Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/68

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    cały kraj rozprawiał o tym... i Sierpiński zaczął blagować tak bezczelnie i bez wytchnienia, że gospodarz nie miał sposobności wtrącić ani słówka i siedział z kwaśną miną, dolewając wina dla rozrywki to sobie, to jemu.
    Świtało, a oni jeszcze siedzieli. Gospodarz nudził się śmiertelnie. Wstał wreszcie.
    — Spać, to spać!... rzekł Gotfryd, wstając zataczając się z lekka i sapiąc, udając się do przeznaczonego dlań pokoju.

    · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

    Gospodarz wszczął rozmowę ze swoją kochanką.
    — Nie, on jest niemożliwy — upił się i łże, jak najęty.
    — I mnie asystuje.
    — Boję się, że będzie prosił o pożyczkę.
    Sierpiński leżał w ubraniu na łóżku i sapał.
    Zdaje się, zablagowałem się i to grubo — pomyślał — ależ to Świnia... ma coś z dorobkiewicza, choć co prawda to i ja jestem świnia. Zaśmiał się. Kiedyś miałem utrzymanki — teraz sam jestem na utrzymaniu. Winklerowa mnie utrzymuje, biorę od niej pieniądze — ale dobrze mi tak.
    Trzeba się jednak rozbierać... jak tu zdjąć buty?
    Hej! jest tam który! — krzyknął, ale przeznaczony dla niego lokaj poszedł już dawno