Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/37

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    nerał groził, iż każe obić wszystkich i oświadczył, że ogierków trzymać razem z klaczami nie należy. Koniuszy odpowiedział, że stanie się według rozkazu. Poczem wszyscy umilkli i rozeszli się, ja zaś, choć nie rozumiałem dokładnie o czem mowa, domyśliłem się, że tu chodzi o mnie...

    · · · · · · · · · · · · · · · · · ·


    Nazajutrz przestałem rżeć na zawsze i stałem się tem, czem dzisiaj jestem. Cały świat odmienił mi się w oczach, zbrzydło mi wszystko. Zacząłem się zagłębiać sam w sobie i oddawać się rozmyślaniom.
    Z początku ogarnęła mnie straszna apatya, nie miałem ochoty nawet jeść, pić, poruszać się, o zabawie nie mogło być i mowy. Jeśli zaś nawet zjawiła się przelotna chęć zarżeć, pobrykać, poskakać, zjawiało się wnet okropne pytanie — po co? na co? i znikały resztki energii.
    Pewnego wieczora prowadzono mnie właśnie o tej porze, kiedy stado powracało z pastwiska.
    Dostrzegłem z daleka obłok kurzu, w którym majaczyły znajome kontury wszystkich naszych klaczy; usłyszałem tętent i wesołe parskanie. Zatrzymałem się, nie zważając na to, że rzemień kantarka, za który mnie prowadził parobek, wrywał mi się w szyję.
    Stałem zapatrzony na zbliżający się tabun