Świerszcz za kominem/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Świerszcz za kominem
Pochodzenie Karola Dickensa wybór dzieł
Wydawca Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha
Data wydania 1914
Miejsce wyd. Poznań – New York
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. The Cricket on the Hearth
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Kaleb Plemmer mieszkał ze swą ślepą córką we dwójkę, jak się mówi w książkach z opowieściami. Dzięki książkom z powieściami za to, że opisują zdarzenia codziennego życia! Tak więc Kaleb Plemmer żył ze swą ślepą córką w potrzaskanej skorupie orzechowej w kształcie drewnianego domku, który w rzeczywistości był czemś w rodzaju pryszcza na długim nosie z czerwonej cegły, należącym do Grefa i Tekltona. Budowle Grefa i Tekltona zajmowały większą część ulicy, ale mieszkanie Kaleba Plemmera możnaby rozbić za pomocą jednego lub dwóch uderzeń młota, a gruz z niego wywieźć odrazu na jednym wozie.
Jeśliby kto wtedy zrobił ten zaszczyt mieszkaniu Kaleba Plemmera i zauważył jego zniknięcie, to z pewnością przyznałby, że nędzny domek usunęli bardzo w porę. Przylepił się do handlowych zakładów Tekltona, jak muszla do spodu okrętu lub ślimak do drzwi lub kępka grzybów do pnia drzewa. A jednak to był zarodek, z którego wyrosła potężna firma Gref i Teklton, pod tym zaś zmurszałym dachem Gref do ostatniej chwili zajmował się wyrobem zabawek dla całego pokolenia starych chłopców i dziewcząt, które bawiło się niemi, wymyślało je i łamało i zasypiało snem wiecznym.
Powiedziałem, że mieszkał tu Kaleb ze swą nieszczęśliwą córką. Należałoby powiedzieć, że mieszkał tu Kaleb a jego nieszczęśliwa, ślepa córka żyła gdzieś w innym świecie, w czarodziejskiem ustroniu, które stworzyła dla niej wyobraźnia Kaleba; nie miała zaś dostępu do niego ani nędza, ani smutek, ani ubóstwo. Kaleb nie był czarodziejem, lecz jedynego czarodziejstwa, jakie do naszych dni ocalało, czarodziejstwa oddanej niezachwianej miłości, wyuczył się w szkole matki-natury i ono obdarzyło go darem cudów.
Ślepa dziewczynka zupełnie nie wiedziała, że sufity w ich domku pożółkły, że ze ścian miejscami tynk odpada, że wszędzie potworzyły się szpary, zwiększające się z każdym dniem, że deski pleśniały i krzywiły się. Ślepa dziewczynka nie wiedziała, że żelazo rdzą się pokrywa, drzewo gnije, papier się drze; że dom zapadał się, przy czem zmieniał się jego kształt, wielkość i proporcya. Ślepa dziewczynka nie wiedziała, że na kredensie stoi ubogie, brzydkie, gliniane naczynie, że smutek i przygnębienie zamieszkało w domu; że rzadkie włosy Kaleba siwiały coraz bardziej i bardziej przed jej ciemnemi oczami. Ślepa dziewczynka nie wiedziała, że ich gospodarz był szorstki, wymagający i bez współczucia; jednem słowem, nie wiedziała, że Teklton był Tekltonem, przeciwnie żyła w przekonaniu, że on jest żartobliwym oryginałem, który lubi z nich pożartowywać, będąc jednocześnie ich dobroczynnym geniuszem, a nie chce słyszeć ani słowa wdzięczności.
A wszystko to sprawił Kaleb; wszystko to sprawił jej prostoduszny ojciec. Ale i on miał także swego świerszcza przy ognisku i przysłuchując się z bólem jego muzyce, gdy ślepa córka sierotka była jeszcze bardzo małą, powoli wpadł na myśl, że jej straszne kalectwo może stać się prawie błogosławieństwem, że dziewczynce można zapewnić szczęście nawet najskromniejszymi środkami. A to dlatego, bo całe plemię świerszczów składa się z potężnych geniuszów, choć ludzie, żyjący z nimi, nie wiedzą o tem (co się często zdarza); a w świecie niewidzialnym niema głosów czulszych i serdeczniejszych, którymby można zaufać i od którychby można usłyszeć mędrsze rady, jak głosy geniuszów domowego ogniska, zwrócone do rodu ludzkiego. Kaleb z córką pracowali oboje w swej pracowni, która im za salon służyła. Dziwne było to miejsce. Stały tam domki, skończone i nieskończone dla lalek wszelkiego stanu. Zagrody dla lalek z ograniczonymi środkami; kuchnie i proste izby dla lalek nizkiego stanu; wspaniałe miejskie mieszkania dla atystokracyi.
Niektóre z nich już były umeblowane, stosownie do uposażenia ich mieszkańców; inne w razie potrzeby mogły być zaopatrzone we wszelki domowy sprzęt: krzesła, stoły, kanapy, łóżka, firanki, portyery i dywany, które zapełniały całe półki w pracowni. Klasa uprzywilejowana i szlachta i w ogóle publiczność, dla wygody której przeznaczone były te mieszkania, leżała tu i tam w koszach, nagromadzonych do sufitu; lecz w zaznaczeniu stopnia ich towarzyskiego stanowiska i w odpowiedniem rozsortowaniu (czego, sądząc z doświadczenia, ogromnie trudno doścignąć w rzeczywistem życiu) fabrykanci lalek o wiele prześcignęli naturę, która bywa często kapryśna i uparta. Nie spuszczając się na takie dowolne oznaki, jak atłas, jedwab lub kawałki gałganków, fabrykanci dodali lalkom wybitne osobiste znamiona, nie dopuszczające omyłki. Tak — wielka pani w państwie lalek miała woskowe członki symetryczne bez zarzutu, ale tylko ona i jej równi. Na wyrób lalek, zajmujących następny stopień społecznej drabiny, używano tektury, a lalki jeszcze niższego gatunku szyto z drelichu. Co się zaś tyczy ludu prostego, to ich korpus i członki wyrabiali z drzewa, poczem ta partya wcielała się do swej sfery bez wszelkiej nadziei wyrwania się stamtąd.
Oprócz lalek w izbie Kaleba powstało mnóstwo innych okazów jego twórczości. Tam czerwieniły się arki Noego, pełniusieńkie ptaków i zwierząt, choć można je było jako tako rozmieścić pod dachem za pomocą potrząsania, żeby zajęły jak najmniej miejsca. Kaleb dopuścił się śmiałej poetycznej licencyi, zaopatrując większą część tych ark Noego w klamki u drzwi; przyznajcie, nie odpowiedni dodatek, nasuwający myśl o rannych gościach i pocztylionie, ale nadający miłe zakończenie zewnętrznej stronie budynku. Tu były składy melancholijnych małych wózków, które przy obrocie kół wydawały najżałośniejszą muzykę; mnóstwo skrzypców, bębnów i innych narzędzi tortur, niezliczona ilość armat, hełmów, mieczów, kopii i wszelkiej broni. Byli tu mali akrobaci w czerwonych szarawarach, którzy bezustannie wdrapywali się na wysokie baryery po taśmie i spuszczali drugą jej stroną głową na dół; byli panowie przyzwoitej, a nawet można powiedzieć, wzbudzającej szacunek powierzchowności, głupio wybiegający ze swych własnych mieszkań po pochyłych kładkach, w tym celu w zewnętrzne drzwi ich domków wstawionych. Były zwierzęta wszelkiego rodzaju, przedewszystkiem konie różnego gatunku, zaczynając od ledwo ociosanych na czterech kółkach, z kłaczkiem konopnym zamiast grzywy, kończąc na rasowym rumaku, biegnącym galopem. Jak trudno byłoby przeliczyć dziesiątki i setki zabawnych figur, wiecznie gotowych do wykonania wszelkiego rodzaju niedorzeczności za poruszeniem rączki, tak i nie łatwo byłoby znaleźć jakąś głupotę ludzką, występek lub słabość, które w pracowni Kaleba Plemmera nie znalazłyby typowego wcielenia z zamiarem lub mimowoli. A to wcale nie w powiększonych rozmiarach, dlatego, że tylko miniaturowe dźwignie zmuszały mężczyzn i kobiety wykonywać dzikie skoki dla uciechy widzów. W pośród tych wszystkich przedmiotów Kaleb i córka jego siedzieli przy robocie. Ślepa dziewczynka napychała lalki a ojciec jej barwił i pokrywał lakierem fasadę pięknego cztero-piętrowego domku.
Troska, wypiętnowana na rysach Kaleba i roztargniony a równocześnie zamyślony jego wygląd, odpowiedni dla jakiegoś alchemika lub skupionego filozofa, od pierwszego wejrzenia dziwny stanowiły kontrast z jego zajęciem i drobnostkami otoczenia. Lecz drobnostki, wymyślane i wykonywane dla chleba, mają ważne znaczenie; mimo tego, nie twierdzę bynajmniej, że gdyby Kaleb był lordem-kanclerzem lub członkiem parlamentu, lub wreszcie wielkim myślicielem, mniejsząby wagę przywiązywał do drobnostek, ale bardzo wątpię, żeby te drobnostki były tak samo nieszkodliwe.
— A więc zmoczył cię deszcz wczoraj, ojcze, w twoim paradnym nowym płaszczu? — spytała córka.

— Tak, w moim nowym płaszczu, — odrzekł Kaleb, spojrzawszy na starannie rozwieszone na sznurze okrycie z rogoży, o którem już wspomniałem.
Kaleb siedział z córką przy pracy 
— Jakżem rada, żeś go kupił, ojcze!

— I to jeszcze u jakiego wybornego krawca, — dodał Kaleb. — U najmodniejszego krawca. On za piękny dla mnie. — Ślepa dziewczynka przestała pracować i zaśmiała się radośnie.
— Za piękny, ojcze! Czy dla ciebie może być coś nadto pięknego?
— Muszę przyznać, że mi trochę wstyd w nim paradować, — rzekł Kaleb, śledząc wrażenie swych słów na twarzy córki, rozjaśnionej z radości; — słowo honoru! Kiedy słyszę, jak chłopcy i dorośli mówią za memi plecami: „Patrzcie go! Jaki elegant!“ nie wiem, gdzie oczy obrócić. Wczoraj wieczorem podszedł do mnie ubogi; nie mogłem na żaden sposób przekonać go o moim nizkim stanie.
— Nie, wielmożny panie, jakże można! — mówił mi. — Czyż ja nie rozumiem, że pan chcesz ze mnie zażartować? — Wtedy pojąłem, żem nie powinien tak się elegantować.
Szczęśliwa ślepa dziewczynka! Jak rozradowaną była w swym zachwycie.
— Widzę cię, ojcze, — rzekła biedaczka, składając ręce, — widzę tak wyraźnie, jakbym miała zdrowe oczy, których nigdy nie potrzebuję, dopokąd jesteś ze mną. Niebieski płaszcz.
— Jasno niebieski, — poprawił Kaleb.
— Tak, tak! Jasno niebieski! — zawołała dziewczynka, podnosząc uśmiechniętą twarzyczkę; — pamiętam, że to barwa nieba! Z początku mówiłeś mi, że płaszcz masz niebieski! Tak więc, jasno niebieski płaszcz...
— Wolnego kroju, — dopowiedział Kaleb.
— Wolnego kroju! — podchwyciła córka, śmiejąc się serdecznie; — i ty ubrany w ten płaszcz, drogi ojcze, ty z twoją wesołą powierzchownością, uśmiechniętą twarzą, pewnym krokiem i twemi ciemnemi włosami — taki młody na oko i taki piękny!
— No, dość już dość! — rzekł Kaleb. — W ten sposób mogę stać się próżnym.
— Ja myślę, że już jesteś próżnym — zawołała ślepa dziewczynka, wskazując na niego z radością. — Znam ja ciebie, ojcze! Cha, cha, cha! Odgadłam cię!
Jak niepodobny był obraz, utworzony w jej wyobraźni, do tego Kaleba, który siedział, spoglądając na nią! Ona mówiła o jego lekkim chodzie. Nie myliła się. Całe lata nie przestąpił progu własnego mieszkania, nie zmieniwszy chodu gwoli bystremu słuchowi ślepej; i żeby nie wiedzieć jak ciężko mu było na duszy, ojciec nie zapomniał o lekkim chodzie, który miał podnieść odwagę jego córki. Bogu wiadomo; ale ja myślę, że niespokojne roztargnienie Kaleba w połowie spowodowane było tem, że mówił nieprawdę o sobie i o całem otoczeniu z miłości ku swemu ślepemu dziecku. Czyż mógł nie być roztargnionym ten mały człowieczek po tylu latach udawania i nieustannych starań, aby zamaskować własną osobę i wszystkie przedmioty, mające z nim jakikolwiek związek?
— Nareszcie skończyłem — rzekł Kaleb, odstępując parę kroków, dla lepszego ocenienia swej pracy; podobne to do rzeczywistości, jak drobna moneta do grubej. Jaka szkoda, że cała frontowa część domu otwiera się odrazu! Gdyby tak były tu schodki i prawdziwe drzwi do wejścia! Najgorsze w moim zawodzie to, że przeceniam siebie i łudzę się.
— Mówisz takim znękanym głosem. Nie jesteś zmęczony, ojcze?
— Ja zmęczony! — żywo podchwycił Kaleb. — Z czegożby Berto? Nigdy się nie męczę. Cóżeś ty wymyśliła!
Na potwierdzenie swych słów powstrzymał się od mimowolnego naśladowania dwóch figurek na kominku, które ziewały i przeciągały się w stanie wiecznego znużenia i zamruczał urywek pieśni. Była to pieśń pijacka, w której mówiło się o „pieniącym się iskrami kubku.“ Śpiewał głosem swobodnym, przyczem twarz jego wydawała się tysiąc razy bardziej zmęczona i smutna niż zwykle.
— A! ty śpiewasz? — zapytał Teklton, zaglądając z za drzwi. — Śpiewaj dalej. Ja tak śpiewać nie potrafię.
Niktby go nie mógł podejrzewać o upodobanie w śpiewie, do tego stopnia radość nie odpowiadała jego powierzchowności.
— Nie w głowie mi śpiew — ciągnął dalej. — Bardzom rad, że ty śpiewać możesz. Spodziewam się, że możesz równocześnie i pracować. Ale wątpię, czy ci to trochę nie przeszkadza.
— Gdybyś tylko mogła zobaczyć, Berto, jak on mruga na mnie, szepnął Kaleb do córki. — Taki z niego żartowniś! Nie znając go, można myśleć, że mówi seryo. A możeś i ty to samo pomyślała?
Ślepa dziewczynka uśmiechnęła się i wstrząsnęła główką.
— Śpiewającego ptaka i to jeszcze znaglać trzeba do śpiewu — mruczał handlarz zabawek. — I naraz sowie, która śpiewać nie umie i nie powinna, przychodzi fantazya wywodzić trele. Skąd się to wzięło?
— Jaką chytrą minę ma on w tej chwili — znów szepnął ojciec córce. — Prawdziwa uciecha!
— O! pan zawsze przynosi nam ze sobą radość i wesele! — zawołała uśmiechnięta Berta.
— A i tyś tu — zauważył Teklton. — Biedna idyotka! — I w rzeczy samej uważał ją za idyotkę, bezwiednie lub też świadomie za idyotyzm biorąc jej przywiązanie do siebie.
— No — kiedy już tu jesteś, to jakże się miewasz? — ciągnął handlarz zwykłym swym grubym głosem.
— O, wybornie, doskonale! Takam szczęśliwa, jak tylko pan mi tego życzyć może. Takam szczęśliwa, jak pan pragnąłby uszczęśliwić świat cały, gdyby tylko mógł.
— Biedny głuptasek, — zamruczał Teklton, ani iskry rozumu, ani iskry.
Ślepa dziewczynka schwyciła jego rękę i pocałowała, potem nie puszczając, przytuliła do niej twarz swoją. W tej pieszczocie tyle było niewypowiedzianego przywiązania i gorącej wdzięczności, że nawet Teklton mimowoli z mniejszą niż zwykle mrukliwością spytał:
— No, o cóż ci idzie?
— Postawiłam go przy samej poduszce, kładąc się spać wczoraj wieczorem, i widziałam go w snach swoich. Gdy dzień nastał i promieniste, czerwone słońce... wszak słońce jest czerwone, ojcze?
— Czerwone rankami i wieczorami, Berto, — odrzekł biedny starzec, rzucając na swego pana pełne troski spojrzenie.
— Kiedy słońce weszło i jaskrawy blask, którego prawie spotkać boję się, idąc, wcisnął się do izby, obróciłam ku niemu drzewko, błogosławiąc niebo za to, że ono wydaje takie wspaniałe kwiaty i błogosławiąc pana za jego dary, którymi stara się mnie rozweselić.
— Niewątpliwie zbiegła z domu waryatów, cicho szepnął pod nosem Teklton. — Wkrótce trzeba będzie nałożyć na nią kaftan bezpieczeństwa i trzymać idyotkę pod kluczem. Coraz z nią gorzej.
Kaleb złożył ręce i z roztargnieniem patrzył w dal podczas mowy młodej dziewczyny, jakgdyby w samej rzeczy nie wiedział dokładnie, (jestem pewien, że tak było) czy Teklton zrobił co takiego, coby zasługiwało na wdzięczność, czy nie zrobił? Gdyby w danej chwili pozostawiono mu pełną swobodę działania i zażądano pod grozą śmierci, aby według zasługi zabił Tekltona lub padł mu do nóg, myślę, że ten człowiek nie wiedziałby, jak ma postąpić. Tymczasem wiedział doskonale, że własnoręcznie i z taką ostrożnością przyniósł do domu maleńki różany krzaczek dla swej córki, i że jego własne usta wymówiły niewinne kłamstwo w tym celu, iżby córka nie odgadła, jak odmawiał sobie wszystkiego, by ją szczęśliwszą uczynić.
— Berto — rzekł Teklton, nadając swemu głosowi pewną uprzejmość — podejdź tu bliżej.
— O, ja prosto pójdę do pana! Nie trzeba mnie prowadzić.
— Czy odkryć ci sekret, Berto!
— Jak pan chce — żywo odpowiedziała dziewczynka.
Jakże pałała twarz niewidomej, jak wyładniała w swem natężonem oczekiwaniu.
— Dziś jest dzień, w którym zwyczajnie przyjeżdża do was z wizytą ta mała kręciocha, rozpieszczone dziecko, żona Piribingla, ona tu urządza swój fantastyczny piknik, nieprawdaż? — spytał Teklton opryskliwie.
— Tak — odpowiedziała Berta — właśnie dziś.
— Tak i ja też myślałem — zauważył Teklton. — Chciałbym przyłączyć się do waszego towarzystwa.
— Słyszysz, ojcze! — zawołała ślepa, nie posiadając się z radości.
— Oczywiście, słyszę — wyszeptał Kaleb z nieruchomem wejrzeniem lunatyka. Ale temu nie wierzę. To jeden z miłych wymysłów niewątpliwie.
— Widzicie, ja... ja chcę poznajomić bliżej małżonków Piribingl z Mey Filding — wyjaśnił Teklton. — Żenię się z Mey.
— Żeni się pan! — zawołała ślepa, odskakując od niego.
— Przeklęta warjatka! — mruknął Teklton. — Wiedziałem, że ona nigdy mnie nie zrozumie. Ach, Berto! Żenię się. Kościół, ksiądz, organista, kościelny, oszklona kareta, dzwony, śniadanie, kołacz weselny, miejsca honorowe, składanie życzeń, stroje, zamieszanie i wszelkiego rodzaju głupstwa. Wesele, jednem słowem wesele. Czyż nie wiesz, jakie bywają wesela?
— Wiem! — krótko odrzekła ślepa. — Zrozumiałam!
— Napewno? — z powątpiewaniem zapytał Teklton. — To więcej niż oczekiwałem. Doskonale! Dlatego chciałbym znaleźć się w waszem towarzystwie i przyprowadzić tu Mey z matką. Przyślę na ten wieczór jakiekolwiek zapasy. Zimną pieczeń baranią albo coś innego smacznego w tym rodzaju. Czy będziecie mnie oczekiwali?
— Tak! — odpowiedziała Berta.
Pochyliła głowę, odwróciła się i stała zadumana, złożywszy ręce.
— Niebardzo ci ufam — ciągnął gospodarz patrząc na nią.
— Zdaje się, zapomniałeś już o wszystkiem, com ci mówił, Kalebie?
— Przypuszczam, że muszę zaznaczyć swoją obecność — pomyślał Kaleb. — Czego pan sobie życzy, panie Teklton.
— Postaraj się, żeby nie zapomniała o mojem poleceniu.
— Berta nigdy nie zapomina. Jestto jedna z niewielu rzeczy, do których ona nie jest zdolna.
— Każdemu własne gęsi wydają się łabędziami — zauważył handlarz zabawek, pogardliwie ruszając ramionami. — Biedny szaleniec.
Przy ostatnich słowach, wypowiedzianych z bezgraniczną pogardą, przedstawiciel firmy Greff i Teklton oddalił się.
Berta nie ruszyła się z miejsca, pochłonięta zamyśleniem. Wesołość znikła z jej pochylonej twarzyczki, bardzo już teraz smutnej. Trzy, czy cztery razy wstrząsnęła głową, jakby myślała o jakiemś wspomnieniu lub jakiejś stracie; smutnych swych myśli jednak nie wyrażała słowami.
Nie pierwej, aż Kaleb przez czas jakiś pracując sam jeden nad zaprzęgiem koni do powozu bez litości przybijał uprzęż gwoździami prosto w ciało nieszczęsnych zwierząt, Berta przysunęła się do jego krzesła i rzekła, siadając obok niego:
— Znudziłam się w ciemności, ojczulku. Potrzebne są mi oczy, moje cierpliwe, usłużne oczy.
— Są tutaj — odrzekł Kaleb. — Zawsze gotowe. Więcej twoje, niż moje Berto, w każdej chwili, przez całą dobę. Ale cóż mają zrobić dla ciebie twoje oczy, droga moja?
— Popatrz na izdebkę, ojcze.
— Doskonale, stało się, Berto.
— Opowiadaj mi o niej.
— Tu wszystko po staremu — wymówił Kaleb. — Wygodnie, ale bardzo skromnie. Jasne malowanie na ścianach, barwne kwiaty na talerzach i naczyniach; politurowane drzewo na ramach i półkach; wogóle porządek i wygoda czynią nasz domek bardzo ładnym.
Wesoło i czysto było tam, gdzie mogły sięgnąć ręce Berty, ale pozostałe miejsca nie odznaczały się tymi przymiotami w starej zmurszałej szopie, którą przetwarzała fantazya Kaleba.
— Tyś w roboczem ubraniu i nie tak elegancki, jak w swym pięknym płaszczu? — spytała Berta, dotykając palcami ojca.
— Naturalnie nie tak elegancki — potwierdził ojciec — dość jednak dziarski.
— Ojcze — odezwała się znów ślepa, przysuwając się do niego i obejmując rękami jego szyję — powiedz mi cokolwiek o May. Czy ona bardzo ładna?
— Bardzo — odpowiedział Kaleb.
I tak było w rzeczy samej. Kalebowi dziwnem wydało się, że na ten raz nie potrzebował uciekać się do kłamstwa.
— Włosy ma ciemne — mówiła dalej Berta — ciemniejsze, niż moje. Głos przyjemny i śpiewny, wiem o tem. Często wsłuchiwałam się weń. Jej figura...
— W całej pracowni niema ładniejszej od niej lalki — zawołał Kaleb.
A oczy jej!...
Zająknął się, bo córka silniej ścisnęła mu szyję, a ojciec zanadto dobrze pojął znaczenie tego uścisku.
Starzec chrząknął zmieszany, z minutę uderzał młotkiem i znów rozpoczął pieśń o „rozsypującym iskry kubku“; to była jedyna jego ucieczka w trudnych chwilach.
— Nasz przyjaciel, ojcze, nasz dobroczyńca... Wiesz, nigdy mi nie sprzykrzy się słuchać o nim, powiedz, czy kiedykolwiek znudziło mnie to? — z pośpiechem mówiła młoda dziewczyna.
— Rozumie się, nigdy — odpowiedział Kaleb — i całkiem słusznie.
— Ach, i jak jeszcze słusznie! — zawołała ślepa z taką szczerością, że Kaleb mimo całej czystości swych pobudek, nie śmiał spojrzeć jej w twarz, spuścił oczy, jak gdyby mogła w nich odczytać jego niewinne kłamstwo.
— W takim razie opowiadaj mi znów o nim, drogi ojcze — prosiła Berta. Opowiadaj od początku po kilka razy. Twarz jego miła, uprzejma i delikatna; na niej wyryta szlachetność i szczerość, tegom pewna. Serce odważne, które wszystkie dobrodziejstwa usiłuje skryć udaną szorstkością i niezadowoleniem wygląda z każdego rysu, z każdego spojrzenia.
— I powierzchowności nadaje szlachetność — dorzucił Kaleb.
— I powierzchowności nadaje szlachetność! — z zapałem powtórzyła za ojcem ślepa. — Pan Teklton starszy od Mey, ojcze?
— Ta-a-k — niepewnie powtórzył Kaleb. — On będzie trochę starszy. Ale to drobnostka.
— Z pewnością, ojcze! Być cierpliwą przyjaciółką jego w ubóstwie i starości, troskliwie doglądać go w chorobie, podtrzymywać w nieszczęściu i smutku, pracować dlań bezustannie, strzedz go, troszczyć się o niego, siedzieć u jego wezgłowia i rozmawiać z nim, gdy słaby, modlić się za niego, gdy śpi — jakiemże byłoby to szczęściem! Jakież mnóstwo sposobów, aby okazać mu miłość i wierność. Czy Mey zdolna do tego, jak myślisz ojcze?
— Niewątpliwie — odrzekł Kaleb.
— Kocham ją ojcze; mogę ją kochać z całej duszy! — zawołała ślepa dziewczynka.
Przy tych słowach przylgnęła swą żałosną bez światła twarzyczką do ramienia ojca i płakała, płakała bez końca tak, że Kaleb prawie zasmucił się, że dał jej to bolesne szczęście.
Tymczasem w domku Jana Piribingla powstał nadzwyczajny zamęt, bo mała pani Piribingl żadną miarą, rozumie się, nie chciała ruszyć się gdziekolwiek bez swego dzieciątka. Wybranie się zaś z niem było nadzwyczaj uciążliwe. Nie będąc wcale dorosłą osobą wielkiej wagi, wymagało przecież dużo koło siebie usługi i nie mały wyrządzało kłopot, a te usługi i kłopoty stopniowały się. Tak np., gdy malca ubrali jako tako i można było spodziewać się, że strój za chwilę będzie całkowicie ukończony, zamieniając go w cud piękności na podziw świata, niespodzianie okręcili go ciepłą flanelą i wsunęli w pościel, gdzie biedactwo literalnie dusiło się na wolnym ogniu pod dwiema kołdrami prawie przez godzinę. Z tego nieruchomego położenia wyciągnęli dziecko świecące się od potu i wrzeszczące na całe gardło, aby je nakarmić. Po jedzeniu malcowi kazali znów spać. Pani Piribingl wyzyskała tę chwilę przerwy na własną toaletę, która mimo swej całej prostoty zamieniła ją w tak czarowne stworzenie, jakie rzadko widzieć można. W tym krótkim czasie także i panna Tilly nałożyła gorset tak dziwnego i wyszukanego fasonu, że ani na jej miarę nie był skrojony, ani do niczego w świecie nie był podobny, ale przedstawiał coś chaotycznego: zmarszczonego, zwiniętego na podobieństwo psich uszu — i coś niezawisłego — istniejącego całkiem osobno, bez najmniejszego związku z czemkolwiek.
Tymczasem chłopczyk znowu się zbudził i połączonemi siłami matki i niańki ustroił się w ciepły płaszczyk kremowego koloru i nankinowe przybranie głowy w kształcie nadętego pieroga. Nareszcie wszyscy troje wyszli z domu na ganek, przy którym stary koń zdążył już narobić więcej szkody ministerstwu dróg i komunikacyi, niż wynosił dzienny jego zarobek, psując drogę swemi niecierpliwemi kopytami. Co się tyczy Boksera, to ledwo go dojrzeć można było z oddali, gdzie stał, oglądając się ciągle i kusząc konia, aby ruszył w drogę bez pozwolenia.
Jeśli sądzicie, że pani Piribingl potrzebną okazała się ławeczka lub coś innego w tym rodzaju, aby się wydostać na wózek, to bardzo liche macie wyobrażenie o kawalerskości Jana. Nie zdążyliście zauważyć, gdy podjął ją z ziemi i posadził na miejscu, a ona świeża i rumiana rzekła:
— Jak ci nie wstyd Janie! — pomyśl o Tilly!
Gdybym śmiał temi lub innemi słowy wspomnieć o nogach młodej dziewicy, to powiedziałbym, że nogi Tilly fatalnie zaczepiały o wszystko, co na drodze znalazły i że nie mogła ani podnieść się, ani zejść, nie zostawiając na wszystkiem wyżłobień na podobieństwo tych, któremi Robinzon Kruzoe znaczył dni na drewnianym kalendarzu na bezludnej wyspie. Ale ponieważ można to uważać za niedyskrecyę, więc jeszcze nad tem pomyślę.
— Janie, czy wziąłeś kosz z cielęciną, wieprzowym pasztetem i różnemi słodyczami, a także i butelki z piwem? — spytała w drodze Dot. Jeśli nie, to wracaj natychmiast.
— To ładnie z twej strony, — mówi furman; zmusiwszy mnie spóźnić się o kwadrans, żądasz, abym wracał jeszcze.
— Bardzo mi żal, Janie, odrzekła żona, ale naprawdę nie wyobrażam sobie, jakbym mogła jechać do Berty, — żadną miarą nie zrobiłabym tego, Janie, nie wziąwszy ze sobą cielęciny, pasztetu wieprzowego i wszystkich innych zapasów, a także butelek z piwem. Stój!
Ostatni rozkaz skierowany był do konia, który jednakże nie posłuchał swej pani.
— Zatrzymajże go, Janie — błagała pani Piribingl. — Bądź łaskaw!
— Wystarczy, gdy to zrobimy, jak zacznę rozdawać posyłki. A twój koszyczek tu, cały i nieuszkodzony.
— Jaki z ciebie potwór bez serca, Janie, czemuś mi tego nie powiedział od razu i nie wybawił z takiego niepokoju! Przecież mówiłam, że za nic nie pojechałabym do Berty bez cielęciny, pasztetu z wieprzowiny i wszystkiego innego, a także bez butelek piwa. Od czasu, gdyśmy się pobrali, urządzaliśmy u siebie taki maleńki piknik dwa razy na miesiąc regularnie. Gdyby dziś się nie udał, wzięłabym to za zły znak, wróżący nam koniec naszego szczęścia.
— Przedewszystkiem to dobry uczynek — rzekł woźnica — i ja szanuję cię za to, moja maleńka.
— Drogi Janie — podchwyciła Dot, wybuchając, jak zarzewie — co ty wygadujesz o szacunku dla mnie? Boże ty mój!
— Tymczasem... — zauważył woźnica — ten stary jegomość...
Ona znów zmieszała się widocznie, w jednej chwili!
— Trudno zrozumieć, co to za człowiek — ciągnął Jan, patrząc nieruchomo w dal, na drogę. — Nie sądzę, ażeby był złym...
— Stanowczo nie! Ja... ja pewna jestem, że nie mamy czego się obawiać.
— Doskonale! — wymówił mąż, patrząc jej w oczy, po takiej stanowczej odpowiedzi. — Rad jestem, żeś tego pewna, bo to potwierdza moje domniemanie. Jednakże dziwna rzecz, z jakiej racyi przyszło mu do głowy u nas się osiedlić? Czy nie wydaje ci się to dziwnem? Wszystko to złożyło się tak jakoś dziwacznie!
— Bardzo dziwacznie — wymówiła Dot cichym, ledwo dosłyszalnym głosem.
— Z tem wszystkiem, dobry to starzec — i płaci nam, jak prawdziwy szlachcic; dlatego myślę, że mu można zawierzyć. Dziś właśnie rano mieliśmy ze sobą długą rozmowę. Powiedział, że lepiej mnie słyszy, bo przywykł do mego głosu. Wiele mi opowiadał o sobie, ja znów mówiłem mu o nas, a on zadawał mi przytem mnóstwo pytań. Wytłumaczyłem mu, że, jak ci to wiadomo, jeżdżę w dwóch kierunkach, zajmując się swoim rozwozem; jednego dnia jadę na prawo od naszego domu i wracam stamtąd; drugiego dnia na lewo i napowrót (boć on nie tutejszy i nieznane mu są nazwy w naszej okolicy). „To znaczy, że dziś wieczór jedną mamy drogę — rzekł — a myślałem, że całkiem w inną stroną pan jedzie. To wybornie! Może poproszę, abyś mnie znowu w drodze zabrał, ale daję słowo, że nie zasnę, jak martwy, na ten raz.“ W samej rzeczy spał wtedy bez pamięci. O czem tak zamyśliłaś się, Dot?
— O czem zamyśliłam się, Janie? Ja... ja słuchałam ciebie.
— No, dobrze! — rzekł prostoduszny Jan. — A już bałem się, patrząc na twarz twoją, żem ci dokuczył gadaniną i że myślisz o czem innem. Ledwo, ledwo tego nie pomyślałem, słowo uczciwości. Dot nic nie odpowiedziała i czas jakiś w milczeniu trzęśli się w swoim wózku. Ale w rydwanie Jana Piribingla — trudno było przez dłuższy czas zachować milczenie, bo do każdego przechodnia trzeba było przemówić cośkolwiek, chociażby tylko: „jak się miewacie!“ I bardzo często rzecz się na tem kończyła, bo odpowiedź na to zwyczajne pozdrowienie nie była tak łatwą i wymagała nietylko pochylenia głowy i uśmiechu, ale tak silnego naprężenia płuc, jak przewlekłe mowy w parlamencie. Niekiedy piesi i jeźdźcy dążyli koło wózka umyślnie, aby pogawędzić; w tych wypadkach obie strony gadały na wyścigi.
W dodatku Bokser dawał powód wielu spotkaniom. Każdy go poznawał w drodze, szczególniej zaś kury i świnie, które przy jego zbliżeniu, kiedy ku nim pędził, zawracały na bok, ostro nastawiwszy uszy i zadarłszy kuse ogony, z pośpiechem uciekały do swych kryjówek na folwarcznem podwórzu, nie czekając na zaszczyt bliższej z nim znajomości. Zajmowało go wszystko; obiegał wszystkie zakręty drogi, zaglądał do wszystkich studzien, wpadał do wszystkich willi, rzucał się w środek każdego tłumu, płoszył wszystkie gołębie, zmuszał wszystkie koty do najeżania ogonów i wsuwał nos do każdej gospody, jak stały odbiorca. Gdziekolwiek się pojawił, niewątpliwie ktoś z obecnych wołał ze śmiechem: „Oho! Otóż i Bokser!“ I natychmiast z zabudowań wychodził ten lub ów w towarzystwie kilku innych, aby powitać Jana Piribingla i jego milutką żonę.
Przedmiotów do rozwozu zbierało się wiele; dlatego zachodziły częste przestanki dla przyjęcia lub wydania posyłek, co zupełnie nie psuło wycieczki. Niektórzy klienci z taką niecierpliwością oczekiwali swych tłumoków, inni tak podziwiali otrzymane rzeczy, inni zaś tyle dawali przestróg z powodu swego pakunku, a Jan taki gorący brał udział w ich interesach, że wszystko to stanowiło bardzo ciekawe widowisko. Nieraz też trzeba było przewieźć przedmioty, wymagające szczególnej ostrożności, wtedy ich umieszczenie rozważało się na wszelkie sposoby, a usłużny woźnica naradzał się z wysyłającymi. Bokser bezwarunkowo uczestniczył w tych naradach, okazując przez chwilę niezwykłe zainteresowanie, potem zaś biegał wkoło zebranych radców z głośnem aż do ochrypnięcia szczekaniem. Usadowiwszy się na swej ławeczce w furgonie, Dot była wesołym i uważnym widzem wszystkich tych drobnych wydarzeń — i gdy tak siedziała, wyglądając ze swej kryjówki — prześliczny, maleńki portrecik, uroczo obramowany zasłoną z żaglowego płótna — nie brakło koło niej ciekawych spojrzeń, szeptów, tajemniczych szturchań łokciami i zazdrości ze strony młodszych wiekiem mężczyzn. To wszystko Jana wprawiało w zachwyt, bo chlubił się on tem, że ludziom podoba się jego żona i widział, że ona nie zwraca na nich uwagi, choć wiedział także dobrze, że w innych warunkach możeby jej to pochlebiało.
Pogoda była trochę chmurna, co jest całkiem naturalną rzeczą w styczniu, a chłód i wiatr porządnie dawały się odczuwać. Lecz kto się tam troszczył o takie drobnostki? Już napewno nie Dot. A także i nie Tilly, dla której jazda w furgonie w jakichkolwiek warunkach była szczytem ludzkiej szczęśliwości, koroną ziemskich pragnień; i nie malec małżonków Piribingl, na to mogę przysiądz, bo żaden malec nie miał cieplej i nie spał silniej — choć te istoty wielkimi są mistrzami w umiejętności spania — niż szczęśliwy, młody Piribingl, w czasie całej podróży. We mgle naturalnie nie można widzieć daleko, ale przecież można rozróżnić cośkolwiek. Przyjemnem zajęciem było przyglądanie się znikającym polom i pasom śniegu, jeszcze leżącym w pobliżu ogrodzeń i drzew, nie mówiąc już o tajemniczych kształtach, jakie przybierały same drzewa, nagle ukazując się z za mgły i znów w niej się pogrążając. Żywopłoty były poplątane, gołe, a na nich powiewały zwarzone mrozem girlandy pnących roślin; ale ten widok nie wywołał smutku. Przeciwnie, mile przypominał domowe ognisko, które swemu właścicielowi wydawało się wtedy jeszcze cieplejszem, i śliczne lato z jego świeżą zielenią.
Od rzeki wiało chłodem; ale ta jeszcze wciąż płynęła i nie zbyt wolno, co było ważnym znakiem. Kanał, prawda, wydawał się nieruchomym i osowiałym, na to trzeba się zgodzić. Ale cóż to za bieda! Tem prędzej zamarznie, gdy mróz zatrzeszczy i wtedy rozpocznie się ślizgawka na łyżwach i saneczkach, a ślamazarne stare barki, skowane lodem gdziekolwiek, po całych dniach dymić będą ze swoich żelaznych kominów, rozkoszując się leniwym odpoczynkiem.
Na jednem miejscu gorzał ogień z suchych traw i rżyska, a podróżni patrzyli na ogień, tak biały przy świetle dziennem, błyskający we mgle, ledwo od czasu do czasu rzucający blask czerwieńszy. Zagapiwszy się, Tilly nagle kichnęła, co jej się często przytrafiało, a na ten raz według jej słów przyczyną był dym, który jej się dostał do nosa. Głośne kichnięcie niańki rozbudziło chłopczyka, który już nie mógł zasnąć. Tymczasem Bokser, który uprzedził furgon o ćwierć mili, minął rogatkę miejską i dobiegł do rogu ulicy, gdzie mieszkał Kaleb z córką. Dzięki temu, gospodarze na długo przed przyjazdem gości wyszli na ganek, aby ich powitać.
Tu Bokser okazał delikatny instynkt w postępowaniu z Bertą; widocznie rozumiał, że ona jest ślepa. Mądry pies nie starał się zwrócić uwagi dziewczynki, patrząc na nią natarczywie, jak to często robił z innymi, lecz jej ciągle dotykał. Niewiadomo, czy Bokser z doświadczenia wiedział coś o ślepych ludziach i ślepych psach. Nigdy nie miał ślepego pana; prócz tego ani pan Bokser starszy, ani pani Bokser, ani nikt z jego szanownej rodziny tak ze strony ojca, jak matki nie był dotknięty ślepotą, o ile mi wiadomo. Może zmyślny pies sam do tego doszedł, w każdym razie, jakimś sposobem doszedł, jak trzeba postąpić; wpił się zębami w spódnicę Berty i nie puścił jej dotąd, dopóki pani Piribingl z dzieckiem i Tilly i koszyk szczęśliwie do domu się nie dostały. Mey Filding była już tam z matką — małą, swarliwą staruszką z kwaśną miną. Mając figurę prostą i cienką, jak pałka, stara dama wyobrażała sobie, że jest wspaniałą, w dodatku miała się za coś wielkiego zapewne z tego powodu, że dawniej miała się lepiej lub mogłaby żyć dostatniej, gdyby okoliczności inaczej się złożyły, co się nigdy jednak nie stało. Greff i Teklton także był gościem Kaleba, starając się wydać uprzejmym, z widoczną świadomością, że jest w tym domu zupełnie tak w swoim żywiole, jak młody śledź na wierzchołku piramidy Cheopsa.
— Mey! Moja droga, stara przyjaciółka! — zawołała Dot, rzucając się na jej spotkanie. — Jakie szczęście, że cię widzę.
Jej stara przyjaciółka była również rada; przyjemnie było patrzeć, jak się obie ściskały. Teklton niewątpliwie miał dobry gust. Mey była prześliczna.
Zdarza się czasami, że jeśli przyzwyczaicie się do pięknej twarzy, to ona w obec innej pięknej twarzy wyda wam się nagle zwyczajną, bezbarwną i ledwo zasługującą na waszą uwagę. Ale w danym wypadku nic podobnego nie miało miejsca; piękność jednej przyjaciółki nie ćmiła piękności drugiej, twarz Mey odpowiadała twarzy Dot tak naturalnie i mile, że powinny się były urodzić siostrami, czego ledwo nie powiedział Jan Piribingl, wszedłszy do izby. Istotnie tego im jedynie brakowało.
Teklton przyniósł obiecaną pieczeń baranią i, rzecz dziwna, oprócz niej jeszcze doskonały tort. Ale my zawsze pozwalamy sobie na małą rozrzutność, gdy idzie o naszą narzeczoną. Przecież nie codzień się żenimy. Dopełnieniem uczty była cielęcina, pasztet wieprzowy i „różne różności“, jak wyrażała się pani Piribingl, rozumiejąc przez to przywiezione przez siebie orzechy, pomarańcze, ciasta i drobne słodycze. Gdy obiad był podany i dołączono do niego kontrybucyę Kaleba w postaci wielkiego, drewnianego naczynia z parującemi kartoflami (wymusili na nim uroczystą przysięgę, że nic więcej dla gości nie przygotuje), Teklton powiódł swoją przyszłą teściową na honorowe miejsce. Aby mieć większe prawo zwracania wyłącznej uwagi w czasie uczty, wspaniała staruszka ozdobiła swą głowę czepcem, który powinien był budzić podziw i dreszcz poszanowania. Nie zdejmowała także rękawiczek. Są ludzie, gotowi umrzeć, byle tylko zachować decorum.
Kaleb siadł koło córki. Dot i dawna jej koleżanka siadły rzędem, a poczciwy woźnica zajął koniec stołu. Tilly odosobnili w ten sposób, że nie mogła dotknąć się żadnego przedmiotu prócz krzesła, na którem siedziała, więc też naturalnie o nic nie mogła potrącić główką dziecka.
Tilly patrzyła na lalki i zabawki, wytrzeszczywszy oczy, zupełnie tak bezmyślnie, jak lalki patrzyły na nią i resztę kompanii. Czcigodni starcy, którzy przy drzwiach swych domków bezustannie wywracali kozły, szczególnie interesowali się szanownem towarzystwem, od czasu do czasu zatrzymywali się przed skokiem, jakby przysłuchując się rozmowie, potem swe dzikie ruchy wykonywali raz po raz bez przerwy, jakby wszystko to doprowadzało ich do szalonego zachwytu.
Niewątpliwie gdyby ci starcy mogli doznawać niepoczciwej radości na widok złego humoru Tekltona, mieliby słuszną przyczynę niezadowolenia. Teklton był bardzo niekontent; a im weselszą stawała się jego narzeczona w towarzystwie Dot, tem mniej mu się to podobało, mimo że sam zbliżył je do siebie w tym celu. Gdy śmiały się, a on do ich żartów przyłączyć się nie mógł, przychodziło mu zaraz na myśl, że przyjaciółki wyśmiewają się z niego.
— Ach, Mey! — mówiła Dot — ach moja najmilsza, ile zmian! Naprawdę, gdy wspomnę wesołe, szkolne lata, mimowoli czuję się odmłodniałą.
— Pani zdaje się — i tak nie zbyt stara, — zauważył Teklton.
— Popatrz pan na mego poważnego małżonka, — odpowiedziała Dot. — On czyni mnie starszą przynajmniej o lat dwadzieścia. Czyż nieprawda, Janie!
— O czterdzieści, — odrzekł Jan.
— Nie wiem, o ile lat starszą uczynisz pan Mey — zawołała, śmiejąc się pani Piribingl; — w każdym razie w dniu wesela mieć będzie około stu lat.
— Cha, cha! — zaśmiał się Teklton, a śmiech jego odbił się, jak w pustej beczce, wyraz zaś twarzy jasno pokazywał, że z radością skręciłby szyję żartującej Dot.
— Ach, droga — nie krępując się tem wcale, mówiła Dot — przypomnij sobie, jakeśmy obie marzyły w szkole o naszych przyszłych! Jak młodym, wesołym, pięknym i dziarskim wyobrażałam sobie mojego! Co zaś do Mey! Ach, Boże, Boże! Już nie wiem, czy mam płakać, czy śmiać się, gdy pomyślę, jak głupiemi dziewczętami byłyśmy obie!
Mey jednak widocznie wiedziała, co ma robić, bo krew uderzyła jej do głowy, a oczy napełniły się łzami.
— Czasami wybierałyśmy sobie narzeczonych z pośród znajomej młodzieży — ciągnęła pani Piribingl. — Ani na myśl nam nie przyszło, jak mogą złożyć się okoliczności. Ja, np. nigdy nie myślałam o Janie, doskonale to pamiętam; ani przez chwilę. A gdybym zażartowała z ciebie, że ty wyjdziesz za pana Tekltona, to napewno dostałabym szturchańca. Przyznaj się, Mey? Chociaż Mey nie powiedziała „tak“, nie powiedziała także i „nie“, ani nie wyraziła przeczenia żadnym znakiem.
Teklton hałaśliwie zaśmiał się na cały głos. Jan Piribingl wtórował mu ze swem zwykłem dobrodusznem zadowoleniem; ale cichy jego śmiech całkowicie zagłuszył gruby ryk Tekltona.
— A przecież nie stanęło na waszem. Najspokojniej wpadłyście w nasze ręce, jak widzicie, — rzekł handlarz zabawek. My oto jesteśmy na pierwszym planie! My na pierwszym planie! A gdzież są teraz wasi młodzi narzeczeni?
— Jedni pomarli, — odpowiedziała Dot, — inni zapomniani. Niektórzy z nich, gdyby się mogli wśród nas w tej chwili znaleźć, nie uwierzyliby, żeśmy te same istoty. Nie uwierzyliby, żeśmy te same, żeśmy mogły o nich zapomnieć. Nie, nie uwierzyliby ani słowu z tego wszystkiego!
— Co ci jest Dot? — zawołał woźnica. — Maleńka moja! Mówiła tak poważnie i z takim zapałem, że koniecznie trzeba było zwrócić jej uwagę. Wymówka męża była łagodna, gdyż dlatego tylko wmieszał się do rozmowy, aby ochronić Tekltona; jednak słowa jego odniosły skutek, bo Dot natychmiast się opamiętała i zamilkła. Ale nawet milcząc, nie mogła opanować wzruszenia, które nie uszło wzroku Tekltona. Zauważył je wyraźnie, wlepiwszy w młodą kobietę swe pół zakryte oko i na wszelki wypadek dobrze zapamiętał, co zauważył.
Mey nie odezwała się wcale, siedziała milcząc, spuściwszy oczy, na pozór nie interesując się wcale tem, co mówiono. Tu do rozmowy wmieszała się jej matka. Dobra staruszka przedewszystkiem zaznaczyła, że młode dziewczęta są zawsze młodemi dziewczętami, że co było, to przeszło, a pokąd młodzież młoda i nierozumna, zawsze zapewne postępować będzie podług wzoru wszystkich młodych i nierozsądnych osób; te prawdy potwierdziły dwie lub trzy nauki moralne równie nieomylnej wartości, poczem dostojna dama dodała nabożnie, że zawsze dziękuje niebu za taką posłuszną córkę, jak Mey, która niezachwianie pamięta o swym obowiązku. Nie przypisuje sobie w tem zasługi, choć ma pełne prawo w przymiotach córki widzieć owoce swego wychowania. Co zaś do pana Tekltona, to pod względem obyczajów uważa go za doskonałego człowieka i jest pewna, że będzie z niego wzorowy zięć, o czem żaden człowiek zdrowo myślący wątpić nie może. (Słowa te czcigodna pani Filding wymówiła z wielkiem uczuciem). Co się zaś tyczy rodziny Fildingów, do której po załatwieniu niektórych formalności w bardzo krótkim czasie zostanie przyjęty, to panu Tekltonowi zapewne wiadomo, że choć ograniczeni w środkach, mają jednak pewne prawa do szlachectwa i gdyby nie okoliczności, po części mu znane, to jej handel indygiem kwitłby teraz, a ona sama byłaby właścicielką ogromnego majątku. Na nieszczęście wszystko inaczej się pokierowało, a jeżeli o tem wspomina, to tylko nawiasowo. Właściwie nie należało wspominać o przeszłości, jak również o tem, że jej córka przez czas jakiś nie przyjmowała starań pana Tekltona; nie należało też mówić o wielu innych rzeczach, które koniec końców zostały przez nią wypowiedziane. Na zakończenie, opierając się na długoletniem doświadczeniu i osobistych spostrzeżeniach, zaczęła upewniać, że małżeństwa, w których niema ani cienia tego, co nosi romantyczną i głupią nazwę miłości, bywają najszczęśliwszemi, że z małżeństwa, które ma być zawarte, oczekuje największego zadowolenia, płynącego nie z chwilowego zapału, ale trwałego i silnego. Kończąc swą proroczą mowę, objawiła obecnym, że dzień jutrzejszy będzie dla niej dniem upragnionym, który stanowił cel jej życia, że gdy ten dzień minie, najmilej byłoby dla niej spocząć w trumnie i być pochowaną na jakimkolwiek cmentarzu dla osób szlacheckiego stanu.
Ponieważ na tę mowę nie było co odpowiadać, (co jest szczęśliwą właściwością wszystkich mów bezcelowych) zatem zebrani zmienili treść rozmowy i ogólną uwagę zwrócili na cielęcinę, wieprzowy pasztet, zimną baraninę, na rozgotowane kartofle i torty, a Jan Piribingl zaproponował, aby z powodu jutrzejszej uroczystości przywiezionem piwem wypić zdrowie narzeczonych, zanim w drogę wyruszy. Rzecz w tem, że woźnica zatrzymał się u Kaleba tylko, aby dać odpoczynek staremu koniowi. Miał jeszcze przed sobą cztery lub pięć mil dalszej drogi; wracając, przyrzekł wstąpić po swoich i znów zatrzymać się u przyjaciół w drodze do domu. Tak bywało na wszystkich piknikach od samego początku.
Jeszcze dwoje z obecnych, prócz narzeczonych, nie brało udziału w proponowanym toaście. Jedną z tych osób była Dot, zbyt zaczerwieniona i zmieszana, aby zwrócić na cokolwiek uwagę, drugą Berta, która pośpiesznie wstała z miejsca i wyszła z za stołu.
— Bywajcie zdrowi — rzekł Jan, naciągając na siebie płaszcz nieprzemakalny. Zajadę z powrotem, jak zwykle. Bywajcie zdrowi, wszyscy!
— Bywaj zdrów, Janie — odezwał się Kaleb.
Mówił to machinalnie i równie bezwiednie robił ręką znak pożegnania, bo całą jego uwagę ściągnęła Berta, którą śledził trwożliwem, niepewnem spojrzeniem.
— Bywaj zdrów, młodzieńcze! — wymówił wesoły woźnica, schylając się, aby pocałować swego synka, który zasnął i szczęśliwie został ułożony na posłaniu, przygotowanem przez Bertę. Niańka tymczasem pracowała nożem i widelcem. — Bywaj zdrów! przyjdzie czas, mam nadzieję, że ty mój przyjacielu wyprawisz się na mróz, a ojcu pozwolisz rozkoszować się fajeczką i grzać przy kominku bolące od reumatyzmu kości. Prawdę mówię, co? Ale gdzież jest Dot?
— Jestem tu, Janie! — odpowiedziała, wstrząsając się, pani Piribingl.
— Chodź tu, chodź, wołał mąż, klaskając w ręce. A gdzież fajka?
— Zupełnie zapomniałam o niej, Janie.
— Zapomniałaś o fajce! Słyszane to rzeczy! Ona! Zapomniała o fajce.
— Ja... ja zaraz ją nałożę. To niedługo potrwa.
Jednakże sprawa poszła nie tak łatwo. Fajka leżała na zwykłem miejscu, w kieszeni nieprzemakalnego płaszcza woźnicy, razem z małym kapciuchem jej własnoręcznej roboty, z którego Dot napełniała ją zawsze tytoniem. Ale ręka jej drżała tak silnie, że zaplątała się w kieszeni (chociaż była tak mała, że z łatwością można ją było stamtąd wydobyć, jestem tego pewny) i młoda kobieta wydobyła ją z trudem. Nałożenie i zapalenie fajki, te małe obowiązki, które Dot wykonywała z takiem mistrzowstwem — stanowczo na ten raz jej nie udawały się. Teklton cały czas stał, milcząc, chytrze spoglądając na nią swem napół zakrytem okiem, przez co najwidoczniej zwiększał pomieszanie młodej kobiety.
— Aj, jakaś dziś niezręczna, Dot! — zauważył Jan. — Naprawdę sambym to lepiej zrobić potrafił.
Z temi słowy wyszedł i wkrótce głos jego słychać było na ulicy wraz ze szczekaniem Boksera, uderzeniami kopyt starego konia i turkotu wózka, który w takt tej muzyki mknął po szerokiej drodze. W czasie całej tej sceny zamyślony Kaleb nie poruszył się z miejsca, śledząc uważnie ślepą swą córkę.
— Berto — wymówił cicho Kaleb — co się stało? Jaka straszna zmiana zaszła w tobie, moja najmilsza, w ciągu paru godzin od dzisiejszego rana? Czy to ty jesteś, taka milcząca i ponura przez cały dzień. Co ci jest? Powiedz mi.
— O, ojcze, ojcze! — zawołała ślepa dziewczynka, zalewając się łzami. O jakże ciężki, bardzo ciężki jest mój los!
Kaleb przetarł ręką oczy, zanim zdobył się na odpowiedź.
— Pomyśl, jak byłaś wesołą i szczęśliwą, Berto, jak dobrą i kochaną przez wielu.
— To rani mi serce, ojcze drogi. Zawsze tyle względu dla mnie! Zawsze tyle dobroci!
Kaleb z trwogą usiłował zrozumieć sens jej mowy.
— Być... być ślepą, Berto, moje drogie biedactwo — wyszeptał — wielkie to nieszczęście; jednakże...
— Nigdy tego nie odczuwałam! — podchwyciła dziewczynka. — Ja nigdy tego w całej pełni nie czułam. Nigdy. Czasem pragnęłam zobaczyć ciebie, zobaczyć jego, choć raz jeden, ojcze drogi, choć przez jedną minutę, żebym mogła wiedzieć, co ja tak uwielbiam — położyła ręce na piersi — i chowam tu oto! Żebym mogła o was mieć prawdziwe pojęcie! Innym znów razem (ale to było w dzieciństwie) przy modlitwie wieczornej płakałam na myśl, że gdy wasze postacie z mojego serca wzlatywały ku niebu, może nie były do was istotnie podobne. Ale te uczucia nie trwały długo, przechodziły, a jam znów była spokojna i zadowolona.
— Przejdą i teraz — pocieszał ją Kaleb.
— Ale, ojcze drogi! Mój dobry, kochany ojcze, miej cierpliwość, choć jestem tak niedobrą — mówiła ślepa. Ten ból tak mi cięży straszliwie.
Jej ojciec umiał tylko z nią cierpieć; mówiła tak poważnie, z takiem uczuciem, a on wciąż jeszcze jej nie rozumiał.
— Przyprowadź ją do mnie — powiedziała Berta. — Ja nie mogę tego taić i kryć w swem sercu. Przyprowadź ją do mnie, ojcze! Zauważywszy jego wahanie, powiedziała wprost: Mey, przyprowadź Mey!
Usłyszawszy swe imię, narzeczona Tekltona spokojnie podeszła do niej i dotknęła jej ręki. Szybko obróciwszy się ślepa schwyciła ją obiema rękami.
— Popatrz na twarz moją, moja droga, moja najmilsza! Popatrz dobrze twemi ślicznemi oczami i powiedz mi, czy jest na niej wyryta prawda?
— Tak, Berto.
Podnosząc smutną, niewidomą twarzyczkę, po której spływały łzy, ślepa odezwała się do niej:

— W mej duszy niema ani jednego pragnienia, ani jednej myśli wrogiej dla ciebie,
Jej zamiarem było pilnować czcigodnej damy w czepcu i rękawiczkach 
śliczna Mey. Nie mam o nikim wdzięczniejszego wspomnienia, jak o tobie, która, posiadając zdrowe oczy i piękność, tyle i tyle razy okazywałaś współczucie ślepej Bercie, nawet i wtedy, gdyśmy małemi były dziećmi. Życzę ci wszelkiego szczęścia! Niech droga twego życia będzie jasną! Bez względu na to, moja droga Mey — przyciągnęła bliżej ku sobie młodą dziewczynę i silniej ją objęła — bez względu na to, moja ptaszyno, że gdy mi dziś powiedzieli o twoich z nim zaręczynach, było to dla serca mego okrutnym ciosem, który mi o mało serca nie rozbił! Ojcze, Mey! przebaczcie mi to, przebaczcie ze względu na to, co on czynił, żeby moje smutne życie rozweselić. Przebaczcie, jeśli możecie mi uwierzyć, na co niebem się świadczę, że sama nie znalazłabym dla niego żony, godniejszej jego dobroci.

Mówiąc to, puściła rękę Mey Filding i schwyciła jej suknię z wyrazem czci i gorącego przywiązania. Pochylając się coraz niżej i niżej w czasie swej dziwnej spowiedzi, Berta przypadła nakoniec do swej przyjaciółki i skryła twarz w fałdach jej sukni.
— Boże wielki! — zawołał Kaleb, któremu oczy się nagle otworzyły.
— Czyż dla tego oszukiwałem ją od kolebki, aby w końcu złamać jej serce?
Na szczęście trojga tych ludzi była przy nich w tej chwili Dot — rozpromieniona, usłużna, czynna, maleńka Dot — dlatego, że ona istotnie była taką mimo wszelkich swych wad, chociaż być może nadejdzie czas, w którym ją znienawidzicie. Tak więc, powtarzam, jej obecność była wielkiem dobrodziejstwem dla wszystkich tych ludzi; w przeciwnym razie, Bogu wiadomo, czemby się to skończyło. Dot, która już zdążyła oprzytomnieć i opanować się, wmieszała się do rozmowy, nie pozwalając Mey odpowiadać Kalebowi ani słowem.
— Chodźmy, chodźmy, droga Berto, chodźmy stąd. Weź ją pod rękę, Mey. Dobrze. Widzisz, jak ona się już uspokoiła i jak to dobrze z jej strony, że nam jest posłuszna, mówiła wesoła maleńka kobietka, całując niewidomą w czoło. — Chodź stąd, kochana Berto, chodź. Oto jej poczciwy ojciec, ten z nią pójdzie; przecież odprowadzisz Bertę, Kalebie? No — naturalnie.
Tak, Dot była dobrą, szlachetną naturą i w podobnych wypadkach tylko bardzo uparty charakter mógłby oprzeć się jej wpływowi. Wyprowadziła z izdebki Kaleba z córką, aby swobodnie mogli się uspokoić i pocieszyć wzajemnie, o czem wcale nie wątpiła — potem wróciła lekkim krokiem, świeża jak stokrotka, a może jeszcze świeższa. Jej zamiarem było pilnować czupurnej, czcigodnej damy w czepcu i rękawiczkach, aby ta miła staruszka nie zdołała porobić niepożądanych odkryć.
— Przynieś mi tu, Tilly, kochaną dziecinę — rzekła Dot Piribingl, przysuwając krzesło do ognia, a dopóki będę ją piastować, najlepsza pani Filding opowie mi, jak należy obchodzić się z małemi dziećmi i nauczy mnie, niedoświadczonego głuptaska. Przecież nie odmówi mi tego droga pani Filding?
Czcigodna pani Filding z wszelką łatwością wpadła w umiejętnie zastawioną na siebie pułapkę, a to tem łatwiej, że Teklton odszedł do domu a reszta towarzystwa, zajęta gorącą rozmową na uboczu, na kilka minut zostawiła szanowną damę zupełnie samą. To wystarczyło, aby krwawo obrazić panią Filding i zmusić ją, iżby przez cały dzień mówiła o tajemniczem nieszczęściu, które dotknęło jej handlu indygiem; ale pochlebne przekonanie o jej doświadczeniu ze strony młodej matki tak ją zjednało, że podrożywszy się trochę ze skromności, zaczęła pouczać Dot z wielką ochotą. Wyprężywszy się jak struna, jakby łokieć połknęła, przed chytrą żartownisią, pani Filding w ciągu pół godziny zakomunikowała jej tyle domowych środków, tyle recept, że gdyby je zastósowano w praktyce, wpędziłyby do grobu młodego Piribingla, choćby urodził się silnym jak Samson.
Aby zmienić rozmowę, Dot zabrała się do szycia — przywiozła w swojej kieszeni robotę i wszystkie do niej przybory. — Skąd jej to przyszło na myśl, nie wiem. — Potem zajęła się chwilkę dzieckiem, potem znów szyła, potem po cichu szeptała coś z Mey, tymczasem stara dama oddawała się słodkiej drzemce i w ten sposób przy różnych zajęciach niepostrzeżenie przeminął dzień. Gdy zmrok nastał, mała Dot, według ustanowionego przez siebie prawa przy piknikach, zabrała się do pełnienia wszystkich domowych obowiązków Berty: podrzuciła drzewa, ogarnęła ognisko, przygotowała naczynia do herbaty, zasunęła firankę w oknie i zapaliła świecę. Pokończywszy te zajęcia, pani Piribingl zagrała jedną czy dwie piosenki na harfie domowej roboty, którą własnoręcznie wyrobił Kaleb dla Berty, a zagrała je bardzo ładnie, dlatego że natura utworzyła jej uszko o tyle muzykalnem, o ile godnem drogocennych ozdób, jeśliby je Dot posiadała. Nastąpiła pora wieczornej herbaty. Teklton powrócił, żeby wziąć udział w wieczerzy i spędzić wieczór w towarzystwie.
Kaleb z Bertą przyszli trochę wcześniej, gospodarz wziął się do zwykłej pracy, ale ta z rąk mu leciała; nieszczęśliwy ojciec był bardzo zatrwożony i w myśli obsypywał siebie wymówkami. Żal było patrzeć, jak siedział bezczynnie przy swym warsztacie, spoglądając na Bertę z bezgranicznym smutkiem, gdy twarz jego zdawała się mówić: „czy nie dla tego okłamywałem ją od kolebki, aby złamać jej w końcu serce?“ Gdy już zupełnie ściemniło się, herbatę wypito, a filiżanki i naczynia umyły rączki Dot, jednem słowem — muszę nareszcie to powiedzieć, bo już na nic nie przyda się dalej z tem zwlekać! — gdy więc nadeszła pora powrotu woźnicy, który mógł zwiastować każdy oddalony turkot kół — w pani Piribingl zaszła dziwna zmiana. To czerwieniała, to bladła, okazując silny niepokój. Ale nie taki, jaki okazują dobre żony, gdy nadsłuchują, oczekując na męża. Nie, nie, nie. To była trwoga całkiem innego rodzaju.
Sza! turkocą koła! Uderzenia kopyt końskich. Szczekanie psa. Stopniowe zbliżanie się wszystkich tych dźwięków. Drapanie łapy Boksera przy samych drzwiach!
— Czyje to kroki? — zawołała nagle Berta, zrywając się z miejsca.
— Czyje kroki? — powtórzył woźnica zatrzymując się w sieni zaczerwieniony, jak jagoda ostrokrzewu od nocnej zawieruchy. — No, naturalnie, moje.
— Inne kroki — upierała się Berta. Chód mężczyzny, który za wami stoi.
— Jednakże trudno ją zwieść, zauważył Jan. — Bądź pan łaskaw wejść, będziesz miłym gościem, nie obawiaj się. Woźnica mówił głośno, a podczas jego słów wszedł do izby stary, głuchy jegomość.
— Jest ci trochę znany, boś go już widział u mnie, Kalebie — mówił dalej Piribingl. — Przyjmiesz go, prawda, u siebie do naszego odjazdu?
— O niewątpliwie, Janie i będę to za honor sobie uważał.
— Jest to najwygodniejszy gość, bo można przy nim mówić o wszystkiem — ciągnął Jan. — Już ja mam, zdaje się zdrowe płuca, a i tak nadrywam je, rozmawiając z nim, słowo uczciwości! Proszę, siadaj pan! Tu wszyscy dobrzy znajomi i radzi cię widzieć.
To zapewnienie wypowiedział głosem podobnym do grzmotu, co w zupełności potwierdzało jego sąd o płucach, potem zaś naturalnym tonem dodał: — krzesło przy kominku, to wszystko, co mu potrzebne, a staruszek będzie sobie siedział, milcząc, mile spoglądając na wszystkie strony. On nie jest wymagający.
Berta uważnie przysłuchiwała się. Przyzwała do siebie Kaleba, gdy tenże podał krzesło gościowi i szeptem prosiła go, aby jej opisał powierzchowność tego człowieka. Kiedy ojciec spełnił jej prośbę, na ten raz bez koloryzowania, wiernie, aż do drobnostek, poruszyła się poraz pierwszy po wejściu gościa, westchnęła i zdawała się nie interesować nim więcej.
Woźnica był w nadzwyczajnym humorze tego dnia i kochał żonę więcej niż zwykle — dobry, łatwowierny człowiek!
— Nasza Dot była wielka figlarka, — powiedział, obejmując ją swą grubą ręką w chwili gdy młoda kobieta stała cokolwiek zdala. — A przecież, nie wiedzieć dla czego, kocham ją. Spojrzyj no tu, najmilsza!
Wskazał jej starca. Pani Piribingl zmieszała się; myślę nawet, że zadrżała.
— On — cha, cha, cha! — rozum stracił dla ciebie — ciągnął dalej. Tylko o tobie mówił przez całą drogę. Prawda, stary!
— Byłoby mi przyjemniej, gdyby wybrał godniejszy przedmiot do rozmowy, Janie — odrzekła Dot niespokojnie, oglądając się wkoło. Szczególnie trwożył ją Teklton.
— Godniejszy przedmiot! zawołał rozradowany. — Cóż może być godniejszego? Słuchaj, zdejmno swój ciepły płaszczyk, odrzuć gruby szal i całą tę ciężką amunicyę! Posiedzimy z pół godzinki u ognia w miłem towarzystwie. Służę pani! Czy nie zechcesz zagrać ze mną partyi maryasza. Wyborna gra. Podaj karty i deseczkę, Dot. I nalej mi szklankę piwa, jeśli jeszcze cokolwiek dla mnie zostało.
Zaproszenie Jana skierowane było do starej damy, która przyjęła je łaskawie i wkrótce zabawiali się grą. Z początku woźnica oglądał się od czasu do czasu z wesołym uśmiechem lub przywoływał do siebie Dot, żeby mu doradzała w rzeczach wątpliwych. Lecz jego partnerka surowo przestrzegała prawideł gry i zręcznie korzystała z każdej pomyłki, Jan więc musiał uważać i tak pogrążył się w swe zajęcie, że już nic więcej nie widział i nie słyszał. Cała jego uwaga skupiła się na kartach; o niczem innem nie myślał, aż jakaś ręka zaciężyła mu na ramieniu, co go zmusiło obejrzeć się. Za jego krzesłem stał Teklton.
— Żal mi, że ci przerywam, ale proszę cię na słówko, natychmiast.
— Ja biję — sprzeciwiał cię Jan. Chwila najważniejsza.
— Tak istotnie, potwierdził Teklton. Chodź, mówię ci.
Coś na jego bladej twarzy zmusiło Jana zerwać się i z przerażeniem zapytać, co się stało?
— Ciszej, Janie Piribingl! wymówił Teklton. Bardzo mi przykro. Wierz mi. Obawiałem się, że się na tem skończy. Podejrzewałem to od samego początku.
— Ależ o co idzie? dopytywał się woźnica z przerażeniem.
— Ciszej! pokażę ci, jeśli ze mną pójdziesz.
Jan szedł, nie mówiąc słowa. Przeszli podwórze przy świetle błyszczących gwiazd i weszli w maleńkie boczne drzwi, które prowadziły do osobistego kantoru właściciela. W kantorze było okno ponad składem zamykanym na noc. W samym kantorze nie było światła, ale we wązkim, długim składzie paliły się lampy, tak że okno było oświecone.
— Chwileczkę! — powiedział Teklton. — Czy masz odwagę spojrzeć w okno?
— Dlaczegożby nie? — zadziwił się woźnica.
— Jeszcze chwilę — ciągnął dalej handlarz zabawek. — Nie rób żadnego gwałtu. To bezpożyteczne, a także niebezpieczne. Możesz zabić, zanim się opamiętasz.
Jan popatrzył mu w oczy i cofnął się, jakby go kto uderzył. Jednym skokiem był już u okna i zobaczył...
O, cieniu, któryś się ukazał przy ognisku domowem!
O, proroczy świerszczu! O, niewierna żono!
Jan zobaczył ją z głuchym jegomością. Ale ten nie był już starcem, lecz przedstawiał dzielnego, młodego mężczyznę, który trzymał w ręku siwą perukę; pod jej pokrywą wcisnął się do ich nieszczęsnego domu. Jan widział, jak Dot słuchała, gdy oszust pochylał głowę, aby jej szeptać do ucha; pozwoliła się także objąć, gdy powoli kierowali się ku drzwiom przez ciemną drewnianą galeryę. Jan widział, jak zatrzymali się i zauważył, że Dot, zwróciwszy się wprost ku niemu twarzą, którą tak kochał! — swemi własnemi rękami urównała perukę na głowie niegodziwca, śmiejąc się przytem, zapewne z niedomyślności męża!
Z początku woźnica zacisnął swą potężną pięść, jakby chciał lwa na miejscu ubić. Lecz w tejże chwili roztworzył rękę, zasłaniając nią oczy Tekltonowi (bo kochał serdecznie swą żonę nawet w tej chwili) i opadł na biurko, osłabiony jak dziecko, a przez ten czas tamci wyszli.
Jan, otulony pod samą brodę, kręcił się około koni i pakunków, kiedy Dot weszła do izby, gotowa do drogi.
— Otóż jestem, kochany Janie! Bywaj zdrowa, Mey! Bywaj zdrowa, Berto!
Czy będzie miała odwagę ucałować je? Czy odważy się być wesołą i rozradowaną przy pożegnaniu? Czy potrafi spojrzeć im w twarz, nie rumieniąc się? Tak, Teklton patrzył na nią uporczywie, a ona to wszystko zrobiła.
Tilly usypiała dziecko, przechodząc tam i nazad koło Tekltona i powtarzając napół sennie:
— Czy serca ich były gotowe pęknąć, gdy się przekonali, że to ich żony? Czy ojcowie oszukiwali dzieci od kolebki dlatego tylko, aby w końcu złamać im serce?
— No, Tilly, dawaj mi dziecko! Do widzenia, panie Teklton. Gdzież podział się Jan? Powiedzcież przez Boga?
— Pójdzie piechotą, razem z koniem, — odpowiedział fabrykant, wsadzając panią Piribingl do wózka.
— Mój Jan kochany? Piechotą? W nocy?
Otulona postać męża pospiesznie kiwnęła głową zamiast odpowiedzi, a ponieważ mniemany starzec i niańka siedzieli już na swoich miejscach, więc stary koń ruszył w drogę. Tymczasem Bokser, niczego się nie domyślając, biegł to naprzód, to w tył, to kręcił się około wózka z wesołem szczekaniem. Gdy Teklton też się oddalił, aby odprowadzić narzeczoną i jej matkę, biedny Kaleb przysiadł przy ognisku koło córki; trwoga i skrucha dręczyły go i po dawnemu powtarzał sobie, nie spuszczając z Berty stroskanych oczu:
— Czy dlatego tylko oszukiwałem ją od kolebki, aby złamać jej serce?
Mechaniczne zabawki, nakręcone dla przyjemności małego Piribingla, już dawno zatrzymane, zamarły w nieruchomości. Przy słabem świetle ognia, w ciszy, niewzruszenie spokojne lalki, konie na biegunach z wytrzeszczonemi oczami i rozdętemi nozdrzami, starcy przy drzwiach swych mieszkań, zgięci prawie we dwoje w kolanach, błazny z wykrzywionemi twarzami, nawet zwierzęta, wchodzące parami do arki, jak pensyonarki, jakby skamieniały z podziwu, że Dot okazała się zdrajczynią, a Teklton zakochanym w skutek dziwnego jakiegoś zbiegu okoliczności.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.