Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


taki gniew i żal, żem zaczął tłuc kopytami i głową o ściany klatki, aż spotniałem ze znużenia jak mysz i wyczerpałem się zupełnie.
Wkrótce wróciła matka; posłyszałem, jak biegła przez korytarz jakimś niezwykłym truchtem. Otworzono drzwi. W pierwszej chwili poprostu nie mogłem jej poznać, tak odmłodniała i wyprzystojniała. Powąchała mnie, prychnęła i zagrała piersiami. Poznałem ze wszystkiego, że już mnie nie kocha. Zaczęła mi opowiadać o urodzie Elbedeniego, o swojej miłości. Schadzki jej powtarzały się w dalszym ciągu, a w miarę tego nasze stosunki stawały się coraz więcej oziębłe. Z wiosną zaczęto mnie wypuszczać na trawę! Poznałem więc nowe przyjemności życia, które mi zastąpiły brak matczynej pieszczoty.
Pozyskałem sobie przyjaciół i przyjaciółki, uczyliśmy się razem szczypać trawę, rżeć jak dorośli i brykać, zadarłszy ogony wokoło naszych karmicielek. Szczęśliwe to były czasy! Miałem ogólną sympatyę, wszyscy się mną zachwycali; wybaczano mi moje figle i patrzano wyrozumiale na wszystko, com zmalował. Ale trwało to niedługo; wkrótce spotkało mnie coś wprost okropnego...
Ciężkie westchnienie wydarło się z piersi wałacha, umilkł i odstrychnął się nagle od słuchających go koni.
Tymczasem wschód zapalał się coraz silniej,