Wielki świat małego miasteczka/Tom I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wielki świat małego miasteczka
Podtytuł Powiastka
Data wydania 1832
Wydawnictwo Th. Glücksberg
Druk Th. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
V.
RYWAL.


Berło i miłość, o tamto Jowisza,
Oto pytaj Junony, niechcą towarzysza.

Argionida.

Każdy naród i człowiek ma swą słabą stronę, do której dotykać niebezpieczno, a która pospolicie zależy, albo na miłości własnej lub na uporze. Przedmiot uwielbienia lub własność którą sami sobie ludzie przyznają, nie cierpi sporu i sprzeczki. Powiedz Anglikowi, że jego Schakespeare, w niektórych sztukach swoich, unosić się daje zdziecinniałej i dzikiej imaginacii, a w drugich przybiera postać płaskiego żartownisia — John Bull z zimną krwią cię wysłucha, a potem wyzwie na Boxy, lub zrzuci oknem z trzeciego piątra.
Zaprzecz tylko zapalonemu francuzowi, że Corneille i Racine nie są najlepsi w świecie pisarze dramatyczni, powiedz, że Voltaire chcąc pisać o wszystkiém, o niczém dobrze nie pisał, wspomnij o tém że Rousseau nie uniknął zręcznymi sofizmatami błędów logicznych i zdrowemu rozsądkowi przeciwnych — czeka cię pojedynek na szpady lub pistolety.
Spiéraj się z Włochem o zalety jego Tassa lub Petrarka, a kto wié, ozy niewidoma ręka, w boku twoim sztyletu nie utkwi. Nie uwielbiaj, choćby tylko dla żartu, Wielanda i Klopstocka, ciemnego Kanta i życiem tchnącego Szyllera — a niemiec butelką lub kieliszkiem dosięgnąć cię potrafi. Oddzielni ludzie i całe narody, mają swoją słabą stronę, a hiszpan nie ścierpi nawet, gdy mu ujmiesz choć jedno, z długiej litanii jego nazwisk. Znałem pewnego, który bić się był gotów, za rozmiar puhara, którym pił Alexander wielki, i który baśnie kronikarzy za świętą prawdę uważał; drugi silnie obstawał, iż niéma na świecie bardziej rozczulającego i piękniejszego instrumentu, nad zele — Inny znowu niedozwalał źle mówić o kotach, których wielkim był przyjacielem — słowem, każdy z nas prawie ma swoją słabą stronę, mniej lub więcej znaczną, którą broni i strzeże.
U mnie tą słabą stroną jest miłość, w której żadnego sporu nie cierpię, a tém bardziéj znieść nie mogę rywalów, którzy są bardzo naprzykrzonymi ludźmi w oczach moich. Cieszyłem się już, iż mi nikt dotąd nie zaszedł drogi do serca panny Emilii, ale nie długo to trwało, bo przypadek jeden popsuł najpiękniejsze moje układy. Siedząc wczoraj po nad wieczorem w oknie mojém, ujrzałem ciężką i ładowną brykę furmańską, płótnem pokrytą, ciągnioną od chudych koni olbrzymiego wzrostu. Z ciekawością właściwą nam mieszkańcom małych miasteczek, wpatrywałem się w stojący pojazd, i widząc wychodzącego zeń posuwistego mężczyznę, domyśliłem się iż to być musi daleki kuzyn Pretfica, spodziéwany oddawna.
Przeczucie jakieś straszne niespokojnym mię czyniło, i na piérwszy rzut oka lękałem się znaleźć w nim rywala. Z niechęcią widziałem, jak od kilku lat zawartą bramę usiłowano otworzyć, lecz napróżno, bo klucza nie było. Spostrzegłem później biegnącego ślósarza skórzanym fartuchu i wełnianej szlafmycy, który ułatwił tę przeszkodę: bryka weszła na dziedziniec, a ja ze smutkiem zatrzasnąłem okno tak, żem o mało połowy szyb nie wybił. Zacząłem potem szybko przechadzać się po pokoju, sam nie wiedząc co mi dolegało, i tak dziwnie bez powodu i przyczyny dręczyło. Była to zazdrość, która niepostrzeżona rozsiewała już w sercu domysły, a z niemi przykre boleści.
Chciałem się rozerwać i mimowolnie prawie porwałem ze stolika ulubioną książkę pieśni Kochanowskiego, lecz na złość prawie, ujrzałem ten wiérsz przed sobą:

Stateczny umysł pamiętaj zachować,
Jeśli cię pocznie nieszczęście frasować.

Mógłżebym, myślałem wyrzucając niewczesny smutek sam sobie, zachować stałość w nieszczęściu, gdy jej w urojonych troskach nie umiem utrzymać. Rozgniewałem się z tej myśli sam na siebie; ale mocniej jeszcze na pisarza, lub na los raczej, który mi oczy otworzył. Stan mojej duszy nie polepszył się wcale, bo z ustąpieniem zazdrości, naszła równie przykra do znoszenia walka z samym sobą. Zacząłem znowu chodzić z miną kwaśną, i posłałem mego Jana, żeby się o gościu dowiedział. Tymczasem Kochanowski leżał znów otwarty, a ja chodząc z nudy spojrzałem znowu w niego.

Takżeć słuszna człowiekowi,
Odejmać się frasunkowi,
A jako niewdzięczne brzemię,
Uderzyć troski o ziemię.

— O gdyra! nudny, gdyra! mówiłem sam w sobie zamykając książkę i odszedłem do oknu.
Na ulicy nic mi się nie podobało: przechodzący mieli w moich oczach miny ponure i smutne, wszyscy zdawali się urągać ze mnie, a ja wszystkich łajałem w duchu. — Mój szlafrok zdawał mi się ciasny, tytuń niesmaczny, pokój ciemny, a świat cały nudny, jak filogiczna rosprawa. Doświadczoną jest rzeczą, iż człowiek ma takie w życiu chwile, w których bez przyczyny, wszystko mu się złém, niedogodném i niezręczném wydaje. Próżno wówczas poważny rozum grozi nam w cichości, próżno uwaga pokazuje w kącie ukrytą prawdę, pociąg jakiś nieznany i niepojęty, zléwa żółcią nasze działania i uczucia.


— Do tysiąca kroćset kartaczów! przerwał mi czytającemu, stary wojskowy, cierpliwie dotąd wlepiający we mnie oczy; niech mnie pierwsza kula ubije, którą zobaczę, jeśli Waćpana choć troszeczkę rozumiem. Chociaż uczyłem się i filozofii i teologii i czytałem urywkowo Condillaca; ale tej gadaniny nie rozumiem. Śliska to rzecz, mówił do mnie dalej wytrząsając popiół ze swojej fajki, śliska to rzecz opisywać uczucia, osobliwie tak młodemu jak Waćpan! ja jestem stary i lubię wesołość, żywe opowiadanie, zajmującą intrygę, a co mi tam do tego, kiedy się kto smuci, i jakiego rodzaju ten smutek!
— Ale — przerwałem coraz bardziej zapalającemu się krytykowi, ale —
— Żadnych ale, żadnych ale — jeśli Waćpana czytać będzie młody niezawodnie zaśnie, jeśli stary, będzie się gniewał, że go chcesz uczyć poznania serca ludzkiego, którego najlepiej wyuczyło go — doświadczenie.
— Ale, ale — przerwałem znowu, dozwól mi te sofizmata zbić, panie kochany.
— Schowaj to na później, zda ci się w odpowiedzi na jaką recenziję, teraz zaś czytaj dalej; powiedziałem com myślał, i znowu przez pewny przeciąg czasu, będę cierpliwy.


Gdym tak myślał sobie, wszedł Jan do pokoju, z tak śmieszną postawą, iż mimowolny uśmiéch błysnął na moich ustach.
Oczy jego były subtelnie zmrużone, ręce kończyły jeszcze poruszenia, którym w czasie pośpiesznego biegu ulegać musiały; czapkę miał ściśniętą pod ręką, a ubior przydawał oryginalności, samej z siebie i tak już śmiesznej postawie. Zdobił go szpencer dymkowy, przestronny i długiém używaniem podziurawiony, miał także spodnie drylichowe, palone bóty z kutasami, kamizelkę w ogromne kraty i chustkę széroko podwiązaną, a w oczach jego panowała jakaś radość, której u niego od szlubu nie widziałem.
Poznałem z jego min i poruszeń że się cóś niezwyczajnego wydarzyć musiało, i niecierpliwie oczekiwałem rozwiązania tej zagadki. Kręciłem się na krześle, a Jan zaambarasowany stał u stoła; wreszcie po odchrząkiwaniach, spojrzeniach i migach, wyjął z zarękawa bilecik i oddał mi go z miną tryumfującą. Chciałem czytać natychmiast, ale wzrok jego wlepiony we mnie, nie dozwolił się okazywać tak niecierpliwym — rozpieczętowałem powoli, wyprostowałem wszystkie rogi, przysunąłem się bliżej okna i pomaleńku czytałem:
„Gdy wszyscy zostają zajęci przyjęciem niespodziewanego gościa, kuzyna mego Gurtleiba, polecono mi abym pana prosiła na dzisiejszy wieczór, na godzinę ósmą.

Emilija.”

Już tedy, pomyślałem przeczytawszy, sprawdziła się jedna część domysłów moich, bodajby tylko druga nie przyszła do skutku! — Co najprędzej wyjąłem zégarek z kieszeni, żeby zobaczyć która godzina, ale zégarek stanął! Mnie tak pilno, ja tak niecierpliwy, chciałem liczyć minuty i sekundy, a godziny nawet wiedzieć nie mogłem! Usiadłem w oknie, i nadstawiłem ucha, czy zégar wieżowy bić nie będzie — ale napróżno — on milczał i milczał.
Dla rozerwania tłumnie cisnących się myśli, spoglądałem na ulicę i na dom Pretficów. Ruch tu był wielki, fórtka otwarta i mnóstwo służących przebiegało przez nię tam i nazad. Jeden niósł świéże bułeczki, inny dźwigał głowę cukru, inny stękał pod ciężarem butelek, lub ciągnął sprzęt jaki, pożyczony w tej stanowczej chwili. Dźwięk zegaru przerwał moje myśli, zacząłem liczyć z natężoną uwagą, ale dzwon Reformatskiego kościoła i turkot przejeżdżającego pojazdu, nie dozwolił mi zaspokoić żądania. Niecierpliwość moja wzrastała z czasem — posłałem mój zégarek do Apteki, aby go zregulowano. Tymczasem chciałem czytać, ale nic mi nie przypadło do smaku, chciałem się ubierać, żadne suknie, nie były mi dobre. Mój nowy frak Warszawski, zdawał się źle leżeć, stary, wyglądał trochę dziurawo, surduta włożyć nie wypadało, a w granatowym garniturze, jeden guzik, bliski był wiecznej zaguby. Znowu siadłem w oknie, puściłem myśli moje, i z radością ujrzałem, że słońce się chowało, i że ostatni tylko promień złocił kopułę kościoła, i odbijał się jasno od szyb przeciwległych mu mieszkań. — Już wkrótce ósma! myślałem w duchu, nieco uspokojony — zobaczę kalendarz o której też słońce zachodzi. O godzinie siódmej, minucie czterdziestej. Więc już blisko ta naznaczona godzina — blisko! powtórzyłem raz jeszcze i co prędzej ubierać się zacząłem. Frak leżał tą razą wybornie, bo ósma była blisko, ubrałem się — ale jakże wyjść kiedy niema komu oddać klucza? a Jan poszedł i niewraca!
Wyjrzałem oknem — niéma; wyszedłem przed drzwi domu — nie widać; spójrzałem na wszystkie strony — ani znaku; założyłem znowu ręce na krzyż, i uzbrajając się w cierpliwość czekałem jego przybycia.


Wbiegł nakoniec zdyszany i zmęczony, oddając mi zégarek — spojrzałem: dwadzieścia minut po ósmej! — gdzieżeś się tak długo bawił, zawołałem zniechęcony, i nieczekając odpowiedzi wybiegłem co tchu z domu.
Fórtka była otwarta, na dziedzińcu dziwny panował nieład, wchodzę do sieni; drogę zawalono mnóstwem gratów; zdejmuję kapelusz, przyrządzam suknie i wbiegam do piérwszego pokoju.
Tu nowy widok przeraził mię trwogą, sprawdziły się moje domysły, przybyły musiał być rywalem; bo z uczuciem całował rękę Emilii i wypatrywał się w jej niebieskie oczy. A ona, ona zdawała się na niego patrzeć mile, krew wzburzyła się w moich żyłach, głowa boleć zaczęła, przywitałem się zimno i usiadłem w ciemnym kątku. Zapomniano całkiem o mnie, nikt ze mną nie mówił, ja dumałem sam z sobą i bawiłem się dewiskami; po krótkiej nakoniec chwili podniosłem oczy, spojrzałem na rywala, i struchlałem — miał wstążeczkę orderową!!


Wielki świat małego miasteczka T.1 p.98 ilustracja.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.