Wieczory drezdeńskie/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieczory drezdeńskie
Data wydania 1866
Wydawnictwo Xięgarnia Zelmana Igla
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.


Gdy po dniu troski i niepokoju, po wieczorze dumań lub pracy samotnej, ciężkiej aż do upadku ducha prawie ogrojcowego, znękany człowiek położy się wreszcie na tem posłaniu cudzem, karczemnem i zdrzymnie się gorączkowo z tą myślą boleśną, że odpoczywa na ziemi obcej, w domu nie swoim, w pożyczanem łożu, oddychając powietrzem łaskawie mu wydzielonem na czas krótki przez policyą... nie dziw, że gdy się skleją powieki... sny zmor pełne oblegnąć go muszą.
Nie wierzę w sny prorocze, ale znam co są męczeńskie marzenia senne wygnańca.
Całe życie człowieka przeszłe, wszystkie myśli, które nim targały, powracają jak widma blade, oblegają łoże i zdają się naigrawać z boleści. Cały zastęp wypadków umarłych, ludzi nieżywych, miejsc już dziś do siebie niepodobnych, przegorzałych idei i rozwianych uczuć — powraca wytaczając sprawę przeciwko zwyciężonemu...
W dzień górę bierze terazniejszość, w nocy odegrywa się na niej przeszłość i tłoczy piersi zajadle.
Miesza się tu to, co skonało z tem, co się nie narodziło, umarli biorą pod rękę konających, wszystkie światy i byty w jeden utrapiony zbijają się chaos. W takim śnie nie dziw, że krwawy pot występuje na czoło, a gdy wstanie dzień i z nim człowiek, czuje się jeszcze więcej złamanym, niż był gdy się do snu układał...
I gdy do łoża przychodzisz chwytają cię dreszcze, boisz się ledz na pastwę tym upiorom, których żadna nie odżegna modlitwa. Lepsze jest już życie o słońcu ze wszystkiemi utrapieniami ziemi, bo przynajmniej nie wyzywa do walki z tobą tylko to, co po niej chodzić ma prawo...




Jednej z tych nocy męczeńskich... czarna śniła się otchłań... błądziłem po niej szukając światła, dusząc się od ciemności; pod stopami uginała się przepaść... to znowu coś jak pęd wichru podnosiło do góry, spadałem i dzwigałem się na przemiany, alem jeszcze był nie dotknął dna otchłani, czułem ją dyszącą pod sobą...
Zewsząd otaczała mnie noc, próżnia, cisza, milczenie śmierci, nicość, przecież tę czczość bezdennie czarną przerzynały niekiedy prądy jakieś zwiastujące niby życie... ale nierówne, walczące z sobą...
W ogromnej dali na niebiosach zamglił się naprzód jakby białawy, sinawy obłoczek... chciałem lecieć ku niemu, ale nie miałem siły własnej i dychanie przepaści to mnie wciągało w głąb’, to wolno rzucało ku niemu, tak żem się doń przybliżyć nie mógł.
Po zwiększaniu się zjawiska wszakże czułem, że albo ono szło ku mnie, albo otchłanie coraz mnie bliżej ku niemu rzucały.
Obłok był nieoznaczonego kształtu, niby kłębiący się dym ofiarny, z którego wnętrza to błysło nieco jasności, to znów je mglista osłaniała powłoka.
I zaczęło się nieco rozjaśniać w koło mnie, ale ciemność walczyła z tym promykiem i ściany jej czarne zdawały się chcieć go ucisnąć i pochłonąć...
Nagle wśród obłoku ukazała się gwiazda błyszcząca i pokryła wstydliwie chmurą, i znowu zaświeciła jaśniej, aż nareście otworzyły się obsłony, poczęły rozstępować ściany ciemności coraz szerzej i z szumem zapadała przepaść owa nocna w głębiny niezmierzone eterów... obłok jasny roztaczał jak skrzydła obejmując przestrzenie... na nim coraz potężniej migotała gwiazda...
I po za nią pokazał się w rozdartym otworze błękit niebios i dzień. Obejrzałem się do koła z obawą, nogi moje stały na niknących ciemnościach, otchłań ciągnęła je z sobą, nie mogłem się od niej oderwać, byłem do niej jak wkuty.. Nogi moje oblane krwią spętane były i wrosłe, a gdym ręce do światła wyciągał, przepaść ciągnęła mnie z sobą, uchodząc.
Wielkim, ostatecznym wysiłkiem oderwałem stopy zbolałe od ściany tej czarnej i począłem lecieć ku świecącej gwiaździe... Ciągnęła mnie ona ku sobie, ale mgła znów osłoniła do koła, i padłem znękany na miękkim obłoku płacząc jak dziecko.
Łzy moje nie pochodziły ani z boleści zranienia, ani z żadnego uczucia ludzkiego, płakałem bom płakać musiał — jak dziecko — budzące się po śnie twardym... A w piersi pytałem siebie, czego płaczę i nie umiałem odpowiedzieć sobie. Była to wielka płaczu potrzeba, łzy mi ciężyły na czaszce, łzy mi cisnęły piersi, dławiły gardło, a krople ich ciężkie padając jak ołów przedziurawiały obłok pode mną... I ujrzałem przez otwory te w dole w sinych wyziewach... ziemię.
Serce uderzyło mi do niej, do tej kolebki z której już wyrosłem był, w którą się zmieścić nie mogłem ani myślą, ani sercem, i począłem wspominać dni dawne, płacz ustał.
Alem był smutniejszy teraz.
Oko moje z początku nie rozeznawało nic tylko plamistą powłokę ziemi, błyszczącą, ciemną, poszarpaną, nierówną, pogarbioną i porozcinaną... Ale w miarę jakem patrzał rozszerzała mi się źrenica i powiększały przedmioty, i to co mi się wydało plamką małą jak ziarnko maku poczęło rosnąć, rozwijać się, malować barwami tęczowemi... poznałem kąt mój rodzinny, raczej sercem niż oczyma. Wszystko to, po czem mogłem go rozeznać, już zmiótł czas, burze i lata, a mimo to czułem, że pod nową skorupą ziemia była ta sama, z której piłem soki żywotne, między którą a mną był tajemniczy związek miłości dziecinnej dla matki.
Przecież nic mi się już tam nie uśmiechało oprócz kilku grobów, na których bujna rosła zieloność. Leżały zapomniane w trawach, a nad trawami brzęczały pszczoły, unosiły się ptaki i świeciło słońce i chmurki latały złociste.
Poszedłem oczyma drogą, jakoś teraz szła ona inaczej niż dawniej; zajrzałem do lasów, pnie sterczały z puszcz tylko... zgruchotała je burza, na łąkach stały wody, na polach rosły chwasty, we wsiach panowała cisza pustkowia, przede dworem czarne zgliszcza i popioły, na miejscu domu kominy okopciałe.
Próżno szukałem ludzi, nie było ich, wymarli.
A ziemia była mimo to świąteczna, wesoła i uśmiechała się do mnie, jak za dawnych lat lepszych... sfinxową swojego spokoju zagadką.
— Co ci jest matko? spytałem.
— Odpoczywam, rzekła cicho, ma przyjść oblubieniec wiek nowy i złotym pługiem zaorze cmentarze i łzami zasieje nowe pola.
Zamilkłem, śmiała się ziemia... potoczyłem oczyma, aby uniknąć widoku tego, a nie miałem gdzie patrzeć, w górze dopiekały blaski olśniewające, z boku stały mgły szare, pode mną tylko otworem przez łzy wydrążonym zieleniała ziemia. Oczy znów powróciły do niej.
I począłem przebiegać wzdłuż i wszerz obszary znane, po których przedeptałem był ścieżki niegdyś za tych szczęśliwszych czasów, gdym jeszcze wierzył w przyszłość. Pustkowie ciągnęło się na wsze strony, miasta w ruinach stały popalone, zawiewał je piasek płaszczem białym; zamki w gruzach sterczały świecąc żebrami nagiemi, kościoły po cegle obsypywały się powoli... w pośród ciszy słychać było kamienie staczające się na ziemię, a każdy z nich padając jękiem jakimś niezrozumiałym się odzywał. Niekiedy runął cały szczyt lub wieża, zapadło się sklepienie, tuman pyłu podniósł się do góry i pochwycony z wiatrem poleciał, a stado dzikiego ptastwa przestraszone wzleciało krzycząc. I znowu cicho i głucho.
Tu, z szumem i wrzeniem woda wyrywała starą groblę, pieniła się, rozlewała i wylawszy w dolinę usypiała milcząca.
Na zgorzeliskach lasów poczęły puszczać młode latorośle, ale do pni niepodobne swoich... Kto tu przyniósł ich nasienie? nie wiem, chyba wiatry... bo nie były to dzieci porąbanych rodziców, jakieś drzewa nowe, zielone, młode a obce ziemi, z której soki ciągnęły.
Świat widocznie jak wąż zmieniał skórę.
Pusto i pusto było a dziko... aż kędyś na pagórku piaszczystym, na którym leżało kilka kamieni omszonych, niby cmentarnych, poruszyła się widma i wyszły z niej głowy, a potem wysunęły się postacie w całunach białych.
Byli to starcy, z siwemi brodami długiemi, bieli jak piasek, z którego wyszli, jak obsłony, w które byli ubrani; stali podparci na kijach i patrzali to na ziemię, to na siebie.
Niekiedy kościstemi palcami trupiemi przetarli sobie oczy zaspane i znowu jakby im nie dowierzając przyglądali się z pagórka ziemicy...
Pod zwieszonemi całunami znać było jak ruszali ramiony, a głowy ich czy ze starości, czy z dziwu wahały się na szyjach chudych jak makowe pąki gdy wiatr niemi jesienny porusza. Chcieli mówić ale w piersiach zaschłych brakło im oddechu, a w gardłach głosu i języki im poprzysychały do podniebienia. Stali tak chwilę długą i wciągali powietrze, które ich odżywiało, potem siedli, każdy na swoim kamieniu i dumali.
Jeden chciał wejrzeć na niebo, ale głowy podnieść nie mógł, drugi wyciągnął szyję i broda mu na piersi opadła... trzęśli się jakimś chłodem mogilnym przejęci.
— Wróćmy do grobu, nie ma tu na co patrzeć, rzekł jeden cichutko, poczuwszy że mu usta rozmarzły nieco... Pamiętam gdzie mnie pochowano, ale nie poznaję cmentarza ani okolicy. Wiem że miałem nad sobą grobowiec, wspaniały, który długo wstawałem oglądać nocami dopóki mi się widok jego nie naprzykrzył... Gdzież się to podziało? drzewa powinny były powyrastać? ani gałęzi.
— Tam stał dwór, szepnął drugi schrypłym głosem, w około był ogród wielki, w ogrodzie staw zwierciadlany, ścieżki sypane źwirem... Źwir o trzy mile wozili z dna rzeki, drzewa sadziłem z pod innego nieba, pałac był z kamienia ciosowego, pod drzwiami mruczała fontanna... w prawo modliła się kaplica... patrzcie bagno i moczary... trzciny i pleśnie.
— Jak się tam ślicznie zataczały kręgi zielonemi lasy, mówił trzeci — gdyby wieńcem obejmowały okolicę a szemrały jej gałęźmi wesoło nad głowami... I pni nie stało, wgniły się w wydmę jakąś suchą... Jak zajrzysz ino pustynia...
— Hej! hej, rzekł inny, ja to wiem, może to ziemia ugoruje po jednem pokoleniu na drugie, dzieje się to co trzy wieki... mówiono, co siedem może... Każdy kraj musi tak spustoszeć pod bujny zasiew nowy. Ale kto teraz siać będzie z kolei, Pan Bóg oziminę czy szatany osty? i co zejdzie, czy nasienie Boże, czy ziarno diabelskie?
Westchnęli wszyscy i znowu stare ich głowy na ramionach poczęły się wahać z ramienia na ramię.
Jeden wyciągnął ręką drzącą kij i wskazał na kamień obrosły pleśnią.
— Może i to jakie nasienie przyszłości, rzekł, wszak i z kamieni słońce tworzy istoty żywe.
A drudzy milczeli smutni, i jeden dodał chmurno:
— Z kamieni tworzy istoty żywe, no, a z istot żywych — kamienie.
W tem na horyzoncie na gościńcu pustym ukazał się wielki tuman kurzawy, i szedł powoli szumiąc, choć wiatru nie było... Starcy poprzykładali ręce do oczów i patrzali, a nic widzieć nie mogli... i powstawali na drzących nogach stając, aby lepiej zobaczyć, co krył w sobie ten pył idący drogą, ale tajemnica taiła się w obsłonach gęstych, których oczy przebić nie mogły... I popatrzali pytając na siebie.
— Bydło idzie, wojsko czy ludzie?
W tem zerwał się wicher i zaszumiał głosem wielkim.
— Przyszłość idzie.
I nastała cisza uroczysta.
Starcy przelękli się głosu, który ich uszy do milczenia nawykłe przeraził, zadrzeli... usta ich pokleiły się znowu i pozrastały.
W tem mgła przesunęła się pomiędzy oczyma mojemi a ziemią, i nic nie widziałem przez chwilę tylko niebieskawy dym, który się rozwiał... oczy padły na ów pagórek znowu.
Kamienie tylko leżały na nim, starcy przed nadchodzącą przyszłością pochowali się do mogił, ale tuman na rozdrożu jeszcze był większy i pyły z niego opadać zaczynały powoli, a w pośrodku ukazał się niezmierny łańcuch złożony z tłumów nieprzeliczonych ludzi... Zażarta w nim toczyła się walka, szli i zabijali się i gryźli a zajadali, popychał jeden drugiego, dusili się, miotali, naskakiwali sobie na ramiona, gnietli, padali niektórzy i deptali przechodzący po ich głowach, innych ścisk wyduszał do góry i wywracali się nad głowami tłumu, toczyli, spadali, aż rozbitemi trupami zsunęli się na ziemię i znikli.
Walka wrzała zażarta, ale nie tamowała pochodu.
Chorągwie różne wynosili do góry i ledwie je wiatr rozwinął, tysiące pocisków rozdzierało, podarło w szmaty; tylko jedna wielka, biała ze złotym krzyżem szła górą...
A były na innych znaki różne, znaki życia i znaki śmierci, zjednoczenia i rozproszenia, jasności i nocy... Jedne zszyte były ze starych łachmanów, drugie z błyszczących tkanin, inne z pajęczyn snute, inne kute ze stali, żadna przecie nie przetrwała długo, ale skoro jedna nikła, zjawiała się druga... a byli co ręce obcinali tym, którzy je nieśli i chorągwie szły dopóki ich wiatr nie podarł, same...
Pod żadną przecie nie jednoczył się tłum, tylko część jego zbiła się w kupę a druga opasywała ją bojowym łańcuchem, a każdy znak podniesiony do góry był hasłem coraz zaciętszego boju.
I gdy oczy sięgały w dal, aby ujrzeć koniec szeregów... nie doszły ich końca... sięgnęły tylko do widnokręgu a i tam gdzie się już zataczała ziemia, niknąc przed wzrokiem moim, gdyby olbrzymi pas szło to mrowię ludzkie, roiło się, biło, postępowało. I gdy już jeden koniec pochodu stał tuż pode mną, ginął drugi na przeciwnem ziemi półkolu.
Na pobojowisku, dziwna rzecz, nie grzebano trupów a nie widać ich było nawet... Ci co polegli, unosili się z uśmiechem na ustach do góry jak lekkie obłoczki i roztapiali się w powietrzu. Czułem po ciepłym oddechu, gdy przesuwali się koło mnie lecąc wyżej.
Ku zachodowi słońca wszystko to padło jak stało taborem niezmiernym na spoczynek, jak i gdzie kto był... Cień zaszedł na ziemię i nie widziałem już nic. Ale smutno mi było i tęskno na sercu i patrzałem jeszcze w ciemności sine.
Xiężyc czerwony, ogromny wszedł powoli z wyziewów po nad drugi kraniec widnokręgu i z ukosa rzucił promieniami długiemi na pobojowisko.
W szarych mrokach nic jeszcze rozeznać nie było można, domyślałem się tylko jakiegoś ruchu, ciekawie czekając aż xiężyc podejdzie wyżej i scenę tę oświeci...
Wybił się wreście na niebiosa czyste i rozwidniało jak we dnie, tylko światło było inne, zimniejsze, martwe, zielone.
Ludzie z obozu rozpierzchli się i pracowali...
Jak cienie biegali po polach, jedni zakładając podwaliny gmachów nowych, drudzy karczując spalone lasy, inni orząc i zasiewając ugory. Praca ta odbywała się w milczeniu przez sen, jakby bezwiednie; zdawali się uspieni i posłuszni jakiejś nie swojej woli, a byli poważni jak modlitwa.
I pod ich rękami cudownie rosło wszystko, ziemia poczynała przybierać postać nową, a zupełnie inną. Z dawnych gruzów nie pozostało nic; gdzie były lasy zasiewano pola, gdzie zarosły darnią zagony zasadzano puszcze; gdzie były dwory, stawały chaty; gdzie nędznych chat sterczały zwaliska, podnosiły się pałace.
A gmachy te nie były wszakże podobne tym, jakieśmy widzieli na ziemi, mrowili się w nich ludzie zajęci robotami różnemi... i nie można było rozeznać pana od sług jego, bo słudzy wyglądali jak panowie, a pan był ich wszystkich sługą...
Z podziwieniem wpatrywałem się w tę zgodną robotę nocną, gdy na widnokręgu powoli różowieć zaczęło, słońce się oznajmywało, a lud jako stał tak padł znużony na spoczynek...
O brzasku i pierwszej rosie poruszyły się kamienie na pagórku i starcy umarli wyszli z piaszczystej widmy, stanęli znów oparci na kijach, poprzykładali ręce do czoła, patrzali ciekawie.
Znowu swej ziemi poznać nie mogli.
— Patrzaj no, rzekł jeden — kiedyż się to stało? jednej niedospanej nocy? albo wczoraj widzieliśmy źle, albo dziś widzimy nie dobrze? hej! hej to oczy łudzą!
— To są mgły poranku! rzekł drugi.
— To są fantazye świtania, dodał trzeci.
— To są chyba cuda boże! krzyknął czwarty.
— Nie wierzę, aż się ich dotknę, chrypliwie ozwał się pierwszy. I skwapliwie chciał iść, ale kroki jego były nieśmiałe, nóg zapomniał stawiać i obawiał się stąpić, a ci co za nim szli padali.
I co który upadł, to się rozsypał po piasku jak rozerwany rożaniec... odtoczyła się głowa daleko, porwały się ręce na kawałki, połamały nogi... Drudzy je zbierali i składali nieboszczyka i owijali całunem, dawali mu kij w ręce, popychając ażeby dalej stąpał, ale i im z kolei szkielet się rozpryskał, gdy go w ruch wprawić chcieli... I miotali się tak bezsilni — a słońce coraz z za mgły się dobywało. Niebo całe było zarumienione jakby pożar gorzał na drugiem półsferzu...
Ujęły się trupy za ręce, splotły kośćmi, podparły i szły zwolna... a wiatr którego nie czuć było, miotał nimi jak kartą papieru i z całunami ich szydersko się bawił.
Szli tak, aż przyciągnęli się do jednego gmachu, i pierwszy starzec niecierpliwie dotknął się ręką, pokiwał głową... Wszyscy za nim poczęli probować ściany i rzędem z pochylonemi na piersi czaszkami stanęli u muru. Jakiś wielki smutek ich ogarnął.
— Cegły pobrali z grobowców naszych do nowego gmachu! zawołał jeden, wszystko to stare tylko sklejone na nowo.
I powlekli się potem na pole... w polu bujały już rosnące w oczach zboża, chwycili po garści i dziwili się jeszcze bardziej...
— Zkąd siła zbożowa? rzekli, wszak ona tylko z naszych prochów powstać mogła? zkąd ziarno? wszak ziarno wszelkie zsypaliśmy na sen do trumien naszych...?
Słońce wschodziło już i starców ogarnął przestrach jakiś wielki, gdy rąbek jego złocisty ukazał się nad horyzontem... ruszyli co prędzej biegnąc do swych mogił, aby się w nich ukryć, ale już było za późno... popadali i roztrzęśli się, poroztaczali po kawałeczku, a kości gdy słońce przygrzało rozsypały się w proch... a z miejsc kędy padali opar podniósł się od ziemi ku niebu.
Widok był wspaniały, z wczorajszego pobojowiska nie pozostało ani śladu, z ruin ani cegły, z pustyni ani jednej wydmy i moczaru, wszystko zieleniło się, bujało śmiało, a ludzi wszędzie było pełno w wielkim ruchu i weselu.
A tłum ten był jako jedna rodzina, bez różnicy ubioru, twarzy i myśli, podawali sobie ręce spotykając się i wdzięcznie uśmiechali do siebie.
Był to ranek nowego wieku.
W tem pomiędzy widokiem tym a mną prześliznęła się chmura gęsta i zakryła mi znów wszystko. Żal mi się zrobiło ziemi, ale wiatr rozpędzał już mgły i znowu przeświecił mi się kątek naszego padołu...
Nie mogłem objąć wiele, czy byłem bliżej ziemi czy ziemia przybiegła do stęsknionego, ale wielki widnokrąg ograniczał się teraz małym obrazkiem.
Ujrzałem puszczę gęstą skałami poprzerzynaną szaremi, drzewa prastare wyrastały jakby z kamieni, korzenie zapuszczając w szczeliny; pnie sosen były jak słupy proste, wzniosłe i w górze tylko ukoronowane zielonem sklepieniem liścia. Na skałach, których ręka ludzka nie połupała, widać było pleśń wiekową, płachtami leżały na nich stare narości mchowe... Pomiędzy niemi z gór sączył się strumień i bełkocąc leciał mętny w dolinę...
Gdzieniegdzie jak kości z mogiły sterczące na pobojowisku, wybiegała skała do góry łysa pnąc się ku niebu, przerastała ogromne sosny; pięła się wysoko obłysiałym wierzchem, który słońce przepalało.
Miejsce było dzikie, posępne i ciche, tylko drzewa szumiały i strumień bełkotał... I stało mi się dziwnie, żem we śnie mógł zrozumieć mowę sosen i mruczenie wód, które na jawie niepojętemi były dla mnie. Sosny spiewały bardzo harmonijnym chórem pieśń wielką; zdało mi się jakbym w nich widział olbrzymów kołyszących wnuki w kolebkach...
— Mrowię przechodzi i ginie, depcą je nogi, spłukują wody, unoszą burze... z żywota garść kału, z garści kału żywot nowy... nie płaczcie, nie płaczcie dzieci...
Wielki świat, piękne morze, lazurowe góry, ale noc wszystko zaćmi i zginie wszystko... a słońce wnijdzie i wszystko odrodzi.
A strumień mruczał...
— Co mi po wieczności? wiecznie płynąć i wiecznie się rozbijać i zawsze być pochłoniętym... Ja chcę stać i błyszczeć..
A sosny szumiały...
— Staniesz i będziesz błotem i trzęsawiskiem, a słońce cię wyssie... szaleńcze! a nuże, do morza, a nuże!
— Wy stoicie zawsze, ja lecę wiecznie.
— I my runiemy... patrzym tylko, aliści nadejdzie burza co spać położy i gnić każe...
— O! zgnoję was z rozkoszą... mruczał potok... stare trupy co mi się naigrawacie swoim spokojem...
A sosny wciąż szumiały jedno:
— I zginie wszystko i wszystko się odrodzi...
Aż ucichły powoli... co raz ciszej szepcąc, potok umilkł także, nie rozumiałem ich już, bo wyszedł człowiek na skałę i siadł na niej. Twarz miał mi znajomą od kilku tysięcy lat, widziałem ją pożyczaną z teatralnej garderoby ludzkości przez wielu biednych ludzi... Była to zawsze taż sama maska blada, żółta; oczy wpadłe, skroń wyschła, wypukłe czoło...
W piersi człowieka gotowało się, wrzało, kipiała jak w kotle, chwytał za nią ciągle, to brał za czoło, które gorzało także, a czaszka mu parowała jak rozpalone żelazo. Siadłszy począł mówić na przekorę drzewom.
— Głupi świat... Szyderstwem człowiek, co miał być jego koroną... męka tylko i zawody na każdym kroku... o kamienie rozbijają się nogi, o chmury roztrącają się czoła, o ludzi kaleczą się piersi, gawiedź ściska ci ręce... po co żyć? Uśmiechnął się... Głupie życie, co jest prawdą a co fałszem? dziś to a jutro drugie. Obudziłem się zwierzęciem, wyrosłem na anioła, dojrzałem na człowieka, zestarzałem na diabła, a sakwy podróżne puste i pierś niesyta, jeść nie ma co... otręby... A jednak... jednak coś żyje we mnie z czem świat nie w zgodzie, czemu świata za mało, coś co się rwie dalej, wyżej... czemu tu tęskno?.. Nie mam może duszy a czuję się Bogiem, nędzny jestem a wiem, żem silny; wszystkiemum zaprzeczył choć wiem że mi w coś wierzyć potrzeba; kto mi powie, komu... i czemu?.. Ja chcę cudu... niech się stanie cud...
Pomilczał, posłuchał i znowu począł się dręczyć.
— Gdy ciało umrze, dusza uleci i zapomni, czego się w niem uczyła, po cóż się uczyć? po co cierpieć? a jeśli będzie pamiętać wszystko, po co wstyd ma za sobą wlec niezmazany?
Siedział i rzucał wyrazami jak kamieniami na wodę, leciały one, marszczyły powierzchnię i tonęły w głębinach. Gdy podniósł głowę na przeciwnej skale ujrzał jakby odbitą w zwierciedle postać własną, ale uśmiechniętą dobrodusznie i szydersko... wpatrzył się w nią długo...
— Coś ty za jeden? zapytał.
— Jam nicość, a ty? rzekł duch..
— Jam zgnilizna...
— Podobni jesteśmy do siebie.
— Po co ty mi urągasz?
— Dla czego szydzisz ze mnie?
— Jesteś złudzeniem...
— Jesteś marą...
— Odstąp!..
— Idź precz...
I zadrzał człowiek i począł płakać, a duch się uśmiechał...
— Chory jesteś, rzekł...
— Nie jam chory, odparł człowiek, ale świat jest opętany, głupi, niepojęty.
— Cóż się stało na świecie, jedno słońce zaszło i jedna nowa wschodzi jutrzeńka.
— A ze słońcem zgasła prawda... a z jutrzenką wschodzi nowy fałsz... I nie wiem już, co fałszem jest a co prawdą, i nie wierzę w nic a rozpacz przywodzi mnie do szaleństwa... Patrzaj na zgliszcza, groby, ruiny, słuchaj krzyków, policz trupy, i przypatrz się kto zwyciężył... a nie będziesz mnie pytać... Nie widzę Boga...
— Powinieneś go czuć.
— Nie czuję go...
— Powinieneś weń wierzyć...
— Nie wierzę w niego...
— Trupem jesteś, połóż się w mogiłę i spij, wstaniesz za tysiąc lat rzeźwiejszym...
— Więc cóż jest prawdą? sen czy życie?
— I sen i życie i wszystko... prawdą jest — jutro, odparł duch. Ty czynisz jako ludzie złej wiary czynić zwykli, którzy z wielkiego dzieła wystrzygają paradox i rzucają nim w głowę pisarzowi... czytajże xięgę do końca...
— Nie stanie życia...
— Załóż xięgę gdzieś przestał i oddaj ją następnemu pokoleniu, ono znajdzie zagadkę xięgi żywota.
— A ja? spytał człowiek.
— Dla czego ty! czemu ty sam masz dojść do ziemi obiecanej prawdy? Wstąp na wyżynę a ujrzysz ją, ale nie dosięgniesz jej, boś zwątpił o Bogu.
— Nie widzę jej z wyżyny! tęsknie płakał człowiek...
— Powinieneś ją czuć...
— Nie czuję...
— Powinieneś w nią wierzyć...
— Nie wierzę...
— Trupem jesteś powtórzył duch znowu i zamilkł.
A potem mówił powoli.
— Dla czego nie mogąc doczekać jutra nie zajrzysz do wczora? Z końca w koniec przez tę xięgę wije się myśl jedna, nie doczytasz ostatka, zwróć się do początku... Jestli tam co innego nad to co było wczoraj i co będzie jutro, zawsze jedno i niezmienne?
Czemu nie płakałeś nad Rzymem, gdy się padać zdawał mając się odrodzić? czemu nie rozpaczałeś nad Kartagą i nad Troją? Przecież z gruzów wyniesione Bogi, i wyszli starce i wybiegły dzieci, przeszłość i przyszłość, wspomnienia i nadzieje... przecież z mogił powstawały trupy, z ruin grody... a nic nie umarło...
I znikł duch, a człowiek obejrzał się i zatęsknił za nim choć go męczył... kroplami pot krwawy padał mu z czoła, łzy się mieszały z posoką i ze skały toczyły się zwolna w dół mętne. Ptaszki leśne przyleciały i spiewając piły je i szczebiocząc... a trzepotały skrzydełkami z radości nad pokarmem i napojem.
Bolejący człowiek myślał, czy prawdą były jego boleści czy ich wesele...
Z wierzchołka skały po nad lasy i góry widać było daleko... cały świata szmat spalony na węgiel... ale na popieliskach już poczynały zielenieć trawy na miejscu kilkuset zwalonych sosen, miliony listków porastającej darniny.
Obłok przeszedł znów pode mną, znużony patrzałem już nie widząc, nie myśląc co się stanie z człowiekiem, którego z oczów straciłem niewiedzieć jak i kiedy... Litowałem się nad nim jak senny, roztargniony, serce mi doń nie biło.
Chmura na której spoczywałem zmieniła się w zimne marmurowe wschody jakiegoś niezmiernego gmachu, w którego głębinach, słupach, sklepieniach, krużgankach i portykach ginął wzrok, niemogąc ich końca doścignąć.
Był to jakby ul olbrzymi z niepoliczonemi we wnętrznościach komórkami... Na próżno pragnąłem zatrzymać się, aby go obejrzeć, siła jakaś gnała i pchała mnie w dół i leciałem co raz szybcej, aż ostatniego dosiągnąwszy stopnia zleciałem na ziemię.
Lżej mi było, bo mi się zdało, że sen się skończył i że w ostatku dotknąłem rzeczywistości... padłem na murawę chcąc odpocząć sobie. Trawa była zielona i miękka, powietrze świeże i ożywiające, sen począł mi kleić powieki, ale w tem spostrzegłem przy sobie jednego z owych starców w całunie, którzy się w mych oczach w proch rozsypali i rozwiali we mgłę. Budził mnie uśmiechnięty, odmłodzony, wesoły...
Byłbym go nie poznał może, ale całun zarzucony miał na plecy i obwinięty nakształt pleda a kijem zakrzywionym wywijał... choć obojga już zdawał się nie potrzebować wcale.
— Chodź i patrz, zawołał, odżyliśmy — my — cośmy byli pomarli i zginęli — aleśmy silniejsi wskrzeszeni, bośmy zrozumieli śmierć i życie. W mogile także uczy się człowiek bardzo wiele... Nie poznajeszże tego kraju? patrz, ten sam jest... ale piękniejszy, nawet groby nasze stanęły na nowo... i, o dziwo! modlą się u nich ci, co je burzyli!
Wszystek strach życia jest próżny i wszystek strach śmierci dziecinny... Sen i jawa, śmierć i życie, jedno jest, tylko w innych rozmiarach... Nie lękaj się, wstań a idź.
Chciałem wstać, alem nie mógł, a wstyd mi było, bo do koła przy starcu zjawiały się coraz nowe twarze, nowi przybysze z tamtego świata dobrze znajomi, oddawna pomarli lub przynajmniej za umarłych miani... Wszyscy widocznie śmieli się ze mnie... usta moje krzywiły się przez grzeczność do uśmiechu niemożliwego dla nich, ale na sercu było mi ciężko.
— Co ci to jest? spytała matka powoli podając mi rękę — to wszystko snem było tylko — spałeś niespokojnie, krew ci stąpała po piersi, dusiła cię falami. Wstań, patrz... oto kolebka twoja, oto muśllinowe z zielonem jej obsłonki, oto śniadanie gotowe w sali i dzień wiosenny na przechadzkę woła, jodły ogrodu szumią nad rydzami, które się w nocy urodziły a wieczorem zjedzą...




W istocie przebudziłem się w tej chwili, pod oknami piechota saska grała mi marsza idąc z jednego obwachtu na drugi... poznałem w nim poczciwego staruszka Dotzaura... U drzwi policyant dzwonił natarczywie się dobijając z kartą pod pieczęcią, wzywającą na pół do dwunastej do bióra pana dyrektora...
Uśmiechająca się zwycięzko twarz z wąsikami blond dobrze znana komisarza opiekuna obcych, przesuwała się ulicą...
Oczewiście marzenia się rozwiały... sen skończył. Byłem znów w Dreznie.

Dnia 5 Września 1864.
Dnia 14 Października 1865.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.