Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wąchiwały się nawzajem, zupełnie jakby najzwyklejsze konie.
Dotychczas nie mogę zapomnieć widoku tej zagrody pełnej współczesnych piękności. Trudno wam zapewne uwierzyć, że i ja byłem kiedyś młody i rzeźki — a jednak tak było. Ta sama Zulema była tam wraz ze mną, jako roczna klaczka, miła, zgrabna i wesoła, a jednak sądzę, że się nie obrazi i zgodzi się ze mną, skoro powiem, że chociaż między wami ze względu na krew swoją uważana jest jako rzadkość, należała ona do gorszych koni owego wieku.
Moja maść srokata, która tak bardzo nie podobała się ludziom, wśród koni zyskała ogólne uznanie.
Zachwycały się mną wszystkie, otaczały opieką i obdarzały sympatyą, tak iż zaczynałem zapominać o ludzkich uwagach z powodu mej maści i czułem się szczęśliwy.
Wkrótce jednak doświadczyłem pierwszego smutku w mem życiu — spowodowała go matka. Jak tylko zaczęły się odwilże, pod strzechami zaświergotały wróble, a wiosnę coraz silniej czuć było w powietrzu — postępowanie matki w stosunku do mnie zaczęło ulegać pewnym zmianom. Zaczął się też zmieniać jej humor i całe usposobienie: chwilami bez najmniejszego powodu zaczynała brykać i biegać po podwórzu, co zupełnie nie licowało z jej wiekiem poważnym.