagi i że nie wystawiała na pokaz swoich serdecznych uczuć. Strzeż się.
Woźnica stał i patrzył w ślad za nim, póki handlarz z oddali nie wydał się mniejszym, niż zblizka przybranie jego konia z kwiatów i wstążek; potem z głębokiem westchnieniem chodził tam i napowrót pod drzewami około domu, jak człowiek przybity zmartwieniem. Nie chciało mu się wracać do domu przed uderzeniem zegara.
Pozostawszy sama, biedna Dot gorzko zapłakała, ale często starała się powstrzymywać łkania, ocierała oczy i mówiła, jak dobrym jest jej mąż, jaki to szlachetny człowiek. A nawet raz czy dwa młoda kobieta zaśmiała się takim serdecznym, tryumfalnym, a niewłaściwym śmiechem (bo równocześnie nie przestawała płakać), że doprowadziła Tilly do istotnego przerażenia.
— O przestań pani, przez litość — mówiła niańka — przecież od tego, Boże uchowaj, dzieciątko twoje umrzeć może, jeśli pani nie przestanie tak się zabijać.
— A ty go czasem przyniesiesz ojcu, Tilly, gdy mnie tu mieszkać nie będzie wolno i gdy odjadę do mego dawnego domu? — pytała ją pani, ocierając z łez oczy.
— O, niech pani nie mówi, proszę — jęczała Tilly, podrzucając w tył głowę i wybuchając głośnym płaczem — o, niech pani przestanie, śmiem prosić! Oj, co się stało ze wszystkimi, że wszyscy się rozeszli, rozjechali, rozbiegli, tyle innym złego wyrządziwszy! O—o, o—o!
Czuła Tilly jeszcze głośniej po tych słowach krzyczeć zaczęła. Jej spazmatyczny płacz był tem straszniejszy, że od dawna wstrzymywała łkania. Dzikie wrzaski niańki niewątpliwie rozbudziłyby i przeraziły dziecinę, może wywołałyby konwulsye, gdyby na szczęście nie zobaczyła przez okno Kaleba Plemmera, który prowadził swoją niewidomą córkę. Na ten widok rozbudziło się w niej uczucie przyzwoitości; po kilku minutach stała już, milcząc, z otwartemi ustami, a potem rzucając się do kołyski, w której spał mały, zaczęła kręcić się jak w tańcu św. Wita, podrzucała rękami i nogami, wciskała twarz i głowę w pościółkę, widocznie znajdowała wielką ulgę w tych niezwykłych ruchach.
— Maryo — pytała Berta, wchodząc do izby — tyś nie na weselu?
— Mówiłem, że tam nie będzie was — rzekł Kaleb. — Słyszałem gadanie o tem wczoraj wieczorem. Ale upewniam panią — wyszeptał mały człowieczek delikatnie biorąc gosposię za ręce — nie dałem wiary temu, co mówią niektórzy ludzie. Nie wierzę im. Przyznaję, niczem jestem, lecz wpierw dałbym się rozerwać w kawałki, niżbym uwierzył jednemu złemu słowu na niekorzyść waszą.
Pochwycił ją obiema rękami i przytulił do siebie, jak tuli dziecko lalkę.
— Berta nie mogłaby dziś pozostać w domu — mówił Kaleb. — Bała się usłyszeć dźwięku dzwonów, bała się, że nie zniesie tak blizkiej obecności nowożeńców w dniu wesela. Dlatego wcześniej wyszliśmy z domu i tu zaszli. Ciągle myślałem o tem, com zrobił — odezwał się znów ojciec po krótkiem milczeniu; — obwiniałem siebie dotąd, aż przestałem rozumieć, co mi teraz zrobić należy i gdzie uciec na widok nieszczęścia mej córki. I oto doszedłem do przekonania, że najlepiej będzie, jeśli powiem prawdę tu wobec was. Nie odmówisz być przy tem, prawda? — pytał, drżąc całem ciałem — nie wiem, jak oddziała na biedaczkę moje wyznanie; nie wiem, co o mnie pomyśli; nie wiem, czy potem będzie jeszcze kochała swego nieszczęśliwego ojca? Ale lepiej dla niej, gdy oszukaństwo się odkryje, a ja muszę pogodzić się z koniecznem następstwem mego nierozsądku i ponieść słuszną karę.
— Maryo — rzekła Berta — gdzie twoja ręka? Ach, otóż jest! — zawołała ślepa, przyciskając rękę Dot do ust z uśmiechem, a potem przyciskając ją swoją ręką. Słyszałam, jak goście nasi szeptali ze sobą wczoraj wieczorem, jak przypisywali tobie jakiś czyn nieuczciwy. Oni się mylili.
Żona woźnicy milczała. Kaleb odpowiedział za nią.
— Oni się mylili — przytwierdził.
— Wiem o tem — z dumą podchwyciła Berta. — To im też powiedziałam. Nie chciałam słuchać o niej ani jednego złego słowa. Dot nie zasługuje na posądzenie! — ścisnęła rękę Dot i przytuliła jej twarzyczkę do swojej. Nie jestem na tyle ślepa, abym to zrobić mogła.
Kaleb stanął po drugiej stronie córki, gdy Dot trzymała jej rękę.
— Znam was wszystkich lepiej, niż sądzicie — powiedziała Berta. — Ale nikogo nie znam tak dobrze, jak miłą moją Dot. Nawet ciebie, ojcze. Około mnie niema nic ani w połowie tak rzeczywistego, tak istotnego, jak ona. Gdybym w tej chwili mogła przejrzeć, a nikt mi nie wskazał, gdzie ona, poznałabym ją w tłumie. Moja siostrzyczko!
— Berto, Berto — zaczął Kaleb — mam coś na sercu i muszę z tobą otwarcie pomówić, pokąd tu sami jesteśmy, bez obcych świadków. Posłuchaj mnie i nie gniewaj się. Muszę ci zrobić wyznanie, moja najmilsza.
— Wyznanie, ojcze?
— Odstąpiłem od prawdy i zbłądziłem, dziecko moje — wymówił Kaleb z bolesnym wyrazem na swej roztargnionej twarzy. — Odstąpiłem od prawdy, sądząc, że ci tem pożytek przyniosę i postąpiłem z tobą okrutnie.
Niewidoma zwróciła ku niemu skamieniałą od zdziwienia twarzyczkę i powtórzyła:
— Okrutnie?
— On się zbyt surowo oskarża, Berto — wtrąciła Dot. — Zaraz sama o tem się przekonasz. Ty pierwsza go usprawiedliwisz.
— On dla mnie okrutny! — zawołała Berta z niedowierzającym uśmiechem.
— Bezwiednie, moje dziecko — rzekł Kaleb. — Ale rzeczywiście byłem okrutnym, choć nie przypuszczałem tego do wczorajszego dnia. Moja droga, ślepa córeczko, wysłuchaj mnie i przebacz! Świat, w którym żyjesz, moja duszko, nie taki, jakim go tobie przedstawiałem. Oczy, którym wierzyłaś, oszukiwały cię.
Jej zdziwione oblicze po dawnemu było zwrócone w stronę ojca, ale cofnęła się w tył i przytuliła silniej do swej przyjaciółki.
— Droga twego życia była ciężka, biedaczko moja i chciałem ją dla ciebie wygładzić. Przerabiałem przedmioty, zmieniałem charaktery ludzi, wymyślałem to, co nigdy nie istniało, żeby cię zrobić szczęśliwą. Kryłem się przed tobą, oszukiwałem cię, niech mi Bóg przebaczy. Byłaś otoczona rzeczami wymyślonemi.
— Jednakże ludzie nie byli wymyślonymi — przerwała spiesznie — bledniejąc i jak pierwej usuwając się od ojca. — Tyś nie mógł ich zmienić.
— Zrobiłem to, Berto — odrzekł Kaleb żałosnym głosem. — Jest jedna osoba, którą znasz, moja gołąbko....
— Ach, ojcze, czemu mówisz, że ją znam? — podchwyciła ślepa, a głos jej dźwięczał gorzką wymówką. — Co i kogo ja znam? Ja, nie mająca przewodnika! Ja, tak nieszczęśliwa, ślepa!
W serdecznym bólu wyciągnęła ręce, jakby dotknięciem chcąc odszukać drogę, potem zakryła niemi twarz z wyrazem rozpaczy i urazy.
— Człowiek, który się dziś żeni — rzekł Kaleb — jest okrutny, nędzny i bez serca. Surowy pan dla ciebie i dla mnie przez ciąg lat całych. Wstrętny z powierzchowności i z natury. Zawsze zimny i niedostępny litości. Zupełnie niepodobny do portretu, jaki ci narysowałem, moje dziecko, niepodobny w niczem.
— O, czemuż — zawołała niewidoma, widocznie cierpiąc nie do zniesienia — czemuż zwodziłeś mnie! Czemuś zapełnił me serce, a potem wdarł się weń jak śmierć i wyrwał z niego przedmiot mej miłości. O, Boże, jakżem ślepa! Jak bezbronna i samotna!
Zbolały ojciec pochylił głowę w milczeniu, pogrążony w żalu i rozpaczy.
Jak tylko Berta dała folgę swemu gorzkiemu żalowi, świerszcz przy ognisku zaczął ćwierkać dla niej wyłącznie. Nie wesoło, lecz cicho i smutnie. Jego tęskna piosenka pobudziła ją do płaczu. Gdy zaś duch, który całą noc towarzyszył woźnicy, stanął tuż za nią, wskazując na Kaleba, łzy biednej dziewczyny trysnęły strumieniami.
Wkrótce głosik świerszcza stał się wyraźniejszy, a ślepota nie przeszkodziła Bercie odczuć blizkości ducha, krążącego w koło jej ojca.
— Maryo — rzekła — opowiedz mi, jaki nasz dom? Jaki on jest istotnie?
— Jestto bardzo ubogie mieszkanie, Berto, bardzo ubogie i smutne. Na przyszłą zimę ledwie was ochroni od deszczu i wiatru. Źle też zaopatrzone od niepogody, Berto — mówiła Dot cichym, wyraźnym głosem, — jak twój biedny ojciec w swym płaszczu z rogoży.
Niewidoma z silnem wzruszeniem wstała i odprowadziła na stronę żonę woźnicy.
— A te podarki, tak mi drogie, tak prawie zawsze zgodne z memi pragnieniami, któremi tak bardzo się cieszyłam — wymówiła drżąc — skąd pochodziły? Czy to nie tyś mi je przysyłała?
— Nie.
— Któż więc?
Dot zauważyła, że Berta już odgadła, więc milczała. Ślepa dziewczynka znów zakryła twarz rękami, ale już teraz z całkiem innym wyrazem.
— Droga Maryo, jeszcze chwileczkę. Zgadzasz się? Odejdźmy dalej. Mów do mnie pocichu. Tyś prawa, wiem. Ty mnie nie zwiedziesz, nieprawdaż?
— Nie, Berto, nie zwiodę.
— Niewątpliwie, pewna tego jestem. Ty zbyt litujesz się nademną, aby to uczynić. Maryo, spojrzyj w tę stronę pokoju, w której byłyśmy przed chwilą — tam, gdzie siedzi mój ojciec — mój ojciec, który ma dla mnie tyle miłości i współczucia — i powiedz mi, co widzisz?
— Widzę — odrzekła Dot, która doskonale zrozumiała niewidomą — starca, siedzącego na krześle, smutnie pochylonego i opartego na ręce. Czy znajdzie pociechę u swej córki, Berto?
— Tak, tak. Ona go pocieszy. Mów dalej.
— Jestto starzec, wyczerpany pracą i troską. Zgarbiony, zamyślony, siwy człowiek. Rozstrojony, zgnębiony opuścił ręce. Lecz przedtem, Berto, widziałam go wiele razy w ciężkiej walce z życiem dla jednego, wielkiego i świętego celu i szanuję jego siwą głowę.
Ślepa dziewczynka wyrwała się z jej rąk i rzucając się na kolana przed ojcem, przycisnęła jego głowę do swej piersi.
— Przejrzałam, przejrzałam! — wykrzyknęła. — Byłam ślepą, teraz mi się oczy otworzyły. Ja go nigdy nie znałam. Mogło się zdarzyć, żebym umarła, nie znając w prawdziwem świetle ojca, który mi tyle miłości okazywał!
Wzruszenie Kaleba nie da się opisać żadnemi słowy.
— Niema na świecie nikogo, choćby najpiękniejszego — wołała dziewczyna, tuląc go w swych objęciach — kogobym kochała tak serdecznie i tak czciła, jak ciebie! Im większa siwizna na twej głowie, im starsza twarz twoja, tem droższy mi jesteś, ojcze! Niechże już nikt nie mówi, żem oślepła na nowo! Żadna twoja zmarszczka, żaden włos twej głowy nie będzie pominięty w mojej modlitwie do Najwyższego.
Kaleb z trudem wymówił:
— Moja Berta.
— W swej ślepocie wierzyłam mu — mówiła dziewczynka, pieszcząc ojca ze łzami gorącego uczucia — wierzyłam, że jest inny zupełnie. I mieszkając z nim razem, nie zauważyłam, jak o mnie się troszczy. Nawet we śnie nic podobnego mi się nie śniło.
— Zdrowy, rumiany ojciec w niebieskim płaszczu przepadł, Berto! — rzekł biedny Kaleb.
— Nic nie przepadło — odparła córka. — Nie, drogi ojcze, wszystko pozostało tu — w tobie. Ojciec, któregom tak serdecznie kochała; ojciec, któregom nigdy dość nie kochała i nie znała; dobroczyńca, któregom najpierw ukochała i czcią otoczyła, dlatego, że mi okazywał współczucie; — wszyscy ci ludzie jednoczą się w tobie. Nic dla mnie nie zginęło. Istota wszystkiego, co mi drogiem było, jest tu — tu z wynędzniałą twarzą i siwą głową! Ach, już więcej ślepą nie jestem! W tym czasie cała uwaga Dot zwrócona była na ojca i córkę; jednakże teraz, spojrzawszy na maleńkiego kosiarza na maurytańskiej łączce, zobaczyła, że pozostało ledwo kilka minut do uderzenia godziny i natychmiast wpadła w stan nerwowy i podrażniony.
— Ojcze — wymówiła Berta niezdecydowanym głosem — Marya.
— Tak, moja droga — odrzekł Kaleb — ona jest tu.
— W niej nic się nie zmieniło? Nie zwodziłeś mnie z jej powodu?
— Boję się, moja droga, że mógłbym ją przedstawić tylko gorzej, gdybym pomyślał zmienić w niej cośkolwiek. Dla niej wszystkie upiększenia zbyteczne.
Choć ślepa dziewczynka z góry pewną była potwierdzającej odpowiedzi ojca, jednak przy tych słowach, zaczęła ściskać Dot z dumą i zachwytem. Był to przejmujący widok.
— Z tem wszystkiem — rzekła pani Piribingl — mogą zajść wielkie zmiany, Berto, których się nie spodziewasz. Zmiany ku lepszemu, chcę powiedzieć, zmiany, które ogromnie uradują niektórych z nas. Nie trwóż się, jeśliby stało się coś podobnego, pamiętaj. Sza, zdaje się, koła turkoczą na drodze? Masz dobry słuch, Berto. Czy jedzie kto?
— Tak i to bardzo szybko.
— Ja... ja... ja wiem, że masz słuch bardzo dobry — powtórzyła Dot, przyciskając rękę do serca i sypiąc słowami, aby tem zakryć swoje pomięszanie — częstom to zauważyła; przecież niedawniej, jak wczoraj poznałaś te obce kroki. Ale dlaczegoś powiedziała, jak doskonale pamiętam: „czyje to kroki?“ Ale dlaczego zwróciłaś na nie większą uwagę, niż na jakiekolwiek inne kroki, tego nie wiem. Tymczasem w świecie zaszły różne zmiany, jak to przed chwilą mówiłam i dobrze zrobimy, jeśli przygotujemy się na niespodzianki.
Kaleb nie pojmował, co to znaczy, że pani domu zwraca się zarówno do niego jak i do jego córki. Ze zdziwieniem spostrzegł, że w swem wzburzeniu i zdenerwowaniu Dot ledwo tchu dostać może i trzyma się za poręcz krzesła, aby nie upaść.
— Tak, to istotnie turkoczą koła — mówiła Dot przerywanym głosem. Ich turkot coraz bliższy!... bliższy!... Przy samym domu! A teraz, słyszycie? Wózek zatrzymał się przy furtce ogrodu!... A oto i kroki na ganku — te same kroki, Berto, nieprawdaż?... A oto!...
Głośno wykrzyknęła z niepohamowaną radością, poczem podbiegłszy do Kaleba, zasłoniwszy mu rękami oczy w chwili, gdy młody człowiek wbiegł do izby i podrzucając swą czapkę w górę, rzucił się ku nim.
— Wszystko skończone? — zawołała Dot.
— Tak!
— I szczęśliwie?
— Tak!
— Czy przypominasz sobie ten głos, drogi Kalebie? Czyś słyszał kiedy inny, do niego podobny? — pytała pani Piribingl.
— Jeśliby mój chłopiec żył jeszcze w bogatej południowej Ameryce... — wymówił Kaleb, drżąc całem ciałem.
— On żywy! — krzyknęła Dot, odejmując ręce od jego oczu i klaszcząc w ręce — spojrzyj na niego! Oto jest przed tobą zdrów i cały! Twój rodzony, miły syn! Twój rodzony, miły, żywy i kochający brat, Berto!
Cześć i chwała małej istotce za jej zachwyt! Cześć i sława jej łzom i śmiechowi w chwili, gdy ojciec, syn i córka ściskali się wzajemnie. Cześć i chwała tej serdeczności, z jaką Dot przyjęła ogorzałego marynarza i nie odwróciła się, gdy zapragnął ucałować jej purpurowe usteczka i pozwoliła mu uścisnąć się.
Cześć i sława wreszcie kukułce, która wyskoczyła ze zwodzonych drzwiczek maurytańskiego pałacyku i przekukała dwanaście przed zgromadzonem towarzystwem, jakby szalona z radości.
Wchodzący woźnica cofnął się. I nic dziwnego; na żaden sposób nie spodziewał się znaleźć u siebie takiego licznego zgromadzenia.
— Patrz, Janie! — zawołał Kaleb, nie posiadając się z radości — patrz tu! Mój rodzony chłopiec z bogatej południowej Ameryki! Mój syn rodzony! Ten sam, któregoś swoim kosztem w daleką drogę zaopatrzył! Ten sam, dla którego byłeś zawsze takim serdecznym przyjacielem.
Gospodarz zrobił krok naprzód, żeby go schwycić za rękę, ale zatrzymał się, niezdecydowany, gdy zauważył w jego rysach jakieś podobieństwo z głuchym człowiekiem z furgonu.
— Edwardzie! — wymówił — to byłeś ty?
— Opowiedz mu — przerwała Dot. — Opowiedz mu wszystko, nie oszczędzaj mnie, bo ja za żadne skarby nie będę się przed nim tłomaczyła.
— Tak, to byłem ja.
— I ty pozwoliłeś sobie wkraść się w przebraniu do domu swego przyjaciela? — zawołał woźnica. — Znałem ja kiedyś uczciwego chłopca — ile to lat temu, Kalebie, gdyśmy posłyszeli o jego śmierci i myśleli, że wieść ta jest prawdziwą? ten nigdy nie dopuściłby się takiej nikczemności.
— Miałem kiedyś szlachetnego przyjaciela, który raczej ojcem był dla mnie — rzekł Edward; tenby nigdy nie potępił ani mnie, ani nikogo innego, nie wysłuchawszy poprzednio. Tym przyjacielem byłeś ty. Jestem pewien, że mnie wysłuchasz.
— Dobrze, to słuszne. Zgadzam się słuchać cię — rzekł woźnica, rzucając zakłopotany wzrok na żonę, która po dawnemu trzymała się od niego z dala.
— Muszę przyznać się, że gdym stąd wyjeżdżał — rzekł Edward — byłem zakochany i odpłacali mi wzajemnością. Była to bardzo młodziutka dziewczynka, która, być może, nie znała dobrze własnego serca, jak to możesz mi zarzucić. Ale ja znałem swoje i kochałem ją namiętnie.
— Ty! — zawołał woźnica, ty!
— Tak, ja — powtórzył marynarz. — I ona była mi wzajemną. — Zawsze wierzyłem jej wzajemności, a teraz pewien tego jestem.
— Boże! dodaj mi siły! — wyszeptał Jan. — To gorsze od wszystkiego.
— Wierny swemu słowu — ciągnął dalej Edward — wracałem do niej, pełen nadziei, przeszedłszy wiele doświadczeń i niebezpieczeństw; wracałem, aby przypomnieć narzeczonej dawną umowę, i nagle o dwadzieścia mil od domu rodzinnego, dowiedziałem się, że zapomniała o mnie i wybrała innego — bogatszego. Nie miałem zamiaru robić jej wyrzutów, chciałem tylko ją zobaczyć i upewnić się na miejscu, że to wszystko prawda. Miałem nadzieję, że moją narzeczoną zmusili do nienawistnego małżeństwa wbrew jej woli i chęci. Byłoby to słabą pociechą, lecz w każdym razie mniej trochębym cierpiał, tak pomyślałem i z tą myślą przyjechałem tutaj. Musiałem poznać prawdę, istotną prawdę; zobaczyć wszystko własnemi oczami, wyrobić sobie o wszystkiem sąd własny, nie zaćmiony z jednej, a swym niespodzianym powrotem nie działający siłą na jej uczucia — z drugiej strony. W tym celu przebrałem się i niepoznany, jak ci wiadomo, czekałem na ciebie na drodze, pamiętasz, gdzie. Mój widok nie nasunął ci najmniejszego podejrzenia; nie poznała mnie i ona — dodał marynarz, wskazując na Dot — póki nie zwierzyłem się jej po cichu przy kominku; a wtedy ta poczciwa dusza omało nie zdradziła mnie z przestrachu.
— Ale gdy się dowiedziała, że Edward żywy i wrócił do domu — łkając, przerwała Dot, mówiąc teraz już sama — czego oddawna pragnęła, kiedy dowiedziała się o jego zamiarach, to poradziła mu na wszelki sposób zachować tajemnicę, gdyż jego stary przyjaciel Jan Piribingl był za bardzo prostoduszny z natury i za bardzo do udawania niezdolny, będąc w ogóle bardzo niezręcznym chłopcem — wyjaśniła Dot, śmiejąc się i płacząc — aby mógł się nie wygadać. Kiedy ona — to jest ja, Janie — mówiła dalej wśród łkania młoda kobieta — opowiedziała mu wszystko: jak jego narzeczona uwierzyła, że umarł i jak ustąpiła wreszcie życzeniom swej matki, zgadzając się zawrzeć małżeństwo, które miła, niemądra staruszka nazywała korzystnem i kiedy ona, to jest znowu ja, Janie — uwiadomiła Edwarda, że oni jeszcze się nie pobrali (choć ślub blizki) i że z jej strony nie będzie żadną ofiarą zrzec się narzeczonego, bo go nie kocha i gdy, słysząc to, o mało nie oszalał z radości, to ona — znowu ja — zgodziła się być pośredniczką między nimi, jaką często bywała w dawniejszym czasie i obiecała im, Janie, poznać prawdziwe uczucia narzeczonej. Z góry była pewną powodzenia. I nie myliła się, Janie! Odnaleźli się — Janie i pobrali przed godziną! A oto i nowo zaślubiona! A Graff i Teklton niech sobie umiera starym kawalerem. A ja szczęśliwa mała kobietka; Mey, niech cię Bóg błogosławi.
Dot była zachwycającą małą kobietką, szczególniej teraz w zapale zwycięstwa. Trudno wyobrazić sobie, jakiemi pochwałami i wyrazami uznania obsypała siebie i pannę młodą.
W duszy poczciwego woźnicy wrzała taka burza uczuć, że prawie stał skamieniały, lecz potem rzucił się ku żonie. Ta jednakże zatrzymała go ruchem ręki, po dawnemu usuwając się na bok.
— Nie, Janie, nie! Wysłuchaj wszystkiego! Nie kochaj mnie, dopóki nie usłyszysz wszystkich słów, jakie mam ci powiedzieć. Z mej strony złem było kryć tajemnicę przed tobą, Janie. Bardzo mi żal. Nie widziałam w tem nic złego aż do wczorajszego wieczoru, kiedy siadłam koło ciebie na ławeczce. Gdy wyczytałam z twej twarzy, żeś mnie widział w galeryi z Edwardem i zrozumiałam twe myśli, wtedy dopiero zrozumiałam swą winę. A jednakże drogi Janie, jakeś mógł, jak mogłeś myśleć o mnie tak źle!
Jakiem łkaniem rozpłakała się znowu mała kobietka! Jan Piribingl chciał ją pochwycić w ramiona, ale nie, nie pozwoliła na to.
— Nie, proszę cię, Janie! Poczekaj jeszcze chwilę. Martwiłam się z powodu projektowanego małżeństwa, mój drogi, bom pamiętała o dawnej miłości Mey i Edwarda, gdy byli jeszcze oboje bardzo młodzi i wiedziałam, że serce Mey bardzo dalekiem jest od Tekltona. Wierzysz temu teraz, nieprawdaż, Janie?
Jan chciał biedz do żony, ale go znowu zatrzymała.
— Nie, stój tam, bądź łaskaw, Janie! Jeśli czasem żartuję, co się zdarza, Janie i nazywam cię tuczonym, miłym, starym gąsiorem, lub jeśli ci daję inne przezwiska w tym rodzaju, to dla tego, że mi jesteś drogi, bardzo drogi; mnie podoba się cały twój sposób obejścia i nie chciałabym, żebyś się zmienił w czemkolwiek, choćby na odrobinę, choćby dlatego, aby jutro stać się królem.
— Hura! — nieobyczajnie głośno krzyknął Kaleb. — I ja jestem tego zdania.
— A jeśli naprzykład, wspominam o poważnym wieku, Janie i na żarty zaczynam upewniać, żeśmy oboje starzy, że nie dla nas miłość, tylko żyjemy sobie w ciszy, jak przyjaciele, to przecież plotę i żartuję. Przecież i z dzieckiem lubię grać komedyę, udawać, że ito niby robię naprawdę.
Dot zobaczyła, że mąż przysunął się ku niej i znów go zatrzymała, lecz na ten raz zaledwo zdążyła usunąć się z jego objęć.
— Nie, poczekaj jeszcze chwilkę jedną lub dwie, proszę cię, Janie! To, co najbardziej pragnę ci powiedzieć, zostawiłam na koniec. Mój drogi, dobry, wspaniałomyślny Janie, gdyśmy oboje rozmawiali niedawno o świerszczu, miałam już chęć powiedzieć ci, żem dawniej nie kochała cię tak bardzo, jak teraz; że gdym po raz pierwszy przyjechała do tego domu, bardzo się bałam, że nie pokochałam cię tak silnie, jak pragnęłam i jak się spodziewałam — przecież byłam taka młoda, Janie! Ale, mój drogi, z każdym dniem i z każdą godziną kochałam cię coraz bardziej i bardziej. A gdybym mogła silniej cię jeszcze pokochać, to twoje szlachetne słowa, które dziś rano słyszałam, wzmocniłyby jeszcze moją miłość. Ale nie mogę. Całe przywiązanie, do którego jestem zdolna, (to nie jest mało, Janie!) oddałam tobie już dawno, dawno, boś na nie zasłużył. A teraz nie mam już nic do dania. Teraz, mój drogi mężulku, weź mnie napowrót do swego serca. To moje ulubione schronienie, Janie i nigdy nie myśl odsyłać mnie do innego domu.
Nigdy nie zdołacie doznać takiego zachwytu na widok dzielnej, małej kobiety w objęciach drugiej osoby, jakiegobyście doznali, widząc Dot, przytulającą się do piersi woźnicy. To był obraz pełnego, nieudanego małżeńskiego szczęścia, wzruszający swą szczerością. Możecie być przekonani, że woźnica był całkiem oczarowany, a uszczęśliwiona Dot nie ustępowała mu w radości. Ich szczęśliwy nastrój udzielił się wszystkim obecnym, licząc w to i Tilly, która spłakała się z radości, a chcąc uczynić młodego Piribingla uczestnikiem ogólnej radości, zaczęła podnosić go do każdej osoby po kolei, jakby okrężny puhar.
I oto znów zaturkotały koła na drodze, a ktoś zawołał, że Greff i Teklton wraca nazad. Szybko wpadł do izby ten szanowny jegomość, widocznie rozgorączkowany i zdenerwowany.
— Co za licho, Janie Piribingl! — zawołał, — Posłuchaj! Zaszło tu jakieś nieporozumienie. Umówiłem się z panią Teklton, że spotkamy się w kościele, a przecież gotów jestem przysiądz, żem ją widział na drodze, jadącą tutaj! A otóż i ona! Przepraszam pana; nie mam przyjemności znać pana, ale bądź łaskaw, ustąp mi tę młodą damę. Dziś rano ma spełnić bardzo ważne zobowiązanie.
— Przebacz pan, nie mogę jej panu ustąpić — odrzekł Edward. — Ani myślę.
— Co to znaczy? Ach ty, włóczęgo! — zakrzyczał Teklton.
— To znaczy, że przebaczam panu rozdrażnienie — z uśmiechem odpowiedział marynarz — i pozostanę głuchym na grubijaństwa tak samo dziś rano, jak głuchym byłem na wszystkie mowy wczoraj wieczorem.
Jaki wzrok rzucił na niego Teklton i jak on zadrżał z przerażenia!
— Bardzo mi żal, panie — rzekł marynarz, podnosząc lewą rękę Mey, zdobną w ślubną obrączkę — że ta młoda dama nie może towarzyszyć panu do kościoła, ale była tam już dziś rano, niechże więc pan ma ją za wytłomaczoną.
Teklton uważnie popatrzył na palec byłej narzeczonej i wyjął z kieszeni kamizelki srebrzysty papier, w którym widocznie owinięta była obrączka.
— Panno Tilly — rzekł do niańki. — Czy będziesz łaskawa, rzucić to w ogień? Uprzejmie dziękuję.
— Dawniejsze słowo, bardzo dawno dane słowo, przeszkodziło mej żonie dotrzymać umowy zawartej z panem, mogę zapewnić pana — rzekł Edward.
— Pan Teklton musi oddać mi sprawiedliwość. Nie kryłam tego przed nim i wiele razy powtarzałam, że nie zapomnę przeszłości — czerwieniąc się, wymówiła Mey.
— No, naturalnie! — przerwał Teklton. — O, naturalnie! To całkiem słusznie. To zupełnie poprawnie. Pani Edwardowa Plemmer, mam honor zapytać?
— Tak, to jej nazwisko — odpowiedział nowozaślubiony.
— Ach, nie poznałbym pana — rzekł fabrykant zabawek, uważnie wpatrując się w twarz współzawodnika i składając mu nizki ukłon. — Mam zaszczyt złożyć panu moje życzenia.
— Dziękuję panu.
— Pani Piribingl, — rzekł Teklton, niespodzianie zwracając się w stronę, gdzie stała Dot z mężem; bardzo mi żal. Choć pani nie lubiła mnie, przysięgam, bardzo mi żal. Lepszą jesteś pani, niż myślałem. Janie Piribingl, bardzo żałuję. Ty rozumiesz mnie; to wystarcza. Wszystko w porządku, panie i panowie tu zebrani i ku zupełnemu zadowoleniu. Moje uszanowanie. Z temi słowy pospiesznie wyszedł i odjechał, zatrzymując się na ganku tylko dlatego, żeby zdjąć kwiaty i wstęgi z głowy swego konia i poczęstować go kułakiem w żebra w celu powiadomienia, że jego plany spełzły na niczem.
Naturalnie, teraz trzeba było koniecznie uświetnić taki radosny dzień, aby go uwiecznić w kalendarzu Piribingla, jak wielką uroczystość. Wskutek tego Dot wzięła się do roboty, aby przygotować przyjęcie i wydać taką ucztę, żeby przyniosła honor jej domowi i wszystkim jego mieszkańcom, otaczając ich aureolą niewiędnącej sławy. Wkrótce śliczne rączki gosposi zanurzyły się w mące aż do pulchniutkich łokci, dzięki czemu zostawiały białe znaki na ubraniu woźnicy za każdą razą, gdy zbliżył się do żony, dla tego że ta spiesznie obejmowała go i całowała.
Poczciwy chłopiec wycierał owoce, obierał rzepę, rozbijał talerze, przewracał na ogniu rądelki z zimną wodą, starał się wszelkimi sposobami być pożytecznym, gdy dwie najęte kobiety w pospiechu wzięte do pomocy gdzieś z sąsiedztwa, potrącały się we wszystkich drzwiach, w każdym kącie, a obie bezwarunkowo wpadały to tu, to tam na Tilly z maleństwem. Nigdy przedtem Tilly nie doszła do takiej doskonałości w tym względzie. Jej wszędobylstwo poprostu było podziwu godne. Jak to ona potrafiła służyć za kamień obrazy w korytarzu o dwadzieścia pięć minut na trzecią, za wilczą jamę w kuchni równo o w pół do trzeciej, a za pułapkę na strychu o trzeciej bez dwudziestu pięciu minut! Główka dziecka przy tem służyła za próbny kamień do wszelkich możliwych wyrobów świata zwierzęcego, roślinnego i mineralnego. Nie było w tym dniu przedmiotu, któryby od czasu do czasu nie wszedł w blizkie z nią zetknięcie.
Potem urządzono wielką ekspedycyę pieszą na poszukiwanie pani Filding, w celu zwrócenia jej w razie potrzeby choćby siłą na ścieżkę szczęścia i przebaczenia.
Gdy ją odkryła ekspedycya, to z początku nie chciała słuchać żadnych tłumaczeń, powtarzając niezliczoną ilość razy swe gorzkie narzekania, że dożyła takiego dnia! Nic nie można było z niej wydobyć, prócz jęku: „nieście mnie teraz do grobu!“ — a to okazało się krzyczącą niedorzecznością wobec tego, że jeszcze nie umarła i nie dawała oznak blizkiej śmierci. Po jakiejś chwili gwałtowna jej rozpacz przeszła w tragiczny spokój i czcigodna dama zaznaczyła, że gdy w handlu indygiem zaszedł ten nieszczęśliwy zbieg okoliczności, już z góry przeczuła, jaki gorzki los od tej chwili stanie się jej udziałem. Niczego więcej nie oczekiwała od życia, prócz wszystkich możliwych zniewag, ona nawet rada temu i prosi dobrych ludzi, aby nie troszczyli się o nią, bo w istocie — czemże ona jest takiem? O, Boże! niczem! Tak więc, niech lepiej wszyscy zapomną o jej istnieniu na świecie, niech sobie żyją, jak chcą, bez niej. Od tych gorzkich sarkazmów pani Filding wpadła w gniew, w zapale którego wyrwało jej się zasługujące na uwagę zdanie, że i robak się kurczy, gdy go depcą nogą. Ale i gniewny wybuch niespodzianie ustąpił miejsca żałosnej skardze, że młodzież umyśliła kryć się przed nią i pozbawiła się przez to ku własnej swej szkodzie mądrych jej przestróg. Korzystając z pomyślnej zmiany, ekspedycya zaczęła ściskać starą damę, która bardzo prędko po tem naciągnęła swoje rękawiczki i znalazła się już na drodze do domu Piribinglów, w postawie niepodlegającej żadnemu zarzutowi; koło niej na siedzeniu w powozie leżało papierowe zawiniątko z paradnym czepcem, prawie tak sztywnym i wysokim jak mitra biskupia.
W drugim powozie mieli przyjechać rodzice Dot, ale spóźnili się, co wywołało niemały niepokój. Oczekujący coraz to wyglądali na drogę, przyczem pani Filding za każdym razem patrzyła nie w tę stronę, lecz inną, z której staruszkowie żadną miarą przyjechać nie mogli. Gdy jej to powiedziano, natychmiast obraziła się i oznajmiła, że ma prawo, zdaje się, patrzeć, gdzie jej się podoba.
Nakoniec goście przybyli; tłuściutka małego wzrostu parka, stąpająca leciutko, kołysząc się, co stanowiło osobliwość całej rodziny Dot; zabawny był widok pani Piribingl z matką, tak były do siebie podobne. Przybyła pani natychmiast odnowiła znajomość z matką Mey. Matka nowozaślubionej po dawnemu w obec wszystkich trzymała się na stopie arystokratycznej, tymczasem matka gospodyni domu przez całe swe życie nie trzymała się na niczem, prócz na swych własnych zręcznych nóżkach. Co zaś do starego Dota — choć ojciec Dot miał zupełnie inne imię, o czem całkowicie zapomniałem; niechże więc będzie Dotem! Tak więc staruszek Dot uściskał rękę pani Filding, jak tylko ją zobaczył, a wspaniały czepiec wziął zapewne za prostą kupę nakrochmalonego muszlinu i koronek; stanowczo zaś nie miał zamiaru współczuć z złowróżbnem niepowodzeniem w handlu indygiem, mówiąc, że na to nieszczęście niema już teraz rady. Stąd pani Filding natychmiast wyrobiła sobie o nim sąd, jako o poczciwym człowieku, ale bardzo, bardzo nieociosanym.
Za nic w świecie nie zdołałbym sobie odmówić przyjemności rozkoszowania się widokiem maleńkiej Dot, gdy przybrana w swoją weselną suknię, z jaśniejącą twarzyczką, częstowała swych gości. Za żadne pieniądze nie zrzekłbym się tego widoku. Miło było widzieć i poczciwca woźnicę, wesołego i rozpromienionego przy drugim końcu stołu. Ogorzały marynarz, siedzący obok pięknej żony, swoją świeżą młodą twarzą także radował mój wzrok. Zresztą przyjemnie było patrzeć i na wszystkich innych. Za nic też nie opuściłbym obiadu, takiej wybornej wesołej uczty, jaką ledwo wyobrazić sobie można; ani też nie zrzekłbym się pełnych czar wina, któremi pili zdrowie nowozaślubionych, gdyż byłoby to największą dla mnie stratą.
Po obiedzie Kaleb zaśpiewał pieśń o „rzucającym iskry puharze.“ Na ten raz śpiewał ją do końca, jestto taka prawda, jak ta, że żyję i spodziewam się jeszcze żyć z jaki rok lub dwa. Zaledwie śpiewak skończył ostatnią zwrotkę, gdy zaszła rzecz całkiem nieoczekiwana. Dało się słyszeć stukanie do drzwi i do izby, nie czekając na pozwolenie, wszedł posłaniec z czemś ciężkiem na głowie. Postawiwszy swój ciężar na środku stołu między jabłkami i orzechami, rzekł:
— Pan Teklton kazał kłaniać się, a ponieważ niepotrzebny już mu ten słodki kołacz, prosi, abyście go zjedli.
Z temi słowy posłaniec znikł.
Można sobie wystawić, jaki popłoch powstał wśród zebranych.
Pani Filding, jako osoba dalekowidząca, wypowiedziała przypuszczenie, że kołacz zatruty i przywiodła naprzykład jeden przypadek, gdy cała szkoła żeńska zachorowała na melancholię po zjedzeniu złych ciastek. Ale jednogłośne hałaśliwe zadowolenie zagłuszyło jej słowa, a kołacz weselny wśród wesołej kompanii został pokrajany ręką nowozaślubionej z wielką uroczystością. Zaledwie zdążył ktokolwiek spróbować tego poczęstunku, znów rozległo się powtórne pukanie i tenże sam posłaniec przestąpił próg z wielkiem zawiniątkiem pod pachą.
— Pan Teklton kazał kłaniać się i przysyła kilka zabawek dla waszego synka. One nie są potworne.
Wypełniwszy swoje polecenie posłaniec znów odszedł.
Wszyscy obecni nie potrafiliby znaleźć słów na wyrażenie swego zdumienia, gdyby nawet mieli dość czasu na ich szukanie. Ale tego im brakło, bo ledwo posłaniec zdążył drzwi za sobą zamknąć, gdy znów ktoś do nich zapukał i do izby wszedł sam Teklton.
— Pani Piribingl — rzekł handlarz zabawek, trzymając czapkę w ręku. — Mnie bardzo żal. Zmartwiony jestem jeszcze więcej teraz, niż przedtem rano; miałem czas zastanowić się. Janie Piribingl! Choć mam zły charakter, jednak mimowoli mięknę mniej lub więcej, stykając się z takimi, jak wy ludźmi! Kalebie, oto ta mała, głupowata niańka zrobiła wczoraj kilka wzmianek bez sensu, których nić dziś odnaleźć zdołałem. Krew mi uderza na myśl, jak łatwo mógłbym był ciebie i twą córkę do siebie przywiązać i jakim godnym politowania bałwanem byłem, gdym ją za idyotkę uważał.
Przyjaciele moi, wszyscy, którzy tu siedzicie, w moim domu tak smutno dziś wieczorem. Niema w nim nawet świerszcza u kominka. Wygnałem ich wszystkich. Pozwólcie mi przyłączyć się do waszego towarzystwa, bądźcie tak łaskawi!
Po upływie pięciu minut, czuł się tu już jak w domu. Nie widzieliście nigdy takiego dziwaka. Co on robił przez całe życie, że nie zmiarkował wcześniej, jaki ogromny zapas wesołości w sobie kryje? A może i to prawda, że swą odmianę Teklton zawdzięczał dobrym duchom domowego ogniska.
— Janie, przecież nie odeślesz mnie dziś wieczór do ojca i do matki? — szeptała Dot mężowi, pochylając się na jego ramię.
Jednakże on był bardzo blizki tego!
Brakowało tylko jednej żywej istoty do pełnego kompletu w zebranem towarzystwie; a oto w tej chwili zjawiła się, wyczerpana z pragnienia po okropnej bieganinie i zaczęła czynić rozpaczliwe wysiłki, aby wsunąć pyszczek w wązką szyjkę dzbanka. Był to, jak zapewne odgadliście już, dzielny Bokser. Niechętnie powlókł się rankiem za wozem, bardzo niezadowolony nieobecnością swego pana i nie mając zamiaru słuchać jego zastępcy. Pokręciwszy się czas jakiś w stajni, gdzie napróżno nakłaniał starego konia, aby samowolnie powrócił do domu, Bokser wszedł do szynkowni i położył się przy ogniu. Ale nagle pobudzony myślą, że zastępca Jana oszust, którego należy porzucić, wierny pies machnął ogonem i zawrócił do domu.
Wieczorem uczta weselna zakończyła się tańcami. Nie opisywałbym ich, jako rzeczy najzwyklejszej, gdyby nie miały charakteru szczególnego rodzaju oryginalności. Urządziło się to dziwnym sposobem. Najpierw Edward, dzielny marynarz, zabawiał szanowne towarzystwo opowiadaniem o swych podróżach. Opisywał różne osobliwości: papugi, meksykanów, poszukiwanie złota, wtem nagle przyszło mu na myśl zerwać się z miejsca i zaproponować tańce. Powodem było, że Berta zabrała ze sobą harfę, na której grała po mistrzowsku. Dot (troszkę zawsze wzdrygająca się, gdy się taka sposobność trafiała) odpowiedziała, że pora tańców już dla niej minęła; myślę, że zgadłem przyczynę jej odmowy: woźnica palił swą fajkę przy kominku a filutce milej było siedzieć obok niego. Po takiej odpowiedzi młodej gosposi naturalnie nic innego nie pozostawało pani Filding, jak powtórzyć z kolei, że czas tańców już dla niej minął, inni przyłączyli się do niej z wyjątkiem Mey, jedna Mey nie zgadzała się.
W ten sposób zaślubieni puścili się w taniec we dwoje, wśród głośnych oklasków, a Berta napełniła izbę najweselszą muzyką. I oto, czy mi uwierzycie — nie przeszło i pięciu minut, jak woźnica nagle odrzucił fajkę na stronę, schwycił Dot i zaczął tańczyć z nią do upadłego. Na ten widok Teklton biegnie przez izbę ku pani Filding, bierze wpół i idzie za przykładem gospodarza. Patrząc na niego, stary Dot zręcznie wyskakuje z miejsca, ciągnie panią Dot w koło tańczących i wyprzedza innych. Kaleb z kolei obejmuje obiema rękami chudą figurkę Tilly i jak wiatr z nią pędzi. Panna Tilly bez wahania przyłącza się do ogólnego rozradowania w zupełnem przekonaniu, że sztuka tańcowania wymaga tylko umiejętności wpadania na każdą tańczącą parę.
O!... Jak świerszcz wtóruje muzyce swem ćwierkaniem i jak wesoło szumi samowarek!



Ale cóż to znaczy? Gdy wesoło przysłuchuję się ich pieśni i zwracam się do Dot, żeby jeszcze raz nią się nacieszyć i ona i wszystko wraz z nią znika bez śladu, a ja zostaję sam jeden. Świerszcz trzeszczy przy ognisku; na podłodze wala się złamana zabawka dziecinna; a wszystko inne przepadło.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.