Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/55

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    szaleństwa, poczym zasmarowawszy pręgi wyprowadzał na świat boży.
    Od liweranta kupiła mnie pewna staruszka, która ciągle jeździła do Ś-go Mikołaja i biła służbę. Furman jej płakał nieraz oparty o moje koryto, dzięki czemu dowiedziałem się, że łzy mają przyjemny słonawy smak.
    Kiedy staruszka umarła, rządca zabrał mnie na wieś i sprzedał kramarzowi. U niego objadłem się przenicy i zachorowałem jeszcze gorzej. Sprzedano mnie chłopu, gdzie prawie nie karmiono mnie zupełnie, zmuszano za to orać ziemię, przyczym skaleczyłem sobie nogę o lemiesz. Znowu zachorowałem; przehandlowano mnie cyganowi, który mordował mnie strasznie i w końcu sprzedał tutejszemu ekonomowi. W ten sposób znalazłem się między wami.
    Zapanowało długie milczenie. Zaczął mżeć deszcz.


    IX.

    Następnego wieczora tabun, wracając z pastwiska, wpadł na gospodarza i jakiegoś gościa. Żułdycha, zbliżając się do domu, spojrzała nieufnie na dwie męskie postaci; jedna z nich w słomianym kapeluszu — był to młody gospodarz, druga — wysoki, otyły zużyty wojak.
    Stara klacz zastrzygła uszami i minęła ich, spoglądając z ukosa; reszta młodzieży spłoszyła