Tutaj jest moja chata: cztery bielone ściany I dwa niewielkie okna... Tutaj jest moja chata... A tam zaczarowany, i znany i nieznany, I wciąż inaczej nowy rozciąga się krąg świata. Tu noc mnie ciszą wita i miękkość snu podkłada Pod rozmarzoną głowę... Tu noc mnie ciszą wita... A tam, gdy tylko zgaśnie ostatnia gwiazda blada, Wzywa mnie chwila nowa i jeszcze nieprzeżyta.
I tak mi się rozdziela to wielce proste życie, I tak się snuje naprzód nieuchwytnemi dniami— I jakbym wszystko wiedział, wiedzący to w zachwycie: Że chata ma jest tutaj, a świat — za jej oknami.
Z uciszonego sadu cienistej gęstwiny,
Za płot przechylające swych jagód nawiesie,
Rozśmiały się do słońca dwie obok kaliny,
Co wszystko wkoło widzą, nie wiedząc, jak zwie się.
I chłoną świat, i ciepłem dnia sycą się chciwie,
I czerwienią się mienią w promiennej kurzawie,
I patrzą w zapłonieniu, zachwycie, zadziwie,
Jakby świat po raz pierwszy zoczyły na jawie.
Na blado-lazurowem chłodnem nieba płótnie
Rozpuszcza, niewidzialny, z ukrytego pendzla
Karminowe rumieńce dowolnie, rozrzutnie —
I naświetla się niemi każda mgiełki frędzla.
Dodaje trochę złota, wszywa jego nici,
Fantastyczny ornament tworzy w krótką chwilę,
Wprawnie ciepłą purpurą ogromne tło syci
I nurza je, i kąpie w jasnym drżącym pyle.
Potem kolory łączy, miesza i zespala,
Rozgrzewa, miota całą ich gamę rozmyślnie,
Aż, mając stop kosztowny, mieniący się zdala,
Na to pyszne bogactwo pomysł słońca ciśnie!
Pejzaż drga życiem samem — jak ono się zmienia,
Tchnąc mądrością odwieczną, która jest bez zmiany...
Ach, najlepszą znasz sztukę, co nie ma imienia,
Ty, cudowny, genjalny malarzu nieznany!
Iść ścieżką wśród żyta, chwytać w palce kłosy grube,
Pochłaniać nozdrzami chlebny zapach świeży,
Słuchać szumu wiatru, który zbóż potrząsa czubem,
I suchego jego szeptu, co wśród pól się szerzy...
W sercu wówczas radość, wielka radość wzbiera,
Śmiać chce się i śpiewać — i śpiewać wesoło.
Niski jęczmień długie wąsy do góry zadziera,
Różowieją miodne gryki na uciechę pszczołom...
W jednostajny kłosów chrzęst rozgwarów bez liku
Muchy, bąki i ukryte przepiórki wplatają,
Rozsypuje się jak piasek syk polnych koników —
A myśli me jak skowronki fruwają, bujają...
Choć się nałykałem z książek kłamstwa wiele,
Czuję tu, że jestem sobie chłopem prostym,
Pozłaziły ze mnie politury i pokosty —
Kocham ziemię czarną i surową zieleń.
Kocham pól obszary, w zbóż porosłe grzywy,
Wzgórza i rozdoły, pylnych dróg dywany.
Tak rozkosznie stąpać boso po ziemi rozgrzanej,
Kiedy jest się zdrową, jarą młodością szczęśliwym!
Z punktu, co był początkiem, jako promień śmigła,
Raz kiedyś wybłysnąwszy, już wciąż naprzód leci,
Przekłuwa czas i przestrzeń, niby cienka igła,
Aż ginie wydłużona w mgle przyszłych stuleci.
Ale jak jej początku, tak końca nie znamy,
Może z wszechmocnej Boga wymyka się dłoni,
Śpiesząc w nieskończoności zatrzaśnięte bramy?
A życie, płynąc różnie, zawsze płynie po niej...
Pod serwetą wonna warstwa siana,
Na serwecie opłatków książeczka —
Znów cię widzę, chałupo kochana,
Chłopska chato, znana mi od dziecka.
Ze stodoły weź, ojcze, snop żyta
I tu w kącie, jak co roku, postaw.
Niech zadzwoni, niech do nas zawita
Święta Wilja, po dawnemu prosta.
Gwiazdy same podejdą do proga,
O dzieciństwie śnieg kolędę zanuci! —
Powróciłem, matko moja droga,
Jeszcze nieraz odejdę, by wrócić.
Jak za przeszłych wigilijnych wieczorów,
Znów dziś Chrystus rodzi się w stajence,
Ojcze, matko! całuję z pokorą
Wasze szorstkie, twarde, chłopskie ręce.
Jak przez pryzmatu grube krystaliczne szkło,
Łamały się promienie w iskrzące kolory.
Rzucone na rozpięte za szybami tło,
Przesuwały się złudne ranki, dni, wieczory.
Bawiłem się prześlicznie w swoim domku sam,
Aż wreszcie zagrzmiał we mnie głos od pragnień krwawy:
Twe oczy się wpatrują tylko w piękny kłam,
Czas nadszedł, byś przewidział — dosyć tej zabawy!
Trzasnę w szyby, zaskomli szklany jęk jak pies,
Otworzy się naoścież okno, niby furta —
Wyskoczę w zmierzch od chłodnej rosy wilgny łez,
By wykąpać się w świeżych, rzeźwych prawdy nurtach!
Znowu wiosna świeżo jak wiśnia zakwitnie,
Młodziutka dziewczyna w bielutkiej sukience,
Oczy będę pieścił runem runi żytniej,
Którą biegle rozczesują ciepłych wiatrów ręce.
Uśmiechem się czułym z ziemią porozumiem,
Będę lasów słuchał, polom będę śpiewał,
A w pachnącym zmierzchu, cichnącym poszumem
Przywołany, wycałuję wszystkie w sadzie drzewa
Wezmę liści zieleń radosną i młodą,
Kwiaty dni pogodnych, dni słoneczne kwiaty,
Położę je w sercu, by, rozkute z chłodu,
Wystrzeliło tryumfalnie miłości szkarłatem.
Oczy twoje w uśmiechu lśnią się, jarzą i płoną,
Płatki warg twych stulone kwitną żywą czerwienią,
Kto cię kochał już przedtem, kto cię tulił w pragnieniu,
Kto już palce w twych włosów nurzał bujność zgęstwioną?
Masz twarzyczkę dziecięcą; gdy radośnie się śmiejesz,
Jesteś taką serdeczną, taką śliczną dziewczyną!
Komuż w oczy z twych oczu wierna miłość powieje,
Kto z ust twoich pić będzie słodycz mocną jak wino?
Srogie, srogie jest życie — lecz życie jest piękne.
Jest szczere złoto w sercu — jest miedź w głębi ziemi.
Na środku leśnej drogi wzruszony uklęknę
I pocałuję drogę ustami ciepłemi.
Jest miłość, wietrzyk płochy, zwiewny kaprys chwili.
Lecz jest i miłość trwała — jest i miłość taka.
Porucznik Glahn nad Ewą nieżywą się schyli,
I serce mu jak struna zacznie w piersi płakać.
Jeśli wiedzieć chcesz, czemu wszystko tak wypadło,
Spytaj pyłu na drodze, spytaj gwiazd na niebie.
Przyjacielu, chodź, wyjmę z kieszeni zwierciadło,
Słońcem na twarz ci chlusnę — i oświecę ciebie.
Dosyć już nudnych krzyków, wymyślnych frazesów,
Których hałas jarmarczny prawdę nam zagłusza!
Dosyć humbugu, reklam, kłamstwa i business’u —
Znowu, znowu potężnie odezwie się DUSZA!
Znowu czyste lazury jaśnieć zaczynają
Zza czarnych, brudnych chmurzysk zasłony plugawej.
Błękit w oczy nam zajrzy fijołkami maju,
I otworzymy wrota do wiosny, do sławy!
Spłynie żywe natchnienie, jak ogień niebieski,
I duch się w niem oczyści, rozrośnie, rozpali:
Nie wstrzymają go kraty, ani przegród deski,
On łaknie lotu pełni, swobody, oddali!
W serca, chytrze dławione, sznurami związane,
Żywioł buntu się wciska i wzburza w nich krew —
Zerwą sznury, i miłość będzie świata panem,
I zagrzmi wolny, pięknem tryskający śpiew!!