Cień (Reymont, 1930)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Cień
Pochodzenie Nowele
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Druk J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
CIEŃ
Wiosna!... Świat był różowy od ogni poranku i przesycony ciepłem, śpiewami, wonią — co zewsząd biła falą upajającą. Strzępy mgieł rozsnuwały się nad stawami, i, niby wiry fioletowo-przejrzystej kurzawy, dymiły z dolin, jak z trybularzy — ku słońcu. Wszystko, co żyło, upajało się miłośnie słońcem, piło wszystkiemi porami ciepło i radość. Liljowe obłoki bzów rozkwitłych dyszały wonią. Niebo, ziemia i ludzie, drzewa i ptaki rozśpiewane w gąszczach — przenikał jakby spazm rozkoszy życia. Ogromną radość odradzania się obchodził świat przenikniętemi rozkoszą sercami. Czuć było jakieś nabrzmiewanie tętna życia powszechnego w tej gwałtownej pulsacji przyrody.

— Wiosna! — szeptał jakiś młody człowiek, przemierzający wzdłuż park ogromny, co, niby morze zieloności i powietrza, wdarł się pomiędzy szare, obrzydliwe siedziby ludzkie — i panował nad niemi majestatem piękna.
— Wiosna! — powtarzał, przeglądając poprzez drewniane kraty bramy ulicę miejską. I czuł tę wiosnę w sobie, miał ją w duszy, rozkołysanej szczęściem, przejmowała mu serce drżeniem wesela, omotywała mózg marzeniami, dyszał nią, jak i wszystko, co go otaczało. Nie zdawał się tylko wiedzieć o tem świadomie, bo wciąż chodził, przystawał, przepatrywał ulicę miejską i aleje parku z niecierpliwością, a czasami, niby obłoki szarawe, przysłaniała mu duszę obawa przed zawodem.
Po raz setny spojrzał na zegarek.
— Ósma, dopiero ósma!
I znowu rozpoczął wędrówkę po parku. Nic nie myślał, bo ta słodka, denerwująca troska czekania na ukochaną nękała go dziwnie obezwładniająco. Prześlizgiwał się tylko wzrokiem po wszystkiem — i biegł myślą aż tam, gdzie ona, i spochmurniał wnet, bo jakby ujrzał poprzez przestrzenie dobrą, przyjacielską twarz jej męża.
— Mąż — szepnął — gdyby nie ten mąż!...
Naraz zadrżał, zadygotał cały w sobie, wszystkie tętnice zahuczały mu z gwałtownością — zaledwie mógł oddychać, tak serce biło mu w cichem tempie pianissima zachwytu. Wzrok mu promieniał, ramiona mimowoli wyciągnęły się. Chwila jeszcze! — Widzi, jak ona bojaźliwie idzie woddali. Druga chwila, spotykają się już oczyma, całują spojrzeniem...
— Ello! moja ukochana Ello! — szepcze — i są już przy sobie. Serca przestały im bić, usta oniemiały ze szczęścia, dłonie złączone drżą, a oczy zatopione w sobie, śpiewają hymny miłości, upojenie zda się tworzyć świetlany nimb nad nimi. Tłum ludzki, płynąc obojętnie, zepchnął ich na bok, nie wiedzieli o tem. — Kocham! skandowały jego oczy. — Kocham! odpowiadały drugie, wielkie i głębokie, jak otchłanie. — Kocham! — zdawało się wydzierać z ich serc, i dźwięczeć, jak symfonja szczęścia ogólnego. Ptaki śpiewały w gąszczach. Wiatr strząsał na nich z kasztanów różową kaskadę kwiecia. Bandy dzieci przewracały się im prawie u nóg, rozszalałe powietrzem i uciechą. Nie wiedzieli o tem. Cóż było poza nimi? Nicość! Cóż było w nich? Świat cały. Tajemnica kształtowania się chaosu.
— Dawno pan czeka? — spytała cicho, nieco ochłonąwszy.
Zaraz odpowiedział, ale głos miał szorstki prawie, urywany a dyszący żarem.
— Nie wiem. Jestem tak szczęśliwy, że nie wiem o niczem — co tobą nie jest. Nie wiem nic nadto, że jesteś przy mnie, że cię widzę, słyszę, czuję... Cóż więcej mnie obchodzi?
Piła jego słowa i uczucie spojrzeniem, chciała coś odpowiedzieć, ale nagle jakiś płomień okrył jej twarz rumieńcem i zamilkła — nim mówić zaczęła. Obejrzała się trwożnie i podejrzliwie spoglądała w twarze przechodniów.
— Spóźniłam się, mąż zatrzymał mnie... ach, ten...
— Pójdźmy, Ello, zapomnij o nim! — szepnął, biorąc ją za rękę. Zadrżała, bezwiednie usuwając dłoń swoją.
Milczenie zachwytu zapanowało pomiędzy nimi. Nie mogli mówić, i teraz, czując się tak zjednoczonymi czuciowo — nie mieli nic do powiedzenia sobie. Serca biły im zgodnie, napół przysłonięte źrenice gorzały, a jakaś serdeczna nieśmiałość i jakby obawa trzymała ich zdala od siebie. Szli wolno, nie patrząc na siebie. Jej purpurowe, nabrzmiałe krwią usta, poruszały się nieznacznie — jakby z duszą własną rozmawiała, lub pieśń dziękczynną, pełną radości głębokiej, słała przestrzeniom. Czuli jakiś przepływ przez siebie, zagmatwanych, rozprzęgniętych stanów świadomości, niby strzępów świateł, dźwięków, zapachów, drżeń, i jakąś nagłą ciszę serc szczęśliwych. Dość im było czuć się obok siebie, aby w milczeniu pogrążać się w tej topieli słońca i wiosny, szmerów przyrody i rozśpiewaniu dusz swoich. Znaleźli się na rozdrożu alej, rozbiegających się na wszystkie strony parku.
— Na prawo czy na lewo? — spytała, podnosząc oczy na niego. W dźwięku jej głosu zadrżał jakiś ton niezwyczajnego pytania. Pochwycił go i odparł z mocą:
— Prosto — jeśli do szczęścia nas zaprowadzi.
— A jeśli się to sprzeciwia... jeśli... — szepnęła bezwiednie, snując przędze tej ciemnej, pod powierzchnią świadomości tkanej myśli.
— Nie sprzeciwia się niczemu, bo się nie sprzeciwia sercom naszym — przerwał szybko, i lekki błysk przemknął mu zielonkawym ogniem w źrenicach.
— O nie! — zawołała gorąco. Roześmiali się, zaglądając sobie głęboko w oczy.
— Kocham!
— Kocham! — odpowiedziała namiętnie. I uśmiechnięci, swobodni, przytuleni do siebie ramionami, prawie pobiegli środkową aleją. Uniesienie oczekiwanej rozkoszy rozlewało po nich prąd denerwujący. Tacy się czuli szczęśliwi! Świat był tak pięknym! Miłość tak słodką! Pocałunek tak potężnym! Szeptali półgłosem. O czem? O czem kochankowie mówią? O czem dwa ptaki świergoczą przytulone do siebie miłośnie? O czem gwarzą serca w rozradowaniu, dusze w zachwycie? O czem? Wybuchali śmiechem dźwięcznym, metalicznym, śmiechem bez troski. Wyrywały się im z serc słowa bez myśli, a znaczenia pełne, okrzyki, w które dusze kładli, rzucali spojrzenia, pełne pocałunków i obietnic, uśmiechy były niby promieniowania. A echa tej brylantowo-skrzącej się kaskady młodości i szczęścia brał wiatr i niósł w przestrzeń błękitną, słońcu, kwiatom, co rozchylonemi kielichami wchłaniały światło; brali coś z tej pieśni i ludzie, dążący we wszystkie strony parku, aż przystawali oglądać się, z przerażeniem zgorszenia jedni, z uśmiechem smutnej ironji — drudzy, na tę parę tak szczęśliwą, od której biły płomienie życia i miłości. A oni szli bez troski, jak uosobienie wiosny, i ani dbali w tej chwali, że przyślepłe oczy tłumów znajdowały ją zbyt bezczelnie piękną.
— Odwracają się za nami. Może kto znajomy — szepnęła z przykrością.
— Ello! My zbrodnię pepełniamy w ich oczach, bo się kochamy, bo mamy odwagę zachwycać się życiem i sobą. Opasy ludzkie! Filistry. Kłęby mięsa i interesów. Mumje zabalsamowane w konwenansach i niemocy. Zabrońcie sercom kochać, ustom szeptać zaklęcia, oczom płonąć namiętnością, myśli snuć cudną tkankę marzeń... Zabrońcie młodości być młodością — zabrońcie! — szeptał prawie głośno. Czuł tylko potrzebę wyładowania nazewnątrz choćby w słowach tego nadmiaru energji, jaką miał w sobie. Przechodzili jakiś placyk odsłonięty, zalany cały światłem i pusty zupełnie, a obramowany dokoła haftem delikatnych cieni, jakie rzucały drzewa na żółtawy żwir. Pochwycił ją w ramiona i namiętnie całował. — Odsunęli się jednak natychmiast od siebie, bo ujrzeli cień wprost do nich idącego człowieka. Jakby się oderwał od tamtych cieniów, leżących pod drzewami, bo był taki sam czarny — szedł powoli, posępny i ciężki, jak chmura smutku, i człowiek ten utkwił w nich szare, posępnie płonące źrenice i przenikać się ich zdawał do głębi tą szarością, chociaż może nie myślał o nich, może ich nawet nie widział...
Zmieszali się oboje, jakby poczuli ten surowy, ostry wyraz jego wzroku aż we wnętrznościach. Suchy, o ziemistej barwie profil powiał na nich niby kirem.
— Czemu tak patrzy? Mnie boli to spojrzenie! — spytała i niespokojnie odwróciła się. Człowieka nie było już widać.
— Czemu on tak dziwnie patrzył? — zapytała raz jeszcze.
— Nie wiem — odparł z oczyma utkwionemi tam, skąd przed mgnieniem patrzały tamte źrenice.
— Może on widział jak całowałeś mnie... może on wie, że... mąż...
— Że i teraz cię pocałuję — i nachylił się, całując ją w uszko. Odsunęła się trochę.
— Że mąż... że my nie mamy prawa... może nas ostrzega...
— Bodaj przepadł! Ello, nie mówmy już o tem.
I poszli, przystając przy klombach nad basenami, lecz tylko poto, aby przycisnąć się ramionami, spojrzeć sobie w oczy i iść dalej; ale pomimo tego czuli, że w tę ciszę wewnętrzną wsączyło się jakieś wrzenie, że na zwierciadła ich spokoju kładzie się jakiś cień, że majaczy w nich ten dziwnie przejmujący wzrok starca. Byli szczęśliwi, uśmiechnięci, zajęci sobą, i nieświadomi jeszcze własnego, wewnętrznego stanu.
— Szczęśliwyś?
— Daj usta, a powiem ci o tem. — Ogarnął ją ramieniem, i całował.
— Mów mi tak zawsze, ukochany.
— Do tchu ostatniego.
— Boże! — szepnęła z trwogą. — Patrz! tam idzie...
— Kto?
— Ten człowiek — raczej cień człowieka — patrz tutaj!
Obejrzeli się z tłumioną w sobie obawą, spodziewając się ujrzeć ten profil surowy. Nie, nie było nikogo. Młody klon trzepotał listkami i żóraw z powagą kroczył przez trawniki.
— Śmieszny ptak — zawołała.
— Bardzo śmieszny.
— Co ty myślisz o mnie? — zapytała niespodziewanie — i chmura niepokoju przysłoniła jej twarz, delikatnie rzeźbioną.
— Nic nad to, że cię kocham, że jesteś mi źródłem, skąd piję życie i szczęście.
— A jak przestaniesz?...
— Nigdy!
— Tracę przytomność, nie wiem, co się dzieje ze mną, jakiś ból obawy przed czemś nieświadomem mnie ściska. Nie powinnam była tu przyjść.
— Ello! czy to nie ludzkie prawo być szczęśliwymi, kochać?
— A jeżeli nie wolno tak być szczęśliwymi? — mówiła, odruchowo przepatrując pomiędzy drzewami.
— Ello moja, czy nigdy nie pozbędziesz się tego mieszczańskiego podziału na: wolno lub nie wolno? Jak to mnie boli, że ciebie straszą te spróchniałe formy. — Ale poco my o tem mówimy? Mówmy o czem innem!
— Kocham cię!
— Szalejmy raczej, bo jutro może być nie nasze.
— Dobrze. Szalejmy!
— Pijmy war serc naszych i uniesień!
— Pijmy! — I uśmiechnęła się blado i niepewnie.
— Pójdziemy... — szepnął przeciągle, patrząc w jej oczy.
— Nie... jeszcze... później. Tak mi dobrze; zostańmy, jak dotąd. Ja się tak czegoś boję... Obejrzała się trwożnie, bo wydało jej się, że to szare, sępie spojrzenie zamigotało przed nią, że jak cień prawie niedostrzegalny kołysze się pomiędzy nimi.
— Więc mnie nie kochasz?
— Kocham, bardzo cię kocham, bo umieram z tęsknoty, ilekroć nie widzę cię dłużej.
— I odmawiasz.
— Alem, wychodząc, zauważyła, jak on się patrzył na mnie długo — długo, jakby z wyrzutem. — I poczuła w gardle jakieś ściskanie udręczenia wyrzutu, i jakby płomień współczucia niedoli tamtego, przeszedł po jej sercu. — Mój Boże, co ja robię!
— Ano — nic... Męża kochasz, a ze mną uprawiasz flirt — rzekł szorstko.
— Nie mów tak, nigdy tak nie mów. Nie masz prawa tak myśleć — zawołała gwałtownie, zarzucając mu ręce na szyję — i nim zdążyła wycisnąć pocałunek na jego ustach, rozplotła ramiona i opuściła je z trwogą. — Uczuła chłodny cień na sobie. Ten cień wślizgnął się pomiędzy nich i przedzielił swoim ostrym wyrazem. Wydał się jej tak rzeczywistym, że zadrżała, spuszczając oczy.
— Nie miałaś odwagi nawet mnie pocałować. Zabrałaś mnie, nie dając nic wzamian.
— Nic?.. więc spokój mój, cześć moja, serce moje, to nic! Czy nam tak, jak teraz, nie dobrze? — skarżyła się głosem, przejętym miłością i jakimś cichym lękiem.
— Bardzo dobrze nie wiedzieć czy to flirt — czy też miłość. A! ja wyję z bólu bezsilnego. Milczę. Połykam tysiące przykrości, i jeszcze muszę się uśmiechać banalnie wtedy — gdybym chciał mordować. Bardzo dobre są te dnie rozpaczy i zazdrości, w których się nie wie, czy się nie jest już zastąpionym przez kogoś, dającego nowe impulsy. — Przebacz mi Ello! Bądź moją!
— Weź mnie, wiszę u twoich ust, jam twoja — szeptała i, przezwyciężając obawę, z przymkniętemi oczyma przytuliła się do niego. — Moja miłość potrafi zrównoważyć twoją.
— Miłość! bezmierne upojenie duszy. Nie wiedzieć nic i przepaść z ukochaną w nieskończoności. Nie być czemś — a być tylko wyczuciem szczęścia. Niech trwa wieki, czy przez mgnienie, byle się tylko nie przebudzić!
Mówił cicho, jakby się rozprzestrzeniał i zanikał już w wyczuwaniu, a ona z zachwytem, przesiąkniętym obawą nieznaną, słuchała, kołysząc się w budzącem się pożądaniu.
— Daleko? — spytała.
— Niedaleko.
Szli w milczeniu. Ukradkowe spojrzenie rzucała na jego twarz powleczoną jakąś radosną zadumą. Chwilami przestawała oddychać, bo ją przejmowało jakieś nieokreślone drżenie. Wtłaczała gdzieś na dno swego ustroju — siłą wydzierający się lęk, jaki rósł niepowstrzymanie w jej mózgu i przysłaniał jej szczęście, przyciskała się z jakąś miękką biernością do niego. Ten spokój, ciepło — przenikał ją czułością dziwną i rozmarzał zmysły. Niewypowiedzianie słodkie uczucie porywało ją chwilami, wtedy spojrzeniem pieszczącem ogarniała go, wyczuwając jakąś ociężałość senną, jakąś gwałtowną potrzebę zarzucenia mu rąk na szyję i pocałunków — ale ten głęboko płynący prąd obawy wyłaniał się, uprzedmiotowywał, i w tym szarym, przejmującym cieniu prześlizgiwał się pomiędzy nimi. Martwiała wtedy, i jak automat z rozszerzonemi trwogą oczami, z pobladłą twarzą — szła, nic już nie widząc czas jakiś. On wyczuwał prawie to samo. Ten ból głuchego niepokoju, ta walka z marą, której obecności prawie był pewnym, przejmowała go jakimś chłodem, mroziła krew. Dotykał po kilka razy twarzy swojej, jakby ścierał ślady jakiegoś zimno-wilgotnego dotknięcia cienia. Rozrastała się w nich bujnie ta obawa, że równocześnie prawie poczuli chęć, niewyraźną jeszcze, oddania się sobie i rozejścia. Ona już się wnętrznie nie opierała. Chwilami zresztą, dobrze jej było tak iść, dobrze czuć go przy sobie, dopowiadać wzrokiem to — czego usta jeszcze nie śmiały; pochylała się w jakiejś rozkosznej a bolesnej ociężałości.
— Zmęczyłaś się, Ello? — zapytał, widząc jej rumieńce i oddech ciężki.
— Trochę, może odpoczniemy!
Usiedli na jakiejś ławce odsłoniętej, bo czuli potrzebę pławienia się w słońcu. Cisza otaczała ich głęboka. Nikt nie przechodził tą stroną parku. Drzewa, jak senne szeleściły liśćmi. Płatki kwiatów wiatr strząsał na trawniki. Zielone głębie parku wionęły czarem i tajemnicą. Cienie drzew, chaotycznie splątane, przesiąknięte plamami słońca, majaczyły, niby wizje. Jakiś gorący oddech przyrody przejmował ich omdlewaniem, a głosy ptaków, kipiące w gęstwinie, duszące oddechy kwiatów i cały ten wrzący rozgwar wiosny wlewał im w żyły niby war ognisty i rzucał sobie w ramiona, czuli, jakby rozlewanie się w powszechnej rozkoszy — bo każdy kwiat, każde drzewo, każdy cal ziemi dyszał upojeniem i łączył się ze wspólnem krążeniem soków, przenikał się w miłosnym szale przyrody i pociągał ich w odmęty niepamięci. Ani wiedzieli, kiedy spletli się ramionami i zapomnieli o wszystkiem.
Jeszcze, jeszcze! i usta szukają ust, ramiona się obejmują. Jeszcze, jeszcze! i drżący, oszaleli, cisną się do siebie — toną w sobie, zamierają. Brak im tchu, rozwarte źrenice nie widzą, złączone usta śpiewają. Jakiś palący płomień słońca, niby wicher kosmiczny przepływa przez nich i druzgocze resztki świadomości. Siedzą obok siebie bladzi, dyszący ledwie, z oczyma pełnemi blasków i łez pełnemi. Wypili sobie pół życia pocałunkami, oddzielając się jakiemś ognistem kołem od reszty świata. I tak byli zatopieni w rozkoszy, że nie słyszeli skrzypu piasku, ani widzieli, że ten sam cień-starzec szedł ku nim. Sunął cicho, niby widmo, a długi, czarniawy chłód szedł przed nim. Drgnęli gwałtownie, bo uderzył w ich siatkówki ten cień, i zaćmił je nagłym mrokiem.
— A! — zawołała trwożnie, usuwając się bezsilnie z obawy.
— Co ci? — spytał.
— Ten sam — szepnęła — patrz — tam!..
— Czemu on się tak patrzył?
— Niema nikogo... Nie bądź dzieckiem — uspokajał, nie mogąc jednak zdać sobie z tego sprawy, że i sam bezwiednie poddaje się wrażeniu niepokoju, obawy, wyrzutu, jakgdyby sam czuł najwyraźniej chłód cienia, jakgdyby widział sam ostry, posępny profil, i stał pod pręgierzem surowego spojrzenia. Zadrżał, jakgdyby tu — obok siebie — jak najwyraźniej zobaczył ten cień. Nie było nikogo. Nasłuchiwali szelestów i w rozdenerwowaniu niezwykłem oglądali się co chwila, obawiając się zbliżyć do siebie i bezwiednie zostawiając pomiędzy sobą pustą przestrzeń jakby dla niego.
Wszystkie rozpalone namiętnością skry przygasły im w źrenicach i jakiś dziwnie szarpiący chłód niewytłumaczonego zobojętnienia przejął im serca...
Słońce przygasło, przysłonięte na mgnienie ogromną, rudawą chmurą, aż park sposępniał i jakby się zagłębił w nagłej zadumie i melancholji... Dreszcz ich przeniknął chłodny i równocześnie z nad stawów powiał zimny i aż lepki od wilgoci wiatr, i bez szumu zginał drzewa. Szarość pełna smutku i dziwnej tęsknoty przepełniła im dusze. I choć słońce znowu zatopiło przestrzenie w blaskach, a umilkłe ptactwo zaśpiewało w gęstwinie — oni nie mogli się pozbyć smutku, i tej bezbrzeżnie nękającej, cichej, zagmatwanej obawy. Uczuwali dziwny ból, przechodząc miejscami osłoniętemi; z uliczek wąskich, zacienionych zupełnie, cofali się z trwogą, wybierając tylko miejsca słoneczne. Park cały zaczął ich przejmować trwogą, te rozkoszne gąszcze, obramowane rozkwitłemi bzami i czeremchą — mroziły ich jakimś chłodnym oddechem. A co chwila zdawało im się, że ten cień jest pomiędzy nimi, że idzie tuż, że zabiega drogę — i jakby widzieli w tej ruchomej masie plam ciemnych pod drzewami te oczy szare, groźne, spokojne, a tak przenikliwie patrzące... I nie byli w stanie oprzeć się temu przygnębiającemu uczuciu obawy i niepokoju. Wiedzieli tylko, że trwoga okropna ściska im coraz więcej serca, że im przysłania oczy mrokiem i mózgi rozsadza — że ten cień cichy, to wampir, co im pije krew i życie, odpychając jedno od drugiego. Nie byliby w stanie przyznać się do tego przed sobą, jak obawiali spojrzeć się sobie w oczy, aby nie wyczytać i nie pokazać, nietylko tej dręczącej obawy, ale i myśli, jakie im się snuły.
Ona z tym powolnym, lekko kołyszącym się chodem, w którym występowały na jaw wszystkie wspaniałe linje jej ciała — teraz wydawała mu się jakąś niezgrabną, ciężką; a ta delikatna, klasycznie piękna twarz, maską zimną i bez wyrazu; przytem czuł do niej w głębi jakiś niewyraźny żal, któregoby nie umiał sformułować. A jej, pomiędzy jednym stanem trwogi a drugim, przemykały się przez duszę włókna udręczenia cichego, i zjawiała się w nagłem przypomnieniu twarz męża i rodziny.
— Musi być bardzo późno?
— Pierwsza! Boże! ależ ja muszę iść do domu, co tam pomyślą sobie, że mnie tak długo nie widać — mówiła, z rozkoszą znajdując choć w tem rodzaj usprawiedliwienia się przed nim. Słuchał z jakiemś pogardliwem skrzywieniem ust, lecz w nagłym, prawie ostatnim czułości przypływie, powiedział:
— Nie pójdziesz?
— Tak późno — to kiedy indziej... Broniła się z jakiemś upokarzającem uczuciem, i oboje równocześnie znaleźli ulgę w tej wymówce — i zobaczyli wyraźniej splątaną a przejrzystą mgłę kłamstwa w sobie i obojętności.
To znowu chwilami wyczuwali żal, że się tak rozchodzą, jakiś rodzaj pomiłosnej litości nad sobą, więc się zbliżali, patrzyli sobie w oczy przyjaźnie, dotykali rąk, jakby chcąc wykrzesać to uniesienie i miłość, jaka już przeszła, ale prędko odsuwali się od siebie, bo im pewien szczególny ból sprawiało to zbliżenie, i czuli, że ten cień czyha tylko na to, i zaraz się zbliża i rozdziela ich niby klinem, i przenika serce ostrem uczuciem trwogi.
Kurcz lęku, bólu, odrazy, żalu — łamał ich dusze subtelnemi spazmami.
Przyśpieszyli kroku, aby się wydostać z parku, i z ogromną ulgą znaleźli się na ulicy.
Czuli oboje potrzebę jakiegoś słodko kłamanego rozejścia się, jakiegoś pożegnania, powiedzenia sobie jakichś słów, choćby imitujących miłość, a wprost obawiali się przybliżyć do siebie, i niezmiernie im było ciężko udawać.
— Musimy się rozejść, może nas kto zobaczyć — zaczęła pierwsza, nie patrząc mu w oczy.
— Zatem do jutra.
— Nie wiem, czy będę mogła.
— Przyjdź ukochana. Będę tak czekał... — Wziął ją za ręce i szukał oczami jej spojrzenia.
— Może — przyjdę..
— Szczęśliwaś, Ello?
— O bardzo, bardzo!
— Kochaj mnie... Ja tak czekać będę tego jutra...
— Do śmierci. Do widzenia, ukochany! Do widzenia!
Obejrzeli się na siebie z oddalenia, ukradkowo, trwożnie.
Cień jakby się rozsnuł pomiędzy nimi i przesłonił nocą jedno od drugiego.
Rozeszli się...
— Do widzenia! — zaszemrało jeszcze w powietrzu, jak ostatni akord pożegnania.
Czuli równocześnie, odzyskując cały zwykły spokój i równowagę, że się już nigdy pewnie nie zobaczą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.