Przejdź do zawartości

Wiatronogi/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wiatronogi
Wydawca Księgarnia J. Czerneckiego
Data wyd. 1919
Druk Drukarnia J. Czerneckiego
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Tłumacz Gustaw Daniłowski
Tytuł orygin. Холстомер
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


LEW TOŁSTOJ
WIATRONOGI
SPOLSZCZYŁ
GUSTAW DANIŁOWSKI
WARSZAWA — KRAKÓW
NAKŁADEM KSIĘGARNI J. CZERNECKIEGO
DAWNIEJ KSIĘGARNIA SP. WYD. POLSKIEJ



DRUKARNIA J. CZERNECKIEGO W KRAKOWIE.






I.

Sklepienie nieba stawało się coraz głębsze, zorza rozlewała się szerzej i szerzej, bielało matowe srebro rosy, sierp księżyca stawał się coraz bledszy, las rozbrzmiewał coraz donośniej. Na wsi wszczynał się hałas i ruch, a w dworskiej zagrodzie dawało się słyszeć parskanie stadniny, szelest słomy, a czasem gniewny, przeraźliwy kwik tłoczących się u wnijścia koni.
— No! zdążysz — przegłodziłyśta się — mruczał stary pastuch Fedź, otwierając szeroko wrota. — A pójdziesz! — krzyknął, zamierzając się na jedną z klaczy, która parła się naprzód.
Fedź miał na sobie wyszarzaną ściągniętą pasem świtę, za pasem węzełek z chlebem, w ręku siodło i uzdeczkę i, oznakę swej władzy — bat, zarzucony przez plecy.
Konie zachowały się dość obojętnie wobec łajań pastucha: nie okazały mu ani śladu obrazy lub obawy, lecz udając, że je to nic nie obchodzi, odeszły powoli od wrót; jedna tylko stara patłata klacz, położywszy uszy po sobie, szybko odwróciła się tyłem, przyczym któraś z młodszych kobyłek, kwiknąwszy, szturchnęła zadem pierwszą lepszą ze swych towarzyszek.
— Ano! — z groźbą w głosie huknął jeszcze donośniej Fedź, poczym skierował się w kąt zagrody, gdzie pod daszkiem stał samotnie stary, srokaty wałach.
Koń ten wbrew reszcie stada nie okazywał najmniejszego zniecierpliwienia, lecz zmrużywszy oczy lizał dębową belkę stodoły. Co za smak znajdował srokacz w tej operacyi — trudno określić, dość, że czynił to z powagą i z namaszczeniem.
— Może i ty jeszcze będziesz brykał — mruknął pastuch, kładąc koło niego na ziemi wyłojoną derkę i siodło.
Srokacz przestał lizać i, jakby w osłupieniu, wpatrywał się w Fedzia. W tym jego spojrzeniu niepodobna było wyczytać — ani radości, ani smutku, ani gniewu; patrzał długo, poczym wciągnąwszy brzuch, westchnął niezwykle ciężko i odwrócił się. Pastuch objął go za szyję i, zakładając tręzlę, rzekł: „Czemu wzdychasz“?
Wałach machnął niedbale ogonem, jakby chciał powiedzieć: „Ot, nic! tak sobie — Fedziu“!
Fedź tymczasem włożył nań derkę i siodło — przyczym srokacz na znak niezadowolenia skulił uszy, za co otrzymał epitet — psiakrew! i poczuł ściąganie popręgi, wobec czego zaczął się nadymać — ale wsunięty między zęby palec i uderzenie kolana w brzuch, zmusiło go wypuścić powietrze. Pomimo to, gdy pastuch podciągnął zębami popręgi, srokacz raz jeszcze skulił uszy, a nawet się obejrzał, bo, chociaż wiedział, że to wszystko do niczego nie doprowadzi, uważał za stosowne objawić swe niezadowolenie i dać do zrozumienia, że zawsze protestować będzie.
Po osiodłaniu srokacz, odstawiwszy w bok swą prawą spuchniętą nogę, zaczął żuć wędzidło, niewiadomo po co, gdyż miał aż nadto sposobności przekonać się, że żucie wędzidła nie przedstawia dla smaku żadnej przyjemności. Fedź tymczasem wgramolił się po krótkim strzemieniu na siodło, rozplątał bat, wyciągnął z pod kolan fałdy swej świty, poczym usadowiwszy się w specyfistyczny sposób, właściwy pastuchom, zebrał cugle. Wałach podniósł głowę na znak, że gotów do drogi; nie myślał jednak ruszać, wiedząc, że jeszcze nie czas, że jeszcze będzie dużo krzyku, nawoływań i wymyślań pod adresem koni oraz młodszego pastucha Stefana.
Jakoż rzeczywiście — Fedź zaczął wołać: „Stefan, Stefan — puszczaj matki, gdzieżeś się podział u licha — śpisz psiakrew! Otwieraj! naprzód matki“!
Po chwili, prowadząc konia za tręzlę, ukazał się Stefan zły i zaspany i zbliżył się do wrót.
Skrzypnęły wierzeje i wnet cała stadnina: młode klaczki, ogierki, źrebięta i ciężarne matki, stąpając ostrożnie i obwąchując po drodze słomę, zaczęły mijać kolejno wrota. Młodsze konie tłoczyły się u wyjścia i, zakładając jedne drugim na szyję głowy, przebierały kopytami na progu, za co im co chwila wymyślał parobczak.
Źrebięta rzucały się ku własnym, a nieraz i cudzym matkom i odzywały się rżeniem donośnym na wołania swych rodzicielek.
Jedna młoda kobyła, łobuz jakich mało, minąwszy wierzeje, zagięła szyję i kwiknąwszy wierzgnęła raz i drugi, nie ośmieliła się jednak wyprzedzić szpakowatą, popstrzoną hreczką Żułdykę, która powolnym ciężkim krokiem poważnie stąpała, jak zwykle, na czele stada.
W parę minut zagroda, przed chwilą tak pełna życia, opustoszała zupełnie, pozostały jedynie smutnie sterczące słupy i stratowana, powalana gnojem słoma.
Wałacha, chociaż był przyzwyczajony do tego widoku, obraz ten napełnił widocznie smutkiem, gdyż westchnął o ile mu pozwoliły ściągnięte popręgi, machnął parę razy głową i wlokąc swe osłabione i popsute nogi ruszył za stadniną, unosząc na kościstym grzbiecie starego Fedzia.
— Wiem teraz — myślał sobie wałach — jak tylko wyjedziemy na drogę, zacznie się krzesanie ognia i zapalenie drewnianej fajki z miedzianą skówką i łańcuszkiem; no, to jeszcze nieźle — zapach ten przy rannej rosie jest dość przyjemny, a jeszcze przyjemniejsze związane z nim wspomnienia. Zło się kryje w tym, że paląc fajkę stary nabiera animuszu i dla fanfaronady siada bokiem, a nie ulega wątpliwości, że siądzie na prawą stronę, gdzie mam tę nieznośną ranę. Choć — niech go tam! — dla mnie to nie nowina cierpieć dla cudzej przyjemności, zaczynam nawet znajdować w tym jakąś dziwną, końską przyjemność... ergo udawaj sobie zucha, siadaj bokiem — filozofował wałach i stawiając ostrożnie nogi kroczył środkiem gościńca.


II.

Przypędziwszy stadninę na pastwisko nad rzeką — Fedź zsiadł i rozsiodłał wałacha, stado zaś zaczęło się rozpraszać po niestratowanej łące, pokrytej rosą i oparami, które się podnosiły od opasującej łąkę rzeki. Po zdjęciu tręzli Fedź podrapał srokacza pod brodę, wzamian za co wałach przez wdzięczność przymknął oczy.
— Lubisz, bestyo! — zaśmiał się Fedź.
Jakkolwiek wałach nie znajdował żadnej przyjemności w owym drapaniu — przez delikatność zaczął udawać, że mu to sprawia niewypowiedzianą rozkosz i kiwnął potakująco głową. Gdy naraz bez żadnego wyraźnego powodu, a może zgorszony tą chwilową poufałością, która mogła wbić wałacha w zbytnią dumę — Fedź szturchnął srokacza pięścią w nos i ściągnął go sprzączką uzdy po żebrach, poczym w milczeniu odwrócił się i oddalił w kierunku pagórka, na którym zwykle siadywał... Wałach nie dał poznać po sobie, że jest dotkniętym tym, co zaszło, powoli powlókł się w kierunku rzeki, szczypiąc dla rozrywki pobliskie trawy. Stary wiedział z doświadczenia, że najhygieniczniej, zwłaszcza w jego wieku, naprzód napoić się do syta, a potem brać się do jedzenia. W tym celu wyszukał brzeg jak najmniej stromy, wszedł po pęciny w rzekę i począł ciągnąć wodę przez popękane wargi, robiąc zlekka bokami i machając z rozkoszą przerzedzonym ogonem.
Spostrzegłszy go wilczata klaczka, która miała pasyę dokuczać staremu, nieomieszkała i tym razem przebrnąć mu pod nosem, by zmącić wodę — srokacz jednak zdążył już ukoić pragnienie, więc udając, że nie zauważył jej złych zamiarów, flegmatycznie powyciągał z błota swe więznące nogi i jął się paść w odosobnieniu od reszty stada. Jadł nie prostując się trzy godziny z okładem, aż mu brzuch napęczniał i obwisł jak worek na wygiętych żebrach — poczem umieściwszy się jak można najwygodniej na wszystkich czterech obolałych nogach, z których przednia prawa dokuczała mu najwięcej — spróbował zasnąć.
Zdarzają się rozmaite rodzaje starości. Bywa starość wspaniała, starość brzydka lub godna politowania.
Czasem jednak zdarza się starość i brzydka i wspaniała zarazem. Taką właśnie była starość srokatego wałacha.
Był to koń rosły — trzy werszki z górą. Niegdyś musiał być srokato-gniady; dziś gniade jabłka stały się brudno-burego koloru. Długa poskręcana grzywa była również pstra, w przerzedzonym ogonie widniały pasma włosienia siwe i bure.
Na wyniosłej, wychudłej, rzekłbyś drewnianej, szyi wisiała niezgrabnie wielka koścista głowa z dołami nad oczyma i obwisłą, spękaną, niegdyś czarną wargą, z poza której wyglądał ciemny zwinięty na bok język i żółte resztki spiłowanych zębów. Uszy, z których jedno było rozdarte, spuszczały się nizko i przy zbytniej dokuczliwości much poruszały się leniwie. Za uchem sterczały długie końce grzywy nastroszonej nad czołem. Na wielkich szczękach wisiała workowata skóra, z pod której na mordzie i szyi przeglądały żylaste węzły, drgające nerwowo przy każdem dotknięciu owadów.
W wyrazie twarzy malowała się niezwykła cierpliwość, bolesny smutek i zamyślenie. Przednie nogi były kolankowate z opojami na obu kopytach, a powyżej pęciny prawej, łysej widniała narośl wielkości pięści. Zadnie — przedstawiały się znacznie lepiej, choć również były mocno wytarte na udach, widać bardzo dawno, gdy sierść już nie porastała na bliznach. Wszystkie cztery nogi w stosunku do chudego korpusu raziły nieproporcyonalną długością. Wygięte żebra wystawały tak mocno i tak szczelnie były obciągnięte skórą, iż zdawało się, że skóra przyschła między żebrami. Nogi i krzyż były pełne blizn dawnych, a z tyłu widać było świeżą, opuchniętą ranę; prócz tego na zadzie, z którego wystawała prawie naga, karbowana nasada ogona, widniała głęboka, jakby wydarta zębami, jamka, porosła rzadką, białą sierścią. Ogon i kolana tylnych nóg były stale powalane z powodu wiecznie popsutego żołądka.
Pomimo wszystkich tych wstrętnych cech starości ogólny wygląd wałacha dawał wiele do myślenia; znawca odgadłby od pierwszego rzutu oka, że w swoim czasie był to koń nielada. Dobry znawca powiedziałby nadto, iż w całym kraju istniała jedna rasa, jedno jedyne stado, które mogło wyprodukować taką mocną kość, tak potężne ścięgna i cienką nogę, tak osadzoną szyję, a zwłaszcza taką głowę, wielkie i jasne oko i owe wysoce rasowe węzły żył na szyi, delikatną skórę i miękki włos. W istocie było coś wspaniałego w postawie tego konia, w owym dziwnym połączeniu wstrętnych cech zgrzybiałości, spotęgowanych pstrokacizną maści, ze znamionami pewności siebie i spokoju, płynącego z poczucia własnego piękna i świadomej siły.
W pobliżu srokacza słychać było tętent, prychania i młode rżenie rozsypanej po pastwisku stadniny — on zaś stał pośród posrebrzonej rosą łąki samotny i nieruchomy, jak żywa i nieruchoma ruina, obojętna na gwar i zgiełk nowego życia.


III.

Słońce wytoczyło się ponad las i silnie błyszczało na trawie i skrętach rzeki, rosa schła, jak dym rozpływały się ostatnie mgły poranne; obłoki marszczyły się, lecz wiatru jeszcze nie było. Za rzeką sterczały zielone poskręcane w rurki źdźbła żyta i unosił się zapach świeżej zieloności i siana.
Z gęstwiny lasu odzywała się kukułka, a Fedź, leżąc do góry brzuchem, liczył, ile mu lat życia jeszcze pozostało.
Skowronki z pieśnią wzbijały się ponad łanem zboża i łąkami.
Jakiś śpioch zając, spłoszony przez pasący się tabun, wyskoczył na otwarte miejsce, przycupnął pod krzakiem i nadsłuchiwał; w końcu, przyczaiwszy się w trawie, zasnął na nowo.
Konie, chcąc go ominąć, rozeszły się po większej jeszcze przestrzeni i rozsypały się po dolinie. Starsze klacze parskając i znacząc po rosie błyszczący ślad za sobą, szukały odosobnienia, chociaż właściwie już się nie pasły, a tylko wybierały na deser najsmaczniejsze trawki. Całe stado powoli posuwało się w jednym kierunku, który wskazywała stara Żułdyka, krocząc jak zwykle na czele.
Zachowanie się koni w stadzie było bardzo rozmaite stosownie do wieku, stanu i usposobienia.
I tak, kara Muszka, źrebna po raz pierwszy wciąż drżała cichutko i, podnosząc ogon, prychała na swego liliowego źrebaka. Gdzieindziej znów cokolwiek starszy źrebak, zadarłszy swój krótki, kędzierzawy ogonek, coś po raz dwudziesty któryś galopował wokoło swej matki, która znając już widocznie temperament syna, spokojnie szczypała trawę, mierząc go tylko od czasu do czasu ukośnym spojrzeniem wielkich czarnych oczu.
Za to jeden z najmłodszych źrebiaków — kary pędrak z wielką głową, sterczącą nad czołem grzywką i ogonkiem, zwiniętym jeszcze na tę stronę, na którą był zagiętym w łonie matki, nastawiwszy uszy i wytrzestrzywszy bezmyślnie oczy, patrzał w ogłupieniu na niezmordowany galop kolegi, zazdroszcząc mu, czy też się dziwiąc, po co tak się trudzi.
Naogół źrebięta ssą, niektóre tylko niewiadomo z jakiego powodu pomimo nawoływań matek biegną drobnym, niezgrabnym truchtem w przeciwną stronę, jakby czegoś szukały, i raptem bez wyraźnej przyczyny zatrzymują się i rżą rozpaczliwie przeraźliwym głosem.
Niektóre znów leżą drapiąc się tylną nogą za uchem lub ucząc się szczypać trawę.
Dwie jeszcze źrebne klacze spacerują oddzielnie, stąpają ostrożnie i pasą się jeszcze. Widać, że ich stan wzbudza ogólny szacunek, bo nikt z młodszych nie śmie im przeszkadzać — a jeśli nawet który przysunie się w ich stronę — dość jednego ruchu ogona lub ucha, by zrozumiał całą niestosowność swego postępku.
Starsze źrebaki i klaczki udają powagę dorosłych: rzadko podskakują i nie zadają się z tak zwaną „wesołą paczką“, którą stanowią dwuletnie, trzechletnie i jeszcze jałowe kobyłki.
Paczka ta odznacza się niezwykłą wesołością — kwik, tętent, rżenie i parskanie rozlega się pośród niej bezustanku.
Chwilami skupiają się, zakładając jedna drugiej głowy na karki, obwąchują się i brykają — to znów, zadarłszy ogony, lekkim truchtem w kokieteryjnych lansadach defilują przed resztą koni.
Prawdziwą ślicznotką, a zarazem prowodyrem całej tej paczki była bura kobyłka, znana swawolnica.
Każdy jej wybryk powtarzały wszystkie towarzyszki; gdy ona biegła ciągnął za nią cały tłum dziewiczy.
Swawolnica dzisiejszego ranka była w niezwykle hulaszczym usposobieniu. Jeszcze przy pojeniu stada, wypłatawszy figla srokaczowi, popędziła po wodzie w dół rzeki.
Później, udając, że się czegoś spłoszyła, rzuciła się w bok i rwała w cwał przez pola, tak, że parobczak musiał dosiąść konia, by ją zawrócić.
Potym, popasszy się trochę, zaczęła się tarzać i drażnić starsze konie; w końcu odbiła od matki małego źrebiaka i zaczęła go pędzić, udając, że chce go ugryźć. Wystraszona matka przestała się paść; źrebak darł się jak opętany, tymczasem swawolnica nawet go nie ruszyła, chciała tylko w ten sposób wyprawić widowisko swym towarzyszkom, które z uznaniem przyglądały się jej figlom.
Po chwili, spostrzegłszy w oddali chłopską szkapę, która hen za rzeką wlokła po ugorze pług drewniany, zapragnęła zawrócić jej głowę: wyprężyła się dumnie, podniosła łeb, dreszcz przebiegł po jej ciele i zarżała przeciągle, słodko i tkliwie, a w głosie jej z pewną dozą swawoli zmieszał się dziwny ton smutku, drgnęła w nim żądza, obietnica miłości i tęsknota za jej czarem. Zdawało się, że mówi: „Oto i derkacz w gęstych oczeretach, biegając z miejsca na miejsce, nawołuje namiętnie; kukułka i przepiórka nucą hymn miłości, kwiaty nawet ślą sobie nawzajem smugi pyłków wonnych — a ja, choć jestem młoda, pełna siły i piękna, dotychczas nietylko nie kosztowałam miłosnych rozkoszy, ale ani jeden kochanek nie widział mnie nigdy, nigdy“. I wymowne rżenie, młode i smutne, rozchodziło się po dolinie i polu — aż doszło do uszy chłopskiej szkapy.
Koń drgnął i zatrzymał się nagle. Chłop szturchnął go nogą, lecz ten stał jakby zaklęty czarem srebrnych tonów odległego głosu — aż zarżał sam. Chłop rozgniewany szarpnął za lice i tak dzielnie kopnął w brzuch swego rumaka, że ten nie mógł dokończyć rozpoczętego wołania i powlókł się dalej z uczuciem dziwnej słodyczy i smutku.
Jeżeli dźwięk jednego głosu mógł doprowadzić zapracowaną szkapę aż do zaniedbania swych obowiązków, cóżby się z nią stało, gdyby mogła zobaczyć jak wygląda ta piękna zalotnica, jak strzyże uszami, wciąga powietrze w rozdęte chrapy i gdzieś się rwie i drży całym swym młodym i pięknym ciałem.
Bura klacz nie miała zwyczaju zastanawiać się dłużej nad swemi wrażeniami, zaledwie więc zamarł ostatni odgłos chłopskiej szkapy, zarżała raz jeszcze z akcentem drwiny w głosie, spuściła głowę, pogrzebała nogą ziemię — i po chwili poszła się droczyć z srokatym wałachem.
Stary wałach był wiecznym kozłem ofiarnym szczęśliwej młodzieży, która mu dokuczała więcej niż ludzie, choć ani jednym ani drugim nie zamącił nigdy wody. Ludziom był potrzebny — za cóż jednak dręczyły go konie?


IV.

On był stary — one młode; on chudy — one zaś syte; był nudny — one zaś wesołe. Jednym słowem wałach dla nich był zgoła czemś obcem, intruzem, zupełnie odmienną istotą, nad którą się litować niepodobna, gdyż konie są zdolne do litości jedynie w stosunku do siebie, a czasem tylko i w stosunku do tych, w czyjej skórze bez trudu mogą siebie wyobrazić. Więc chociaż trudno było obwiniać srokatego wałacha o to, że jest stary, chudy i śmiesznej maści — w rozumieniu koni on był winien, a racyę mają ci, po czyjej stronie jest siła, młodość i szczęście, ci, przed którymi cały świat leży otworem, którym od nadmiaru zdrowia drżą muskuły, a ogony dumnie wznoszą się w górę.
Być może, że srokacz rozumiał ten sens świata i w cichości ducha poczuwał się do tej winy, iż przeżył już to co mu się należało, a teraz musi pokutować.
Wszelako i on był koniem, więc często ogarniało go uczucie krzywdy i oburzenia wobec prześladowań młodzieży, którą na końcu życia czekały koleje podobne jego losowi.
Jedną z przyczyn okrucieństwa koni była pycha arystokratyczna, gdyż każdy z nich wyprowadzał swój ród od znakomitej Śmietanki; srokacz zaś był niewiadomego pochodzenia, uchodził za przybłędę kupionego za 80 rb. trzy lata temu na jarmarku.
Otóż, gdy bura klacz, niby to spacerując, podsunęła się pod sam nos wałacha i szturchnęła go zlekka, srokacz już wiedział co o tem ma trzymać, więc, nie odmykając oczu, stulił uszy i wyszczerzył zęby. Klacz obróciła się zadem, udając, że chce wierzgnąć. Wałach otworzył oczy i odszedł w inną stronę, spać nie miał już ochoty, więc zaczął się paść. Tymczasem swawolnica w otoczeniu swych towarzyszek skierowała się znowu ku niemu. Wraz z nią zbliżyła się łysa dwuletnia klaczka, niezwykle ograniczona, która naśladowała ślepo wszystkie wybryki swawolnej przodownicy i jak zwykle w takich razach bywa, wpadała w niesmaczną przesadę.
W postępowaniu Burej znać było pewną finezyę: zbliżała się ona do wałacha niby przypadkiem, pod pozorem, że idzie we własnym interesie, przyczem nie patrzyła nawet na srokacza, tak iż ten nieraz nie wiedział, czy ma się obrazić czy też nie i oczywiście tkwił w tym niejaki komizm. Tak też urządziła się i w danym wypadku, gdy naraz idąca tuż za nią Łysa, wysforowawszy się naprzód, grubiańsko całą piersią uderzyła wałacha. Srokacz wyszczerzył zęby, kwiknął i nadspodziewanie sprężystym skokiem, rzuciwszy się ku niej, ugryzł ją w udo.
Klacz wierzgnęła i całą siłą palnęła starego po wychudłych żebrach, aż jęknął; spróbował jeszcze raz skoczyć, lecz się widocznie rozmyślił, westchnął głęboko i usunął się na bok.
Tymczasem cała młodzież przyjęła widocznie zuchwałe wystąpienie wałacha jako osobistą obrazę, gdyż przez resztę dnia nie dawała mu ani chwili spokoju, tak iż pastuch musiał kilkakrotnie uspakajać tabun, zachodząc w głowę, co się koniom dziś stało.
Wałach zaś czuł się tak bardzo pokrzywdzonym, że gdy nadszedł czas powrotu z pastwiska sam podszedł do Fedzia i doznał pewnego ukojenia, gdy poczuł siodło i jeźdźca na sobie.
O czem myślał stary wałach, niosąc na grzbiecie starego Fedzia, czy oddawał się gorzkim refleksyom na temat dokuczliwej i okrutnej młodzieży, czy też z właściwą starcom pogardliwą i skrytą dumą przebaczał swoim prześladowcom, nie wiadomo, gdyż przez całą drogę nie zdradzał niczem przedmiotu swoich rozmyślań.
Akurat tego wieczora do pastucha zjechali kumowie w gościnę. Fedź, zauważywszy przed swą chatą wóz i konia przywiązanego do słupa, tak się spieszył do gości, że, nie zdejmując kulbaki, zostawił wałacha w zagrodzie i poruczywszy rozsiodłanie parobkowi, popędził do domu.
Tymczasem nie wiadomo, czy z powodu tego, iż „podrzutek bez ojca i matki, kupiony na jarmarku, srokacz przybłęda“, ośmielając się wyrządzić obelgę łysej prawnuczce Śmietanki, obraził kastowe uczucia całego stada, czy też dla tego, iż wałach w wysokiej kulbace wydawał się koniom jakiemś fantastycznem zjawiskiem — dość, że na toku zaczęło się stawać coś niezwykłego: wszystkie konie i młode i stare z wyszczerzonemi zębami jęły uganiać się za wałachem i pędzić go po całej zagrodzie; co chwila słychać było głuchy trzask kopyt o chude żebra i ciężkie stękanie.
Wkrótce wałach, doprowadzony do ostateczności, nie mogąc się ratować od razów ucieczką zatrzymał się na środku dziedzińca z wyrazem wstrętnej starczej bezradnej wściekłości — a w końcu rozpaczy. Stulił uszy i nagle zaszło coś tak niespodziewanego, że wszystkie konie uspokoiły się odrazu. Najstarsza z całej stadniny klacz Zulema zbliżyła się do wałacha, dotknęła go nozdrzami i westchnęła głęboko; z kolei z piersi wałacha wydarło się również westchnienie..

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·



V.

W pośrodku zalanego światłem księżyca widniała chuda i wyniosła postać wałacha w wysokiej kulbace z wystającym łękiem. Wokoło stały konie nieruchome w grobowem milczeniu, jakby rażone jakąś niezwykłą nowiną.
I rzeczywiście dowiedziały się one o rzeczach niezwykłych.
Opowiadanie wałacha brzmiało w następujący sposób...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·


Noc pierwsza.

Tak! Ja jestem synem Miłego I. i Baby. Według wykazów metrycznych nazywam się Cham I-szy. Cham I-szy jestem podług papierów — ale tłum przezwał mnie Wiatronogim za mój chód szybki i zamaszysty, jakiego nie widziano w całym kraju. Trudno na świecie spotkać konia tak wysokiego rodu, jakim jest mój ród — takiej szlachetnej krwi. Nigdybym wam nie mówił o tem — bo i po co? Wybyście mnie nigdy nie poznały, tak jak nie mogła mnie poznać Zulema, z którą byliśmy razem w Chrzanowie i która dopiero teraz przyznała się do znajomości ze mną. Zresztą nie uwierzyłybyście mym słowom, gdyby nie jej świadectwo. Co do mnie milczałbym do końca, gdyż nie potrzebuję końskiej litości... Ale żądacie, bym mówił, więc oświadczam, żem jest ów Wiatronogi, którego koniarze poszukują i nigdzie znaleźć nie mogą — ten sam Wiatronogi, który się dał we znaki samemu hrabiemu: zwyciężyłem w wyścigu jego faworyta Łabędzia, za co mnie kazał wypędzić ze stada...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·


Kiedym się urodził nie wiedziałem, co znaczy „srokacz“; byłem pewny że jestem koniem. Pamiętam jak pierwsza uwaga co do mej maści uderzyła mnie i moją matkę. Urodziłem się zapewne w nocy, gdyż nad ranem stałem już na nogach, a matka oblizywała mnie starannie. Pamiętam, że odczuwałem ciągle jakieś niewyraźne pożądania, wszystko wydawało mi się nadzwyczaj dziwne i proste zarazem. Klatki nasze znajdowały się na długim korytarzu i były zaopatrzone w zakratowane drzwi, przez które można było widzieć wszystko. Matka nadstawiła mi soskę, lecz byłem do tego stopnia naiwny, żem ją szturchał bezowocnie to pod przednie nogi to w wymiona. Nagle matka obejrzała się na drzwi, przerzuciła mi nogę nad głową i usunęła się na bok — stajenny parobek zaglądał przez kraty do klatki. „Patrzcie Baba się oźrebiła — rzekł odsuwając zasuwkę, poczem objął mnie w ramiona i zaczął krzyczeć: „Hej Taras — zobaczno jaki raby — zupełnie jak sroka“!
Chciałem się wyrwać i upadłem na kolana.
„Ho, ho — to ci szelma!“ — wyrzekł parobczak. Tymczasem matka moja zaczęła się niepokoić, nie broniła mnie jednak — tylko wzdychała głęboko i odsuwała się w głąb klatki.
Zbiegli się parobcy i oglądali mnie ciekawie, jeden z nich pospieszył zawiadomić koniuszego.
Wszyscy się śmiali, oglądając moje łaty i dawali mi rozmaite przezwiska, których nietylko ja ale nawet matka nie mogła zrozumieć. Dotychczas w całym stadzie nie było żadnego srokacza, przytem nie przypuszczaliśmy, że w tem ma być coś złego, zwłaszcza, że skład mój i siły wzbudzały podziw ogólny.
„Patrzcie, jaki zwinny — mówił parobczak, — trudno go utrzymać“.
Po chwili zjawił się koniuszy, był zdziwiony moją maścią i zdawało się, że ma strapioną minę. „Skąd taki wyrodek, wyrzekł w końcu, teraz generał nie zostawi go w stadzie. Oj Babo! Babo! spłatałać mi figla, żebyś choć łysego urodziła — a to niemożliwie srokate“.
Matka moja nic nie odpowiedziała, wzdychała tylko, jak zwykle w takich razach.
„I w kogo on się wdał u licha — ciągnął dalej koniuszy — myślałby kto, że chamskiego rodu, aż wstyd! niepodobna go trzymać w stadzie — a szkoda, bo tęgi koń, tęgi — ani słowa“ — dodał.
I każdy, co mnie zobaczył, tak mówił.
W parę dni zjawił się sam generał — obejrzał mnie — i znowu chwytali się wszyscy za głowy, łajali mnie, czynili wyrzuty matce za kolor mej maści i powtarzali chórem, że szkoda — bo dobry koń.
Do wiosny mieszkaliśmy w stajni, każdy przy swojej matce; czasem tylko, gdy śnieg zaczął już topnieć na dachach, wypuszczano nas i klacze na obszerny dziedziniec wysłany świeżą słomą. Tu po raz pierwszy poznałem wszystkich mych krewnych dalekich i blizkich. Tu widziałem, jak z rozmaitych klatek wysuwały się ze swojemi źrebiętami wszystkie znakomitości owego czasu. Była tu i stara holenderka, Muszka, — córka Śmietanki, Krasocha i wierzchowa Linda — wszystkie sławy współczesne zbierały się na tym dziedzińcu wraz ze źrebiętami, przechadzały się na słońcu, tarzały się po świeżej słomie i obwąchiwały się nawzajem, zupełnie jakby najzwyklejsze konie.
Dotychczas nie mogę zapomnieć widoku tej zagrody pełnej współczesnych piękności. Trudno wam zapewne uwierzyć, że i ja byłem kiedyś młody i rzeźki — a jednak tak było. Ta sama Zulema była tam wraz ze mną, jako roczna klaczka, miła, zgrabna i wesoła, a jednak sądzę, że się nie obrazi i zgodzi się ze mną, skoro powiem, że chociaż między wami ze względu na krew swoją uważana jest jako rzadkość, należała ona do gorszych koni owego wieku.
Moja maść srokata, która tak bardzo nie podobała się ludziom, wśród koni zyskała ogólne uznanie.
Zachwycały się mną wszystkie, otaczały opieką i obdarzały sympatyą, tak iż zaczynałem zapominać o ludzkich uwagach z powodu mej maści i czułem się szczęśliwy.
Wkrótce jednak doświadczyłem pierwszego smutku w mem życiu — spowodowała go matka. Jak tylko zaczęły się odwilże, pod strzechami zaświergotały wróble, a wiosnę coraz silniej czuć było w powietrzu — postępowanie matki w stosunku do mnie zaczęło ulegać pewnym zmianom. Zaczął się też zmieniać jej humor i całe usposobienie: chwilami bez najmniejszego powodu zaczynała brykać i biegać po podwórzu, co zupełnie nie licowało z jej wiekiem poważnym.
Czasem znów popadała w jakąś zadumę i zaczynała rżeć. To znów wierzgała i gryzła siostry własne, lub obwąchiwała mnie i prychała z widocznem niezadowoleniem. Nieraz też wychodziła na słońce, zakładała głowę na kark swej siostry ciotecznej Karolki i długo, jakby w zamyśleniu, tarła ją po karku, mnie zaś odpędzała od siebie.
Aż raz przyszedł koniuszy, kazał jej założyć kantarek i wyprowadzić ze stajni.
Matka zarżała; odezwałem się i rzuciłem się za nią, nawet się nie obejrzała; tymczasem parobek chwycił mnie w garść w tej chwili właśnie, gdy za matką wrota zamknięto.
Zacząłem się wyrywać, zwaliłem parobka w słomę, drzwi jednak okazały się zamknięte; posłyszałem więc tylko coraz bardziej oddalające się rżenie, ale w głosie matki nie słyszałem już wołania, brzmiały w nim natomiast zupełnie inne akcenty. Po chwili zabrzmiał z oddala potężny głos, jakem się później dowiedział, głos Elbedewiego 1-go, który w towarzystwie dwu parobków po obu stronach szedł na schadzkę z matką moją. Było mi tak smutno, żem nie zauważył nawet, kiedy parobek wyszedł z klatki. Czułem, żem stracił na zawsze serce matczyne.
„I to wszystko dlatego, żem srokaty“ — myślałem, przypominając sobie wszystkie gawędy ludzkie o mojej maści, przyczem ogarnął mnie taki gniew i żal, żem zaczął tłuc kopytami i głową o ściany klatki, aż spotniałem ze znużenia jak mysz i wyczerpałem się zupełnie.
Wkrótce wróciła matka; posłyszałem, jak biegła przez korytarz jakimś niezwykłym truchtem. Otworzono drzwi. W pierwszej chwili poprostu nie mogłem jej poznać, tak odmłodniała i wyprzystojniała. Powąchała mnie, prychnęła i zagrała piersiami. Poznałem ze wszystkiego, że już mnie nie kocha. Zaczęła mi opowiadać o urodzie Elbedeniego, o swojej miłości. Schadzki jej powtarzały się w dalszym ciągu, a w miarę tego nasze stosunki stawały się coraz więcej oziębłe. Z wiosną zaczęto mnie wypuszczać na trawę! Poznałem więc nowe przyjemności życia, które mi zastąpiły brak matczynej pieszczoty.
Pozyskałem sobie przyjaciół i przyjaciółki, uczyliśmy się razem szczypać trawę, rżeć jak dorośli i brykać, zadarłszy ogony wokoło naszych karmicielek. Szczęśliwe to były czasy! Miałem ogólną sympatyę, wszyscy się mną zachwycali; wybaczano mi moje figle i patrzano wyrozumiale na wszystko, com zmalował. Ale trwało to niedługo; wkrótce spotkało mnie coś wprost okropnego...
Ciężkie westchnienie wydarło się z piersi wałacha, umilkł i odstrychnął się nagle od słuchających go koni.
Tymczasem wschód zapalał się coraz silniej, skrzypnęły wrota i pokazał się Fedź; konie rozpierzchły się. Pastuch zaś poprawił kulbakę, dosiadł srokacza i popędził stadninę na paszę.


VI.
Noc druga.

Po powrocie z pastwiska konie znów skupiły się koło srokacza.
W sierpniu, ciągnął srokacz, zostałem odłączony od matki, nie sprawiło mi to wielkiej przykrości, gdyż wiedziałem, że matka moja jest brzemienną i ma wkrótce urodzić młodszego brata mego — sławnego Ułana; przytem moje uczucia uległy znacznej zmianie, nie byłem o jej miłość zazdrosny, stawałem się obojętny. Prócz tego wiedziałem, że po odłączeniu od niej znajdę w ogólnej zagrodzie dla źrebaków, gdzieśmy się mieścili po kilku naraz i wychodzili codzień na wspólne spacery. Tu poznałem się z Rozkosznym. Ów Rozkoszny był to koń wierzchowy, na którym później jeździł cesarz. Stąd też jego podobizny można napotkać w rzeźbie i malarstwie. Podówczas był to sobie zwykły łoszak o lśniącej i delikatnej sierści, łabędziej szyjce i równych szczupłych jak struny nogach. Zawsze wesoły, odznaczał się dobrodusznem i figlarnem usposobieniem; zawsze był gotów do zabawy i łobuzerki, lubił sobie żartować i z koni i z ludzi.
Zaprzyjaźniliśmy się bardzo, a że mieszkaliśmy wspólnie, stosunek ten trwał przez cały ciąg naszych lat młodzieńczych. Rozkoszny — szaławiła, jakich mało — bardzo wcześnie zaczął uprawiać miłostki, flirtował z klaczkami i wyśmiewał moją niewinność.
Na moje nieszczęście, powodowany ambicyą, postanowiłem go naśladować i bardzo szybko zakochałem się na zabój. Ta przedwczesna miłość stała się przyczyną niezwykłego przewrotu w mem życiu i wywarła stanowczy wpływ na koleje moich przyszłych losów.
Zulema była starsza o rok odemnie, z nią właśnie byłem w najlepszych stosunkach... wkrótce jednak zauważyłem, i to nie ja tylko jeden, że stroni ode mnie... Nie będę opowiadał drobiazgowo historyi tej pierwszej miłości — sama Zulema musi pamiętać wszystkie moje szaleństwa, które skończyły się olbrzymim przewrotem w mem życiu...
Parobcy zaczęli ją pędzać, mnie zaś bić. Pod wieczór zaprowadzono mnie do osobnej zagrody. Rżałem całą noc, jakby przeczuwając, co się stanie nazajutrz. Rano zjawił się generał, koniuszy i parobcy. Wszczął się straszny gwałt. Generał wymyślał koniuszemu, ten zaś usprawiedliwiał się, zwalając winę na parobków. Generał groził, iż każe obić wszystkich i oświadczył, że ogierków trzymać razem z klaczami nie należy. Koniuszy odpowiedział, że stanie się według rozkazu. Poczem wszyscy umilkli i rozeszli się, ja zaś, choć nie rozumiałem dokładnie o czem mowa, domyśliłem się, że tu chodzi o mnie...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·


Nazajutrz przestałem rżeć na zawsze i stałem się tem, czem dzisiaj jestem. Cały świat odmienił mi się w oczach, zbrzydło mi wszystko. Zacząłem się zagłębiać sam w sobie i oddawać się rozmyślaniom.
Z początku ogarnęła mnie straszna apatya, nie miałem ochoty nawet jeść, pić, poruszać się, o zabawie nie mogło być i mowy. Jeśli zaś nawet zjawiła się przelotna chęć zarżeć, pobrykać, poskakać, zjawiało się wnet okropne pytanie — po co? na co? i znikały resztki energii.
Pewnego wieczora prowadzono mnie właśnie o tej porze, kiedy stado powracało z pastwiska.
Dostrzegłem z daleka obłok kurzu, w którym majaczyły znajome kontury wszystkich naszych klaczy; usłyszałem tętent i wesołe parskanie. Zatrzymałem się, nie zważając na to, że rzemień kantarka, za który mnie prowadził parobek, wrywał mi się w szyję.
Stałem zapatrzony na zbliżający się tabun tak uporczywie, jakbym patrzał w stracone na wieki niepowrotne szczęście. Stado zbliżało się ku mnie, zacząłem rozróżniać znajome, piękne, zdrowe i dumne postacie. Niektóre konie zaczęły się za mną oglądać. Nie czułem już bólu wrywającego się w ciało rzemienia. Zapomniałem się zupełnie.
Ulegając przyzwyczajeniu puściłem się truchtem i rżałem. Smutek, a zarazem jakiś brak sensu i ogrom śmieszności odmalował się w tym rżeniu i, choć w stadzie nie zabrzmiał ani jeden głos szyderstwa, spostrzegłem wyraźnie, że wielu odwróciło odemnie głowy, że jest im jakoś głupio i przykro, że mnie się wstydzą, a co gorsza, że jestem dla nich pośmiewiskiem, że im się komiczną wydaje moja cienka, pozbawiona wyrazu szyja, wielka głowa (schudłem podówczas) długie nogi i owe głupie lansady, w których z przyzwyczajenia dreptałem wokoło parobka. W tej jednej chwili zrozumiałem, o ile stałem się dla nich obcy i daleki... Nie pamiętam, jak i kiedy znalazłem się znów w stajni. Na ogół zawsze byłem sensatem, skłonnym do rozmyślań — teraz zaś w mej duszy dokonał się przewrót ostateczny. Moja maść srokata, wzbudzająca tak dziwną pogodę wśród ludzi; to straszne nieszczęście, które tak niespodzianie spadło na mnie a przytym jakieś odrębne stanowisko w stajni, które odczuwałem, choć powodu nie mogłem na razie zrozumieć: wszystko to zmusiło mnie do zagłębienia się we własną istotę.
Rozmyślałem więc nad niesprawiedliwością ludzi, którzy mnie potępiają za to, żem srokacz, zastanawiałem się nad nietrwałością uczuć macierzyńskich i kobiecej miłości wogóle, nad jej zależnością od czysto fizycznych warunków, najwięcej zaś interesowały mnie właściwości tego dziwnego gatunku stworzeń, zwanych ludźmi, z któremi wiążą nas tak ścisłe węzły — mianowicie te cechy natury ludzkiej, dzięki którym zajmowałem niezrozumiałe dla mnie, dające się łatwo odczuć, odrębne stanowisko w całej stajni. Wyjaśnienia owej zagadki dostarczył następujący wypadek. Stało się to w zimie, podczas świąt. W ciągu całego dnia nie dostałem ani jedzenia, ani wody, z powodu tego, iż, jakem się później dowiedział, dozorujący mnie parobek był pijany.
Tegoż dnia zajrzał do mojej klatki koniuszy, spostrzegł, że nie mam jadła, i zaczął łajać wszystkich i wołać parobka. Parobka nie było. Koniuszy się oddalił. Nazajutrz zjawił się parobek wraz ze swym kolegą rzucić nam siana.
Zauważyłem, że jest bardzo blady, jakby cierpiący, zwłaszcza w postawie jego długiego krzyża było coś niezwykłego, wzbudzającego litość. Z pasyą rzucił mi siano za drabinę. Wyciągnąłem głowę ponad jego ramię, on zaś tak silnie wyrżnął mnie pięścią w chrapy, żem aż odskoczył, na dokładkę kopnął mnie w brzuch i rzekł:
— Żeby nie to rabe bydlę — nic by mi nie było.
— Abo co? zapytał towarzysz.
— Nie bój się, do hrabskich koni to się nie dowie, a do swego źrebaka kilka razy na dzień lata.
— Darowali mu srokacza?
— Darowali, czy sprzedali — czort ich wie. Hrabskie niechby z głodu pozdychały — a jemu co do tego, ale jak jego własny nie żarł, kładnij się — peda — i dalej walić! Niema Boga w sercu... Człowiekowi gorzej, jak bydlęciu. Luter, psia jego nędza, sam liczył. Gienerał tak nigdy nie prał. Cały krzyż w pasach. Boga w sercu nie ma...
To co mówili o biciu zrozumiałem odrazu, nie mogłem tylko zrozumieć co znaczy jego, swój, własny, choć wiedziałem, że na zasadzie tych słów ludzie przypuszczają istnienie jakiegoś związku pomiędzy mną a koniuszym. Na czym polegał ten związek, nie mogłem się ani rusz domyślić. Dopiero znacznie później, gdy mnie odosobniono od reszty koni, zrozumiałem znaczenie tych słów, wtenczas jednak nie wiedziałem, co mają na myśli, nazywając mnie własnością człowieka. Słowa mój koń — stosowano do mnie, żywej istoty; wydawało mi się to równie dziwne, jak wyrażenia — moja ziemia, moje powietrze, moja woda. Słowa te uderzyły mnie niezmiernie. Bezustanku myślałem o nich i dopiero później, gdym miał sposobność wejść w najróżnorodniejsze stosunki z ludźmi, zrozumiałem nareszcie, jakie znaczenie przypisują ludzie owym dziwnym wyrazom. Cała rzecz polega na tym, że ludzie kierują się w życiu nie według czynów, treści — a według słów, formy. Nie tyle ich nęci możność czynienia lub nieczynienia czegokolwiek, ile możliwość rozprawiania o rozmaitych przedmiotach za pomocą pewnych umówionych wyrazów. Do szeregu słów, mających niezwykłą wagę wśród ludzi, należą wyrazy mój, moja, moje, które ludzie stosują do rozmaitych rzeczy, przedmiotów i istot, nawet do ziemi, ludzi i koni. Ludzie się umawiają, że o pewnej rzeczy tylko jeden z nich ma prawo powiedzieć moje. I ten, komu w tej oryginalnej zabawie wypadnie o największej ilości przedmiotów powiedzieć moje, używany jest za najsilniejszego pod słońcem. Dlaczego tak jest — nie wiem; ale tak jest! Nieraz próbowałem sobie objaśnić tę zagadkę z punktu widzenia bezpośredniej korzyści, ale przekonałem się, że takie tłumaczenie nie ma racyi bytu. Naprzykład, wielu z tych ludzi, którzy mnie nazywali swoim koniem, nie korzystali z moich usług zupełnie, natomiast dosiadł mnie kto inny. Również nie oni mnie karmili; świadczyli mi dobrodziejstwa także nie ci, którzy mnie uważali za swego, ale furmani, weterynarze, wogóle obcy ludzie. Później, gdym rozszerzył zakres moich spostrzeżeń, przekonałem się, że nietylko w stosunku do nas koni pojęcie moje nie ma żadnej racyonalnej podstawy, prócz nizkiego, bydlęcego, właściwego rodzajowi ludzkiemu instynktu, który oni zowią poczuciem lub prawem własności. Człowiek bowiem powiada, naprzykład, mój dom, a nigdy w nim nie mieszka, pomimo to interesuje go budowa i utrzymanie w całości tego domu. Kupiec powiada: mój sklep, mój skład sukna, naprzykład, a jednak nie nosi ubrania z najlepszego sukna, jakie posiada na składzie. Są ludzie, którzy nazywają ziemię swoją, chociaż nietylko jej nie dotknęli stopą, ale nawet nigdy nie widzieli. Zdarzają się nawet tacy, którzy innych ludzi uważają za swoich, chociaż nie widzieli ich na oczy, cały zaś ich stosunek do tych ludzi wyraża się w wyrządzaniu im krzywdy.
Bywają też tacy, którzy o kobietach mówią — moja kobieta, moja żona, gdy tymczasem ta ostatnia nieraz wchodzi w stosunki miłosne z jakimś innym mężczyzną. Jednem słowem, ludzie nie dążą do tego, by módz w swym życiu czynić to, co uważają za dobre, lecz do tego, by zdobyć prawo nazywania możliwie wielkiej ilości rzeczy wyrazem moje. Jestem przekonany, że tu właśnie tkwi istotna różnica pomiędzy nami a ludźmi. I dlatego nie mówiąc już o innych naszych zaletach, z tego jedynie względu możemy śmiało twierdzić, że na drabinie żywych istot znajdujemy się o kilka szczebli wyżej od ludzi. W ich życiu, przynajmniej w życiu tych, z którymi ja miałem do czynienia, główną rolę grają słowa — w naszem życiu czyny.
Otóż prawo nazywania mnie swoim koniem otrzymał koniuszy i dlatego sprał parobka. To odkrycie wywarło na mnie silne wrażenie. Ono, oraz srokata maść, ludzkie uwagi z tego powodu, strata matczynego uczucia, przejścia w młodości — oto warunki, dzięki którym stałem się takim poważnym wałachem, jakim mnie widzicie obecnie.
Byłem potrójnie nieszczęśliwy: byłem srokaty, byłem wałachem, a prócz tego ludziom się ubzdurało, że nie należę do siebie i Boga, jak to jest właściwe wszelkim żywym istotom, lecz że jestem własnością koniuszego. To ludzkie mniemanie obfitowało w skutki. Więc po pierwsze, trzymano mnie oddzielnie, karmiono lepiej, częściej też pędzano na lince i wcześniej zaczęto zaprzęgać. Po raz pierwszy stanąłem w zaprzęgu w trzecim roku życia. Pamiętam, jak koniuszy, który się uważał za mego właściciela, z całą bandą parobków zaczął mnie zaprzęgać, oczekując, że się będę sprzeciwiał i brykał. Wprowadzono mnie w hołoble, owinięto całego sznurami, włożono mi na krzyż szeroki rzemienny pas i przywiązano go do drążków, żebym nie mógł walić zadem, ja zaś oczekiwałem tylko sposobności, by módz okazać swą ochotę i zamiłowanie do pracy; to też dziwiono się, że idę jak stary koń. Zacząłem się wprawiać w bieganie kłusem. Z dniem każdym robiłem coraz większe postępy, tak, że w parę miesięcy sam generał i wielu innych chwaliło mój chód. Ale rzecz dziwna, właśnie dlatego, że im się ubzdurało, iż nie należę do siebie, lecz do koniuszego, chód mój przedstawiał się ich oczom w zupełnie odmiennym świetle. Ogierów, braci moich, puszczano wyciągniętym kłusem, obliczano szybkość ich biegu, ubierano w pyszne zaprzęgi, nakładano na nich drogie kapy, ja zaś w najzwyklejszej linijce woziłem koniuszego do Czesminki i innych futorów, a wszystko dlatego, że byłem srokaty, a głównie, że według ich mniemania władał mną nie hrabia, lecz koniuszy. Jutro, jeżeli dożyjemy opowiem wam o najważniejszym ze skutków, jaki sprowadziło owo prawo własności, które sobie wykoncypował koniuszy.
Przez resztę dnia konie okazywały wiele szacunku dla Wiatronogiego — tylko Fedź obchodził się z nim jak zwykle w sposób brutalny. Chłopska szkapina, podchodząc ku stadninie, zarżała tego dnia pierwsza, a bura klaczka kokietowała ją znowu.



VII.
Noc trzecia.

Księżyc się znowu pojawił na niebie; jego wązki sierp oblewał światłem postać srokacza, stojącego pośrodku podwórza. Wokoło skupiły się konie.
Ta okoliczność, że nie należałem do hrabiego, Pana Boga, lecz do koniuszego — ciągnął srokacz — sprowadziła skutek ważny bardzo dla mnie, lecz dziwny zarazem. Dzięki tej okoliczności to, co stanowi naszą główną zaletę — szybki chód — stało się powodem mojego wygnania.
Pewnego razu, kiedy trenowano Łabędzia, koniuszy z Czesminki podjechał i zatrzymał mnie przy torze.
Łabędź zbliżał się ku nam i choć szedł dobrze, znać było, że nadrabia miną, że nie wyrobił w sobie tego zmechanizowania, które zdążyłem nabyć, a które polega na tem, by gdy się dotkniesz jedną nogą ziemi, w tej chwili wyprężała się druga i najmniejszy wysiłek nie ginął bezowocnie, lecz każdy posuwał cię naprzód. Łabędź minął nas, ja zaś wkroczyłem na tor; koniuszy nie zatrzymywał mnie — przeciwnie krzyknął: „A gdyby spróbować mego rabego“, i popuścił mi lice.
Mój współzawodnik miał czas nabrać rozpędu, to też z początku pozostawałem w tyle, na drugim jednak zakręcie zacząłem się zbliżać do linijki, po chwili zrównaliśmy się, zacząłem go wyprzedzać i pobiłem na głowę. Spróbowano raz jeszcze. Znowu zwyciężyłem; okazało się, że jestem szybszy. Strach ogarnął wszystkich.
Generał prosił, by mnie sprzedano jak najdalej: „żeby i słychać o nim nie było, bo jak się dowie hrabia, będzie bieda“ — tak mówił. Sprzedano mnie liwerantowi w Korzeniowie, gdzie niedługo popasałem. Potem nabył mnie huzar, który przyjechał zakupić konie do pułku. Wszystko to wydało mi się tak niesprawiedliwe i okrutne, że byłem poprostu rad, gdy mnie wyprowadzono z Chrzanowa i gdym się na wieki rozłączył z tem wszystkiem, co jest rodzinne i miłe sercu.
Zanadto mi tam ciężko było. Moim braciom przypadły w udziale miłość, wolność i dostojeństwa — mnie zaś praca, poniżenia, poniewierka, praca do ostatniego tchnienia życia. I za co? Za to, że byłem srokaty i że z tego powodu sądzono mi było stać się czyjąś własnością...
Tu Wiatronogi musiał przerwać opowiadanie. Na dziedzińcu stał się wypadek, który zaniepokoił wszystkich. Kupczycha, spóźniona źrebna klacz, która słuchała opowiadania, raptem odwróciła się, podwlokła się pod stodołę i zaczęła stękać tak głośno, że zwróciła uwagę wszystkich. Po chwili zległa, wstała, znowu się położyła. Stare matki zrozumiały, co się święci, ale młodzież zaczęła się niepokoić i porzuciwszy wałacha okrążyła klacz. O świcie przybył stadninie źrebak, zataczający się jeszcze na słabych nóżkach. Fedź wezwał koniuszego. Matkę wraz z synkiem odstawiono do klatki, a reszta stada wyruszyła na paszę.


VIII.
Noc czwarta.

Wieczorem, kiedy zamknięto wrota i wszystko ucichło, srokacz zaczął w następujący sposób.
Podczas moich wędrówek z rąk do rąk miałem sposobność zrobić wiele spostrzeżeń nad ludźmi i końmi. Najdłużej popasałem u dwu właścicieli: u księcia oficera od huzarów, a później u staruszki, mieszkającej przy kościele św. Mikołaja. U oficera spędziłem najświetniejsze lata mego życia. Kochałem go, chociaż on był przyczyną mojej zguby i nikogo nie kochał — właśnie za to kocham go jeszcze. Podobał mi się głównie dlatego, że był piękny, szczęśliwy, bogaty i z tego powodu dla wszystkich obojętny.
Rozumiecie chyba podniosłość tego naszego końskiego uczucia. Jego obojętność i moja zależność potęgowały miłość moją ku niemu. „Zabij, zajeźdź, myślałem sobie nieraz w owe dobre czasy — w tem moje szczęście“. Książę kupił mnie za 800 rb. u liweranta, któremu zostałem sprzedany. Kupił mnie zaś dlatego, że nikt nie posiadał konia srokatej maści.
Był to najszczęśliwszy okres w mojem życiu.
Pan mój miał kochankę. Wiedziałem o tem, gdyż codzień woziłem go do jej mieszkania, a czasem i ich oboje razem. Kochanka była piękna, on również, furman też był ładnym mężczyzną. Za to kochałem ich wszystkich i dobrze mi było z niemi. Dni moje płynęły w następujący sposób. Zrana przychodził czyścić mnie nie furman, ale parobek, młody chłopak ze wsi. Otwierał drzwi, przewietrzał stajnię, wyrzucał gnój, zdejmował derki i zaczynał drapać szczotką po skórze i strząsać ze zgrzebła białawe płaty potu i piany na zbitą podkowami podłogę. Ja zaś podczas tej operacyi szczypałem go żartobliwie za rękaw i przebierałem nogami. Potem podprowadzano nas kolejno do stągwi z zimną wodą, a parobczak z lubością spoglądał na lśniące łaty — owoc jego pracy, na nogi moje, proste jak strzały, szerokie kopyta, potężny zad i krzyż — jak łóżko, choć się kładnij.
Później zarzucał nam siano za drabinę i sypał owies w dębowe koryta. Wkrótce zjawiał się furman — Klim. Furman naogół przypominał swego pana.
Obaj niczego się nie bali i nie kochali nikogo prócz siebie. To mi się podobało. Klim chadzał zwykle w wyszywanej koszuli i szerokich szarawarach.
Lubiłem patrzeć, jak nieraz we święto, wypomadowany, w kurcie wpadał do stajni i krzycząc, „no! zwierzaku — zapomniałeś“ — trącał mnie trzonkiem od wideł w udo, tak, lekko — na żart.
Znałem się na tych żartach — więc, udając gniew, tuliłem uszy i wyszczerzałem zęby. W naszej stajni stał też kary ogier od pary. W nocy chodziliśmy razem w zaprzęgu. Smok ten nie znał się na żartach a zły był, jak djabeł. Staliśmy obok siebie i nieraz przez sztachety gryźliśmy się na dobre. Klim jednak nie bał go się. Bywało podejdzie ku niemu, krzyknie — ten się rzuci, zdaje się, że zabije.
Nie — chybił, a Klim już mu szleje poprawia na karku. Raz w parze z ogierem ponieśliśmy na zjeździe w dół. Ani pan, ani furman nie przestraszyli się bynajmniej. Śmieli się, ostrzegali przechodniów, wstrzymywali i kierowali tak zręcznie, żeśmy nie stratowali nikogo. W służbie u nich straciłem wszystkie moje zalety i pół życia. Ochwaciłem się u nich.
Pomimo to jednak był to najszczęśliwszy okres w mem życiu. O dwunastej zjawiali się stajenni, wkładali uprząż, smarowali kopyta i wprowadzali w hołoble. Sanki były zrobione z trzciny, plecione, obite aksamitem, uprząż ze srebrnemi sprzączkami, lice jedwabne. Uprząż była tak misternie sporządzona, że, gdy zapięto wszystkie sprzączki i rzemyczki, trudno było rozróżnić, gdzie się ona kończy, a gdzie koń zaczyna. Bywało, stoję w zaprzęgu w wozowni, wyjdzie Klim w tyle szerszy, jak w plecach, w czerwonym pasie, obejrzy zaprząg, siada, — poprawi szarawary, rzuci jaki dowcip i huknie — wio!
Ja zaś z fantazyą w każdym ruchu ruszam od wrót. Zatrzymuje się kucharka, która wyszła wylać pomyje, gapi się na progu i chłop, który przyniósł drwa, wytrzeszcza oczy... Jedziemy i wkrótce zatrzymujemy się. Wychodzą lokaje, podjeżdżają inni furmani i zaczynają się rozprawy... Gadu, gadu! Kilka godzin czekamy przed gankiem, czasem się przejedziemy dokoła dziedzińca i znów stajemy... Nakoniec słychać hałas w sieni; wybiega we fraku siwy Józef z tłustym brzuszkiem „Dawaj!“ — Nie było wtenczas tego głupiego zwyczaju wołać „hej — naprzód!“ jak gdyby kto mógł przypuszczać, że się jedzie w tył, a nie przed siebie. Klim cmoka. Podjeżdżam. Wychodzi szybko książę z pewną niedbałością w ruchach i postawie, jak gdyby nie było nic nadzwyczajnego ani w sankach, ani w koniu, ani w furmanie, który pochylony naprzód, wypręża obie ręce w taki sposób, że zdaje się, iż długo wytrzymać w takiej pozycyi niepodobna. Wychodzi książę w bermycy i szynelu z bobrowym siwym kołnierzem, który zakrywa jego rumiane policzki aż po czarną brew twarzy tak pięknej, że zasłaniać jej nie należało nigdy. Idzie, dzwoniąc szablą i ostrogami po miękkim chodniku, a stąpa roztargniony, jakby się gdzieś spieszył i nie zwracał najmniejszej uwagi ani na mnie, ani na Klima, chociaż wszyscy prócz niego zachwycają się nami. Klim cmoka, ja napieram na szleję i poważnie podjeżdżam stępa. Staję, zerkam na księcia, gnę szyję, potrząsam rasową głową i jedwabną grzywą. Książę w dobrym humorze, nieraz pożartuje z Klimem. Klim odpowiada, prawie nie odwracając swej pięknej głowy, i, nie zmieniając pozycyi wyprężonych rąk, czyni ledwie widoczny ruch licami, zrozumiały dla mnie jedynie. Raz-dwa! raz-dwa! Coraz szybciej i szybciej, drżąc w każdym muskule i zasypując błotem i śniegiem przód sanek, pędzę, jak wiatr. Wtenczas nie było tej głupiej mody krzyczeć: O! o! — jak gdyby furman miał boleści — zamiast na bok! — baczność!
Na bok! baczność! woła Klim; tłum pierzcha, staje i wykręca szyję, oglądając się za pięknym furmanem, pięknym koniem i pięknym oficerem.
Najwięcej lubiłem wyprzedzać rysaka. Nieraz, gdy, bywało, zobaczymy z Klimem zaprząg, godny naszego wysiłku — lecąc, jak wicher, zaczynamy zbliżać się coraz więcej i więcej. Już, rzucając śniegiem dokoła, dopędzam pasażera i prycham mu nad głową, równam się z końcem dyszla i po chwili nie widzę już zaprzęgu, a słyszę tylko za sobą coraz cichszy jęk dzwonka.
Podczas zaś całego wyścigu i książę i Klim i ja milczymy uparcie, udając że jedziemy tak sobie, we własnych interesach, że nam ani w głowie te napotkane zaprzęgi, co jadą, jak ze smołą.
Lubiłem zwyciężać, lubiłem też mijać się z dzielnym kłusakiem. Chwila, jeden dźwięk, jedno spojrzenie — i już lecimy samotnie, każdy w swoją stronę...
Skrzypnęły wrota i dał się słyszeć głos Fedzia i Stefana.

Noc piąta.

W pogodzie dawały się odczuć pewne zmiany.
Dni stawały się chmurne, ranki bez rosy, a ociężałe komary przylepiały się, gdzie usiadły.
Jak tylko stado wróciło z pastwiska, konie skupiły się naokoło srokacza; on zaś w ten sposób kończył swoje dzieje:
Szczęśliwy okres życia szybko przeminął, trwał zaledwie dwa lata. Przy końcu drugiej zimy spotkała mnie niezwykła uciecha i bezpośrednio po niej największe nieszczęście. Było to w karnawale; zawiozłem księcia na plac wyścigu rysaków. Miał biegać Atłas z Bykiem. Nie wiem, co książę robił z panami w altanie. Dość, że wyszedł i kazał Klimowi wyjechać na tor.
Pamiętam, wprowadzono mnie na tor i postawiono w jednym rzędzie z Atłasem. Atłas miał jakiś specyalny zaprząg, ja wiozłem zwyczajne wiejskie sanki. Na pierwszym zakręcie zostawiłem go w tyle. Homeryczny śmiech i ryk zachwytu powitał mnie u mety. Tłumy chodziły za mną; kilku panów ofiarowywało księciu tysiące. On uśmiechał się, pokazując białe zęby.
— Nie — mówił — to nie zwykły koń, to przyjaciel! góry złota nie wziąłbym za niego. Do widzenia, Panowie!...
Odpiął fartuch, siadł. — Na Wierzbową! — rzekł. Tam mieszkała jego kochanka. Popędziliśmy.
Był to ostatni dzień naszego szczęścia. Przybyliśmy na Wierzbową. Książę nazywał tę kobietę swoją, ona zaś zakochała się w innym i z nim uciekła.
Książę dowiedział się o tym w jej mieszkaniu. Była może piąta po południu. Nie zdążyłem wytchnąć, kiedy ruszyliśmy w pogoń. Wtenczas po raz pierwszy zacząłem otrzymywać baty i byłem zmuszony galopować. Po raz pierwszy w życiu zarwałem w galop, zawstydziłem się bardzo, chciałem się poprawić — aż tu słyszę, książę wrzeszczy dzikim głosem — „ruszaj“! —
Świsnął bat, zaciął mnie po skórze i pogalopowałem, kalecząc nogi o żelazną sztangę. Dopędziliśmy ich na dwudziestej piątej wiorście. Przywiozłem jeszcze księcia z powrotem, miałem za to dreszcze całą noc i nie mogłem nic jeść. Zrana napojono mnie. Napiłem się wody i na zawsze przestałem być takim koniem, jakim byłem przedtem. Chorowałem. Męczono mnie, kaleczono, — to się u ludzi nazywa leczenie. Oblazły mi kopyta, porobiły się opoje, nogi się skrzywiły, zacząłem doświadczać braku tchu i utraty sił. Sprzedawano mnie liwerantowi. Ten karmił mnie marchwią i jeszcze jakąś mieszaniną. W ten sposób zrobił ze mnie coś takiego, co mogło oszukać profana, ale co było zupełnie nie podobne do dawnego Wiatronogiego; ani chodu ani siły dawnej nie było.
Prócz tego męczył mnie liwerant jeszcze w ten sposób, że, jak tylko zaczęli się zjawiać kupcy, wchodził do klatki, bił mnie olbrzymim batem i straszył, co mnie doprowadzało do szaleństwa, poczym zasmarowawszy pręgi wyprowadzał na świat boży.
Od liweranta kupiła mnie pewna staruszka, która ciągle jeździła do Ś-go Mikołaja i biła służbę. Furman jej płakał nieraz oparty o moje koryto, dzięki czemu dowiedziałem się, że łzy mają przyjemny słonawy smak.
Kiedy staruszka umarła, rządca zabrał mnie na wieś i sprzedał kramarzowi. U niego objadłem się przenicy i zachorowałem jeszcze gorzej. Sprzedano mnie chłopu, gdzie prawie nie karmiono mnie zupełnie, zmuszano za to orać ziemię, przyczym skaleczyłem sobie nogę o lemiesz. Znowu zachorowałem; przehandlowano mnie cyganowi, który mordował mnie strasznie i w końcu sprzedał tutejszemu ekonomowi. W ten sposób znalazłem się między wami.
Zapanowało długie milczenie. Zaczął mżeć deszcz.


IX.

Następnego wieczora tabun, wracając z pastwiska, wpadł na gospodarza i jakiegoś gościa. Żułdycha, zbliżając się do domu, spojrzała nieufnie na dwie męskie postaci; jedna z nich w słomianym kapeluszu — był to młody gospodarz, druga — wysoki, otyły zużyty wojak.
Stara klacz zastrzygła uszami i minęła ich, spoglądając z ukosa; reszta młodzieży spłoszyła się, zwłaszcza, gdy gospodarz z gościem weszli w środek stadniny i rozmawiając pokazywali sobie coś nawzajem.
— Ot, tę szpakowatą w jabłka kupiłem od Wiejskiego — mówił gospodarz.
Ponieważ konie szły, nie mogli obejrzeć ich dokładnie, gospodarz więc zawołał Fedzia, i stary pastuch, waląc z pośpiechem obcasami po bokach srokacza, popędził ku nim kłusem. Srokacz kulał, nalegając na jedną nogę, lecz szedł tak, iż widać było, że nie szemrałby, choćby mu kazano ostatkami sił pędzić na kraj świata. Był gotów nawet galopować i próbował puścić się z prawej nogi.
— Ot, lepszego konia niż ta, rzekł gospodarz, wskazując na jedną z klaczy, mogę się pochwalić, nie znajdziesz w całym kraju.
Gość chwalił klacz, a podniecony gospodarz zachodził, zabiegał drogę koniom i opowiadał o pochodzeniu i rasie każdego.
Znać było, że gościa nudzą opowiadania gospodarza i że się wysila na zadawanie pytań, by okazać, że go to wszystko zaciekawia.
— Tak, tak! — powtarzał w roztargnieniu.
— Zobacz — mówił gospodarz, — rzuć okiem na nogi, drogo mnie kosztowało, ale za to mam po niej trzeciego już źrebaka, a sama biega na wyścigach.
— Dobrze biega? spytał gość.
W ten sposób obejrzeli wszystkie konie i, gdy nie było już co pokazywać, zamilkli.
— No cóż, pójdziemy?
— Pójdziemy!
Zawrócili we wrota. Przybysz był rad, że się skończyły oględziny i że wracają do mieszkania gdzie można będzie zjeść, wypić, popalić — więc też odzyskał humor.
Mijając Fedzia, który prostując się na siodle, oczekiwał rozkazów — gość poklepał tłustą dłonią po udzie srokacza i rzekł:
— Oto malowanka! — miałem takiego srokacza, pamiętasz, opowiadałem ci...
Raptem nad jego uchem rozległo się słabe, głuche, jakby pozbawione treści rżenie; to srokacz rżał, ale nie skończył i umilkł nagle, jakby zawstydzony. Ani gość, ani gospodarz nie zwrócili na to uwagi i poszli do domu. Wiatronogi w owym przeżytym starcu poznał swego ukochanego pana, sławnego niegdyś z piękności i bogactwa huzara — Sierpińskiego.


X.
· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Deszcz mżył. Na toku było niewesoło; zupełnie za to inaczej na dworze właściciela.
W pięknym salonie błyszczała suta zastawa wieczornej herbaty; przy herbacie siedział gospodarz, gospodyni i przybyły gość.
Około samowara krzątała się pani domu, jak można było wnioskować z jej figury — brzemienna: znać to było z jej wyprężonej postawy a zwłaszcza z wyrazu wielkich, jakby w wewnątrz wpadniętych oczu, któremi patrzała łagodnie i z powagą.
Gospodarz trzymał w ręku pudełko niezwykłych, starych cygar, jakich, według słów jego, niema nikt w całej okolicy, i właśnie chciał zaimponować gościowi.
Gospodarz był to piękny 25-letni mężczyzna; wycackany, wyfryzowany, miał na sobie świeży garnitur wprost z Londynu. Przy zegarku wisiały drogie breloki; w mankietach błyszczały wielkie, złote spinki z kameą. Brodę nosił à la Napoleon III, a mysie wąsiki sterczały wyfiksatuarowane tak sztucznie, jak tylko potrafią zrobić to w Paryżu.
Gospodyni miała jedwabną suknię w jaskrawe bukiety; wielkie dziwnego kształtu złote szpilki tkwiły w jej pięknych, gęstych choć nie całkiem własnych włosach. Na rękach błyszczały bransolety i moc pierścionków, a wszystkie drogocenne.
Pyszny lokaj we fraku w białej kamizelce i białym krawacie stał we drzwiach jak posąg, gotowy do usług.
Meble były gięte, pozłacane; tapety ciemne w duże kwiaty. Około stołu kręcił się, dzwoniąc srebrną obróżką, charcik angielski, niezwykle delikatny, na którego wołano bardzo trudnym angielskim przezwiskiem, wymawianym przez państwo, nieznających języka, z trudnością. W kącie, między kwiatami, widniał inkrustowany fortepian. Wszystko tchnęło przepychem i bogactwem. Wszystko było bardzo ładne, chociaż nosiło specyficzny charakter przesadnego zbytku i bezmyślności. Gospodarz był zapalonym sportsmenem: krępy, sangwinik w rodzaju tych, co to się na kamieniu rodzą, jeżdżą w sobolach, rzucają drogie bukiety artystkom, piją najdroższe wina z najmodniejszą marką w pierwszorzędnych hotelach, wyznaczają na wyścigach nagrody własnego imienia i utrzymują najdroższe kokoty...
Gość — Gotfryd Sierpiński był to wysoki, otyły, czterdziestoletni mężczyzna, łysy, z bakami i wąsami jak miotły. Niegdyś musiał być bardzo przystojny, obecnie podupadł widocznie moralnie, fizycznie i materyalnie. Miał tyle długów, że musiał urzędować, aby nie dostać się do więzienia.
Jechał obecnie do gubernialnego miasta jako naczelnik Towarzystwa hodowli koni.
Miejsce to wyrobili mu wpływowi krewni.
Miał na sobie letni mundur i granatowe spodnie. Kitel i spodnie były w takim gatunku, na jakie może sobie pozwolić tylko milioner, bielizna także.
Zegarek miał angielski, podeszwy od butów były niezwykłej monstrualnej grubości. Sierpiński puścił w ciągu życia majątek wartości 2 milionów i jeszcze pozostało mu 120 tysięcy długów.
Po straceniu takiego kąska zostaje człowiekowi pewien rozmach życia, który zapewnia kredyt i pozwala przeżyć wykwintnie jeszcze jakie dziesięć lat. Właśnie upływały te lata, rozmach stracił pierwotną siłę i Gotfryd zaczynał odczuwać, że życie jest smutne; zaczynał też pić, a raczej odurzało go już wino, czego przedtem nie doświadczał zupełnie, bo pić właściwie nie zaczynał i nie kończył nigdy. Najbardziej uwydatniał się jego upadek w niespokojnym spojrzeniu (oczy mu poczynały biegać), w niepewności ruchów i intonacyi głosu. Z rodzaju tego niepokoju można było wywnioskować, że jest on bardzo świeżym nabytkiem, że Gotfryd w ciągu swego życia przywykł niczego się nie bać i że dopiero teraz ciężkie przejścia doprowadziły go do tego lęku, tak sprzecznego z jego istotą.
Gospodarz i gospodyni zwrócili uwagę na ten jego stan i zamienili wymowne spojrzenie, odkładając do łóżka bardziej szczegółowe rozpatrzenie tej sprawy. Tymczasem nietylko tolerowali Sierpińskiego, ale nawet mu nadskakiwali.
Widok dobrobytu młodego gospodarza wywoływał w Gotfrydzie uczucie poniżenia, wskrzeszał wspomnienia minionej przeszłości i budził jakąś chorobliwą zazdrość.
— Czy Mary nie szkodzi cygaro? — rzekł w końcu, zwracając się do gospodyni w sposób szczególny, którego się nabywa jedynie praktyką, grzeczny, poufały, choć lekki, w jakim ludzie obyci zwracają się do utrzymanek, zaznaczając różnicę między niemi a legalnemi żonami.
Sierpiński nie miał zamiaru obrażać gospodyni, przeciwnie w danej chwili starał się przypodobać jej i gospodarzowi, choć za nic w świecie nie przyznałby się do tego i przed samym sobą; przywykł jednak mówić w tym tonie do kobiet podobnych, zresztą wiedział, że ona sama zdziwiłaby się, a nawet obraziła, gdyby z nią postępował tak, jak z damą z towarzystwa.
Prócz tego trzeba było zachować pewne stopniowanie, choćby ze względu na prawą żonę swego przyjaciela. Dla tego rodzaju dam Sierpiński zawsze zachowywał pewne pozory szacunku, bynajmniej nie w tym celu, żeby miał być zwolennikiem tak zwanych przekonań, które propagują gazety (nie czytywał nigdy tych świstków) o godności osobistej każdego człowieka, o małej wadze sakramentu i t. p., ale dlatego, że tak postępują wszyscy porządni ludzie, a on był także porządnym, choć trochę podszarganym człowiekiem.
Gotfryd wziął cygaro, ale gospodarz, ująwszy całą garść w sposób niezręczny, obdarzał niemi gościa..
— Nie — zobaczysz, jakie dobre — bierz!
Sierpiński odsunął cygara, a w oczach jego zamigotała uraza i wstyd.
— Dziękuję! spróbuj moich — rzekł — wyjmując papierośnicę. Gospodyni, jako osoba wrażliwa, zauważyła co się dzieje i szybko zaczęła mówić:
— Nadzwyczaj lubię cygara, gdyby wszyscy palili, paliłabym sama — tu uśmiechnęła się czarująco.
Sierpiński odpowiedział jej uśmiechem, przyczem okazało się, że mu brak dwóch zębów.
— No, weź! — uprzykrzał się tymczasem gruboskóry gospodarz — albo czekaj, mam inne, mocniejsze — Fritz, bringen Sie noch einen Kasten, dort zwei!
— Jakie wolisz, mocne? Te doskonałe — bierz wszystkie — namawiał go dalej. Był widać rad, że ma się przed kim pochwalić swoim bogactwem i nie rozumiał, o co chodzi.
Sierpiński zapalił, starając się nawiązać przerwaną rozmowę.
— A więc ile zapłaciłeś za Atłasa? — zapytał.
— O, drogo — około pięciu tysięcy, ale przynajmniej byt stadniny zapewniony, co za potomstwo, powiadam ci.
— Biegają? — spytał Sierpiński.
— Dobrze chodzą; w tym roku syn jego wziął trzy nagrody w Moskwie, Petersburgu i Warszawie, ścigał się z wronym Wiejskiego; szelma dżokej źle go prowadził, inaczej byłby przeciwnika z kretesem zdystansował.
— Surowy jeszcze koń: przytem dużo limfy, ot co ci powiem — rzekł Sierpiński.
— A co za matki posiadam — pokażę ci jutro. Za Dobrą zapłaciłem trzy tysiące, a za Karolkę dwa.
I znów gospodarz zaczął wyliczać swoje bogactwa. Gospodyni zauważyła, że Sierpińskiemu robi się przykro, że tylko udaje, iż słucha.
— Będziecie pić, panowie, herbatę? — przerwała.
— Nie! — rzekł gospodarz i ciągnął dalej; kiedy zaś gospodyni wstała, zatrzymał ją, objął w pół i pocałował. Sierpiński, patrząc na nich, uśmiechnął się w jakiś dziwny sposób. Gdy zaś gospodarz wstał i odprowadził kochankę w objęciach do portyery — twarz Gotfryda zmieniła się nagle. Westchnął ciężko, a w rysach jego odmalowała się rozpacz i jakby gniew.
Gospodarz wrócił i uśmiechając się, siadł naprzeciw Gotfryda. Nastąpiła chwila milczenia...
— A więc mówiłeś, żeś kupił u Wiejskiego — rzekł niedbale Sierpiński.
— Tak, Atłasa, chciałem jeszcze kupić klacze u Dubowieckiego, ale samo świństwo zostało.
— Podobno zbankrutował — rzekł Sierpiński i urwał nagle, oglądając się wokoło, przypomniał bowiem sobie, że temu samemu bankrutowi winien jest dwadzieścia tysięcy i jeżeli o kim, to już o nim mówią, jako o bankrucie. Zaśmiał się.
Znów zapanowała cisza.
Gospodarz przypominał sobie, czemby się jeszcze popisać, a Sierpiński myślał, w jaki sposób dowieść, że nie uważa siebie za bankrota. U obydwu sprawa myślenia odbywała się leniwie, chociaż się podniecali cygarami.
„Kiedyż dadzą pić“ — myślał Sierpiński.
„Koniecznie trzeba się czegoś napić, bo się z nim na śmierć zanudzę“ — myślał gospodarz.
— Czy długo tu jeszcze zabawisz? — przerwał milczenie Sierpiński.
— Tak, jeszcze z miesiąc. No cóż, chyba zjemy kolacyę. Fryc — czy gotowa?
Wyszli do jadalni. W jadalni pod lampą stał stół z kandelabrami, przepełniony zastawą: były tam i syfony i lalki na korkach, niezwykłe wino w karafkach, nadzwyczajne przekąski i wódka. Biesiadnicy wypili, zjedli, jeszcze raz wypili i rozmowa się ożywiła.
Sierpiński poczerwieniał i zaczął mówić śmiało.
Rozmawiano o kobietach, kto ma jaką — cygankę, baletnicę czy francuzkę?
— A cóż ty porzuciłeś Mathieu? — spytał gospodarz.
Była to utrzymanka, która zrujnowała Gotfryda.
— Ja jej nie — ale ona mnie. Ach, jak sobie przypomnę, ile puściliśmy! Teraz doprawdy cieszę się, jak tysiąc rubelków wpadnie mi w łapę. Rad jestem, że wyjadę, w stolicy mieszkać nie mogę... et, co tu gadać...
Gospodarz nudził się, słuchając Sierpińskiego.
Wolałby mówić o sobie, popisywać się. Gotfryd z kolei chciał mówić o sobie, o swojej świetnej przeszłości. Gospodarz dolewał mu wina i czekał, aż skończy, by mu opowiedzieć, jak urządził stajnię — pysznie, jak nikt z sąsiadów i że jego Mary nie tylko dla pieniędzy, ale rzeczywiście go kocha.
— Chciałem ci powiedzieć, że w moim stadzie — zaczął, ale Sierpiński mu przerwał.
— Był czas, daję słowo, że lubiłem i umiałem żyć, co się zowie. Opowiadasz mi o wyścigach, powiedz mi zatem, który z twoich rysaków najlepiej chodzi.
Gospodarz ucieszył się, że trafia mu się sposobność opowiedzieć o koniach, ale zaledwie zaczął, Sierpiński znów przerwał.
— Wiem, wiem, u was — właścicieli stajen — wszystko się robi przez próżność, a nic dla własnej przyjemności. U mnie nie tak bywało; wspomniałem ci dzisiaj, że miałem konia srokatego w takie łaty, jak ten pod twoim pastuchem — to był koń! Ty go nie możesz pamiętać, było to w dziewięćdziesiątym piątym roku; tylko co przyjechałem do stolicy, udałem się do liweranta, patrzę — srokaty wałach, skład dobry, podobał mi się. Ile? pytam. Tysiąc rubli! Kupiłem go i zacząłem używać w zaprzęgu. Nie miałem takiego konia, ty również takiego nie masz i mieć nie będziesz; nie spotkałem lepszego pod względem szybkości, piękności i siły. Byłeś wtenczas dzieckiem, nie możesz go więc pamiętać ale spodziewam się, że słyszałeś o nim, gdyż był on głośny w całym kraju.
— Tak — słyszałem — rzekł niechętnie gospodarz, ale chciałem ci właśnie opowiedzieć o moich koniach...
— A więc słyszałeś, otóż kupiłem go tak zwykle, bez atestatu, później jednak dowiedziałem się, a właściwie z Wiejskim doszliśmy do źródła. Okazało się, że był to syn Miłego I-go. Wiatronogi — gnał jak wiatr. Z powodu jego srokatej maści zbrakowano go w Chrzanowie i darowano koniuszemu. Ten go wykastrował i sprzedał liwerantowi; niema już teraz takich koni, kochanku — to były czasy! „Ach wy lata młode, młode lata“! zanucił cygańską piosenkę.
Gotfryd zaczynał nabierać animuszu.
— Dobre to były czasy, miałem 25 lat i 80 tysięcy rocznego dochodu, ani jednego siwego włosa, zęby — jak perły. Szło mi ciągle jak z płatka, teraz skończyło się wszystko.
— Ależ pozwól, wtenczas nie znano obecnej szybkości — rzekł gospodarz, korzystając z przerwy — mówię ci, że pierwsze moje konie.
— Twoje konie!... Co tam! wtenczas szybkość była większa.
— Jakto większa?
— Ma się rozumieć; jak dziś pamiętam, pojechałem do Moskwy na wyścigi rysaków. Własnych koni nie miałem, nie lubiłem tej rasy — wolę araby: Gienerała, Mahometa... Srokacz chodził u mnie w zaprzęgu; miałem furmana — tęgiego chłopca, lubiłem go — zapił się podobno. Otóż przyjechałem. — Sierpiński, pytają, kiedyż zaczniesz trzymać rysaki? — Co? tych waszych chamów? A pal ich dyabli! Mój srokacz w zaprzęgu pobije wszystkich. — Co, w wyścigu? Załóż się o tysiąc rubli. — Dobrze! Puściłem srokacza; o pięć sekund wyprzedził. Wygrałem tysiąc rubli. Ale co to znaczy? Kiedyś arabami machnąłem 100 wiorst w ciągu trzech godzin, cały kraj rozprawiał o tym... i Sierpiński zaczął blagować tak bezczelnie i bez wytchnienia, że gospodarz nie miał sposobności wtrącić ani słówka i siedział z kwaśną miną, dolewając wina dla rozrywki to sobie, to jemu.
Świtało, a oni jeszcze siedzieli. Gospodarz nudził się śmiertelnie. Wstał wreszcie.
— Spać, to spać!... rzekł Gotfryd, wstając zataczając się z lekka i sapiąc, udając się do przeznaczonego dlań pokoju.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Gospodarz wszczął rozmowę ze swoją kochanką.
— Nie, on jest niemożliwy — upił się i łże, jak najęty.
— I mnie asystuje.
— Boję się, że będzie prosił o pożyczkę.
Sierpiński leżał w ubraniu na łóżku i sapał.
Zdaje się, zablagowałem się i to grubo — pomyślał — ależ to Świnia... ma coś z dorobkiewicza, choć co prawda to i ja jestem świnia. Zaśmiał się. Kiedyś miałem utrzymanki — teraz sam jestem na utrzymaniu. Winklerowa mnie utrzymuje, biorę od niej pieniądze — ale dobrze mi tak.
Trzeba się jednak rozbierać... jak tu zdjąć buty?
Hej! jest tam który! — krzyknął, ale przeznaczony dla niego lokaj poszedł już dawno spać. Gotfryd siadł, zrzucił kitel; kamizelkę i spodnie ściągnął jako tako, ale z butami miał kłopot nielada; brzuch miękki zawadzał. Jeden ściągnął, ale drugiego ani rusz; zmęczył się, aż się zasapał, i w końcu upadł na łóżko z jedną nogą w cholewie, napełniając pokój chrapaniem, odorem tytoniu, wina i obrzydliwej starości.


XI.

Jeżeli Wiatronogi miał tej nocy jakie wspomnienia, przerwał mu je Wasyl, który, zarzuciwszy nań derkę, popędził do miasteczka. Do rana trzymał go przy drzwiach szynku razem z chłopskim koniem, z którym srokacz się lizał. Nad rankiem, wracając do stajni, wałach poczuł świerzbienie. Jakoś dziwnie świerzbi? — pomyślał.
Po upływie pięciu dni zawołano konowała; ten z radością orzekł, że to krosta i prosił, by mu pozwolono sprzedać srokacza cyganom. Po co? — trzeba zabić, jak najprędzej — brzmiała odpowiedź.
Ranek był jasny i cichy. Tabun poszedł na paszę, a Wiatronogi pozostał w stajni. Wkrótce zjawił się jakiś dziwny człowiek, chudy, czarny, brudny, w zbryzganym krwią kaftanie. Był to hycel. Ujął kantar i wyprowadził srokacza. Wałach szedł spokojnie, bez oporu, jak zwykle, włócząc po słomie nogami. Za wrotami zawrócił w kierunku stadniny, ale hycel szarpnął uzdę, wrzeszcząc: Nie trzeba!
Hycel wraz z Wasylem, który szedł z tyłu, skierowali się do dolinki, znajdującej się za szopą z cegłą, jakby owo miejsce posiadało jakąś szczególną własność. Zatrzymali się nagle.
Hycel oddał Wasylowi uzdę, zdjął kaftan i zawinąwszy rękawy, wydobył z cholewy nóż i osełkę.
Wałach próbował dla zabicia czasu uszczypnąć trochę trawy, ale była za daleko — westchnął więc i zmrużył oczy. Po chwili obwisła mu dolna warga, ukazując spiłowane żółte zęby; wałach zaczął zasypiać przy dźwiękach ostrzącego się noża — tylko mu chora noga drgała odruchowo.
Raptem poczuł, że go biorą za szczękę i podnoszą mu głowę do góry. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą dwa psy. Jeden węszył w kierunku hycla, drugi siedział i wpatrywał się w wałacha, jakby czegoś oczekiwał od niego właśnie; srokacz popatrzał na nich i zaczął trzeć szczękę o trzymające go ręce.
— Pewno chcą mnie leczyć — pomyślał — a niech leczą; i rzeczywiście poczuł, że mu coś robią z gardłem. Uczuł ból. Drgnął, ruszył nogą, ale się pohamował, czekając, co dalej będzie...
Dalej poczuł, że ciepła ciecz polała się szeroką strugą po szyi i piersiach. Wałach westchnął obydwoma bokami i poczuł znaczną ulgę; zrobiło mu się lżej o cały ciężar życia. Zamknął oczy, opuścił głowę, nikt go nie trzymał. Zadrżały pod nim nogi, począł się chwiać całem swem ciałem. Nie tyle się przeraził, ile zdziwił. Wszystko wydało mu się tak nowe i niezwykłe, rzucił się naprzód, w górę. Ale zamiast skoku, związały mu się nogi i upadł na kolana, a później zwalił się na lewy bok. Hycel czekał, aż się skończą drgawki, poczem odpędził zbliżające się psy, wziął wałacha za nogi i przewrócił go na grzbiet. Wasylowi polecił trzymać nogi, a sam zaczął zdzierać skórę.
— I to był koń, rzekł Wasyl.
— Żeby był więcej tłusty, lepsza byłaby skóra, odparł hycel.
Wieczorem wracający tabun dostrzegł z góry w dolinie, z lewej strony drogi, jakąś czerwoną plamę, wokoło której kręciły się psy, latały wrony i jastrzębie.
Jeden z psów, opierając się łapami o ścierwo, trzęsąc pyskiem, odrywał kawały mięsa.
Bura klaczka zatrzymała się i, wyciągnąwszy szyję, wciągała w chrapy powietrze — ledwo ją zdołano z tego miejsca odpędzić.
O świcie w gęstwinie starego lasu wyły radośnie wilczęta. Było ich pięcioro. Cztery wie jednakowe, a piąte maleńkie z głową większą od tułowia.
Chuda wyliniała wilczyca, włócząc po ziemi pełny brzuch i obwisłe wymiona, wyszła z krzaków i siadła naprzeciwko swego potomstwa.
Wilczęta skupiły się wokoło matki, ona zaś, zbliżywszy się do najmniejszego i opuściwszy głowę i ogon, zrobiła kilka kurczowych ruchów i wyrzuciła z paszczy wielki kawał koniny. Większe wilczęta zbliżyły się do wilczątka, ale matka odpędziła je z groźbą, oddając wszystko małemu. Malec, jakby rozgniewany, wyjąc, zagarnął pod siebie ścierwo i jął je szarpać. W ten sam sposób matka wyrzuciła po kawałku mięsa każdemu z pięciorga swych dzieci, poczem położyła się i jęła odpoczywać.
Po tygodniu około szopy widniał tylko czerep i dwa piszczele; reszta się ulotniła.
W lecie kościarka zebrała i te resztki i zużytkowała je w odpowiedni sposób.
Błąkające się po świecie, żądne jadła i napoju martwe cielsko Sierpińskiego, znalazło się w ziemi znacznie później.
Ani jego mięso, ani kości, ani skóra nie przydały się na nic nikomu. Od dwudziestu lat to włóczące się po świecie ciało było dla wszystkich jedynie zawadą. Pogrzeb jego również nabawił ludzi zbytecznego kłopotu, bo pomimo to, że oddawna nie było nikomu potrzebne, jako bezużyteczny ciężar, żałobnicy, chowając zmarłego, uważali za niezbędne ubrać rozkładającego się trupa w nowy mundur, piękne buty, włożyć go w nową ładną trumnę z sutemi kutasami po czterech rogach, umieścić pierwszą trumnę w drugiej metalowej, zawieźć do stolicy, poruszyć stare kości umarłych i koniecznie w tym właśnie miejscu pogrzebać to zgniłe, pełne robaków ciało w nowym mundurze i wyczyszczonych butach — i wszystko ziemią zasypać.

Koniec.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: Gustaw Daniłowski.