Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się furman — Klim. Furman naogół przypominał swego pana.
Obaj niczego się nie bali i nie kochali nikogo prócz siebie. To mi się podobało. Klim chadzał zwykle w wyszywanej koszuli i szerokich szarawarach.
Lubiłem patrzeć, jak nieraz we święto, wypomadowany, w kurcie wpadał do stajni i krzycząc, „no! zwierzaku — zapomniałeś“ — trącał mnie trzonkiem od wideł w udo, tak, lekko — na żart.
Znałem się na tych żartach — więc, udając gniew, tuliłem uszy i wyszczerzałem zęby. W naszej stajni stał też kary ogier od pary. W nocy chodziliśmy razem w zaprzęgu. Smok ten nie znał się na żartach a zły był, jak djabeł. Staliśmy obok siebie i nieraz przez sztachety gryźliśmy się na dobre. Klim jednak nie bał go się. Bywało podejdzie ku niemu, krzyknie — ten się rzuci, zdaje się, że zabije.
Nie — chybił, a Klim już mu szleje poprawia na karku. Raz w parze z ogierem ponieśliśmy na zjeździe w dół. Ani pan, ani furman nie przestraszyli się bynajmniej. Śmieli się, ostrzegali przechodniów, wstrzymywali i kierowali tak zręcznie, żeśmy nie stratowali nikogo. W służbie u nich straciłem wszystkie moje zalety i życia. Ochwaciłem się u nich.
Pomimo to jednak był to najszczęśliwszy