Spotkanie (Reymont, 1930)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Spotkanie
Pochodzenie Nowele
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Druk J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SPOTKANIE
Tkała jesień zimę, tkała. Mgły rzadkie, zimne, rozsnuwały się tuż nad ziemią, niby zgrzebne, niebielone przędziwo, którego wątek stanowił drobny, ukośnie siekący deszczyk. Podorane pola szkliły się, przepojone wodą, i leżały ciche, czarniawe, jakby w ciężkiem odpocznieniu po pracy lata. Pustka, otamowana ogromną cichością przestrzeni, zdawała się dyszeć z rozłogów, iść ścierniskami wytartemi, tłuc się pomiędzy krzakami tarniny, obrastającej kamionki po miedzach, i rozwłóczyć po całym świecie nudę i smutek.

Nie było barw na świecie, okręconym szaremi zwojami mgieł, nie było woni, nie było dźwięków innych, nad ciężki pomruk lasów i przelatujących wron krakanie: była tylko szara, przejmująca posępnością jesień, pełna spokoju śmierci i rozkładu, coś jak hekatomba całej przyrody. Liście gniły pod drzewami, jak ostatnie łachmany lata zmarłego; kałuże po drogach, po brózdach, niby żałośnie wylane łzy, siwiły się wodą mętną, zropiałą w rozkładzie.
Dwór, opleciony po szczyty czarnemi, uschłemi pędami wina, niby ramionami trupa, stał hardo i zdawał się drżeć od gwarów życia, jakie w nim rozbrzmiewało.
Na wyżwirowanym podjeździe stało mnóstwo bryczek i powozów. Konie ubłocone, smutne, z pospuszczanemi łbami, cierpliwie wystawiały grzbiety na deszcz; ludzie także mokli w milczeniu. Jakaś ociężałość smutna i przygnębienie rozpościerały się nad wszystkiem. Ludzie chodzili na palcach, rozmawiali półgłosem i mieli w twarzach coś strwożonego. Na ganek dworu co chwila ktoś wychodził i przepatrywał drogę, biegnącą wskroś otaczającego dom parku, i nie ujrzawszy nic w omglonej przestrzeni, wracał. W ogromnym, obstawionym szafami pokoju, było gwarno. Kilkadziesiąt osób, porozdzielanych na grupy, snuło się i rozprawiało. Kilku młodych księży rozmawiało pod oknem w jakiemś surowem skupieniu.
Na środku pokoju, grupa młodych mężczyzn, obywatelskich latorośli, rozmawiała coś żywo, a zajmująco, bo co chwila wybuchali dyskretnym śmiechem, zatykając sobie usta.
— Buzie w ciup, chłopaczki, bo dziekan spogląda na nas, może przyjdzie — szepnął z nich jeden.
Dziekan, niski, gruby ksiądz przystąpił do nich. Witali go z szacunkiem.
— Na co czekamy, księże dziekanie?
— Na siostrę nieboszczki.
— Straszny wypadek... Taka młoda kobieta i zdrowa zupełnie.
— Zupełnie. Przez omyłkę wypiła kwasu saletrzanego, zamiast lekarstwa od kaszlu.
— Zażyła lekarstwa od życia — szepnął na uboczu stojący, wysoki, blady brunet.
— Czekamy także na pana Antoniego. Pan Kuroński co chwila się spodziewa jego przyjazdu. Dwa razy telegrafował — ciągnął dalej ksiądz dobrodusznie.
— I ten będzie? ależ to skandaliczne! Przecież cały świat wie...
Dziekan spojrzał na mówiącego karcąco, zżymnął ramionami i odszedł.
— Słyszeliście! ten mąż ciemięga zaprasza kochanka...
— Mów ciszej, baby usłyszą i plotka gotowa — szepnął zimno brunet.
— Przedewszystkiem nie żadna plotka. Wszyscy wiedzą przecież, że był kochankiem nieboszczki.
— Sam ten wypadek jest mi coś nienaturalnym, wygląda na coś ukartowanego.
— Co do tego, to już nie uwierzę.
— Wszyscy przynajmniej tak komentują.
— A ty, jak baran, potrzebujesz za wszystkimi powtarzać głupi wymysł!
— Mniejsza o to, ale Antek nie powinien przyjeżdżać.
— Dlaczego? Jeżeli ją kochał naprawdę, to powinien tu być.
— Ale to będzie niegodziwością, jeśli się zjawić tutaj zechce...
— Daj spokój, Józiu; zły jesteś, że się tobie nie udało... Wiemy przecież...
— Wiecie to, co chciałem, abyście wiedzieli, co wypadało...
— No, daj spokój, nie kończ, bo to jeszcze gorsze, czego chcesz, żebyśmy się domyślili.
— Ja wam powiem otwarcie: jesteście obłudni i niesprawiedliwi. Skądże możemy mieć prawo sądzić drugich? czy jesteśmy bez win? Potępiacie tak pro honore domus, bo w gruncie jest wam wszystko jedno.
— Ty gotów jesteś to cudzołóstwo robić zasługą, a nas niepoczytalnymi moralnie.
— Ani zbrodnią, ani zasługą. W faktach są tylko prawa fizyczne.
— Moralność — to wyrozuraowanie, a nie jakieś prawo natury niezłomne, a ja jestem objektywnym spostrzegaczem. Stało się coś, więc się musiało stać.
— Za grubą barbarją jesteśmy, abyśmy cię pojąć mogli, ale jeszcze tak po swojemu pojmujemy co złe, a co dobre. Nie jesteśmy tak znikczemniali, aby nie widzieć łajdactwa w zbałamuceniu żony przyjaciela. Zamgliła ci mózg filozofja.
— Być może. A czemu wy takie same łajdactwa popełniacie ciągle, boć przecież to samo robicie, uwodząc wiejskie dziewczyny dziesiątkami?
— Zupełnie co innego — szepnął któryś.
— To zupełnie co innego — znaczy, że nie jest łajdactwem hańbić sługi, wyrobnice, spychać je w błoto, a jest łajdactwem uwieść kobietę naszej sfery — co? Jakiegoż to gatunku etyka?
— Ależ to jest to, a jednak grubo nie to — szepnął któryś z obrońców dobrych obyczajów.
Reszta słuchała zmieszana.
— To jeszcze gorsze, tysiąc razy gorsze łajdactwo.
— Dajmy spokój rozprawom, nie miejsce na wykłady moralności niezależnej. Gdybyś zaprosił nas do siebie, postawił dobrego wina, dał na deser coś pikantnego, to możnaby szerzej pomówić.
Umilkli. „Zamglony filozofją“ usunął się trochę na stronę, przez usta wił mu się smutny uśmiech i oczyma ślizgał się po twarzach obecnych. W drugim końcu sali starsi mężczyźni podniesionemi głosami rozprawiali o gospodarstwie. Kobiety szeptały pomiędzy sobą i lustrowały się wzajemnie. Gospodarz domu wychodził co chwila i wracał, rozmieniając swój ból przed każdym, kto go tylko chciał słuchać: opowiadał wciąż najdrobniejsze szczegóły wypadku i śmierci, zalewał się żałością, i taki szczery ból drgał mu w głosie, leżał w zmiętej, poczerniałej twarzy, że choć ich to nudziło, słuchali przez szacunek. Chwilami robiło się cicho, a wtedy prócz modlitw, dochodzących niewyraźnym szeptem z drugiego pokoju, słychać było plusk deszczu o szyby i głuchy, bełkotliwy szmer wody, spadającej rynnami. Wiatr czasem z większą siłą szamotał gałęziami drzew i wymiatał z kałuż wodę, zasłaną liściem i słomą. Zimno było przejęte wilgocią. Czekanie już się przykrzyło wszystkim.
Wreszcie przyjechali oczekiwani. Siostra zmarłej z mężem i Antoni. Gospodarz przywitał rodzinę z roztargnieniem, a rzucił się na szyję przyjacielowi. Uśmieszki drwiące, jak błyskawica, przemknęły po twarzach młodzieży. Zrobił się rumor przygotowań. Księża śpiesznie nadziewali komże. Otworzono naoścież drzwi do dużego pokoju, pełnego ludzi dworskich i chłopów ze wsi; na środku, na pewnem podwyższeniu, w gąszczu palm stała trumna otwarta, zarzucona białemi astrami, smutnym kwiatem jesieni. Przysłonione okna rzucały mrok, w którym światło świec wydawało się jeszcze żółciejszem. Zapach kadzideł rozwłóczył się w białawym, potarganym obłoczku dymu. Posępność wyzierała z każdego kąta i z każdej twarzy biła surowością i załzawieniem. Jakaś żałość cicha, niezmiernie ostra, drgała w przyciszonych głosach. Te proste dusze chłopskie były jak przypłaszczone znękaniem i grozą; jakiś ból tępy niemocy i trwogi zarazem świecił im w oczach, wlepionych w zmarłą. I ta świadomość zbiorowa własnej niemocy wobec potęgi śmierci tłoczyła im mózgi bólem i odrętwiała.
Pokój zaczął się napełniać coraz więcej.
— Patrz, to ona! — szepnął mąż, wskazując Antoniemu trumnę.
— A... — postąpił bliżej i wpił się wzrokiem w twarz leżącej. — A! — wyrzucił jeszcze i czuł, że go chwyta za gardło jakiś spazm jęku, że żal, niby gryząca ogniem fala, przenikać zaczyna mu serce i z tępym naporem rozsadza mu mózg.
Patrzał jednak, bo nie mógłby się oderwać, jakby chciał na wieki zapamiętać ten obraz. Ta twarz kochana, zdrowa, piękna — leżała przed nim trupem, była martwą, odcinała się sinawą plamą od białej poduszki, ostro, jakby kamienna. Opuszczona nieco szczęka, kąty ust pełne jakiejś gorzkości niewypowiedzianej, usta zacięte mocno, nadawały tej twarzy pozór maski jakiejś Elektry. Widać było, że śmierć nie przyszła cicho, ale pochwyciwszy ją w nagłe skurcze strasznego bólu, zmięła niby łachman i zdławiona ostatniem szamotaniem, rzuciła jak rupiecie, powłócząc sinością, co jak pieczęcie okalała zapadłe oczy i leżała płatami brudnemi na skroniach. Ogromny majestat bił z tej trumny, w której leżała cicha teraz, wielka w spokoju, potężna w obojętności — tylko echa łkań, jakby krzyków przedzgonnych zdawały się drgać w powietrzu i mącić ciszę. Słodycz nieczucia leżała na jej czole wypukłem, a zapadłe głęboko oczy, przez poczerniałe powieki zdawały się jeszcze świecić srogim wyrazem bólu. Policzki lekko obrzmiałe, powleczone siatką drobnych, przekrwionych żyłek, były przepiękne jeszcze. Fioletowa suknia, obrzucona białemi koronkami, rzucała na twarz różowawy ton. W rękach złożonych, o pościąganych kurczowo długich palcach, trzymała krzyżyk.
Czarna trumna była ramą tego obrazu.
Jakiś tragiczny oddech owiewał wszystko i przenikał grozą. Ta martwa twarz mówiła wielkim głosem ciszy — o nędzy istnienia i o nędzy śmierci. Zaczęli szykować się do wyprowadzenia ciała. Księża białemi plamami komży rozbijali czarny ton zgromadzonych. Jakiś wóz z turkotem zajechał, słychać było huk, jakby wbijanych gwoździ. Szepty były coraz cichsze, łkania się zrywały głębokie, westchnienia przeciągłe — to znowu jakiś oderwany, niewiadomo skąd płynący jęk przecinał ostro powietrze. Przezroczysta żółtość, obślizgła jakby od twarzy zmarłej, od świec, od złoconego obrazu Częstochowskiej, stojącego przy trumnie, pływała poszarpanemi płatkami, lśniła na hebanach konsol, kładła złotawe piętno na jasno-zielonych liściach palm i pyłkiem rozkładała się w smudze brudnego światła, płynącego z za odchylonej rolety. Księża zaczęli długą ceremonję. Basowe głosy, w ciężkich, przejmujących rytmach psalmów, rozlegały się uroczyście. A on stał precz i zdawał się coraz głębiej patrzeć w umarłą. Zdawał się zastygać zwolna w przerażeniu i sztywnieć w bólu. Czuł, że mu wszystkie nerwy, wszystkie centra, wszystkie tętnice rozkręcają się, krwawią — coraz to fala uświadomienia biła w mózg jego, kłębiła się i znikała w chaosie przypomnień nagłych, splątanych, okropnych zgiełkiem pomieszania i siłą rzutu, z jaką przesuwała się przed nim. Trząsł się w sobie do ostatniego włókna; żal, niby czerwona błyskawica, przepalał mu wnętrzności. Czuł — że jeszcze chwila takiej męki niewypowiedzianej, a zacznie wyć z rozpaczy bezsilnej, jak zwierzę, osaczone ze wszystkich stron — lub padnie i umrze.
Widział ją teraz taką, jaką pozostawił odjeżdżając, niby spokojną, a z płomieniami w oczach. Ten śpiew księży przypomniał mu jej głos niski, przenikał przypomnieniem uścisków ostatnich i wydobywał ukryte aż dotąd w mózgu ostatnie jej słowa pożegnania: „Spotkamy się! Spotkamy!“ Powtarzał je odruchowo i szukał w kieszeni listu, który mu wręczono na stacji — listu od niej... Nie czytał go, bo się bał i nie miał jeszcze sposobności.
— Ja ją zabiłem, ja! — pomyślał i aż drgnął ze strachu nagłego. — Zabiłem ją!... snuło mu się ciężko w mózgu i czuł rozlewanie się po sobie czegoś strasznego, jakby grozy nad sobą i wstrętu. Obrazy przeszłości znikły prawie raptownie, ale tam — pod czaszką nie miał już nic, prócz odbicia jej twarzy, i zdawało mu się, że mu mózg rozsadzi ten jej wyraz bolesny ust, ten spokój bolesny, jakby złorzeczący światu. Jakiś wir, pełen olśniewających skrętów myśli przerywanej, chaos rozprzęganej osobowości, zgiełkliwość szaleństwa czuł w sobie...
Śpiewy ucichły na chwilę. Otwarto szeroko drzwi do sieni, strumień szarego jesiennego światła wpłynął z ogrodu i zalał pokój. Kobiety wybuchnęły spazmatycznym płaczem. Odstawiono kwiaty, aby zabrać trumnę. Rodzina rzuciła się do pożegnań ostatnich z krzykiem bolesnym. Przybito wieko wśród rozdzierającego płaczu. Zmieszane łzy, łkania boleści — płynęły okropnym strumieniem w zamglony świat. Wszystkie twarze były zgnębione, wszystkie oczy załzawione, wszystkie serca przeniknięte żalem i smutkiem. Kilkoletnia dziewczynka z krzykiem rozpaczliwym przyczepiła się do wynoszonej trumny i głosem ochrypłym, obłąkanym krzyczała:
— Mamusiu! Mamusiu!
Oderwano ją i trumnę na ramionach wynieśli znajomi i ponieśli.
...Miserere mei, Deus...
— rozległo się jakiemś potężnem, złowrogiem echem i kołysało ciężko, niby śmiertelny, ostatni całun, niby podzwonne istnienia; wznosiło się w rytmach krótkich a brzemiennych smutkiem i rozsławiało w szarej przestrzeni dnia jesiennego potęgę straszną Pana.
Mżył deszcz i wiatr ciął w oczy idących. Opadłe liście, ostatnie, z suchym szelestem leciały na ziemię, wirowały w kółko i lgnęły w błocie. Nagie lipy olbrzymie kołysały się z pomrukiem, podobnym do jęku. Poczerniałe, zbrukane, poryte kretowiskami, pasy przydrożnych trawników leżały jak szmaty, splugawione dotknięciem jesieni. Dymy z chaty, stojącej za parkiem wioski, snuły się nad ziemią i rozstrzępiały o nagie drzewa.

...Miserere mei, Deus...

— rozległo się znowu. Taka szarość bezbrzeżną posępnością, taki smutek obumierania wiał zewsząd, niby całunem śmierci, że przenikał wszystkich głęboką melancholją. Chwilę znowu trwało milczenie, przerywane tylko parskaniem koni, krokami idących i cichszym już płaczem.

...secundum magnam misericordiam Tuam...

— wznosiła się pieśń dalej. Krzyż pobłyskiwał na czele orszaku. Czarna chorągiew z ukrzyżowanym, ociekającym krwią Chrystusem, aż skrzypiała pod parciem wiatru. Kapy księży, podrywane wichrem, podnosiły się niby skrzydła potworne śmierci i biły im po bokach z łopotem. Fioletowy tren sukni, przycięty wiekiem, targał się jak na uwięzi i trzepotał, niby triumfalny sztandar nicestwa. Orszak szedł ciągle; błotnista droga wiła się jak wąż; niosący ciągle się zmieniali, tylko Antoni niósł od samego początku bez odpocznienia. Przyciskał ucho do trumny, jakby nasłuchiwał jakich głosów życia; co czas jakiś trumna na wybojach, przez które się potykali, gibotała się, i wewnątrz niej rozlegał się głuchy odgłos ciała, uderzającego o ścianki. Przenikał go ten łoskot strachem, ale szedł dalej, zatopiony w prawie bezmyślnej, z nadmiaru wyczuwania pochodzącej spokojności; nie brakowało mu sił nieść, ale czuł, że coraz większy ciężar gniecie mu kręgosłup. Chwilami wydawało mu się, że jak Anteusz świat cały dźwiga — i wtedy uczuwał coś niewyraźnie, że już tak wieki idzie, i iść będzie w nieskończoność. Ten stuk w trumnie, coraz częstszy, stawał się ohydny, wstrząsać nim zaczął jak prąd, i rozdrażniać. Śpiew księży ciągnął się pasem przerywanym. Co kilka minut ustawał, i tylko echa głucho płynęły w przestrzenie, odbijały się o lasy i kładły na polach szerokich rozbite.
Większa część orszaku powsiadała w pojazdy, bo błoto było coraz głębsze. Ogromne szmaty pól, obsianych oziminą, rozciągały się z obu stron drogi, jak płachty o zieloności sczerniałej, zmęczonej zimnem. Rzadkie przydrożne topole powiewały szczątkami pożółkłych liści. Krzyże na rozdrożach stały czarne, oślizgłe wilgocią, trupie jakieś — tylko las na drugim stoku doliny mienił się jaskrawo barwami — miał tło z drzew iglastych ciemno-zielonych, na którem odbijały się wyraźnie nakształt plam dęby o rdzawych liściach, grupy czerwonych buków i ogromne kawały jasno-żółtych brzezin. Stamtąd nadbiegało czasami stado wron, ciężkim zmęczonym lotem obsiadały drogę, lecz spłoszone przez orszak, uciekały, podrywając się cicho i skośnie.
Deszcz ustawał, ale mgła była coraz cięższa, zaciemniała dolinę, że tylko widać było coś jak morze szare i ruchome, szła na idących potwornemi kłębami, to rozstrzępiona, potargana, opadała w kłakach przezroczystych, przenikając lodowatem zimnem. Antoni szedł zapatrzony w ten las, bo droga po spadku wzgórza schodziła w dolinę, przecinała ją i podnosiła się znów wgórę, ginąc gdzieś w lesie. Zmęczenie wracało mu równowagę; nie niósł już trumny. Szedł zboku, i wydało mu się, że jest jakby spokojniejszym. Obejrzał się za siebie pierwszy raz przytomnie i spotkał oczy wszystkich. Obserwowano go nieustannie; zrozumiał to zaraz. Mąż zmarłej ujął go pod ramię z serdecznością przyjaciela — obejrzał się bezwiednie po raz drugi, i wydało mu się, że widzi na twarzach złośliwe uśmiechy; coś jak upokorzenie go przejęło, bo wysunął delikatnie rękę i odszedł. Czuł, że nie powinien iść razem z tym biedakiem, nie powinien przyjmować oznak przyjaźni.
— Nie powinienem! — powiedział sobie surowo i wyczuwać zaczął jakąś pustkę w sobie, jakąś nicość wszystkiego i żal jakby do siebie. Nie widział nic przed sobą i ta samotność i bezcelowość życia przyszłego, jak błysk nagły, oślepiła go na chwilę. Ta śmierć kochanki wytrąciła go z równowagi, odebrała mu spokój i obojętność, w jakiej już prawie zastygał, otworzyła przyschłą ranę. Teraz wiedział, że już do tych utraconych dóbr egoizmu nie potrafi wrócić, bo ta twarz zmarłej będzie się zawsze snuła przed nim, a te jęki bólu przyjaciela są nie do zapomnienia. Znał siebie, więc rozpacznie myślał: — Co ja pocznę? — i coraz dotkliwiej czuł gorycz samotności i opuszczenia.
Szli teraz lasem. Mary wspomnień obsiadły mu duszę i kołysały czarami.
— Ach, ten las! ten las! Co drzewo, co polanka, to przypomnienie, to chwila przeszłego szczęścia, to jakiś boski ton tej przerwanej melodji ich miłości.
— Spotkamy się jeszcze w tym samym lesie, gdzieś tu, pomiędzy temi olbrzymami — powiedziała mu w cichy dzień wrześniowy — i spotkali się, spotkali... Dotrzymała przyrzeczenia.

...et secundum...

— śpiewali. Las szumiał poważnie, omszone dęby zginały się w powolnym, automatycznym ruchu, jak starce, żółte brzozy trzepotały listkami, i potężny, rozległy rytm lasu łączył się ze śpiewem i wzniosłym hymnem, bił o pnie wysmukłe, uderzał w las, niby w strunę napiętą, rozbrzmiewał w mrocznych głębiach echami, aż się wszystko zaczynało chwiać, i ptaki zrywały się z gałęzi przestraszone — wszyscy kładli serca w te głosy, zdawali się odrywać od ziemi i rozpływać w tej szarości dnia i smętku, tylko ta cicha triumfatorka leżała spokojna i obojętna — płynęła w wieczność i ciszę, przerywaną falą nieznanego przypływu. Antoniego zaczęły przejmować te głosy żałością bezbrzeżną, bo świadomą. Cała marna, głupia farsa życia ukazywała mu się w prawdziwem świetle.
— Co za nędza! co za nędza! — powtarzał i duszę mu przeorywał smutek wszechświata, wszechświata konającego; ludzkości żywot bez jutra i bez celu. Miljardy istnień, oceany szamotań, wysiłków, boleści, tętna życia powszechnego czuł skupione w sobie, roztapiał się w tym bólu świata, że prawie nie spostrzegł, gdy stanęli na miejscu. Trumnę wstawiono do kościoła, ubranego świerkami, zaciemnione kirem okna roztaczały mrok jakby otchłani, setki płonących świec, śpiewy, uroczysty, przejmujący zimnem głos organów, surowość gotyckiej architektury kościoła, sztywność osób roztaczały okropny nastrój. Uciekł z kościoła odetchnąć trochę. Jakiś zwykły szynk stał niedaleko; schronił się tam, aby przeczytać list, który go palił poprostu. Postawili mu wódki — pił tyle, aż czuł znowu względną równowagę, a później czytał:
„Żegnam cię. Wiem, że cię już nigdy nie zobaczę, że ten dzień, który się teraz roztacza, jest ostatnim dla mnie, i że ta noc, w którą zapadnę, jest wieczną. Umieram. Brak mi sił do szczęścia i do znoszenia niedoli. Dosyć już kłamstw, dosyć męczarni, dosyć życia... Tak strasznie łaknę spokoju, tak pożądam odpoczynku i ciszy, że umieram. Kocham cię, jak zawsze, ale czuję, że już nawet z tobą nie byłabym szczęśliwą. Nie mogę kłamać dalej, nie chcę, bo jestem sobie samej wstrętną. Za jaką bądź cenę chcę zapomnienia o życiu. Byłam silną, ale nie na taki ból, nie na taką mękę. Kocham cię, jedyny człowieku, jakiego spotkałam. Pamiętaj o dziecku... Nie mogłam Boga przebłagać dwuletniem cierpieniem, bo nie potrafiłam przestać cię kochać. A jeśli to nasza wina, że zmarnowaliśmy własne szczęście!... a jeśli pomimo świata wolno nam było się kochać i być szczęśliwymi? Dlaczego ja nie mogłam iść za tobą? Dlaczego nie mogę żyć bez ciebie? Pamiętaj o mnie... Zabierz dziecko do siebie. Boję się tej nocy, boję... Kocham was widać mniej, niźli nicość, w jaką się zaraz stoczę — zaraz. Dosyć kłamstwa...

Twoja do ostatka
Helena“.

Czytał kilka razy i ciągle jakby coś nowego odczytywał; coraz fala nowego bólu, smutku i żalu, okropnie rozszerzającego się w nim, zalewała mu serce. Dopiero teraz, przeczytawszy: „Pamiętaj o dziecku”, przypomniał sobie o niem. Przypomniał, że je widział płaczące, ale pozostał zimnym; głęboki prąd miłości ojcowskiej nie przenikał mu serca, bo jeszcze niedawno z nienawiścią prawie myślał o tem dziecięciu — było ono powodem ich rozstania. Ona dopiero wtedy, kiedy dała mężowi dziecię kochanka, gdy ujrzała męża, szalejącego z radości, kiedy widziała, jak to nieswoje dziecię przyciskał do piersi z wybuchem szczęścia i położył na niem pieczęć swojego nazwiska — poczuła kłamstwo dotychczasowego życia, poznała cały ciężar udawania i ohydę, i ten ból wiecznego stania na straży swoich spostrzeżeń, gestów, słów. Więzy wydały się jej okropne. Uczuła się nagle zaniepokojoną w sumieniu, zapragnęła zmazać winy własne, wyrzekając się kochanka na zawsze. Chciała się odkupić cierpieniem. Dość, że się rozstali. Działała pod wpływem pewnego rozstroju psychicznego, jakiemu uległa przy chorobie. I tak głęboko wierzyła w prawość istniejących form, że nie pomyślała na chwilę choćby o możności pozbycia się ich, wyłamania się zupełnego z pod jarzma. Och, to dziecię było mu teraz, w chwili przypomnienia krzywd, jakie pośrednio przez nie doznał, prawie nienawistnem. Odebrało mu kochankę i zmusiło do wyjazdu. Cóż miał tutaj robić, skoro nie wolno mu było jej widywać? Musiał ulec jej prośbom i postanowieniom. Wyjechał, bo jej spokój był mu droższy nad własne szczęście.
Siedział w tym szynku tak długo, że już byli na cmentarzu, gdy się z nimi połączył. Kiedy opuszczali trumnę, nie zadrżał nawet, nie zapłakał; był jak kamienny wobec łez i krzyków boleści, które się rozlegały nad grobem; dopiero gdy się schylił, aby rzucić garść ziemi, cofnął się przerażony, zobaczył przez wieko twarz umarłej, z tym samym gorzkim wyrazem ust. Nie słyszał mowy księdza, ni głuchego dudnienia ziemi sypanej, nic nie widział, tylko tę głowę bladą, sinawą, w jakimś fioletowym nimbie unoszącą się w przestrzeni... Płynęła w tej perłowej, mglistej toni i kołysała się z tumanami mgieł. Przecierał oczy, gryzł ręce, ale to widziadło halucynacji wciąż miał w mózgu.
Gdy się już wszystko skończyło, „zamglony filozofją“ przystąpił do niego:
— Jedź do mnie, Antoś.
Drgnął, zobaczywszy przyjaciela, i uścisnął mu ręce. Kuroński, mąż zmarłej, także przyszedł zabrać go z sobą. Antoni chwilę stał bez słowa, zapatrzony, i nagle, snadź oświecony jakiemś nagłem postanowieniem czy myślą, rzekł:
— Z Władkiem siądę i przyjedziemy do ciebie. Mam z nim interesa pewne. Niech sobie odjadą, pojedziemy ostatni — szepnął i pożegnał się ze wszystkimi.
Pojechali ostatni. W lesie zaproponował, aby zejść z bryczki i iść pieszo; chciał swobodnie pomówić. Zeszli i poszli ścieżką, wiodącą naprzełaj lasu, konie wysławszy przodem. Szli w milczeniu. Pierwszy zaczął Władysław:
— Bałem się o ciebie; sądziłem, że ci zbraknie odwagi przyjechać.
— Bałeś się o moją uczciwość.
— Tak. A przyjazd był twoim obowiązkiem.
— Bodajbym był nigdy nie odjeżdżał... ach, gdyby nie konieczność...
— Nie mów, znam to, co ty teraz cierpisz, bo kochałem sam.
— A teraz?
— Nie kocham. Rozdziałem serce z pięknej szaty i oblokłem je w lepszą: w obojętność.
— Nie mówiłeś nigdy o tem.
— Tobie sprawia ulgę wypowiedzieć się, a mnie zatopić w sobie.
— Nie kochała cię?
— Kochała bardzo, ale jeszcze więcej klasztor i Chrystusa, bo się Jemu poświęciła. Tak mnie przedstawili, że ta biedna dusza zlękła się moich pojęć.
— Boli cię wspomnienie?
— Boli, jak każde rozgryzanie serca, ale to przejdzie zupełnie.
— Jest jeszcze coś, co więcej boli. Cobyś zrobił przyjacielowi, okradającemu cię z najdroższej rzeczy? — zapytał nagle Antoni, przystając i topiąc w jego oczach swoje zielonkowate źrenice.
— Nic nie mam droższego nad ziemię.
— Są rzeczy, których się nie odzyskuje nigdy.
— Szczęście, wiem.
— A których zabranie drugim jest zbrodnią nie mniejszą.
— Najczęściej szaleństwem, za które srogo się pokutuje później samemu.
— Wiem o tem.
— A byłeś w mocy tego nie zrobić?
— Nie walczyłem z sobą, bo zresztą nie chciałem; znalazłem szczęście i zabrałem; nie obchodziło mnie wtedy, że kogoś i siebie przez to unieszczęśliwię; sądziłem zresztą, że mam prawo do niego.
— I byłeś zupełnie szczęśliwy?
— Byłem.
— Więc ci powinno starczyć na życie całe wspomnień o tem szczęściu.
— Wystarczy, ale i zgryzot starczy na wieczność.
— Zgryzoty! skądże?
Na to nie odpowiedział, a potem mówił:
— Więc nie można być szczęśliwym osobiście, żeby jednocześnie nie unieszczęśliwiać drugich?
— Prawie że nie można, bo zdaje się, że tylko w spokoju jest szczęście.
— To wszystko nic, ale gdyby nie ten ból wstydu, co mnie przepala!
— Czy on wie co?
— Nie zniosę jego przyjaźni, nie wytrzymam gdy mi zacznie tak poczciwie, ufnie spoglądać w oczy, tak po bratersku ściskać — oszaleję, cisnę mu w twarz prawdę. Niech mnie nienawidzi, przeklina, niech mnie zabije, ręki nie podniosę na obronę — wolę śmierć, byle się ta męka udawania, to okropne dręczenie upokorzeniem skończyło. Dosyć mam kłamstwa, dosyć!
— Nie możesz tego zrobić. Czy pomyślałeś, czemby było to twoje wyznanie dla niego? Nie, nie!... musisz cierpieć, nie wolno ci tego robić, byłoby to naprawdę zbrodnią...
— Ach, gdybyś czuł, co się dzieje we mnie!
— Mój drogi, jeśli nie możesz sobie wszystkiego, co się stało, wytłumaczyć wprost potrzebą własnego szczęścia, to cierpieć musisz, a jemu wprost przez litość, przez ludzkość nie powiesz ani słowa. Nie wolno ci obdzierać biedaka z ostatniego dobra — ze złudzeń. Jest to twój ludzki obowiązek.
— Jeśli tu żyć będzie, co począć?
— Pchać będziesz swoją taczkę do końca. Zaczep się o co bądź myślą, włóż w jakąś pracę czy ideę całego siebie, a zapomnisz powoli.
— Ale w co? czy jest coś takiego, czemuby warto się poświęcić?
— Mówisz nieprzytomnie. Są sprawy większej wagi, niż własne — sprawy ogólne.
— Dla mnie sprawy własne są najważniejsze.
— Takie jednostki są anti-społeczne i wrogie rozwojowi ogólnego dobra.
— Społeczeństwo, rozwój, sprawy ogólne — co mnie to obchodzi, gdy jestem nieszczęśliwy!
— A dlaczego nim jesteś? boś to twoje szczęście wyrżnął nożem niejako z organizmu społecznego. Czemuż cię wstyd pali? Bo nie można bezkarnie robić krzywd, a żyjąc w jakiemś społeczeństwie, trzeba płynąć z niem.
— I być niewolnikiem jego praw, form, jego głupoty — wstrętna rzecz!
— Jak dla kogo! Ogólnie wystarcza bierność, poddanie się prądowi, ale dla niektórych powinna wystarczać społeczność wtedy, gdy mają świadomość ogólnego celu i gdy potrafią tak opanować swoje ja, że złożą je nieraz na ołtarzu sprawy ogólnej, i to zwierzę, które w nas się budzi czasami — zduszą.
— I cóż się zyskuje przez to zduszenie?
— Spokój i zadowolenie, że spełnia się obowiązek, że jest się pożytecznym ogółowi.
— Szczęścia nic i nikt nie daje. Epiktet powiada: Szczęście jest to, co trwa wiecznie, a cóż trwa? — a zresztą pozwól, że ja powiem: „Na Boga, skończ!“ Bo mnie osobiście tylko śmieszą jeremjady. Daruj: cierpisz z własnej winy; narzekasz na los, ludzi, a sam sobie zrobiłeś to co masz. Trzeba było zerwać wszystkie więzy, jakiemi was społeczność skrępowała. Czemuście nie powiedzieli wprost światu: „Kochamy się, należymy do siebie!“ Najuczciwsza z uczciwych droga.
— I najcięższa. Zerwać z całym światem...
— Brak odwagi, albo niepożądanie szczęścia tak silnie, żeby je zdobyć pomimo wszystkiego.
— Ale czy nie więcej byłoby przez to nieszczęśliwych?
— Kto się wszystkiego lęka, przez wszystko cierpi. Masz najgorszą z sił, bo buntowania się wewnętrznego, zamiast siły czynienia. Dąb nie dba, że rozrastając się, wypija życie tysięcy istnień, bo sam chce żyć: to jego prawo.
Władysław rzekł:
— Nigdyś tak nie postępował jak ów dąb, o którym mówisz, a radzisz mi.
— Ja nie postępowałem ani tak, ani inaczej, bo prawie nie żyję; robię ogromne oszczędności, kontemplując tylko życie.
— Zresztą w takiej walce zostaje zwycięzcą nie najlepszy.
— A cóż to tego obchodzi, kto zostanie zwycięzcą? Dość mu chyba, że został.
— Widzę cię coraz innym.
— Antku, bo to są brednie mówić, że można być jednym. Człowiek nie jest „jednią“ jak mawiał Trentowski. Człowiek jest „wielą“, nie ma stron dwóch, ani dziesięciu — lecz miljony. Człowiek normalny, to mikrokosmos — streszczenie wszechświata, tylko, że jedni to czują, drudzy wiedzą, a ogół olbrzymi nie zdaje sobie sprawy z tych ciemnych, wnętrznych porywów, drgań świata w sobie. Zresztą, uświadamianie jest mu niepotrzebnem, dość ma zwykłej nędzy dnia. Zresztą jest mi wszystko zupełnie obojętnem.
— Co myślisz robić z sobą?
— Pożegnam Europę, jak tylko będę mógł najprędzej.
— Nie będzie ci żal nas? ziemi?
— Przemogę; jestem już prawie obcy. Pracuję nad sobą.
— Majątek sprzedasz?
— Nie. Nie miałbym odwagi. Przedłużę kontrakt z dzierżawcą.
— Zostań; to także jest powinnością.
— Nie mogę... Kiedym przed dwoma laty uciekał stąd, tom myślał, że umrę bez tego szmatu pól i lasów — później wykopywać zacząłem z siebie to przywiązanie. Dzisiaj czuję, że mam jedno jarzmo mniej. Tyle tu wspomnień na każdym kroku, że nie umiałbym chodzić, nie krwawiąc sobie serca. Zresztą, chcę być wolnym, wolnym od wszystkiego...
Szli czas jakiś w milczeniu, wąską, oślizgłą ścieżką pomiędzy polami, wiodącą wprost do dworu Kurońskiego. Zaczynało się na dobre ściemniać. Nagle Antoni zapytał cicho:
— Więc mnie nie potępiasz?
— Za cóż? że jesteś nieszczęśliwym? Żal mi cię tylko, jak mi jest żal każdej dobrej duszy, która niszczeje; żal, jak mi żal, każdej chęci i marzenia nieziszczonego.
— Dziękuję ci, przyjacielu... choć ty jeden! Ona znała cię i szanowała głęboko.
— Biedna dusza. Nie potępiałem jej nigdy, bo za bardzo rozumiałem.
— Widywałeś ją często przez te dwa lata?
— Co tydzień bywaliśmy z siostrą u nich. Nie wspominała nigdy o tem, alem widział, co cierpi, i opowiadałem jej każdy twój list do mnie, każdy szczegół twojego życia; widziałem, że temi okruchami tylko żyła. W czerwcu, na moje imieniny, przyjechali oboje do nas; było dosyć osób, ale obserwowałem ją, bo była tak dziwnie roztargnioną i smutną, że mi jej niezmiernie żal było. Mówiłem jej długo o tobie. Słuchała chciwie, a potem zapytała tak cicho, że ledwie dosłyszałem:
— „Czy on bardzo cierpi? czy nie przyjedzie?“
Dałem jej za odpowiedź list twój ostatni. Schowała go i wkrótce odjechała do domu. Potem coś w kilka tygodni przysłała po mnie. Przeraziłem się jej bladością i gorączkowym blaskiem oczu. Byliśmy sami, a pomimo to, długo nic nie mówiliśmy.
— Powiedz mu pan, że ja także cierpię, że umieram z tego, ale inaczej być nie może i nie będzie! — powiedziała mi wreszcie i rozpłakała się głęboko. Mówiliśmy znów długo. Poznałem wtedy do dna tę duszę, jedną z najczystszych, jedną z najlepszych, jakie znam. Jej śmierć nie zdziwiła mnie. Musiało się tak skończyć. To nawet lepiej dla niej: przestała czuć.
W milczeniu zupełnem doszli do dworu. Władysław nie chciał nawet wstępować, ale Kuroński zmusił go prawie do pozostania na kolacji.
Nie było prócz nich trzech nikogo więcej. Antoniemu wydało się strasznem to mieszkanie. Jakaś pustka, opuszczenie wiało przejmującem zimnem. Wszyscy trzej mieli jedno w myśli „Umarła!“ — i to im zamykało usta i mroziło krew. Ciemno im było jakoś i zimno, choć lampy płonęły jasno i ogień trzaskał na kominku wesoło. Taka jakaś żałobna martwota rozwłóczyła się po pokoju i trzymała ich w odrętwieniu. Służba podawała kolację, cicho stąpając, jakby bojąc się spłoszyć widmo, które zdawało się gdzieś stać za oknem i patrzeć — bo aż się czuło dziwną niespokojność, denerwującą i ciężką, bo każdy dźwięk, każdy szelest rozbrzmiewał jak piorun w tych mózgach zmęczonych, podrażniał lękiem niewytłumaczonym. Wiatr zrywał się coraz większy, odrywał gałęzie w ogrodzie z trzaskiem i targał okiennicami, jakby chciał się wedrzeć siłą. Omroczone mieli dusze śladami po zmarłej, spostrzeganemi na każdym kroku.
Jedli w milczeniu, obawiając się trącić nożem, aby nie zmącić ciszy, choć im ciążyła najwięcej.
— Kiedy odjedziesz? — zapytał Władysław.
— Jutro.
— Przed wyjazdem będziesz u mnie?
— Będę z pewnością. Muszę się z twoimi widzieć i pożegnać; może was już nie zobaczę.
Kuroński się zerwał; przez twarz mu przeleciała chmura serdecznego wzruszenia.
— Chcesz odjeżdżać jutro? Nie, na to się nie zgadzam; zostaniesz u mnie choćby kilka tygodni. Odwiedzisz przy sposobności znajomych. Pomyśl, jak smutną dla mnie jest ta samotność! Zostaniesz, przyjacielowi tego nie odmówisz, w imię Heli cię proszę, w imię tych dawnych, dobrych czasów, spędzonych razem — jeśliś mi jest przyjacielem, zostaniesz.
Antoni nic zrazu nie odrzekł; pochylił tylko głowę na piersi, aby nie spostrzeżono jego krwawego rumieńca i bolesnego drgania twarzy, a później powiedział cicho:
— Jutro muszę odjechać, powinienem koniecznie, nawet zaraz, zaraz, natychmiast.
— Dlaczego musisz? Dwa lata temu tak samo mówiłeś i odjechałeś; nie pytałem się: dlaczego? choć miałem pewne prawo tak pytać, ale żona przez delikatność kobiecą radziła mi nie pytać; teraz wszakże nie zniosę, żebyś mnie, przyjaciela, zbywał niczem.
— Muszę koniecznie, pojadę. Nie pytaj o przyczyny, nie pytaj! — szeptał Antoni, siłą pokrywając zmieszanie.
— Pomówcie o tem, a ja muszę odjeżdżać — zaczął Władysław i powstał, żegnając się z nimi.
Antoni odprowadził go do bryczki, a byłby uciekł z rozkoszą z tego domu, gdyby ta ucieczka była możliwa. Gdy sobie ściskali dłonie, Władysław szepnął mu do ucha prawie błagalnie:
— Pamiętaj, ani słowa przed nim, choćby nie wiem co, ani słowa! — i odjechał.
Pozostali sami. Dom cały zalegała cisza, tylko w nim szalała zawierucha bólu.
— Czujesz tę pustkę, jaka się zwaliła na ten dom? Pamiętasz, jak tu było inaczej, inaczej? Przenieść takie nieszczęście i nie oszaleć! Cztery lata szczęścia, cztery lata miłości bez cienia, bez dnia jednego, któryby nie był podobny do wszystkich weselem i miłością. A teraz pozostać samemu! Za co i kto mnie tak strasznie karze? Czem zawiniłem? Boże mój, Boże!
I dopiero teraz wobec przyjaciela pozwolił łzom płynąć obficie, łkał żałośnie, ukrywszy głowę w dłoniach, i narzekał do dna rozbolały, otwierał serce, skarżył się przed tym, który był mu po żonie najdroższym.
W tej ciszy nocy i snu powszechnego, płacz jego i skargi miały rozdzierające akcenta bólu, a Antoni z pochyloną nieco twarzą siedział sztywno na krześle i spotrzebowywał całą moc woli, żeby nie krzyczeć z męki, jaką mu sprawiał ten płacz, żeby nie zawołać: „To jam winien wszystkiemu! Ja zrabowałem ci szczęście! Ja ją zabiłem!“
Każdy jęk tamtego, każde łkanie smagało jak biczem pełnym węzłów, targało jakby żelazną ręką wnętrzaości, chwytało za głowę i włóczyło złamanego, z krzykiem okropnym w sercu... Czuł się winnym tych łez jego, śmierci, nieszczęść — i czuł, że nie wolno mu było ciężaru tej winy ani na chwilę zdjąć z siebie.
— I tak się stało wszystko gwałtownie, że jeszcze dzisiaj myśli zebrać nie mogę. W poniedziałek była zupełnie zdrowa. Boże! czemu ja tak pamiętam wszystko! Rozmawialiśmy nawet dnia tego o tobie, później pojechała z Zosią na spacer do lasu. Po przyjeździe pokaszliwała. Musiała się tam przeziębić, poszła spać wcześniej; w nocy kaszel męczył ją większy, więc poradziłem jej wziąć lekarstwo, chciałem jej sam przynieść, ale zerwała się i poszła do szafki aptecznej. Zaraz na brzegu stała tam mikstura świeżo przywieziona. Wiedziała o niej, bo w niedzielę dawała to samo lekarstwo służącej. Patrzałem, jak nalewała w szklankę... jak piła, ach, gdybym był przeczuł!... Widzę ciągle, jak z krzykiem nadludzkim wypuszcza z rąk szklankę i leci wtył. Porwałem ją z ziemi, drgającą od strasznych boleści, zaniosłem na łóżko. Zleciał się dom cały, ale nikt jej nie mógł pomóc... Nim doktór przyjechał — nie żyła. Co cierpiałem, nie wypowiem... Widzieć najdroższą istotę, targaną męką, słyszeć jej jęki, czuć jej ból — i nie móc nic pomóc, pozwolić jej umierać, a samemu stać bezsilnie — to okropne! jak pies wściekły, wiłem się w niemocy, w obłędzie rozpaczy, bluźniłem Bogu, a pomimo to, ona umarła, umarła!... i nie zapomnę tej chwili nigdy, nigdy nie potrafię — nigdy!
Kuroński opowiadał urywanym szeptem, jakby bojąc się głośniejszym dźwiękiem przywołać więcej wspomnień. W tem jego opowiadaniu bezładnem był nawet spokój pewien, przez który czuć było duszę zranioną śmiertelnie i rozpacz jałową szamotania bezsilnego.
Antoni słuchał i czuł, że te słowa jak nóż raz po raz zatapiały się w jego sercu i że temi ranami ulatuje mu życie. Słuchał bez łez, bo zalewały mu serce. Przeżywał to opowiadanie. Widział ją stojącą, widział, jak piła, słyszał ten krzyk w głębiach swego mózgu, zrywał się odruchowo, aby ją pochwycić i siadał przytomniejąc. Ta rozpacz Kurońskiego przepalała go do dna i nurzała w jakieś cienie, pełne widm halucynacji. Wstawał co chwila, chodził po pokoju i znowu siadał — nie miał już sił słuchać, ani patrzeć. Już po kilka razy przystawał i miał na ustach wyznanie, bo czuł potrzebę jakiegoś olbrzymiego zderzenia swojej duszy z czemś nowem, wstrząsającem, coby ją mogło oderwać od tego wyczuwania jednego nastroju, i że co bądźby się stało potem, mniejby cierpiał, wyzbywszy się udręczenia, wypowiedziawszy się — ale zawsze w porę zdołał się zhamować. Pogardzał sobą za słabość. Podły! podły! podły! — krzyczał do siebie, aż mu serce pękało z napięcia, ale milczał.
...Wypiła zamiast lekarstwa od kaszlu, kwasu saletrzanego, który stał w takiej samej butelce. Kto go postawił, nie można było się dowiedzieć.
Antoniego ogarnęło jakieś histeryczne rozdrażnienie. Nie mógł już panować nad sobą, tylko zaczął płakać spazmatycznie, głośne łkanie wydzierało mu się z piersi, nawet pewną ulgę mu to sprawiało. Zmęczenie fizyczne po tylu przebytych wzruszeniach ogarniało go sennością. Kuroński objął go z serdecznością wielką i całował.
— Poczciwy, dobry!...
— Nie całuj, gdybyś wiedział, ach, gdybyś wiedział! — i płakał jeszcze bardziej.
I byłby może wypowiedział napół przytomny wszystko, ale dziecko w przyległym pokoju zapłakało głośno. Kuroński się zerwał i pobiegł, a jemu ten płacz wydał się jakby ostrzeżeniem z drugiego świata.
Płacz przycichł. Kuroński wrócił i zaraz poszli spać do pokoju, położonego tuż przy dziecinnym.
Antoni natychmiast prawie zasnął, ale w jakąś godzinę czy dwie obudził go jakiś cichy, jękliwy płacz. Uniósł się i nasłuchiwał: to Zosia płakała. Wstał, aby tam zajrzeć, i już doszedł do drzwi, gdy go doleciało ciche mruczenie piastunki i wciąż szeptane: „Mamusi! mamusi!“ Słuchał tego głosiku, w którym była i skarga, i żal, i senność, — jakieś ciepło nieznane zaczęło go przenikać, jakąś słodycz ogromną wchłaniał z tych brzmień.
Dziecko usnęło, i cisza znowu zapanowała, a on wciąż stał pod drzwiami. Pragnął raz jeszcze usłyszeć ten szczebiot, przejmujący go taką dziwną rozkoszą, ale tylko chrapanie Kurońskiego rozlegało się jednostajnie, deszcz pluskał w okiennicy, a koguty piały gdzieś w czworakach. Usiadł na łóżku, bo sen odleciał go zupełnie, wsłuchiwał się w siebie — ten płacz ciągle brzmiał w nim i rozbudzał, zbudził nawet miłość ojcowską.
— Moje! moje! — myślał, i jakiś uśmiech wewnętrzny miłości nagłej rozjaśnił mu twarz; powstawało w nim pożądanie pieszczot tej istotki, przyciśnięcia do siebie i przelania wszystkich czułości na tę ukochaną główkę. Zapragnął kochać i być kochanym. Wszystko co wycierpiał, co przeżył, jakby się oderwało od niego i stoczyło w niepamięć, tak zajaśniało mu w sercu to dziecko. Dostrzegł cel w szarej i bezcelowej dotychczas egzystencji. Tak się to jego ojcostwo rozbudziło w nim nagle, tak go porwało czarem, tak rozpłomieniło radością potężną, że ani pomyślał, iż nie ma żadnego prawa, i, ciągniony nieprzepartą siłą serca, wszedł do pokoju. W przyćmionem świetle lampki odrazu zobaczył śpiącą, przyklęknął przy łóżeczku i skierowawszy blady promień na zarumienioną snem twarzyczkę dziecka, pożerał ją wzrokiem. Dziewczyna spała niespokojnie, łkała przez sen, a jemu na myśl nie przychodziło nawet, aby odejść. Klęczał jak przykuty. Przebudziła się znowu i ujrzawszy nad sobą twarz obcą, rozpłakała się. Uspakajał ją pieszczotą, dziecko umilkło, lecz wybite ze snu, patrzało żywo czarnemi oczkami. Potem wyciągnęło rączki i z jakimś lubym uśmieszkiem szepnęło:
— Lala!
Nie wiedział, co się z nim działo. Całował te rączki z uniesieniem, stracił przytomność ze szczęścia. Dziecko zaczęło trzeć piąstkami oczy i znowu piszczeć. Wyjął je ostrożnie z łóżka, owinął kołderką i posadził.
— Lala, bawić Zosię! lala! — szczebiotała — ciągnąc go za wąsy.
— Powiedz: tata! tata! — prosił, żebrząc tkliwie.
Ale dziecko kręciło główką.
— Lala nie tata!
On ją wciąż całował i prosił:
— Powiedz: tata! tata! Lala jest tata! — i obsypywał gradem najsłodszych nazwisk.
Miał niebo w duszy, był jak pijany szczęściem i tak pochłonięty dzieckiem, że nie słyszał, iż wkrótce za nim, snadź przebudzony płaczem i szeptem, Kuroński wszedł, aby zobaczyć, co się dzieje.
Uśmiechnął się, ujrzawszy obraz, ale nagle coś go tknęło.
— Powiedz: tata! tata! — szeptał Antoni.
Kuroński stanął przy drzwiach i patrzał... Jakieś nagłe, jak piorun olśniewające podejrzenie rozbłysło mu w mózgu i ciężkiemi włóknami zazdrości skupiało się coraz bardziej. Tysiące szczegółów, zatartych dawno w pamięci, nigdy nawet nie postrzeżonych świadomie, a tylko wchłoniętych bezwiednie, tysiące drobnych pyłków: tam uśmiech czyjś, tu słowo, tu spojrzenie, to znowu coś, z czego nie zdawał sobie sprawy, z taką szaloną szybkością łączyły się w pełny obraz i odkrywały przed nim prawdę przerażającą, że stał bez ruchu, bez tchnienia, skamieniały ze zgrozy. Załamywał się w sobie od strasznego poznania. Huragan bólu, nienawiści, przerażenia wrzał w nim, nie mogąc sobie znaleźć ujścia.
— Powiedz, Zosiu: tata! powiedz, złote dziecko, powiedz, aniołku! — błagał Antoni.
Kuroński słyszał w sobie czy też obok siebie jakiś syk szczególny. Zastygał w spokoju martwienia i abnegacji nagłej. Tak go przeraziło to poznanie, tak silnym był cios, że stał jak trup, bez czucia, był bliski śmierci lub szaleństwa. Postąpił kilka kroków, chciał coś mówić, ale nie potrafił wyrzec słowa z zatkanego bólem gardła, wybełkotał coś niewyraźnie.
Antoni usłyszał, podniósł głowę i zbladł śmiertelnie, oczy ich się spotkały i wżarły w siebie do głębi.
— Tata! tata! — wołała Zosia radośnie, zobaczywszy ojca.
Antoni podniósł się, z dzieckiem na ręku. Objął go dziki, zwierzęcy strach: Kuroński był straszny poprostu; nie mógł patrzeć na jego twarz skamieniałą, trupią, bo zdawało mu się, że oderwie się od kadłuba i uderzy w niego z całych sił nienawiści, bo palił oczyma, taka z nich biła pogarda bezbrzeżna i rozpacz. Stał zgięty, jak do skoku, wyprężony, że aż mu mięśnie znać było przez cienką bieliznę, skurczone palce aż drgały do chwytania za gardło i darcia. Szczękał zębami, nadmiar szaleństwa obezwładnił go. Dziecko znowu płakać zaczęło.
Kuroński jakby się ocknął i szepnął chrapliwie:
— Twoje?
— Moje! moje dziecię! — i przycisnął je silniej.
Nie potrafił powiedzieć nic więcej. To ciepło dziecka przenikało go dziką, nieugiętą odwagą. Pragnął żyć za jaką bądź cenę. Teraz czuł, że gdyby ten mały, chudy człowiek chciał podnieść na niego rękę, lub usiłował wziąć mu dziecko, toby go zdruzgotał i przeszedł po jego trupie. Uczuwał w sobie niepożytą moc do walki choćby z całym światem o to drobne pisklę, które mu zasłoniło sobą wszystko.
— Precz, złodzieju, morderco! — syknął głucho Kuroński z takim gestem potężnym i siłą, że Antoniego przeszedł dreszcz zimny, i już bez słowa poszedł, ubrał się, potem dziewczynkę wziął, otulił kołderką, okręcił jeszcze swojem paltem i wyszedł. A Kuroński taki martwy, taki sztywny, jak nakręcony automat, poszedł za nim, i tylko głos mu się podnosił do skali krzyku potężnego i huczał, jak grom, potężnie a głucho:
— Precz, złodzieju, morderco, precz!
I już nic nie czuł, nie rozumiał i nie pamiętał. Zabiło go nieszczęście. Szedł za Antonim krok w krok. Przeszli park i poprzeczną ścieżką, tą samą, którą niedawno wracał z Władysławem Antoni, zagłębiali się w nocy. Antoni już biegł z całych sił, bo chciał się pozbyć tego upiora, chciał uciec od tego głosu, coraz głębiej targającego mu nerwy, który przenikał go jakimś okropnym tępym dźwiękiem i przegryzał do dna, ale Kuroński, jak widmo białe, z wyciągniętą ręką, biegł tuż za nim i grzmiał:
— Precz, złodzieju, morderco, precz!
Noc ich pochłonęła, noc jakaś fioletowo-szara, w której drzewa, kamienie, ludzie, jakby się rozpierzchły, rozstrzępiały, rozlewały w widma bez form, bez konturów; noc taka, w której się człowiekowi zdaje, że jego własna dusza rozlewa się i łączy z ciemnością i jest jak embrjon rozpylony w nocy. Antoni zboczył ze ścieżki i naprzełaj, aby się prędzej dostać do lasu, uciekał, co mu sił starczyło, już nie wiedział gdzie, dokąd, tylko pragnął oderwać się od tego konającego głosu, ale Kuroński ani na jeden krok nie zostawał wtyle, tylko ciągle, jakby złączony łańcuchem niewidzialnym, biegł i krzyczał.
Utonęli w gąszczach lasu, ale i stamtąd jeszcze bił w niebo, w przestrzeń, ten krzyk, spiżowy mocą, równy, okropny:
— Precz, złodzieju, morderco, precz!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.