Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tak uporczywie, jakbym patrzał w stracone na wieki niepowrotne szczęście. Stado zbliżało się ku mnie, zacząłem rozróżniać znajome, piękne, zdrowe i dumne postacie. Niektóre konie zaczęły się za mną oglądać. Nie czułem już bólu wrywającego się w ciało rzemienia. Zapomniałem się zupełnie.
Ulegając przyzwyczajeniu puściłem się truchtem i rżałem. Smutek, a zarazem jakiś brak sensu i ogrom śmieszności odmalował się w tym rżeniu i, choć w stadzie nie zabrzmiał ani jeden głos szyderstwa, spostrzegłem wyraźnie, że wielu odwróciło odemnie głowy, że jest im jakoś głupio i przykro, że mnie się wstydzą, a co gorsza, że jestem dla nich pośmiewiskiem, że im się komiczną wydaje moja cienka, pozbawiona wyrazu szyja, wielka głowa (schudłem podówczas) długie nogi i owe głupie lansady, w których z przyzwyczajenia dreptałem wokoło parobka. W tej jednej chwili zrozumiałem, o ile stałem się dla nich obcy i daleki... Nie pamiętam, jak i kiedy znalazłem się znów w stajni. Na ogół zawsze byłem sensatem, skłonnym do rozmyślań — teraz zaś w mej duszy dokonał się przewrót ostateczny. Moja maść srokata, wzbudzająca tak dziwną pogodę wśród ludzi; to straszne nieszczęście, które tak niespodzianie spadło na mnie a przytym jakieś odrębne stanowisko w stajni, które odczuwałem, choć powodu nie mogłem