Z włamaniem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Z włamaniem
Pochodzenie Nowele
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1897
Drukarz P. Laskauer & W. Babicki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Całe Nowele
Pobierz jako: Pobierz Całe Nowele jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe Nowele jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe Nowele jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

Z WŁAMANIEM.

Dnia tego izba sądowa była niemal pustą. Deszcz mrzył od rana, rozchlapało się błoto, jaki taki był kontent, że w domu siedzieć może.
Zresztą, świeżo ukończona sprawa panów Gradewitza i Hornsztejna wyczerpała poniekąd ciekawość publiczną. Dowcipna obrona przybyłego zdaleka adwokata, której urywki chodziły z ust do ust po mieście, delikatnej natury badanie biegłych, zeznania świadków ze sfer wyższych, wreszcie przybycie pięknej pani Lunja, która, dla dania objaśnień, przerwać musiała kuracyę w Francesbadzie i przywoziła ztamtąd nowe toalety, wraz z odświeżoną twarzyczką i przepyszną parą złoto-czarnych oczu, wszystko to podniosło sprawę ową do znaczenia kulminacyjnego momentu w jesiennej kadencyi pińskiej, po przebyciu którego zainteresowanie się nią publiczności szybko opadać zaczęło.
Wiedziano, że na wokandzie stoją same chłopskie sprawy, przy których posiedzenia wloką się jak smoła, i które nie nastręczają sposobności ani do świetnych wystąpień adwokatury, ani do eleganckich zebrań towarzystwa.
Sami panowie przysięgli byli tegoż zdania. Po hotelach potworzyły się partyjki wista, preferansa, bakarta; wstawano od kart późno, spano długo, jedzono obficie. Od zajazdu do zajazdu latały miszuresy, kłapiąc pantoflami po drewnianych, wysoko nad kałuże błota wzniesionych chodnikach, a ruch w handlach win, likierów i delikatesów ożywił się niezmiernie. Za to przed salą posiedzień sądowych ulica pustoszała z dnia na dzień.
Nikomu teraz nie szła tędy droga, nikt tu nie miał interesu przystanąć, pogadać; faktorzy nawet zaglądali zrzadka, a zajrzawszy spluwali przez zęby. Istotnie, aż obrzydzenie brało na pustkę, jaka się tu nagle, po niedawnym ścisku zrobiła.
Tego bowiem chłopstwa, które się tu zbierało kupkami z Wołhatycz, z Krynek, z Zahajnego, z Mytryk, z Dołhuszek, z Korniatów, tych kożuchów trącących smołą i potem, nie było co i liczyć nawet. Co można, proszę, wycisnąć z poleszuka, który do miasta przychodzi z okrajcem czarnego chleba za pazuchą, z garścią tołkanicy w szmatce, i żywi się tem przez dni trzy i cztery, bez grosza przy duszy, po któryby warto choć na śledzia sięgnąć? Oczywiście, że nic. Już kiedy rudy Judko między nich nie chodził, to znak najlepszy, że nie było po co. Ten dalej czuł pusty mieszek, niźli woń z padliny.
Ale jednego dnia brakło i tych chłopskich kupek. Porozchodziło się to, każdy za swoją biedą. Sądzono sprawę ostatnią, która wisiała na wokandzie na samym ogonie, niczyjego zajęcia nie budząc, nikogo nie obchodząc wielce. Nędzna jakaś sprawina o sery i masło.
— Mizerya! — jak mówił dowcipny pan Hieronim, rozdając karty do wista w zajeździe Szyi Froima.
Nikt się też do tej «mizeryi» nie spieszył. Dwie baby, jedna w kożuszku w butach, druga w andaraku tylko, w zawijach i w płacie, weszły przed chwilą w bramę sądowego gmachu i znikły w głębokiej sieni.
Jak okiem zajrzeć, ulica nawskroś była pusta; strzelaćby nią można choćby do Leszcza, albo do Porzecza. Tylko pod murem przeciwległego izbie sądowej domu stał «did,» w obszarpanym kożuchu i wyrudziałej, na uszy wiązanej czapie, która się niewiele różniła kolorem od jego skołtunionych włosów i ryżawej brody. «Did» nie stary był jeszcze, ale srodze ospą zgryziony; a i wódka zostawiła na nim swe ślady. U ozutych w postoły nóg «dida», siedział na zadnich łapach mały, bury pokurć, uwiązany na sznurku u kosztura, który włóczędze za podporę służył.
I «did» i pokurć patrzyli w okna sali oświetlonej wcześnie, jarząco; ale «did» patrzył obojętnie i tępo, pokurć zaś z widocznym niepokojem i oczekiwaniem.
Tymczasem wiatr jesienny świstał po ulicy, jak po gołem polu, chwiejąc żółtym płomieniem latarni, rozwiewając brodę «dida» i łatany kożuch; a ile razy silniej zadął, skóra na pokurciu zaczynała drżeć mocno, a psina skomlił krótkim, żałosnym piskiem, rwąc się nieco ku sądowej bramie. Nie biegł wszakże, ale kopnięty grubą nogą dziada przysiadał i, wtuliwszy ogon pod siebie, z najwyższym niepokojem patrzył w okna sali.
Tam wszakże jasno było, cicho i bezpiecznie.
W lekko ogrzanem powietrzu chwiały się po ścianach wesołe płomyki gazu, ukazując złocenia świeżo odnowionego sufitu; szare, opuszczone w wysokich oknach story nadawały sali mimo jej znacznych rozmiarów, jakiś charakter zaciszny, domowy niemal; szeregi pustych ławek stały poważne, milczące, zagłębiając się aż pod niewielką galeryę, na wysokości pół piętra wprost sądowego stołu wzniesioną. W jednej z tych ławek, tuż przy drzwiach wchodowych, czernił się punkt ciemniejszy. Był to woźny, który widząc, że nikt nie przychodzi, na palcach do ławki podszedł, poły munduru z całem uszanowaniem dla urzędu rozgarnął, przysiadł, zgarbił się i cichaczem tabakę niuchał.
Pan prokurator stał teraz w pełnem świetle zwieszającego się od stropu świecznika. Był to mężczyzna nie pierwszej młodości, słusznej tuszy i powolnych ruchów. Szeroka łysina jego dużej, okrągłej głowy błyskała jak tarcza wypolerowana, twarz miał mięsistą, oczy blade, wypukłe, złotemi okularami nakryte, wąs jasny, obfity, pełny zarost brody i policzków, spojrzenie osowiałe nieco. Mówił głosem przyciężkim, trochę może monotonnym, ale ciepłym i od serca idącym. Tak w rysach twarzy jego, jak w całej postaci, rozlana była pewna dobroduszność, ludziom otyłym właściwa, która z rolą publicznego oskarżyciela mało się zgadzać zdawała.
Stojąc tak u szczytu stołu, wprost amfiteatralnie ustawionych pod przeciwległą ścianą ław panów przysięgłych, miał pan prokurator po prawej ręce stołki i pulpity obrońców, a po lewej świetne mundury prezesa i asysty jego. Prezes był zagłębiony w swoim fotelu, głowę miał lekko na pierś skłonioną, ręce na poręczach oparte; z lewej i z prawej jego strony siedziało po dwóch jeszcze panów, z których jeden przeglądał papiery, a drugi bawił się wkładaniem w oko monokla i wyrzucaniem go małym, niemal że niewidzialnym ruchem nosa. Mimo to, na mowę prokuratora zdawał się zważać pilnie, a drugie jego niezajęte oko, nieruchome było i jakby marzące.
Na ławie przysięgłych, jak zwykle, pstrocizna, rozmaitość ubiorów, stanów, fizyognomij, wieku; wszystkie te rysy atoli powlekał i podobnemi je sobie czynił jeden wspólny wyraz znużenia.
Pod koniec kadencyi jest to zjawiskiem tak zwykłem, tak w porządku rzeczy leżącem, iż trzeba niezmiernie zajmującej, trzeba kapitalnej sprawy, żeby tchnąć życie w te znużone twarze.
Ale dziś takiej kapitalnej sprawy nie było. Dość spojrzeć na jednego, siedzącego przy bocznym stoliku obrońcę, żeby się poznać na tem.
Trudno istotnie o dyskretniej ziewające usta i bardziej zmrużone oczy, niż je miał pan ten, oglądający najpierw paznogcie lewej ręki, potem paznogcie ręki prawej, potem znowu lewej, potem raz jeszcze prawej, a wreszcie obu rąk razem.
Już po tem jednem poznać można było, że jest to obrońca dodany z urzędu. Obrońca dodany z urzędu zwykle miewa coś do czynienia ze swymi paznogciami podczas mowy prokuratora, jeśli tylko nie nawiedzi go pod tę chwilę dzwonienie w prawem albo lewem uchu.
Niekiedy także kreśli na leżącym przed sobą papierze literę S lub literę L, z niesłychaną, coraz rosnącą szybkością, o czem wszakże zdaje się sam nie wiedzieć i dopiero kiedy mu miejsca na ćwiartce zbraknie, budzi się z tego oczarowania i patrzy po obecnych lekko zdziwionym wzrokiem.
Minuta ubiegała za minutą, małe trzaskanie płomyków gazowych odzywało się jednostajnym szmerem, z ławki, w której siedzieli świadkowie, dobywało się silne sapanie, przerywane od chwili do chwili nagle urwanem chrapnięciem. Czerwonem suknem nakryty stół jarzył się od świateł, od błyszczących lichtarzy, kryształowych przyborów do pisania, od rzniętej karafki i szklanek odrzucających małe tęcze załamanych świateł, a nadewszystko jarzył się od bogato haftowanych, strojnych w gwiazdy i wstęgi mundurów.
Wszystko tu było jasne, wspaniałe, dostojne: wszystko też wydawało się pełne dobroci i łaski. Srebrny, stojący na stole krzyż skupiał w sobie promienie świecznika, odbite od szerokiej, pełnej łagodnych wyniosłości i spadków łysiny prokuratora i odstrzelał je aż na błyszczący bagnet stojącego u drzwi żołnierza.
Co wszakże mogło się zdawać dziwnem w tej sali, to, że zgoła nie było w niej widać podsądnych. Wysokie, do zamkniętych kościelnych stalli podobne, ławy oskarżonych zdawały się zupełnie puste.
Mniemaćby można, że cała ta wspaniałość, cały przepych sądu skierowane są ku jakiejś bezimiennej i bezosobistej winie; mniemaćby także można, iż tę wielką machinę sądową puszczono w bieg na próbę tylko, jak się puszcza pierwszy pociąg kolejowy po nowousypanym torze.
Tak przecież nie było. W pustych napozór ławkach dawał się słyszeć kiedyniekiedy mały szmer, podobny do tego, jaki wydają myszy; czasem także tupotało tam coś bardzo podobnego do licznych stóp bosych. Tak króliki w jamce pod przyciesią komory schowane, niewidzialne dla oka, tupocą po ubitej glinie.
Pan prokurator kończył swoją mowę.
Była to jedna z tych mów, których wszystkie zwroty zgóry przewidzieć się dają. Temat był potoczysty i tak utarty, jak najlepsza sanna; dość było puścić w ruch słowa, żeby same poszły.
— Drobne przestępstwa — mówił — jak drobne szczepy. Z drobnych szczepów wyrastają drzewa, a z drobnych przestępstw zbrodnie. Cóż to jest przestępstwo małe, a co jest przestępstwo wielkie? W zasadzie jest to zawsze toż samo targnięcie się na prawo, ten sam zamach na porządek społeczny. Gdyby sprawiedliwość częściej wypalała najpierwszy zaród winy, trąd zła nie ogarniałby mas całych z tak fatalną i niepowściągnioną siłą. Przestępca wczas ukarany, to często ocalony człowiek; ale zapóźno jest sięgać po głowę naznaczoną haniebnem piętnem win niezmytych i niepowetowanych.
Zawiesił głos i wypoczywał, sapiąc zlekka. Właściwie, mógł albo skończyć na tem, albo mówić dalej. Miał drogę otwartą naoścież i w tę i w tę stronę. Przez chwilę zdawało się nawet, że skończy; sam może przelotnie myślał o tem. Jako łagodny, dobroduszny człowiek, nie lubił on tych wszystkich apostrof do sprawiedliwości, które każdą prokuratorską mowę kończą obowiązkowo niejako. Miękkie miał serce wogóle, a co już w tym wypadku, to mu się, rzekłszy prawdę, i nie chciało nawet występować cum apparato belli; poprostu, cała sprawa nie była tego warta. Pomyśleć tylko: trzy sery i osełka masła.
— Boże ty mój! To-że nasz brat, z rzodkwią na śniadanie, radęby temu, duszeczka, dał!
Ale pan obrońca, który już pod koniec mowy prokuratora niepokoić się zaczął, rzucał teraz na odpoczywającego mówcę, krótkie urwane spojrzenia. Rzeczą było widoczną, że na coś oczekuje i czegoś się lęka.
Jakoż zwrócił powolnym ruchem pan prokurator wypukłe swoje oczy na stół, gdzie, jako dowód rzeczowy, leżał dość długi, zakrzywiony z jednego końca patyk, taki właśnie, jaki ogrodnicy zakładają na żerdkę dla zbierania wiosną liszek z grusz i jabłoni, a który nazywa się kulką.
W tej chwili pan obrońca drgnął i spuściwszy oczy, pilniej jeszcze niż przedtem paznogciom swoim przyglądać się zaczął.
Ale jeśli pan obrońca na paznogcie patrzył, to na obrońcę patrzył pan prezydujący; a patrzenie to trwało tak długo i tak szczególnym mieniło się wyrazem, aż piękne, podłużne oczy prezesa niemal zupełnie skośnemi się stały. Tymczasem prokurator głos zabrał.
— Jeszcze słowo! — rzekł. — Jest okoliczność, która winę oskarżonych niemało obciąża i prawo do tem większej surowości skłania: okolicznością tą jest, że przedmioty, stanowiące istotę czynu karnego, zabrane zostały z pod zamknięcia, z pod klucza, że owszem, zamknięcie samo uszkodzonem zostało. Bezprawie, jakiego się w tym wypadku dopuścili oskarżani, jest tak występne i potępienia godne, iż samo jedno wystarczyłoby do zwrócenia przeciw nim całego ostrza karzącej sprawiedliwości. Oto leży przed wami, panowie, dowód niezbity ich winy! Oto owo narzędzie występku, które dopomogło oskarżonym do spełnienia jednego z najśmielszych przewinień, jakie przewiduje prawo. Wzywam was panowie przysięgli, abyście w niniejszym wypadku dali dobitny wyraz słusznemu oburzeniu waszemu, oburzeniu całego społeczeństwa!
Skończył, i jakby w tej chwili dopiero sam mowę swoją usłyszał, zadziwił się i osowiałym, niepewnym wzrokiem po obecnych powiódł.
Co u biesa! Taką pobłażliwość, taką miękkość w sobie czuł, a tak ostro palnął!
Nie miał zamiaru! Dalibóg, niemiał zamiaru! A patrz-że, duszeczka, jak wyszło! A?.. Ot przywyczka! Ot czyn! Udawał Iwan wilka, udawał, aż i kozę zdusił! A?..
Roześmiał się w sobie zcicha, machnął ręką i nieco ciężko opuścił się na fotel.
Tymczasem mały szmer powstał za stołem i w ławkach. Ten i ów poruszył się, zaszeptał, odchrząknął; ten i ów wyciągnął szyję, żeby spojrzeć na występny patyk.
Łyczkowa tabakierka krążyła pomiędzy świadkami. Ktoś kichnął, ktoś inny życzył mu zdrowia, tym poczciwym, chłopskim szeptem, co go to o pół stajania słychać, ktoś ziewnął, aż mu w szczękach trzasło.
Ale woźny posuwał się milczkiem na sam brzeg ławki i pilnie ku stołowi patrzył, jako, że to strzeżonego i sam Pan Bóg strzeże. Nikt wszakże, chwalić Boga, nie poglądał ztamtąd. Za drzwiami tylko, w zimnej, poczekalnej izbie słychać było szurganie stóp bosych i wycieranie nosów żałosne, płaczliwe, z westchnieniami i szeptem zmieszane. Woźny tem sobie bynajmniej nie turbował głowy.
Wiedział on doskonale, że to tylko baby. Bez bab się żadna chłopska sprawa nie obejdzie, choćby też o kozik. Wiadome rzeczy, jako są baby na wszelakie żałoście łakome. Druga się tak miodem nie uraczy, albo i wódką z pieprzem, jak postękiwaniem i płaczem, czy ma o co, czy niema o co. Ledwo sprawę do sądu skrzykną, już się to do miasta procesyą wlecze, już pode drzwi lezie, już knycha. Dużo im to pomoże! Akurat!
Tu woźny krzywi się i uśmiecha wzgardliwie. Plunąłby, taka go obrzydliwość przeciw babom zbiera, gdyby nie to, że na miejsce zważa. W tej chwili słychać dzwonek prezydującego: pan obrońca ma głos.
Pan obrońca podnosi się ze stołka i przez chwilę nie wie co począć z długiemi rękami w przykrótkich rękawach. Opiera je wreszcie o pulpit i podnosi czoło, na które mu wybija lekka, przemijająca czerwoność.
Jest to niepokaźny człowieczyna, z pochylonym grzbietem i zapadłą piersią. Twarz ma zwiędłą, obojętną, spojrzenie przygasłe, i wysokie, łysiejące czoło. Głowy nie trzyma prosto, ale ją przechyla to na jedno, to na drugie ramię, uderzając wzrokiem z dołu w bok, jak to czyni kania. Zwiędłe, cienkie jego wargi rozszerzają się szczególnym uśmiechem wtedy nawet, kiedy mówi zupełnie poważnie; momentu tego wszakże niepodobna z całą ścisłością oznczyć, ponieważ i to co mówi poważnie, ma w sobie coś ze smutnego żartu, i to co mówi żartem ma surowość rzeczy koniecznych i nieuniknionych. W ogóle podobnym on jest do człowieka, któremu chce się gorzkich drwin z samego siebie.
Niepoczesna to była figura: klienteli prawie że nie miał, w kancelaryi swojej pusty stołek przed dodatkowem biurkiem nie wiedzieć po co trzymał, bo pomocnika, jako żywo, nie potrzebował, i niewiadomo nawet, czyby się zgodził z kim innym, niż z tym pustym stołkiem.
Powstawszy, pan obrońca przerzucił głowę z lewego ramienia na prawe, rozszerzył usta w jedną stronę, rozszerzył w drugą, podobnie jak to czyni szewc ciągnący skórę, strzelił wzrokiem w bok, wprost w haftowany mankiet porządkującego notaty swe prokuratora, i rzekł bezbarwnym, obojętnym, nieco rozwlekłym głosem:
— Zadanie moje, wysoki Sądzie, jest nader łatwem zadaniem, powiedziałbym nawet, zadaniem wdzięcznem, gdyby nie było rzeczą uznaną, że wszystkie wogóle zadania ludzkiego życia są rzeczą niewdzięczną. Ale o to — mniejsza.
— O cóż tu idzie? Idzie o zjedzone masło i sery. Jako obrońca dodany z urzędu, pojmuję całą ważność tego przedmiotu i winy powierzonych mi klientów bynajmniej zmniejszać nie myślę. Świetna mowa pana prokuratora nie dozwala mi nawet tej alternatywy. Skoro zło małe jest tem samem co i zło wielkie, po co je zmniejszać, pytam? Czy nie byłoby to toż samo co je powiększać? Otóż, nie mam zamiaru wdawać się w grę tak niebezpieczną. Zresztą, na co to wszystko? Właściwie, cała nawet obrona moja jest rzeczą niepotrzebną, zbyteczną. Oskarżeni nie zapierają istoty czynu. Tak jest, wysoki Sądzie! Zjedli oni trzy krajanki sera i cały funt masła. Może nawet więcej, niż cały funt masła, jak utrzymuje strona poszkodowana. Może! Takim hultajom apetyt służy zazwyczaj wybornie.
Zamilkł, przerzucił głowę na drugie ramię, a wzrok jego padł na złoty łańcuch prezydującego.
— Ja, naprzykład — mówił dalej — masła nie jadam wcale; sprawia mi ono gorycz w ustach i palenie w dołku, podobnie jak i wszelkie inne tłuszcze.
Wszelako skłonny jestem wierzyć, iż takie zdrowe, takie chłopskie, prawdziwą zazdrość budzące żołądki, mogły strawić funt masła cały, albo więcej nieco.
Co jest wszakże rzeczą ciekawą i zastanowienia godną — dodał, rzuciwszy głową, jak bilardową kulą, na przeciwne ramię — to to: w jaki sposób masło owo spożytem zostało: z chlebem, czy bez chleba? A jeśli z chlebem, to zkąd oskarżeni chleb ów mieli? Bo to, że nie dostali go w chałupie, od matki, jest więcej, niż pewnem.
Kto ma teraz chleb w chałupie, moi panowie? Nikt zgoła! Rok był zły, chybiły żniwa, żyta nie obrodziły, kartofle wygniły, owsy poczerniały, jęczmiona zaschły na kłoszeniu, lebioda nawet licha była, gorzka i robaczna.
Urwał, rozciągnął usta, zwinął je, znów rozciągnął i tak je wykrzywił, jakby sam owej lebiody próbował i dotąd czuł jej gorycz. Po chwili mówił dalej:
— W pustych żarnach chłopskich, moi panowie, myszy gniazda ścielą: baby powymiatały ostatki krup z bodni; nieruszane dawno dzieże rozeschły się po komorach na klepki. Panów to zadziwia, że mam tak dokładne wiadomości o tem, co się dzieje na wsi, kiedy chybią żniwa? Jestem syn chłopski, moi panowie, chłopskie plemię, za pozwoleniem wysokiego Sądu, i pamiętam doskonale, jak praży bieda, kiedy żyta nie obrodzą, a ziemniaki zgniją!
Pierwszy raz w ciągu tej mowy głowę sprostował nieco i z góry na słuchaczy spojrzał. Zdawało się nawet przez chwilę, że obojętny wzrok jego zatlił się wilgotnym żarem. Wnet wszakże przybrał zwykłą swą postawę, i spuściwszy oczy, tak rzecz prowadził dalej:
— Nie jest to bynajmniej dla biegu sprawy okolicznością obojętną, że w takim złym, niepomyślnym roku, na dziesięć chłopskich żołądków bywa dziewięć pustych, bo jeżeli obronę, jakiej dostarcza klientowi adwokat, uważam za błahą i bezużyteczną, to przeciwnie, najwyższe znaczenie przypisuję temu wszystkiemu, przez co sprawa sama się broni. Jeżeli tedy wysoki sąd uznaje słuszność tej mojej skromnej opinii, to stawiani wniosek, aby doraźnie wezwać oskarżonych o wyświetlenie tego ze wszech miar interesującego momentu sprawy. Procedura nic nie straci na tak małem wyboczeniu z drogi utartej praktyką, a panowie przysięgli zyskają niewątpliwie wszechstronniejszy pogląd na sprawę z punktu, pominiętego w pierwiastkowem śledztwie, z godnym pożałowania pośpiechem.
Tu urwał i nagłym błyskiem zmrużonych oczu uderzył z dołu w inkwirenta, który w tej chwili zachłysnął się i poczerwieniał, jakgdyby chwycony za gardło.
To przymówienie się adwokata, nie będące niemal właściwą obroną, a grożące rozwleczeniem sprawy nad zakres czasu, w jakim zamierzano ją ukończyć, nie mogło się, rzecz prosta, podobać nikomu.
Pierwszy woźny objawił niezadowolenie swoje, wzruszając ramionami, parskając zcicha w saperskie, przystrzyżone wąsy; wszakże uspokoił się natychmiast, a zagłębiwszy dwa palce w tabakierkę, usiłował ograniczyć swoje poruszenia do jak najmniej widocznych zbliżeń między tabaką a nosem.
Właściwie, co mu było złego siedzieć tak i słuchać? Co innego, gdyby stał przy drzwiach: wtedy, oczywiście, należałby do opozycyi.
Tymczasem za stołem ten i ów poruszył się w fotelu w sposób nie pozostawiający żadnej wątpliwości, że wystąpienie pana obrońcy potępia i wprost je uważa za niewczesne drwiny.
Zkąd znów taka nowa jurysprudencya, żeby oskarżonych, przed ostatniem przemówieniem się, do wyjaśnień w toku rozpraw wzywać? Czy nie jest to samowolność niczem nieuzasadniona? Gonienie za pustym efektem? za oryginalnością?
Niemniej i panowie przysięgli kręcili się w ławkach jak winny, gdy przypraży słońce.
Dokądże ich, u djaska, trzymać tutaj myślą? Pula nierozegrana, szczupak na dziewiątą u Froima, a tu nowa heca! Na kata się zdała taka robota, kiedy ani zjeść, ani wypocząć nie można w swojej porze!
Jeden tylko prokurator patrzył na obrońcę ze współczuciem. I on wprawdzie uznawał pewną niewczesność tych rekryminacyj, owszem, skłonny był je uważać wprost za wybieg prawny; ale z drugiej znów strony czuł się pociągniętym do mówcy tajemną sympatyą.
W lot pochwycił pan obrońca ten delikatny odcień na wyrazistej twarzy prokuratora, a ponieważ pan prezydujący milczał, bębniąc nerwowo o poręcz fotela, co można było sobie tak i siak tłómaczyć, skłonił się zlekka ku stołowi i, rzuciwszy głową, jak piłką, z lewego ramienia na prawe, rzekł:
— Pozwalam sobie wniosek mój ponowić i najusilniej przy nim obstawać. Wysoki Sąd nie może być obojętny na korzyści, jakie sprawie przynieść może wyjaśnienie wskazanego punktu.
Nie jest to jednem i tem samem, czy ser i masło zjadł ktoś z chlebem, czy też zamiast chleba. Na różnicę tę kładę nacisk. Jest ona ważną, jest ona decydującą. Gdy zaś ani świeżo ukończone badanie świadków, ani strona poszkodowana żadnych nie dostarczyły w tym względzie wskazówek, to jasne, iż trzeba zasięgnąć wyjaśnień u samych obwinionych. Pan prezes pozwoli... — dodał, skłoniwszy się lekko i zawieszając głos w oczekiwaniu.
A gdy kategorycznej odmowy nie było, zwrócił się do stojących po za sobą ławek i w chłopskiem narzeczu poleszuków krzyknął:
Chadzicie, rabiata!
Natychmiast w ławkach, które się dotąd wydawały puste, zakotłowało się, zadudniło od licznych stóp bosych, i z głębi zaczęły się wysypywać małe, szare postacie.
Bliże! — zawołał adwokat, któremu wzrok rozbłysnął nagle.
Małe, szare postacie zaruszały się, zakłębiły i posunęły ku obrońcy krokiem.
Szcze bliże! — krzyknął znowu jakimś świeżym, młodym, jak gdyby w polnych rosach opłukanym głosem: — Szcze bliże!
Wszystkich ich teraz dobrze widać było. Zapędzili się i stanęli zbici w kupkę, jak te owce siwe.
Pięciu ich było.
Chłopcy drobni, przymizerowani, spaleni wiatrem i słońcem. Najstarszy mógł mieć lat ze czternaście może, najmłodszy z dziesięć, albo i mniej jeszcze. Ot, poganiacze wiejscy od gęsi, od cieląt, od drobnego statku, a może i wprost z chałupy. Nizko podcięte, konopiaste i czarniawe grzywy zakrywały im czoła, policzki mieli śniade, zapadłe nieco, miny nastraszone a ciekawe.
Na jednych grzbietach wisiały płócienne świtki, na drugich półkożuszki porwane, różną nicią szyte: najmłodszy miał tylko siwą koszulinę pacześną, wypuszczoną powierzch na takież okręcone sznurkiem u bosych nóg porcięta.
Czapki trzymali w obu rękach, przyciskając je silnie do piersi; oczy mieli wytrzeszczone, otwarte usta, wyciągnięte, cienkie, jak u wróbli szyje.
Przemówił coś do nich jeden pan z za stołu, ale nie zrozumieli tego.
Roztargnione ich spojrzenia błądziły po świetnych mundurach, po złotych ramach wiszącego w głębi obrazu, zatrzymywały się na dzwonku, na błyszczących kałamarzach, na srebrnym krzyżu, na czerwonem suknie.
— Ojej, co tu bogactwa różnego! Ojej, co tu bogactwa!
Mały Chwiedoś nie był zgoła pewny, czy panowie za stołem są żywi, czy też tylko taka «omełka», i w wątpliwości tej szturchnął w bok Benedysia, wskazując głową na prokuratora. Ale Benedyś i nie poczuł tego. Był on cały pochłonięty widokiem łańcucha na piersiach pana prezydującego.
— Boh mi! A jaka jasność! Jakie gromnice! Wielka bogatość! Okropnie wielka bogatość!
— Kab jeść dali — myśli przezorny Łuć, patrząc z podełba nieufnie, to tylko stać, a patrzeć, a dziwować się światu!
Chwieje głową i zadziera konopiastej grzywy ku gorejącemu nad nim świecznikowi, który mu się wydaje większym i daleko piękniejszym od słońca.
Ale najstarszy z chłopców, Ustim, jedynak Chwyłyny, wdowy, co już od roku dworskie źrebce pasa, miarkuje sobie, że kiedy ich tu w taką paradę wpuścili, to jużci nie dla śmiechu. Jest to chłopak bystry i roztropny.
— Oho! — myśli — a jego śniada twarz obleka się nagłym niepokojem. Wie on dobrze, jako był przyczyńcą do zjedzenia owych serów i owego masła; jużcić to tak na sucho nie ujdzie. Koza, jak koza, strachu nie ma, a to jakby w chałupie, bo i brudno i głodno tak samo. Ale w takiej paradzie, w takiem państwie, to tu inaczej pójdzie, oho! Już ich tu panowie pewno nie po co wzięli, tylko żeby w skórę krzyknąć... Oho!.. Przestępuje z nogi na nogę i ściska rękę, kuląc między ramiona długą, cienką szyję. Chwilami zdaje mu się, że uczuwa ból w okolicach słabizny i niespokojnie obziera się za siebie.
Nic mu wszakże nie grozi z tej strony.
Tuż za nim stoi Klim, mały gęsiarek z ostatniej pod borem chaty. Ten jest jak oczarowany. Od kiedy go tu wpuścili, oczy jego chodziły kołem po suficie, który widać było z głębokich, zamkniętych ławek; teraz obejmują salę spojrzeniem rozpalonem, marzącem.
— Kab husi widziały!... A mamaż ty moja, kab widziały! Kościół nie kościół, a jakby się śniło... Gdzie! Na najcieplejszym zapiecku nie przyśnią się takie dziwy! Na pacierzu nie zmówić... Na surmie nie wygrać, choć i na najdłuższej... Mamaż ty moja!... Kab husi widziały!
«Mama», mówił tak ot, z głupoty, z nawyczki tylko; sierotą bowiem był i ludzie go tak ot przygarnęli, z miłosiernego serca i wedle gęsi, które lis po przydrożkach chwytał; do stadka zaś swego tak przywykł, że je uważał za najbliższe przyjacielstwo swoje, i tego tylko żałował w tej chwili, że gęsi jego tych dziwów nie widzą.
Tymczasem Ustim pilnie nastawił uszu: zdaje mu się, że o chlebie mowa.
Natychmiast uczuwa mdłość wielką i wciągnąwszy w siebie brzuszynę, zawściąga «pojaska», który mu pod żebra opadł.
— A co? — myśli, przerzucając się od strachu do nagłej otuchy — a co? Dadzą może chleba, taj puszczą!
Spojrzał ku stołowi podejrzliwie, badawczo.
— E... może i nie dadzą! Nie widać jakoś, żeby chleb gdzie leżał... Gdzieżby!
Wątpliwość uderza w niego z nową siłą. Mimo wszystko, nie czuje się on tutaj dość bezpieczny. Już to tam nie poradzi! Już to tam prędzej będzie źle, niż dobrze! Ogląda się zwolna w bok i spostrzega przy drzwiach żołnierza. Natychmiast z szybkością błyskawicy spuszcza oczy i zaczyna silnie mrugać długą, jasną rzęsą. Powieki jego wyglądają w tej chwili, jak cienkie z śmiertelnym pośpiechem bijące w żarze skrzydełka ćmy nawpół spalonej.
Nagle słyszy, że do niego mówią. Ten sam pan mówi, co zawołał «chadzicie». Rozumie go doskonale. Pan zapytuje, czy ten ser i masło zjedli z chlebem?
— Z chlebem?... Podnosi oczy, uśmiecha się, pokazuje drobne zęby i kręci głową. Całe zalęknienie opuszcza go natychmiast, gdy usłyszał, że do niego tak mówią, jak we wsi. Ale to, że go o chleb pytają, wydaje mu się poprostu zabawnem. Zkądżeby oni chleb wzięli, kiedy tam chleba nie było?. Do «puklidu»[1] baby nie chowają chleba. Jak chleb jest, to go chowają do bodni, albo w inne «babie kłaże», a w puklidzie, zkądby?...
Chleba i nie pieką teraz nawet, we wsi żyta mało. A toby Pan Jezus dał, żeby na siew nie brakło...
Nie wypowiada tego wszystkiego. Gdzie, nie śmiałby i wstyd by mu było, ale myśli w sobie to wszystko, uśmiecha się i precz kręci głową. Pan obrońca nie nalega. Zna on widać doskonale ten uśmiech poleszuka przeczący; wie, że słowem zełgać zełże, ale takim uśmiechem nigdy.
— A kiedyżeś ty chleb ostatni jadł? — pyta nagle, zwróciwszy się do chłopca.
Ustim podnosi głowę i zaczyna przypominać sobie. Jest chudy i długi: podniesiona głowa robi go dłuższym jeszcze. Wyciągnięta szyja jest tak cienka, iż zdaje się biczem przetrzasnąćby ją można; z za rozpiętego kołnierza koszuli widać głębokie doły obojczykowe, na brodzie i dolnej szczęce skóra tak przyschła, jak u starego człowieka. Liczy najpierw na dnie, ale tych jest za wiele, nie idzie mu jakoś; zaczyna tedy liczyć na niedziele, ale i to mu nie idzie. Rozpoczyna raz jeszcze, głośno i liczy na jarmarki. Tak, teraz dobrze! Teraz wie, kiedy to było! Teraz pamięta... Dziecięca, żywa wyobraźnia odtwarza przed nim całą tę chwilę z zupełną dokładnością.
— To było na dwa jarmarki przed tym, co był ostatnim, to było na Pyłypa... Matka przedała wełny a kupiła chleba. Dwa bochny kupiła i kukiełkę dla Zochfijki od sąsiadów jeszcze... Chleb pachniał... W zapasce go niosła, a on przy matce biegł... Szli prędko, bo się słonko za «chwozdok»[2] chylało... Tyt Żeliznyj pod rozświetnią[3] trojnił[4]. Idziem, tak matka mówi: Sława Bohu! Tak Tyt odrzekł: wo wik[5] i pyta: A co niesiesz, Chwyłyna? A matka: chleba a to kupiła! A Tyt: Cóż ty wesele robisz, że chleb kupujesz? Tak matka na to: Jużcić że wesele! Jak je chleb to je i wesele! Roześmiała się: Hej jarmark! Hej Pyłypok! A Tyt: Czomu ne szałyty, koły prystupaje? I zaraz zaczął pokrzykiwać: A nu małyj! A nu krasyj! Bo tam pod rozświetnią potajnik[6]. Koło potajnika i na woły ciężko. To my wtedy ostatni chleb jedli!
Mówił to powolnym, dość cichym, jakby zmęczonym głosem. Sam ten głos świadczył, że jarmark na Pyłypa dawno był już, dawno...
Obrońca nie przerywał chłopcu. Możnaby nawet mniemać, że gadania tego wiejskiego poganiacza słuchał chciwie, tak się pochylił ku niemu, tak parzył w niego rozgorzałem okiem, z twarzą pobladłą i z drżącemi usty.
Chłopak umilkł, a on słuchał jeszcze.
Roześmiał się potem zcicha, gorzko i ku stołowi zwrócił.
Mimo pozornego spokoju, znać było, że płonie, jak roratna świeca. Głowa jego, zapomniawszy zwykłych swoich ruchów, podnosiła się coraz wyżej, coraz śmielej; oczy już nie z dołu w bok, ale z góry biły jak siekańcem, w hafty, pierścienie i wstęgi.
Panowie pospuszczali oczy: niechętnie przyjmowano cały ten epizod sprawy. To rozpytywanie chłopaka, ta kupka wywołanych niewiadomo po co z właściwego miejsca oberwańców, wszystko to podobać się nie mogło. Uważano to za romanse, dobre w książce, ale nie w sądowej sali.
Nie dla tego, żeby to były samolubne, zimne dusze, owszem ten i ów odwrócił oczy, nie mogąc patrzeć na znędzniałe postacie chłopiąt, ten i ów czuł wielką przykrość na widok tej bezbronności i tego sieroctwa, ale każda rzecz na swojem miejscu właściwa.
Najbardziej zdumiony był woźny. Ten poprostu oczom własnym nie wierzył i tak kręcił głową, że ledwo trafiał z tabaką do nosa. Od kiedy jest przy sądzie, nie było tu jeszcze takiej «komedyi». A to poczekawszy tyjatr tutaj zrobią!
— Tyje co do chleba, a raczej co do braku chleba! — kończył w tej chwili rzecz swoją obrońca. Ale pan prokurator dostarczył mi w światłem przemówieniu swojem jednego jeszcze punktu, na którym sprawa moich klijentów też się sama broni. Pozwolę sobie punkt ten podjąć i powtórzyć tu trafne słowa dostojnego mówcy:
— Oto jest narzędzie występku! — rzekł on, wskazując drobny przedmiot, leżący w tej chwili przed obliczem wysokiego Sądu. Jest to jedno z najtrafniejszych, jedno z najbystrzejszych i najbardziej decydujących orzeczeń, jakie wyszły kiedykolwiek z ust dostojnego oskarżyciela, w tym przybytku sprawiedliwości i prawdy. Nic też lepszego i pożyteczniejszego dla sprawy klientów moich uczynić nie mogę, tylko to orzeczenie podjąć i powtórzyć:
— Panowie! Oto jest narzędzie występku!
Wyciągnął rękę ku stołowi szerokim, wspaniałym gestem i patyk wskazał.
Obecni poruszyli się, sami nie wiedząc czego: zdawać się mogło, że ta wyciągnięta ręka dotknęła ich piersi.
Ale pan prokurator patrzył na pana obrońcę niepewnym, osowiałym wzrokiem.
— Co-że on, duszeczka! Kpi, czy o drogę pyta? Taż jemu, adwokatu, zbijać prokurorską rzecz! Taż on od tego właśnie! A ten, patrzaj-że, duszeczka ty moja — sam tak gada, jakby prokurorem był!
Zakołysał się na fotelu w lewą i w prawą stronę i ustami cmoknął.
Ale pan obrońca podrzucił głową i rzekł:
— Widzę wzruszenie wasze, moi panowie. Ale raczcie się uspokoić, proszę!
— Tem narzędziem występku nie jest ani topór, ani siekiera, ani nawet kozik albo dłutko, jest to prosty... nie, mylę się!... jest to zakrzywiony patyk! Patyk, jakim każde drzwi w poleskiej chacie otworzyć można, kładąc go w otwór i podważając drewniany skobelek, zamykający ją z wewnątrz. I czy chcecie wiedzieć, panowie, jaka ręka, jaka siła władała tem narzędziem występku?
Odwrócił się, uchwycił Ustima za ramię, podciągnął w górę łatany rękaw jego świtki i grubej, niedobielonej koszuli, i obnażywszy rękę chłopaka, tak niemal cienką, jak wierzbowa witka:
— Oto jest to potężne ramię! — zawołał głośniej może, niżby przystało przed tak dostojnem zebraniem.
Nagle pochylił się ku chłopcu żywym ruchem i patrzył na gęste, czerwone bąble, które pokrywały cienką jego rękę.
— Heto szczo? — zapytał stłumionym głosem.
— Prusy skusali! — odrzekł Ustin z głębokim spokojem.
Oczy pana adwokata błysnęły ciemnym żarem. Przez chwilę trzymał je wbite w znędzniałą twarz dziecka, z dziwną mieszaniną uczuć sprzecznych, z dna duszy dobytych, odwrócił się potem do stołu, rozszerzył usta jakby do uśmiechu i rzekł obojętnym, nieco drżącym głosem:
— Wysoki sąd darować mi raczy. Przestraszyłem się. Może nawet przestraszyłem którego z was, panowie? Przebaczcie! Myślałem, że ten dzieciak chorobę nam tu jaką przyniósł... jaką dżumę... Ale nie. Jest to tylko nędza. Nic więcej, moi panowie, tylko wielka, wielka nędza!
Puścił rękę chłopaka, skłonił się i, zrobiwszy kilka niezgrabnych, powolnych kroków ku stołkowi, usiadł; na jego wysokie, łysiejące czoło wystąpiły teraz drobne krople potu.
Dziwna rzecz! Nie przerzucał w tej chwili głowy ani na prawe, ani na lewe ramię, tylko ją trzymał prosto, szywnie; szeroko otwarte oczy jego patrzyły w jakąś dalekość, a cienkie wargi, zaciśnięte były i surowe. Stracił w tej chwili do reszty charakterystykę obrońcy z urzędu.
Nagle, w ciszy, jaka teraz salę objęła, dało się słyszeć słabe, żałosne skomlenie pokurcia.
Najmłodszy z chłopców drgnął, otworzył usta i podniósł ku oknu duże, modre oczy.
— Kozyrek!.. Kozyrek heto! — zawołał przenikliwym, dziecięcym głosem. — Kozyrek heto zawywaje...
Stąpił krokiem, chciał iść, do Kozyrka chciał. Nie widział teraz nic, nie słyszał nic.
— Kozyrek zawywaje!
Ale Benedyć przytrzymał go za rękaw siwej koszuliny.
Benedyć, patrzący na wszystko rozważnym wzrokiem, widział, jak się łańcuch na piersiach pana prezydującego poruszył i jak za tem poruszeniem poruszył się także jego pięknie wygolony podbródek. Pan prezes mówił. Benedyć słyszał dobrze, zrozumiał nawet, że pyta o imię rwącego się do Kozyrka chłopca.
— Chwedoś! Chwedoś Pyptiuk! — przemówił rezolutnie.
Pan prezes przerzucił ręką papiery.
— Jakże Pyptiuk? Nazwiska tego niema w protokóle!
Siedzący obok pan inkwirent papiery przed siebie, z lekkiem pochyleniem głowy, przesunął, znów je przejrzał i brwi podniósł wysoko.
Istotnie: o żadnym Chwedosiu Pyptiuku nie było tam mowy. Jeszcze raz tedy spytał o nazwisko chłopca.
Ale dzieciak nie wie nawet, że tu o nim mowa. Szeroko otwarte oczy jego robią się coraz przezroczystsze, coraz bardziej srebrne; posiniałe, do przemarzłej leśnej maliny podobne usta drgają powstrzymywanym płaczem. Całą tę odrębną istotę pochłania w tej chwili żałosny głos pokurcia, ciche, niespokojne skomlenie, przedostające się z ciemnej ulicy do tej wielkiej sali.
Chciałby tam iść. Chciałby iść na ten wiatr wiejący, na ten deszcz siekący, ot tak, jak stoi, w tej poczesnej koszulinie siwej, bez zaścieżki, na piersiach rozwartej. Chciałby iść przytulić się do mokrej sierci, do kudłatego łba skomlącej psiny.
— Kozyrek heto... Kozyrek zawywaje!
— Chwedoś, Chwedoś Pyptiuk! — tłómaczy tymczasem sądowi coraz to rezolutniej Benedyć. Jest on w tej chwili usposobiony jaknajlepiej. — Cóż tam gadali we wsi: Sąd! Sąd! Matka płakała, ojciec mu na odchodnem coś ze trzy razy pięścią w kark wlepił z tej żałości, a tu przecie nic strasznego! Nie biją, nie wymyślają, pięknie sobie siedzą, spokojnie. A co o ser i o masło, to najmniej! A to i tego nie wiedzą, jak się taki durny Chwedoś na przezwisko nazywa.
Roześmiał się w garść cicho, przebiegle, jak tylko poleszuki śmiać się od małego umieją.
Gdyby się wilczęta po lasach śmiały, musiałyby tak właśnie wyglądać, jak wyglądał w tej chwili Benedyć.
Pan prezes wszakże niecierpliwić się zaczął.
— To jakże?.. Pomyłka?.. A?..
A gdy inkwirent brwi tylko podniósł i rozłożył dłonie:
— Ty jak się nazywasz? — zwrócił się prezes nagle do błyskającego białkami rozweselonych oczu Benedycia.
Chłopak był w siódmem niebie. Ta indagacya podobała mu się coraz bardziej. Wysunął się z gromadki i rzekł raźnym głosem:
— Tichobaj!
— Benedykt Huc, stoi w protokóle! Cóż ty? A?..
Benedyć o krok jeszcze posunął się dalej. Czuł się tak ośmielonym, tak spoufalonym z sądem, jakby sam do niego należał.
— Neścior Syrycz, heto bat’ko! Huc, taj Syrycz taj Neścior! Aże Benedyć, taj Tichobaj, heto ja!
Uderzył się drobną pięścią w kożuszynę rozchełstaną na piersiach i rzucił oczyma na prawo i na lewo, niezmiernie zadowolony w swej ambicyi.
Gdzie inni! Stoją tam jak te cielęta w kojcu, a on tu sobie przed samym stołem, przed samymi panami!
Przełknął ślinę, wyprostował się, ręce po bokach puścił, a kolana i bose stopy mocno ścisnął, jak to widział u stojącego przy progu żołnierza.
Pan prezes wzruszył zlekka ramionami.
— To i jakże wołają ciebie? Syrycz, Huc, czy Tichobaj? To i ojcu twemu Tichobaj? A?..
Na chłopaka aż ognie biły z uciechy, że jeszcze tej paradzie nie koniec.
To mu pochlebiało, to go napełniało dumą.
W sali nastała cisza.
Tymczasem w oczach pana adwokata błyskała jawna złośliwość. Zgarbił się na swoim stołku, głowę na ramię przechylił, o kolano łokieć oparł i skubał ciemną, rzadką bródkę.
Dopiero kiedy prezydujący, straciwszy nadzieję dojścia do ładu z indagowanym, zagłębił się zniechęcony w fotelu, wstał zwolna pan adwokat ze swojego stołka, a nie przestając skubać rzadkiej bródki, skromnie spuścił oczy i rzekł suchym, obojętnym głosem:
— Wysoki sąd przyjąć zechce do swej wiadomości, że lud w tych okolicach nosi zazwyczaj więcej niż jedno nazwisko!
Rzekł, podniósł nagle głowę i uderzywszy bystrym wzrokiem w samą twarz dzieciaka, zapytał rubasznie, z chłopska:
— A ciebia jak zowut’ z bat’ka, he?
Chłopak jak na komendę obrócił się ku niemu. Jasny rumieniec wybił mu na liczko; coś blizkiego, coś swojskiego poczuł w tem pytaniu.
— Benedyć Huc! — odkrzyknął cienko a donośnie.
— A w «kancelarji» jak zapisali? — pytał dalej pan obrońca, nie wychodząc z chłopskiego akcentu.
— Benedyć Syrycz! — objaśnił natychmiast malec.
— Dobre! — zawołał obrońca. — A we wsi jak «drażniat ciebia»?
— Benedyć Tichobaj! — huknął chłopak jak o staje drogi, rad, że się wreszcie dokładnie dał zrozumieć.
Pan prezes powstał, objął okiem zebranych, pomilczał chwilę i przystąpił do zreasumowania sprawy. Wszystkie spojrzenia zwróciły się teraz na niego.
Był to młody jeszcze, wysoki, piękny brunet, którego dorodna postać wybornie się prezentowała w obcisłym mundurze. Głowę miał postrzyżoną krótko, czoło głęboko wrębione i cofnięte nieco, lekko garbaty nos, o cienkich, rasowych, rozdymających się nad niewielkim wąsem nozdrzach, spojrzenie bystre i chłodne.
Głos jego był metaliczny, suchy nieco: wymowa dobitna, mocno akcentowana, miała w sobie rytm ujarzmionego i powstrzymywanego pędu. Jedną ze szczupłych, długich rąk nerwowych założył za mundur na piersiach, drugą czynił małe, wytworne poruszenia, dodające słowom jego niezwykłej precyzyi i siły.
Gruzinem być musiał lub czerkiesem z rodu, przynajmniej wskazywały na to charakterystyczne rysy twarzy, piękne podłużne oko o ciemnej, jakby przygorzałej powiece, i matowa śniadość cery, która, pod wpływem świateł palących się w sali, nabrała ciepłych, południowych blasków.
Był to jeden z tych mówców, którzy nad słuchaczami panują nieodpartą siłą logiki i beznamiętności.
Poczuli to panowie przysięgli od pierwszego słowa. Cały ich dyletantyzm zniknął gdzieś bez śladu, uwaga się zaostrzyła, skupiły rozproszone myśli, pan Hieronim nawet zapominał o oczekującym go u Frojma szczupaku i wiście.
A nietylko poczuli siłę tej wymowy, ale jej sprawność i jej szyk wojenny, który ich uporządkował wewnętrznie i karnością natchnął. Teraz byli naprawdę sędziami. Przedewszystkiem sam fakt, sama istota czynu stanęła przed nimi oderwana od nazwisk, osób, miejsc i przedmiotów, prosta, wyrazista, naga.
Spełnioną została kradzież.
Był to punkt, na którym stanęli mocno: i mówca i oni sami. Punkt ten, ogołocony z wszelkich dodatków i określeń, podrósł niejako i utworzył rodzaj wyniosłości, z której pole walki nawskroś było widnem. Rozwinął teraz przed nimi mówca merita sprawy krótką, frontową linią. Zdziwili się panowie przysięgli jej jednolitości i sile. Zaledwie jednak mieli czas objąć ją należycie wzrokiem, kiedy nagle rozdzieliła się w ich oczach, a z poza niej wysunęło się prawe i lewe skrzydło: kradzież prosta i kradzież z włamaniem. Natychmiast z jednego i z drugiego flanku zaczęły błyskać ostrza; cięcia krótkie, sprawne, mistrzowskie, któremi panowie przysięgli olśnieni byli i oczarowani. Były to jednocześnie błyskawice i ciosy: uderzały i oświecały jak miecz i jak piorun.
Teorya kradzieży prostej stała teraz jak mur: teorya kradzieży z włamaniem jak szyk nieprzemożony. Rozdzieliła je przestrzeń zrazu niewielka, potem rosnąca i zagłębiająca się z każdem słowem mówcy. Było to najpierw wyżłobienie, potem fossa, potem nieprzebyta otchłań.
Zdumieli się panowie sędziowie, że mogli łączyć kiedykolwiek te, tak dalekie od siebie, tak różne i tak wielką przepaścią rozdzielone rzeczy. Ale mówca nie pozostawił ich długo pod wpływem tego jednego widoku. Przemówił, zrobił mały, nieznaczny ruch ręką, i każde z obu skrzydeł rozpadło się raz jeszcze, tworząc regularny czworobok. Tak kradzież prosta, jak kradzież z włamaniem, mogła być spełnioną pojedyńczo, albo i zbiorowo. Teorya stowarzyszeń przestępnych, jedna z najświetniejszych tez prawa karnego, jakich mistrzowskiem przedstawieniem rozporządzał mówca, dostarczyła mu przepysznych, poprostu olśniewających zwrotów, których największą siłą była ich niezrównana prostota.
Żadnego zamieszania, żadnej dwuznaczności. Cechy obu rodzajów przestępstw zostały określone jasno, zszeregowane systematycznie, postawione niezachwianie, wskazane dobitnie. Premedytacya, która po stronie pojedyńczo spełnionych przestępstw powiewała jak lekka chorągiew, wiatrem obracana to na nice, to na lice, tkwiła po stronie przestępności zbiorowej, jak niewzruszony a posępny sztandar. Fatalny czworobok zamknął się przed oczyma przysięgłych: w pośrodku jego ziała przepaść.
Czy ją widzieli? Nie wiedzieć.
To pewna, że otworzyły się przed nimi nowe widnokręgi, że udzieliło im się coś z siły i bezpośredniości samego mówcy. Wzrok ich się zaostrzył, słuch wysubtelnił, stopień wrażliwości wzmógł do wysokiego napięcia. Z niesłychaną bystrością chwytali nietylko słowa mówcy, ale każde nagięcie, każdy nacisk jego głosu.
Innem oni teraz okiem patrzą i na obwinionych i na dowód winy. Zakrzywiony patyk był istotnie tylko odmianą klucza, który cudze zamki otwiera i cudze drzwi uszkadza; w chropowatości jego dostrzegali zdradzieckich karbów, przemyślnie wyciętych po to, żeby nieomylnie dobyć się do cudzego mienia. Kiedy mówca, demonstrując, uczynił mały ruch ręką, jakby klucz ten przekręcał w zamku, panowie przysięgli wyraźnie słyszeli zgrzyt jego złowieszczy i trzeszczenie podważanego skobla.
I sami oskarżeni przedstawiają się teraz w zgoła innem świetle. Nie jest to już kupka zalęknionych i zbiedzonych dzieci, ale szajka złodziejska, zorganizowana w przestępnych i przez kodeks kryminalny przewidzianych celach. Nie są to głodni poganiacze wiejscy, razem pasący gęsi i cielęta, którzy pod wpływem burczenia w pustych żołądkach i drażniącego je zapachu świeżych serów, dopuścili się nagannego wykroczenia, ale niebezpieczna dla spokoju publicznego banda małoletnich hultajów, którzy aż nadto mieli sposobności i czasu obmyśleć swój czyn karygodny, zbierając się o jednej dnia porze i na jednem miejscu.
Co było osobliwem w tych pomyśleniach i czuciach, to, że zdawały się zupełnie oderwanemi od wszystkiego, co uprzednio zrobiono w toku sprawy, czy to dla oskarżenia, czy dla obrony podsądnych. Istotnie: wyborny mówca prawił tak, jakby przed nim ani prokurator, ani obrońca nie byli zabierali głosu. Nie podnosił oskarżenia, nie zbijał obrony, nie dotykał osób, sam czyn pomijał niemal. On rozwijał tylko zasadę odnośnego prawa.
To świetne «résumé», — a był to jeden z najniebezpieczniejszych uroków jego — obracało się wyłącznie w sferze abstrakcyi; beznamiętne, chłodne, wytworne, zdawało się być akademicką rozprawą raczej, niżeli epizodem chłopskiej karnej sprawy; a ta kupka obdartych i znędzniałych dzieci, odgrywała tu rolę takiego A. B. C., lub takiego X. Y. Z., jakie się dla plastyki dowodzenia stawia, ale które, ze względu na wynik dowodzenia, nikogo nie zajmują zgoła.
Ta oderwaność nie tylko udzieliła się panom przysięgłym, chroniąc ich od grubo działających na zmysły wrażeń rzeczywistości, ale ogarnęła stopniowo całą tę wielką, pustą salę sądu. Surowy, bezcielesny duch prawa tchnął na nią i tchem tym wypełnił wszystkie jej zakąty.

· · · · · · · · · · · · · · · ·

Pan prezydujący, kończąc mowę swoją; zszedł do paragrafów: nie można zostawiać przysięgłych w niewiadomości co do skutków orzeczenia stopnia i rodzaju winy. Kara za kradzież bywa bardzo różną. Inaczej karze prawo kradzież spełnioną przez jednostkę dojrzałą, inaczej przez małoletnią; inaczej spełnioną pojedyńczo, a inaczej spełnioną zbiorowo, która zazwyczaj nosi na sobie obciążającą cechę rabunku; inaczej wreszcie zapatruje się kodeks na kradzież prostą, a inaczej na kradzież z włamaniem. Ta ostatnia należy do kategoryi ciężkich przewinień i nawet przez małoletnich spełniona, więzieniem do dwu lat jest karaną.
Skończył i usiadł. Trwająca mniej więcej pół godziny mowa zostawiła go równie świeżym i równie chłodnym, jak był wtedy, gdy się zabierał do niej. Na gładkiem, wązkiem czole nie przybyła ani jedna zmarszczka, złotawe źrenice pięknych, podłużnych oczu ani się zapaliły, ani przygasły. Ostrzejsze tylko i bardziej nerwowe były może poruszenia szczupłej, długiej ręki, głos tylko był suchszy i twardszy.
Panowie z za stołu wychodzili do obocznej izby. Oddalano się dla sformułowania pytań, które miały być stawiane przysięgłym.
Sąd oddalał się poważnie, uroczyście, zwolna; panowie szli jeden za drugim, stosownie do godności i urzędu.
Ale obrońca patrzył za nimi z właściwym sobie uśmiechem; dostrzegł go pan prokurator i dobrodusznie zakołysał głową:
— Taki u niego, duszeczki, prokurorska mina! a?..
W sali tymczasem wszystko odetchnęło jakby, zakołysały się głowy, poruszyły oczy, rozplotły złożone ręce, rozprostowały grzbiety i kolana.
Małe szepty szły ławą świadków, jak mały wiatr polem, niepokojąc je zlekka i ulotnie; łyczkowa tabakiera znów się wynurzyła z kieszeni którejś kapoty. Ale Did swoją brzozówkę już w ręku trzymał i trzęsąc głową, częstował w kolej siedzących, wkupując się niejako tym sposobem do towarzystwa. Tabaka była mocna, licho wie czem zaprawna, ludziom zaczęło okrutnie w nosach kręcić, więc się mile ku dziadowi mieli i zaraz mu się z brzeżka ławy umykał ten i drugi.
Pan obrońca na swoim stołku nudził się widocznie. Może drzemał nawet. Przynajmniej tak się zdawało woźnemu, który widział podpartą jego głowę i rękę nastawioną u skroni. Ale czego woźny nie widział, to oczu pana obrońcy. A jednak, godne one były widzenia w tej chwili. Szeroko otwarte, w kupkę dziatwy wbite, wydawały się one zrazu puste i bezbrzeżnym napełnione smutkiem, jak te wydmy piaszczyste, na których nic nie rośnie, nawet i piołun, nawet i dziewanny. Słońce tylko chodzi nad niemi gorące, spiekłe, przeraźliwie jasne, i wypala resztę wilgoci ziemnej, resztę tchu żywego. Siedział tak jeszcze, gdy nagle zabrzmiało: Sąd idzie!
Powstali wszyscy. Pan obrońca wstrząsnął się, jakby przebudzony ze snu.
— Sąd idzie! Sąd... Sąd idzie! — zaszeptały głosy.
Chłopcy wyciągnęli szyje ku drzwiom i otwarli usta, jak wrota.
Jest coś uroczystego, coś dziwnie przejmującego w tej chwili. Dotąd była tu rozterka, wątpliwość i niepogodzona sprzeczność; dotąd był ni dzień, ni noc: jakiś ład był naruszony, jakiś porządek zachwiany, jakaś mściwość rozbudzona, jakaś groźba głośna.
Ale teraz Sąd idzie. Idzie sprawiedliwość, światło i uspokojenie. Sumienia się uciszą, krzywda podniesie głowę, wina będzie okupioną, obciążone piersi odetchną.
Surowy, bezcielesny duch prawa zmienia się w postać wspaniałą i tryumfującą. Wielka, pusta sala nie drży już pod zimnym tchem jego: wszystkie jej zakątki zalewa teraz światło.
— Sąd idzie!
— Panowie zasiadają z pośpiechem swe miejsca za stołem; prezes nie siada nawet. W pięknej jego ręce szeleści drobna ćwiartka papieru, na której postawiono pytania.
Są krótkie i jest ich dwa tylko.
Pierwsze: czy kradzież spełniona przez podsądnych, w wiadomych okolicznościach obciążających, jest kradzieżą prostą? i drugie: Czy jest kradzieżą z włamaniem?
Słowa te, jasne i beznamiętne, brzmią w wielkiej, pustej sali dźwięcznie i donośnie.
Nie jest to jeszcze wyrok, ale błysk miecza podniesionego pewną, silną ręką. Takie przynajmniej wrażenie robią one na panu obrońcy, który nagle kuli ramiona, przechyla głowę w tył i mruży oczy.
Miecz ten wszakże nie zostawia nikogo bezbronnym. Owszem: sprawiedliwość, która go dzierży w ręku, troskliwą jest i pieczołowitą w tej ostatniej chwili, niemal tak, jak litość. Zostawia ona raz jeszcze głos oskarżonemu. Chce, by przysięgłym, gdy im między «tak» a «nie» wybierać przyjdzie, towarzyszył głos ten zalękniony, drżący, błagalny.
Chce, żeby im w oczach zostało spojrzenie szukające w ich piersiach ciepłej, ludzkiej duszy. Chce, żeby przed podsądnym żadna droga obrony zamkniętą nie była: zostawia mu przemówienie ostatnie.
W duchu tego pięknego prawa zapytał pan prezydujący głośno i dobitnie, czy podsądni mają jeszcze co do powiedzenia?

· · · · · · · · · · · · · · · · ·

Panowie przysięgli wyszli, aby się naradzić.
Ściśle rzeczy biorąc, nie było się nad czem i naradzać nawet. Sprawa była jasna, czyn przyznany, okoliczności wiadome. Tak rozumowali jedni. Drudzy mieli skrupuły. Szkoda drobna, dzieciaki głupie; stosować do nich wielkie paragrafy karne, to jakby iść z armatą na muchy. Gdzież zaś kto słyszał nazywać rabunkiem zjedzenie funta masła i trzech krajanków sera? Gdzież kto z patykiem takim gwałtu i włamania dopuścić się może?
Podzieliły się głosy. Bierniejsze umysły powstawały jeszcze, pod wpływem abstrakcyj prawnych i świetnej mowy prezydującego; samorzutniejsze już się otrząsnęły nieco.
Ale pan Hieronim, który się dotąd zdecydować nie mógł, a któremu się okrutnie do szczupaka i do wista spieszyło, przyłączył się nagle do kategoryi pierwszej i utworzył większość. Czas było nareszcie skończyć z tą mizeryą!
Rzecz oczywista i jak słońce jasna, że kiedy drzwi były zamknięte, a zostały otwarte, to był to gwałt, było włamanie.
Jeżeli zaś z po za drzwi otwartych w ten sposób skradziono masło i sery, to była to kradzież z włamaniem.
Po tem rozumowaniu, tak jasnem i kategorycznem, jeden jeszcze głos oderwał się od mniejszości i do większości przeszedł. Był to sąsiad i przyjaciel, a jak teraz, u Frojma, partner pana Hieronima. Musieli się trzymać razem. Nie było co, sprawa została zadecydowaną.
Na sali zabrzmiał dzwonek. Panowie przysięgli wynosili werdykt.
Na pierwsze pytanie większość głosów odpowiedziała: nie.
Na drugie większość głosów odpowiadała: tak.
Przestępstwo zostało zakwalifikowane jako kradzież z włamaniem.





Przypisy

  1. Puklid (pokład) mała przybudówka u chaty z osobnym, nie zasłaniającym szczytowego okienka dachem.
  2. Borek.
  3. Miejsce wycięte w borku, albo nie zarosłe.
  4. Orał raz trzeci na siew.
  5. «Wo wik wików» (na wieki).
  6. Kamień zagrążony głęboko w ziemię.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.