Uszy hrabiego Chesterfield i kapelan Gudman/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Uszy hrabiego Chesterfield i kapelan Gudman
Pochodzenie Powiastki filozoficzne /
Tom drugi
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
USZY HRABIEGO CHESTERFIELD[1] I KAPELAN GUDMAN
(1775.)

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Ach! ach! nieubłagana fatalność włada sprawami tego świata. Sądzę o tem, rzecz prosta, z mojej przygody.
Milord Chesterfield, który mnie bardzo lubił, przyrzekł pomyśleć o mym losie. Otóż, zawakowało dobre preferment[2], zawisłe od niego. Pędzę z prowincyi, gdzie mieszkam, do Londynu; zjawiam się u milorda, przypominam mu obietnicę: ściska mi ręce i powiada że w istocie źle wyglądam. Odpowiadam, że moja największa choroba, to ubóstwo. Milord oświadcza że mnie uleczy, i daje mi bezzwłocznie list do p. Sidrac, w pobliżu Guidhallu.
Przekonany, że ów p. Sidrac jest osobą która ma się zająć sprawą mego probostwa, pędzę do niego. P. Sidrac, który był chirurgiem milorda, przystępuje bezzwłocznie do sondowania mnie i upewnia, że jeżeli mam kamień, zoperuje mnie z pomyślnym skutkiem.
Trzeba wiedzieć, że milord usłyszał iż mocno cierpię na pęcherz i chciał, ze zwykłą swą hojnością, dać mnie zoperować na swój koszt. Był głuchy, tak jak jego brat, o czem jeszcze nie wiedziałem.
Przez czas, który strawiłem broniąc swego pęcherza przed p. Sidrac, chcącym mnie sondować przemocą, jeden z pięćdziesięciu dwu kandydatów którzy ubiegali się o to samo beneficyum, zjawił się u milorda, poprosił o moje probostwo i otrzymał je.
Byłem zakochany w miss Fidler i miałem ją zaślubić skoro zostanę proboszczem; rywal mój zdmuchnął mi posadę i kochankę.
Hrabia, dowiedziawszy się o mem nieszczęściu i swojej omyłce, przyrzekł mi wszystko naprawić; ale umarł w dwa dni później.
P. Sidrac wykazał mi jak na dłoni, że mój zacny protektor nie mógł żyć ani minuty dłużej, zważywszy stan jego organów, i dowiódł że głuchota jego pochodziła jedynie z nadzwyczajnego wysuszenia błony bębenkowej. Ofiarował się nawet zahartować mi uszy spirytusem tak, abym się stał głuchszy niż którykolwiek z parów królestwa.
Ujrzałem, że p. Sidrac jest bardzo uczonym człowiekiem. Obudził we mnie pociąg do studyów nad przyrodą. Widziałem zresztą, że to jest miłosierny człowiek, który, w potrzebie, zoperowałby mnie gratis i któryby mi użyczył swej pomocy we wszelkiej przygodzie jakaby mi się mogła trafić w okolicy ujścia pęcherza.
Zacząłem tedy studyować przyrodę pod jego kierunkiem, aby się pocieszyć po stracie probostwa i kochanki.


ROZDZIAŁ DRUGI.

Po wielu spostrzeżeniach przyrodniczych, dokonanych przy pomocy moich pięciu zmysłów, lunet, mikroskopów, rzekłem, pewnego dnia, do p. Sidrac: „To są czyste kpiny; niema żadnej natury, wszystko jest sztuką. Cudowną jest sztuka, z jaką planety tańczą regularnie koło słońca, gdy słońce kręci się samo dokoła siebie. Musiał to być ktoś równie uczony jak królewska akademia w Londynie, ten kto urządził rzeczy w ten sposób, iż kwadrat obrotu każdej planety jest zawsze proporcyonalny do pierwiastka z sześcianu ich odległości od środka; i trzeba być czarownikem aby to zgadnąć.
„Przypływ i odpływ Tamizy wydaje mi się wynikiem sztuki nie mniej głębokiej i nie mniej trudnej do poznania.
„Zwierzęta, rośliny, minerały, wszystko wydaje mi się urządzone wedle miary, wagi, liczby, ruchu, wszystko jest sprężyną, dźwignią, blokiem, machiną hydrauliczną, laboratoryum chemicznem, od trawki do dębu, od pchły do człowieka, od ziarnka piasku aż do chmur.
„Niema wątpliwości: wszystko jest sztuką, a natura jest prostą chimerą. — Masz pan słuszność, odparł p. Sidrac; ale masz o tem wszystkiem słabe pojęcie; wszystko to już powiedział pewien mędrek z tamtej strony kanału[3]; cóż, kiedy nikt nie zwrócił na to uwagi. — Co mnie dziwi, i co mi się najbardziej podoba, to iż, mocą tej niezrozumiałej sztuki, dwie machiny tworzą zawsze trzecią. Bardzo mi żal, że nie mogłem tego dokonać z miss Fidler; ale widzę, że było postanowione od najdawniejszych wszechczasów, że miss Fidler użyje do tego innej machiny niż mnie.
— To co pan mówisz, odparł p. Sidrac, również już było powiedziane: tem lepiej, to pomnaża prawdopodobieństwo słuszności twego rozumowania. Tak, bardzo zabawne jest, że dwie osoby wydają trzecią; ale to nie odnosi się do wszystkich istot: dwie róże nie wydają trzeciej róży całując się; dwa kamienie, dwa metale, nie wydają trzeciego; a mimo to, metal, kamień, to rzeczy których cała przemyślność ludzka nie zdołałaby stworzyć. Wielki, prawdziwy, ciągły cud, to to, że chłopak i dziewczyna wydają razem dziecko, i że słowik robi słowiczka swojej słowiczycy a nie pliszce. Powinnoby się spędzić pół życia na naśladowaniu ich, a drugie pół mi błogosławieniu tego kto wymyślił tę metodę. Istnieje, w sztuce płodzenia, tysiąc bardzo ciekawych sekretów. Newton powiada, że natura jest wszędzie do siebie podobna: Natura est ubique sibi consona. W miłości to jest fałszywe: ryby, gady, ptaki nie kochają się tak jak my: jest w tem nieskończona rozmaitość. Fabrykacya czujących i działających istot zachwyca mnie. Roślinność też ma swoje uroki. Zawsze zdumiewam się, że ziarno zboża rzucone w ziemię wydaje wiele nowych ziarn.
— Aha, rzekłem (byłem wówczas jeszcze głupi): niby że zboże musi umrzeć aby się urodzić, jak uczy o tem Szkoła[4].
P. Sidrac sprostował z uśmiechem i bardzo oględnie moje pojęcia. „To było dobrze za czasów Szkoły, rzekł; ale najskromniejszy rolnik wie dzisiaj że to głupstwo. — Ach, panie Sidrac, przepraszam pana; ale ja byłem teologiem, a nie można się tak odrazu wyzbyć swoich przyzwyczajeń.


ROZDZIAŁ TRZECI.

W jakiś czas po tych rozmowach biednego księżyny Gudmana z wybornym anatomem Sidrakiem, chirurg ów spotkał go w parku Saint-James, zamyślonego, zadumanego, z miną bardziej zakłopotaną niż mina matematyka kiedy mu się trafi omyłka w rachunku. „Co panu? spytał Sidrac; pęcherz czy kiszka stolcowa? — Nie, rzekł Gudman; pęcherz, ale żółciowy. Właśnie przejeżdżał w wygodnej karocy biskup Glocester[5], zarozumiały pedant i gaduła; on jechał, ja szedłem piechotą, i to mnie podrażniło. Pomyślałem, że, gdybym chciał uzyskać biskupstwo w tym kraju, można się założyć dziesięć tysięcy przeciw jednemu żebym go nie dostał, zważywszy że jest nas dziesięć tysięcy księży w Anglii. Zostałem bez żadnego oparcia od śmierci milorda Chesterfielda, który był głuchy. Przypuśćmy, że każdy z dziesięciu tysięcy anglikańskich księży ma po dwóch protektorów: można, w takim razie, trzymać dwadzieścia tysięcy przeciw jednemu, że nie doczekam się biskupstwa. To przykre, kiedy się o tem pomyśli.
„Przypomniałem sobie, że mnie niegdyś namawiano, abym się puścił do Indyj jako majtek, i upewniano mnie, że zrobię tam wielki los ale nie byłem snadź powołany aby kiedyś zostać admirałem. Przepatrzywszy wszystkie zawody, i nie czując się zdolny do niczego, zostałem księdzem.
— Nie bądź pan już księdzem, rzekł Sidrac, i zostań filozofem. To zawód, który nie wymaga ani nie daje bogactw. Ile masz dochodu?
— Tylko trzydzieści gwinei renty; po śmierci zaś starej ciotki, będę miał pięćdziesiąt.
— Ba, mój drogi Gudmanie, to dość aby żyć swobodnie i myśleć. Trzydzieści gwinei, to sześćset trzydzieści szylingów: prawie dwa szylingi dziennie. Filips[6] żądał tylko jednego. Mając ten dochód zapewniony, można powiedzieć wszystko co się myśli o Kompanii Indyjskiej, o parlamencie, o naszych koloniach, o królu, o bycie w ogólności, o człowieku, o Bogu, co jest nielada zabawa. Chodź ze mną na obiad, to ci oszczędzi wydatku; pogadamy: twoja zdolność myślenia będzie miała przyjemność przestawania z moją zapomocą słowa; cudowna rzecz, której ludzie nie podziwiają dostatecznie“.


ROZDZIAŁ CZWARTY.
(Rozmowa doktora teologii Gudmana i anatoma Sidraka o duszy i o niektórych innych rzeczach.)

Gudman. Powiedz mi, mój drogi Sidrac, czemu ty mówisz zawsze moja zdolność myślenia? Czemu nie mówisz poprostu moja dusza? to byłoby krócej, a rozumiałbym cię tak samo.
Sidrac. Ale jabym się nie rozumiał. Czuję, wiem, że Bóg dał mi zdolność myślenia i mówienia; ale nie czuję ani nie wiem czy dał mi istotę którą nazywają duszą.
Gudman. W istocie, kiedy się zastanawiam, widzę że i ja nic o tem nie wiem, i że długo byłem dość zuchwały aby sądzić że wiem. Zauważyłem, że ludy Wschodu nazywają duszę mianem które oznacza życie. Za ich przykładem, Latynowie rozumieli najpierw przez anima życie zwierzęcia[7]. U Greków mówiono o oddechaniu duszy. To oddechanie jestto dech. Latynowie przetłómaczyli słowo dech przez spiritus[8]; stąd słowo, które odpowiada myśli u prawie wszystkich nowożytnych narodów. Ponieważ nikt nie widział nigdy tego tchu, tego ducha, uczyniono zeń istotę, której nie można widzieć ani dotknąć. Powiedziano, że mieszka w naszem ciele nie zajmując w niem miejsca, że porusza naszymi organami nie dotykając ich. Czegóż nie powiedziano? wszystkie nasze rozprawy, o ile mi się zdaje, wspierały się na grze słów. Widzę iż roztropny Locke dobrze czuł, w jaki chaos wtrąciła rozum ludzki ta gra słów we wszystkich językach. Nie dał żadnego rozdziału o duszy w jedynej rozsądnej książce metafizycznej jaką kiedykolwiek napisano. A jeżeli, przypadkowo, wymawia to słowo niekiedy, oznacza ono u niego jedynie naszą inteligencyę.
„W istocie, każdy czuje, że ma inteligencyę, że przyjmuje pojęcia, że gromadzi je, rozbiera; ale nikt nie czuje w sobie drugiej istoty która jest źródłem jego ruchów, wrażeń i myśli. W gruncie rzeczy, niedorzecznością jest wymawiać słowa których się nie rozumie, i przypuszczać istoty, o których nie można mieć najmniejszego pojęcia.
Sidrac. Otośmy się tedy pogodzili co do rzeczy, która była przedmiotem tylu dysput przez tyle wieków.
Gudman. I podziwiam żeśmy się pogodzili.
Sidrac. Niema w tem nic dziwnego, szukamy prawdy z dobrą wiarą. Gdybyśmy zasiadali na ławkach Szkoły, argumentowalibyśmy jak figury z Rabelego[9]. Gdybyśmy żyli w wiekach straszliwych ciemności, które tak długo spowijały Anglię, jeden z nas kazałby może spalić drugiego. Żyjemy w wieku rozumu, znajdujemy łatwo to, co nam się wydaje prawdą, nie lękamy się jej powiedzieć.
Gudman. Tak, ale boję się, że ta prawda, to bardzo niewiele. Dokonaliśmy w matematyce cudów, które zdumiałyby Apoloniusza[10] i Archimedesa, i uczyniłyby ich naszemi uczniami; ale w metafizyce cóżeśmy odkryli? naszą niewiedzę.
Sidrac. A czy to nic? Przyznajesz, że wielka Istota dała ci zdolność czucia i myślenia, tak jak dała twoim nogom zdolność chodzenia, rękom władzę wykonywania mnóstwa rzeczy, wnętrznościom władzę trawienia, sercu władzę wpędzania krwi w tętnice. Wszystko mamy od Niej; nie mogliśmy sobie nic dać, i zawsze będziemy nieświadomi sposobu w jaki Pan wszechświata poczyna sobie aby nami powodować. Co do mnie, składam mu dzięki za to, iż mnie pouczył że nic nie wiem o pierwszych zasadach.
„Zawsze dochodzono, w jaki sposób dusza oddziaływa na ciało. Trzebaby wiedzieć wprzód, czy mamy wogóle duszę. Albo Bóg dał nam ten podarek, albo nam użyczył czegoś co obstoi za to samo. W jakikolwiek sposób postąpił, zawsze jesteśmy w jego ręku. Jest naszym panem, oto wszystko co wiem.
Gudman. Ale przynajmniej powiedz mi co przypuszczasz. Sekcyonowałeś mózgi; widziałeś embryony i płody; czy odkryłeś w nich jaki ślad duszy?
Sidrac. Najmniejszego; i nigdy nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób istota niemateryalna, nieśmiertelna, miałaby tkwić dziewięć miesięcy bezcelowo ukryta w cuchnącej błonie między uryną a odchodami. Trudno mi było pojąć, aby ta rzekomo czysta dusza istniała przed utworzeniem jej ciała; nacóż bowiem zdałaby się przez wieki, nie będąc duszą ludzką? I w jaki sposób wyobrazić sobie istotę prostą, istotę metafizyczną, która czeka przez wieczność na chwilę w której ma ożywić materyę na kilka minut. Cóż się dzieje z tą nieznaną istotą, jeżeli płód, który miała ożywić, umrze w łonie matki?
„Jeszcze niedorzeczniejsze zdało mi się, aby Bóg miał stwarzać duszę w chwili zapłodnienia. Zdała mi się bluźnierczą ta myśl, iż Bóg ma czekać spełnienia cudzołóstwa, kazirodztwa, aby nagrodzić te ohydy, stwarzając, na ich intencyę, dusze. Jeszcze bardziej mnie zgorszył pogląd, iż Bóg wydobywa z nicości nieśmiertelne dusze aby im kazać wiekuiście cierpieć niewymowne męki. Jakto! palić istoty duchowe, istoty w których niema nic do spalenia! Jakbyśmy się wzięli do tego, aby spalić dźwięk głosu, wiatr który przewiał? a jeszcze ten dźwięk, ten wiatr, były materyalne w króciutkiej chwili swego mijania; ale czysty duch, myśl, wątpienie? to mi się w głowie nie mieści. W jakąkolwiek stronę się obrócę, widzę jeno ciemności, sprzeczność, niemożliwość, niedorzeczność, majaki, błazeństwa, chimery, głupstwo, nonsens, szalbierstwo.
„Zupełnie natomiast rad jestem z siebie, kiedy sobie powiem: Bóg jest panem. Ten, który każe nieprzeliczonym gwiazdom ciążyć ku sobie wzajem, ten który uczynił światło, dość jest potężny aby nam dać uczucia i myśli, bez tego iżbyśmy potrzebowali małego obcego i niewidzialnego atomu, zwanego duszą.
„To pewna, iż Bóg dał wszystkim zwierzętom czucie, pamięć, przemyślność. Dał im życie; a jestto z pewnością równie ładny podarek dać życie, co dać duszę. Dość powszechnie przyjęte jest, że zwierzęta żyją; stwierdzone jest, że mają czucie, skoro mają narządy czucia. Otóż, jeżeli mają to wszystko bez duszy, czemuż koniecznie my chcemy mieć tę duszę?
Gudman. Może przez próżność. Jestem przekonany, że, gdyby paw umiał mówić, chełpiłby się że ma duszę, i powiedziałby że dusza jest w jego ogonie. Jestem bardzo skłonny podejrzewać wraz z panem, że Bóg uczynił nas zdolnych jeść, pić, chodzić, spać, czuć, myśleć, pełnych namiętności, pychy i nędzy, nie wyjawiwszy nam ani słowa ze swej tajemnicy. Nie więcej wiemy w tym przedmiocie od owego pawia... Ten, kto powiedział że rodzimy się, żyjemy i umieramy nie wiedząc jak, powiedział wielką prawdę.
„Zdaje mi się, że ten[11], kto nas nazwał maryonetkami Opatrzności, dobrze nas określił; ostatecznie bowiem, iżbyśmy istnieli, trzeba nieskończonej mnogości ruchów. Owóż, nie my uczyniliśmy ruch; nie my ustanowiliśmy jego prawa. Jest ktoś, kto, uczyniwszy światło, prowadzi je od słońca do naszych oczu i przywodzi je nam w siedmiu minutach. Jedynie ruch potrąca moje pięć zmysłów; jedynie przez moje pięć zmysłów rodzą się we mnie pojęcia: zatem autor ruchu daje mi pojęcia. Kiedy mi powie w jaki sposób mi je daje, złożę mu bardzo pokorne dzięki. Dziękuję mu już bardzo i za to, że mi pozwolił oglądać przez kilka lat wspaniałe widowisko tego świata, jak mówi Epiktet. Prawda, iż mógł mnie uczynić szczęśliwszym; mógł mi dać dobre probostwo i moją ukochaną miss Fidler; ale, ostatecznie, tak jak jest, przy moich sześćset trzydziestu szylingach renty, i tak mu jestem bardzo obowiązany.
Sidrac. Powiadasz, że Bóg mógł ci dać dobre probostwo i mógł cię uczynić szczęśliwszym niż jesteś. Są ludzie, którzy nie przepuściliby ci tego twierdzenia. Nie przypominasz-że już sobie, że ty sam żaliłeś się na fatalność? Nie wolno jest człowiekowi, który chciał być proboszczem, przeczyć samemu sobie. Nie pojmujesz, że, gdybyś miał probostwo i żonę której pragnąłeś, w takim razie tybyś zrobił dziecko pannie Fidler, a nie twój rywal? Dziecko, któreby urodziła, mogłoby być majtkiem, zostać admirałem, wygrywać bitwy morskie w ujściu Gangesu i do reszty obalić Wielkiego Mogoła. To samo zmieniłoby postać świata. Trzebaby świata zupełnie odmiennego niż nasz, aby twój współzawodnik nie otrzymał probostwa, aby nie zaślubił miss Fidler, abyś ty nie został o sześciuset trzydziestu szylingach rocznie, w oczekiwaniu śmierci ciotki. Wszystko stanowi jeden łańcuch; Bóg zaś nie przerwie wiekuistego łańcucha dla mego przyjaciela Gudmana.
Gudman. Nie przyszło mi na myśl to rozumowanie kiedym mówił o fatalności; ale, ostatecznie, jeżeli tak jest, w takim razie Bóg jest niewolnikiem tak samo jak ja?
Sidrac. Jest niewolnikiem swojej woli, swojej mądrości, praw które uczynił, swojej koniecznej natury. Nie może ich naruszyć, ponieważ nie może być słaby, niestały, zmienny jak my, i ponieważ Istota nieodzownie wieczna nie może być chorągiewką na dachu.
Gudman. Panie Sidrac, to może wieść prosto do bezbożności, jeźli bowiem Bóg nie może nic zmienić w sprawach świata, nacóż śpiewać jego pochwały, nacóż modlić się do niego?
Sidrac. A któż powiada aby się modlić i chwalić Boga? Dużo się on, w istocie, troszczy o nasze pochwały i uznania! Chwalimy człowieka, ponieważ przypuszczamy że jest próżny; prosimy go, kiedy sądzimy że jest słaby i spodziewamy się że odmieni zdanie. Czyńmy nasz obowiązek względem Boga, uwielbiajmy go, bądźmy sprawiedliwi; oto nasze prawdziwe pochwały, prawdziwe modlitwy.
Gudman. Panie Sidrac, obeszliśmy spory kawał; nie licząc bowiem miss Fidler, dochodzimy czy mamy duszę, czy jest Bóg, czy może się zmienić, czy jesteśmy przeznaczeni do dwojakiego życia, czy... To są głębokie studya; możebym nigdy nie pomyślał o nich, gdybym został proboszczem. Muszę zgłębić te potrzebne i wzniosłe rzeczy, skoro nie mam nic do roboty.
Sidrac. A więc, doktor Grou ma być jutro u mnie na obiedzie; jestto bardzo uczony lekarz; objechał świat dookoła z pp. Banksem[12] i Solandrem; musi tedy z pewnością wiedzieć coś o Bogu i duszy, znać prawdę i fałsz, złe i dobre, o wiele lepiej niż ci którzy nigdy nie opuścili Covent-Garden. Co więcej, doktor Grou zwiedził za młodu prawie całą Europę; był świadkiem kilku rewolucyj w Rosyi; obcował z baszą hrabią de Bonneval[13], który stał się, jak wiadomo, zupełnym muzułmanem w Konstantynopolu, żył blisko z księdzem-papistą Mac-Carthy[14], irlandczykiem, który dał sobie obrzezać napletek na cześć Mahometa, i naszym szkockim prezbyteryaninem Ramsayem, który uczynił toż samo, nim później wstąpił do wojska w Rosyi i zginął bijąc się ze Szwedami w Finlandyi. Wreszcie, rozmawiał z wielebnym ojcem Malagridą[15], którego później spalono w Lizbonie, ponieważ Najśw. Panna objawiła mu wszystko co robiła będąc w żywocie matki swojej, św. Anny.
„Pojmujesz, że człowiek taki jak doktor Grou, który widział tyle rzeczy, musi być największym metafizykiem w świecie. Zatem, jutro u mnie na obiedzie.
Gudman. I pojutrze także, drogi Sidrac; trzeba bowiem więcej niż jednego obiadu aby się oświecić“.


ROZDZIAŁ PIĄTY.

Nazajutrz, trzej myśliciele spożyli razem obiad; że zaś, obyczajem filozofów przy stole, stali się nieco weselsi pod koniec posiłku, zaczęli rozprawiać o wszystkich nieszczęściach, głupstwach, okropnościach, jakie trapią rodzaj zwierzęcy, od równika aż do bieguna, i od Limy aż do Meako[16]. Ta rozmaitość ohydy jest wszelako dość zabawna. Jestto przyjemność, której nie kosztują mieszczuchy-domatorzy, ani też wikaryusze, którzy znają jeno własne parafie i sądzą że cała reszta świata zupełnie podobna jest do Exchange-Alley w Londynie lub ulica de la Huchette w Paryżu.
„Zauważyłem, rzekł doktor Grou, że, mimo nieskończonej rozmaitości rozsianej na tym globie, wszyscy ludzie, których widziałem, czy to czarni i kosmaci, czy czarnowłosi, bronzowi, czerwoni, czy śniadzi którzy nazywają się białymi, mają porówni dwie nogi, dwoje oczu i jedną głowę na ramionach, cobądźby powiadał św. Augustyn, który, w swojem trzydziestem siódmem kazaniu, zapewnia, iż widział acefalów, to znaczy ludzi bez głowy; monokulów, którzy mają jedno oko; i monopedów, którzy mają jedną nogę. Co się tyczy ludożerców, przyznaję, że świat roi się od nich, i że wszyscy ludzie przez to przeszli.
„Pytano mnie często, czy mieszkańcy tego olbrzymiego kraju zwanego Nową Zelandyą, którzy są dziś największymi barbarzyńcami pod słońcem, byli ochrzczeni. Odpowiedziałem, że nic nie wiem, ale że to możliwe: Żydzi, którzy byli większymi barbarzyńcami od nich, mieli aż dwa chrzty, urzędowy i domowy.
— Tak, wiem o tem, rzekł Gudman, i spierałem się nieraz z tymi, którzy myślą że myśmy wynaleźli chrzest. Nie, panowie, niceśmy nie wynaleźli, jedynieśmy połatali. Ale, powiedz mi pan, panie Grou, z tych ośmdziesięciu czy stu religii które pan widział w drodze, która wydała się panu najprzyjemniejsza? zelandzka czy hotentocka?
— Religia wyspy Otaiti, bez najmniejszego porównania. Przebiegłem dwie półkule; nie widziałem nic takiego jak Otaiti i jego nabożna królowa. W Otaiti mieszka natura. Gdzieindziej, widziałem jedynie maski; widziałem jedynie hultajów, którzy, mamią głupców; szalbierzy, którzy wyłudzają drugim pieniądze aby mieć władzę, i wyłudzają władzę aby mieć bezkarnie pieniądze; którzy sprzedają wam pajęczynę aby zjeść wasze kuropatwy; którzy wam sprzedają bogactwa i rozkosze kiedy nie będzie już nikogo, iżbyście kręcili rożen póki oni istnieją.
„Dalipan! nie tak jest na wyspie Aiti, lub Otaiti. Wyspa ta jest o wiele bardziej cywilizowana niż Zelandya i kraje Kafrów; a również, śmiem powiedzieć, niż nasza Anglia, natura bowiem obdarzyła ją żyźniejszą glebą; dała jej drzewo chlebowe, dar równie użyteczny jak cudowny, którego udzieliła jedynie niektórym wyspom południowego Oceanu. Prócz tego, Otaiti posiada mnogość ptactwa, jarzyn i owoców. W takim kraju niema potrzeby zjadać swego bliźniego; jest natomiast potrzeba bardziej naturalna, bardziej luba, bardziej powszechna, którą religia Otaiti nakazuje zaspakajać publicznie. Jestto, ze wszystkich ceremonij religijnych, z pewnością najbardziej czcigodna; byłem jej świadkiem, zarówno jak cała nasza załoga. Nie są to bajki misyonarzy, takie jak się spotyka niekiedy w Ciekawych i budujących listach wielebnych ojców jezuitów. Doktór Hawkesworth[17] kończy obecnie drukować nasze odkrycia na południowej półkuli. Ja zawsze towarzyszyłem panu Banks, owemu dzielnemu młodemu człowiekowi, który poświęcił czas i majątek na badanie przyrody ku biegunowi południowemu, gdy pp. Dawkins i Wood[18] wracali z ruin Palmiry i Balbek, gdzie zbadali najstarsze pomniki sztuk, a gdy p. Hamilton[19] uczył zdumionych Neapolitańczyków historyi naturalnej ich ojczystego Wezuwiusza. Widziałem zatem z p. Banksem, Solandrem, Cookiem, to co panom opowiem.
„Księżniczka Obeira, królowa wyspy Otaiti“...
Tu wniesiono przybór do kawy; skoro podano ją wszystkim, p. Grou tak ciągnął opowiadanie.


ROZDZIAŁ SZÓSTY.

„Księżniczka Obeira, powiadam, obsypawszy nas podarkami, z uprzejmością godną angielskiej królowej, wyraziła chęć przyjrzenia się pewnego rana naszym anglikańskim obrządkom. Odprawiliśmy je najparadniej jakeśmy mogli. Po obiedzie, zaprosiła nas na swój: było to 14 maja 1769 r. Zastaliśmy ją otoczoną blisko tysiącem osób obojej płci ustawianych w półkole, w pełnem szacunku milczeniu. Bardzo ładna młoda dziewczyna, odziana z wdzięczną prostotą i nader lekko, spoczywała na wzniesieniu które służyło za ołtarz. Królowa Otaiti nakazała młodemu chłopcu, lat około dwudziestu, aby dopełnił ofiary. Odmówił jakąś modlitwę i wstąpił na ołtarz. Oboje ofiarnicy byli wpół nadzy. Królowa, z majestatyczną miną, pouczyła młodą pacyentkę o najwłaściwszym sposobie dopełnienia ofiary. Wszyscy Otajczycy byli tak baczni i tak przejęci szacunkiem, że żaden z naszych majtków nie odważył się nieprzystojnym śmiechem zmącić ceremonii. Oto co widziałem, powiadam; oto co widziała cała nasza załoga: zostawiam wam wyciągnięcie wniosków.
— Ta święta uroczystość nie dziwi mnie, rzekł doktor Gudman. Jestem przekonany, że to jest pierwsze święto jakie ludzie kiedykolwiek święcili, i nie widzę czemu człowiek nie miałby się modlić do Boga wówczas gdy ma sporządzić istotę na swoje podobieństwo, jak my się modlimy przed posiłkiem mającym skrzepić nasze ciało? Pracować nad spłodzeniem rozumnej istoty, jestto najszlachetniejsza i najświętsza czynność. Tak mniemali dawni Hindusi którzy czcili Lingam, symbol płodzenia; dawni Egipcyanie, którzy obnosili w procesyach Phallusa; Grecy, którzy wznosili świątynie Pryapowi. Jeżeli wolno przytaczać nędzny narodek żydowski[20], grubo naśladujący wszystkich swoich sąsiadów, powiedziane jest, w jego księgach, że ten naród ubóstwiał Pryapa, i że królowa-matka króla żydowskiego Azy była jego arcykapłanką.
„Jakbądź się rzeczy mają, wielce prawdopodobnem jest, że nigdy żaden naród nie stanowił ani nie mógł ustanowić obrzędów przez rozpustę. Wyuzdanie wkrada się w nie niekiedy z czasem; ale założenie jest zawsze niewinne i czyste. Nasze pierwsze agapy, na których chłopcy i dziewczęta całowali się skromnie w usta, wyrodziły się dopiero dość późno w schadzki i niewierności. Dałżeby Bóg, abym był mógł, w niewinności serca, ofiarować z miss Fidler przed królową Obeirą! Byłby to z pewnością najpiękniejszy uczynek w mojem życiu“.
P. Sidrac, który dotąd milczał, ponieważ pp. Gudman i Grou mówili bezustanku, przerwał wreszcie swoje milczenie i rzekł: „Wszystko com tu usłyszał, zachwyca mnie. Królowa Obeira wydaje mi się pierwszą królową półkuli południowej; nie śmiem powiedzieć obu półkul. Ale, wśród takiej czci i szczęścia, jest jeden punkt, który mnie o dreszcz przyprawia. Kochany P. Gudman wtrącił w tej kwestyi słówko, na które pan nie odpowiedział. Czy to prawda, panie Grou, że kapitan Wallis, który zawinął przed panem do tej błogosławionej wyspy, zaniósł tam dwie najstraszliwsze plagi całej ziemi: ospę i przymiot?
— Niestety! odparł p. Grou; Francuzi oskarżają o to nas, a my oskarżamy Francuzów. P. Bougainville[21] powiada, że to ci przeklęci Anglicy udarowali przymiotem królowę Obeirę; a p. Cook utrzymuje, iż królowa dostała tej choroby od samego p. Bougainville. Jakbądź się rzeczy mają, przymiot podobny jest do sztuk pięknych: nie wiemy kto był ich wynalazcą, ale, z czasem, obiegają one Europę, Azyę, Afrykę i Amerykę.
— Oddawna już uprawiam chirurgię, rzekł Sidrac, i wyznaję że temu choróbsku zawdzięczam największą część majątku; mimo to, nienawidzę go. Pani Sidrac udzieliła mi go pierwszej nocy po ślubie, ale, ponieważ jest to osoba bardzo drażliwa na wszystko co tyczy jej honoru, ogłosiła we wszystkich dziennikach londyńskich, że istotnie dotknięta jest tą szpetną chorobą, ale że wyniosła ją z żywota swej szlachetnej matki, i że to jest dawna tradycya rodzinna.
„Co zamierzała tak zwana natura, kiedy wsączyła tę truciznę w same źródła życia? Powiedziano to już, i powtarzam to raz jeszcze: jestto najpotworniejsza i najokropniejsza ze wszystkich sprzeczności. Jakto! człowiek stworzony jest — tak mówią — na obraz Boga.

Finxit in effigiem moderantum cuncta deorum[22];

i oto w naczynia nasienne tego obrazu wszczepiono ból, zarazę, śmierć! W cóż się obróci ów piękny wiersz milorda Rochestera: „Miłość kazałaby ubóstwiać Boga w krainie ateuszów?“
— Ach, rzekł dobry Gudman, trzeba mi może dziękować Opatrzności za to że nie poślubiłem mojej drogiej miss Fidler; kto wie bowiem coby mi się trafiło? Nie można być niczego pewnym na tym świecie. W każdym razie, panie Sidrac, przyrzekł pan mi pomoc we wszystkiem, co tyczy mego pęcherza. — Jestem do pańskich usług, odparł Sidrac; ale nie trzeba dopuszczać takich smutnych myśli“. Mówiąc tak, Gudman miał jakby przeczucie swego losu.


ROZDZIAŁ SIÓDMY.

Nazajutrz, trzej filozofowie roztrząsali wielkie zagadnienie: „Jaka jest pierwsza pobudka wszystkich czynów człowieka?“ Gudman, który miał zawsze na sercu stratę swego probostwa i narzeczonej, powiadał że pobudką wszystkiego jest miłość i ambicya. Grou, który widział więcej świata, rzekł że pieniądz; wielki zaś anatom Sidrac zaręczał że stołeczek[23]. Dwaj biesiadnicy zdumieli się; i oto jak uczony Sidrac dowiódł swego twierdzenia:
„Zawsze to uważałem, że wszystkie sprawy świata zależą od mniemań i woli jakiejś głównej osobistości, czy króla, czy kanclerza czy jego sekretarza; owóż te mniemania i wola są bezpośrednim skutkiem sposobu w jaki duchy żywotne filtrują się w móżdżku a następnie w rdzeniu przedłużonym: te duchy żywotne bowiem zależą od krążenia krwi; ta krew zależy od tworzenia się mleczu; ten mlecz wytwarza się w sieci krezki; ta krezka przymocowana jest do jelit zapomocą bardzo cienkiej siatki; te jelita, jeśli wolno się tak wyrazić, są pełne łajna; owóż, mimo trzech silnych opon któremi każde jelito jest pokryte, jest ono dziurkowane jak sito; wszystko bowiem jest przeźroczyste w naturze, i niema tak drobnego ziarnka piasku, któreby nie miało więcej niż pięćset porów. Możnaby przeprowadzić tysiąc igieł przez kulę armatnią, gdyby można znaleść igły dość cienkie i mocne. Cóż się tedy dzieje z człowiekiem cierpiącym na zatwardzenie? Najdrobniejsze, najdelikatniejsze cząstki jego łajna mięszają się z mleczem w żyłach Azeliusza, spieszą do żyły wrotnej i do zbiornika Pecqueta, przechodzą do żyły podobojczykowej; dostają się do serca najbardziej dwornego mężczyzny, najbardziej zalotnej kobiety. Jestto niby wysuszona rosa z nawozu obiegająca po całem ciele. Jeśli ta rosa przesiąknie tkanki, naczynia i gruczoły człowieka żółciowego, zły humor jego mieni się w okrucieństwo; białko ócz przybiera ton paląco-posępny; wargi zaciskają się i sklejają; kolor twarzy barwi się brudnym odcieniem; cała postać tchnie groźbą; nie zbliżajcie się doń. Jeżeli to minister, strzeżcie się przedłożyć mu w tej chwili jakie podanie: na wszelki papier patrzy jako na środek którym chciałby się chętnie posłużyć wedle dawnego i szpetnego obyczaju Europejczyków. Wywiedzcie się zręcznie u lokaja-faworyta, czy Ekscelencya miała stołeczek dziś rano.
„To jest ważniejsze, niżby ktoś myślał. Zaparcie stolca spowodowało niekiedy najkrwawsze sceny. Mój dziadek, który umarł mając sto lat, był aptekarzem Kromwela; opowiadał mi często, że Kromwel nie był od tygodnia na stronie, wówczas kiedy dał uciąć głowę swemu królowi.
„Wszyscy ludzie, nieco bliżej obznajmieni ze sprawami Europy, wiedzą, iż ostrzegano często księcia de Guise aby nie drażnił Henryka III w zimie, w czasie północno wschodniego wiatru. Monarcha ten niezmiernie ciężko wówczas chodził na stronę. Odchody uderzały mu do głowy, zdolny był, w owym czasie, do wszelkiego gwałtu. Książę de Guise nie usłuchał tak mądrej rady: co z tego wynikło? on i jego brat padli zamordowani.
„Karol IX, jego poprzednik, był największym ciężko ....em w całem królestwie. Przewody jego jelita grubego i kiszki odchodowej były tak zatkane, że w końcu krew tryskała mu przez pory. Aż nadto wiadomo, że te zapieczone humory były jedną z głównych przyczyn nocy św. Bartłomieja.
„Przeciwnie, osoby zażywne, które mają jelita soczyste, kanały żółciowe spławne, ruchy robaczkowe swobodne i regularne; ludzie, którzy załatwiają się co rano, zaraz po śniadaniu, którzy mają stołeczek lekki, ot, jakby kto splunął, tacy pieszczochowie natury są łagodni, mili, uprzejmi, dobrotliwi, współczujący, uczynni. W ich ustach nie ma więcej wdzięku, niż tak w ustach ciężko ....a.
„Stołeczek ma taki wpływ, iż biegunka czyni często człowieka tchórzem. Dysenterya odbiera odwagę. Nie mówcie człowiekowi osłabionemu bezsennością, trawionemu gorączką i pięćdziesięcioma gnilnymi odchodami na godzinę, aby w biały dzień rzucał się na nieprzyjaciela. Dlatego nie mogę uwierzyć, aby cała nasza armia miała dysenteryę w czasie bitwy pod Azincourt, jak to podają i aby odniosła zwycięstwo ze spuszczonymi portkami. Paru żołnierzy dostało biegunki, opchawszy się zepsutemi winogronami, a historycy opowiedzieli, że cała armia chora biła się z gołym zadkiem, i że, aby go nie pokazać paniczom francuskim, zbili ich na kwaśne jabłko, wedle wyrażenia jezuity Daniela.

I oto jak zazwyczaj historyę się pisze.[24]

„Podobnie, Francuzi powtórzyli wszyscy, jedni za drugimi, że nasz wielki Edward III kazał sobie wydać sześciu mieszczan z Calais, z postronkiem na szyi, aby ich powiesić za to iż się ośmielili dzielnie bronić w czasie oblężenia, i że żona jego uzyskała wreszcie łaskę dla nich swojemi łzami. Ci bajarze nie wiedzą, że to był zwyczaj owych barbarzyńskich czasów, iż mieszkańcy twierdzy stawali przed swoim zwycięscą z postronkiem na szyi, jeśli go zatrzymali zbyt długo przy swojej forteczce. Ale z pewnością szlachetny Edward nie miał żadnej ochoty wieszać tych sześciu zakładników, których obsypał darami i zaszczytami. Mam już po uszy tych bredni, którymi tylu rzekomych historyków szpikowało swoje kroniki, i tych wszystkich bitew, które tak licho opisali. Wolę już wierzyć, że Gedeon odniósł walne zwycięstwo przy pomocy trzystu garnków. Czytuję już tylko, Bogu dzięki, historyę naturalną, byleby jakiś Burnet, i Wiston i Woodward nie nudzili mnie swymi przeklętymi systemami; byle jakiś Maillet nie opowiadał mi że morze irlandzkie wydało góry kaukaskie i że nasz glob jest ze szkła; byleby mi nie przedstawiano wodorostów morskich jako żarłocznych zwierząt, i korali jako owadów; byle szarlatani nie podawali mi bezczelnie swoich rojeń za prawdę. Wyżej sobie cenię dobrą dyetę, która utrzymuje moje soki w równowadze i sprowadza mi lekki stołeczek i smaczny sen. Pijcie ciepłe kiedy jest mróz, pijcie chłodne w czas upałów; nic nadto, nic za mało w każdym rodzaju; trawcie, śpijcie, zażywajcie przyjemności, i drwijcie sobie z reszty“.


ROZDZIAŁ ÓSMY.

Gdy p. Sidrac wymawiał te roztropne słowa, uwiadomiono p. Gudmana, że pełnomocnik hrabiego Chesterfielda czeka u bramy w karocy i chce z nim mówić w bardzo pilnej sprawie. Gudman biegnie na wezwanie p. intendenta, który, zapraszając go do karety, rzecze: „Wie pan zapewne, co się zdarzyło państwu Sidrac pierwszej nocy po ślubie?
— Tak, właśnie p. Sidrac opowiedział mi ten wypadeczek.
— Zatem, to samo zdarzyło się pięknej pannie Fidler i X. proboszczowi, jej mężowi. Nazajutrz, pobili się; w dwa dni potem rozwiedli się, proboszczowi zaś odebrano jego probostwo. Kocham pannę Fidler, wiem, że ona pana kocha, ale i do mnie nie ma wstrętu. Jestem wyższy ponad drobną przykrość która jest przyczyną jej rozwodu; jestem zakochany i nieustraszony. Ustąp mi pan miss Fidler, a postaram się panu o to probostwo, które daje stopięćdziesiąt gwinei rocznie. Masz pan dziesięć minut czasu do namysłu.
— Panie, propozycya jest nieco trudna; poradzę się pp. filozofów Sidraca i Grou: za małą chwilę panu służę“.
Pędzi do przyjaciół. „Widzę, rzecze, że nie samo trawienie rozstrzyga o sprawach tego świata, i że miłość, ambicya, pieniądze mają w nich niemały udział“. Przedstawia im rzecz całą, prosząc natychmiast o radę. Obaj orzekli, iż, przy stu pięćdziesięciu gwineach, będzie miał wszystkie dziewczęta z parafii i miss Fidler na dokładkę.
Gudman zrozumiał mądrość tego orędzia; dostał probostwo, posiadł miss Fidler w sekrecie, co jest o wiele milsze niż gdyby ją miał za żonę. P. Sldrac nie odmówił mu swej pomocy w potrzebie: stał się jednym z najzajadlejszych klechów w Anglii, i bardziej niż kiedykolwiek jest przekonany, że fatalność włada wszystkiemi sprawami tego świata.


Przypisy

  1. Hrabia de Chesterfield (1694—1773), mąż stanu angielski, przyjaciel Woltera, istotnie ogłuchł w ostatnich latach. Być może jakaś rzeczywista omyłka natchnęła Woltera tem opowiadaniem.
  2. Preferment znaczy po angielsku beneficyum. (Przyp. Woltera).
  3. Słownik filozoficzny, art. „natura“ (Przyp. Woltera).
  4. Terminem tym oznacza Wolter filozofię scholastyczną i jej adeptów.
  5. Worburton, autor dzieł teologicznych, które wywołały żywą polemikę. W polemice tej biskup odnosił się do przeciwników w sposób lekceważący, niby nauczyciel do krnąbrnych uczniów.
  6. Philips (1676—1708), poeta angielski, autor żartobliwego poematu p. t. Cenny Szyling.
  7. Zwierzę, po francusku i po łacinie, animal.
  8. franc. esprit.
  9. Rabelais ścigał w swoich pismach nieubłaganym sarkazmem scholastyczny pedantyzm.
  10. Apoloniusz z Perga, geometra, żył w Aleksandryi w III w. po Chr.
  11. Sam Wolter.
  12. Banks (1743—1820), przyrodnik i podróżnik angielski.
  13. Hrabia de Bonneval (1675—1747) słynny awanturnik, walczył pod Eugeniuszem Sabaudzkim przeciw Francyi i Turkom, ale poróżniwszy się ze swym wodzem, przeszedł do Turków i przyjął Islam.
  14. Ksiądz Mac-Carthy, irlandczyk, ściągnął Wolterowi 2000 funtów; z temi pieniądzmi udał się do Konstantynopola ze Szkotem Ramsayem; tam obrzezano go i wbito na pal.
  15. Malagrida (1689—1761), obwiniony o udział w zamachu na króla portugalskiego i spalony przez Inkwizycyę pod innym pozorem.
  16. Meako, miasto w Japonii.
  17. Hawkesworth (1715—1773), pisarz angielski, spisał podróże kapitana Cooka, wsuwając w tę relacyę wiele drastycznych rysów i antyreligijnych wycieczek.
  18. Robert Wood (1717—1775), zwiedził wraz z Dawkinsem Azyę zachodnią i opisał swoje podróże.
  19. Hamilton (1730—1803) był ambasadorem w Neapolu, gdzie poczynił interesujące spostrzeżenia przyrodnicze.
  20. Reg. III, 15 i Paralip. II, 15. (Przyp. Woltera.)
  21. Bougainville, słynny podróżnik francuski (Por. Diderot, Przyczynek do podróży Bougainvilla w zbiorze To nie bajka (Bibl. Boya 57).
  22. (Prometeusz) ukształtował go na podobieństwo bogów rządzących światem (Ovid., Metamorph., I, 83).
  23. Cały ten wywód przypomina apoteozę Brzucha jako władcy świata, u Rabelego.
  24. Wiersz Woltera (Charlot, I, 7), cytowany już w innej powiastce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.