Poddanka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Świętochowski
Tytuł Poddanka
Pochodzenie Pisma VI. Utwory dramatyczne
Data wydania 1899
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PODDANKA.
separator poziomy
OSOBY:

ANDRZEJ LELIWA lat 40.
RAFAŁ LESZCZYC „  60.
TADEUSZ LESZCZYC „  25.
ONUFRY PORAJ „  50.
KAZIMIERA WRZOSEK „  20.
(Rzecz dzieje się we wsi Powiśle, w pierwszych latach XIX wieku).
separator poziomy
(W pokoju Kazimiery).
SCENA I.
Kazimiera i Onufry.

Onufry (wpatrując się przez chwilę w zadumaną Kazimierę). I czego tu się tak smucić? Wojewodzina, poświeć Boże jej duszy, była pani z sercem macierzyńskiem, ależ przecie świat za nią do grobu nie poszedł. Zapisała co w testamencie dla panienki — to jej spadkobierca oddać musi; nie — to i tak biedzie wyrość nie damy, aby tylko wyzwolenie było, o czem chyba wątpić trudno. Prawda, wszyscy we dworze smoki nie ludzie, ale na każdy wypadek znajdzie się ktoś, kto chętnie otworzy swój dom dla sieroty, a nawet w potrzebie błyśnie przed złemi oczyma żelazem... (czule) Tylko nie płakać, nie wzdychać, bo się Panu Bogu daremnego kłopotu narobi. Ho, ho! odesłałby on tu nazad ducha nieboszczki, gdyby przynajmniej nie zabezpieczyła panienki od bezbożnych myśli swego siostrzeńca...
Kazimiera (drgnąwszy). Czy on dziś na pewno przyjedzie?
Onufry. Leci, leci, bo podobno już resztki ojcowizny w winie rozpuścił i z kochankami wysączył. Warszawę ze strachem przed francuzami ominął, a tu ma nadzieję znowu za wielkiego pana się przebrać. Przyjedzie — już hajduka z doniesieniem przysłał.
Kazimiera (rozpaczliwie). Bodajby mi w każdej minucie tego czekania rok życia przepadał!
Onufry. Fe! do stu przepiórek! Alboż on wilkołak? Że szlachcic z kiepskim herbem, że dziedzic z darowaną fortuną, że pędziwiatr z lekkiem sumieniem — to jeszcze nie sąd ostateczny, zwłaszcza że wojewodzina testamentem panienkę...
Kazimiera. Bardziej wierzę mojemu przeczuciu, niż twemu pocieszaniu, panie Onufry. Mylisz się...
Onufry (żywo). To omylę się na wszystkich, tylko nie na sobie. Jeżeli nieboszczka pani — czego Boże strzeż — przy śmierci o panience zapomniała, a jej siostrzeniec będzie chciał z tego zapomnienia źle skorzystać, to ja mu powiem, że moja ręka, pisząc nahajem morały na grzbietach przez lat trzydzieści, tęgo zaprawiła się do wypisania mu na łbie ostrem piórkiem sprawiedliwej nauki. Proszę nie myśleć, że stary włódarz struchleje przed majestatem kasztelanica. Nie gorszy mój Poraj od jego Leliwy. Gdyby blizny po magnackich cięciach pachniały, mógłby się nosem na szramach mej twarzy przekonać, że je w młodości dostałem od lepszych niż on pozłotków. Wprzódy w jego czuprynie dudek sobie gniazdo uwije, niż ja mu pozwolę igrać samowolnie z losem sieroty. Niech poczeka, aż grzyb zakwitnie. Ja panienkę dzieckiem do dworu przyniosłem, piętnaście lat strzegłem, a dziś miałbym opuścić? A tożbym sobie na karabeli rękojeść z zajęczego skoku kazał nasadzić, a w herbie kreci ogon umieścić. Jezus Marya — przecież w szkaplerzu nie noszę cielęcej wątróbki. Ja cię, panno Kazimiero, tak kocham...
Kazimiera. Dziękuję ci, panie Onufry, bo dziś każda opieka jest dla mnie dobrodziejstwem. Może wojewodzina, umierając, poczuła obowiązek wynagrodzenia mnie za usługi chociaż prawem swobody, może przy śmierci, jak za życia, była dla mnie matką... A jeśli nie?... Wtedy ojcze mój zmartwychpowstań i zadrżyj przed nieszczęściem swego dziecka, które tak nieopatrznie powierzyłeś pańskiej wspaniałomyślności!
Onufry. Nie skarż go, panno Kazimiero, nie skarż. Oddał cię, bo musiał, bo był poddanym, bo go lata choroby tak u pani zadłużyły, że tobą tylko mógł się jej wypłacić. Gdy wojewodzina, której dzieci Bóg poskąpił, spostrzegła ciebie, piękną dzieweczkę i kazała mi cię wziąć do dworu, ojciec twój, usłyszawszy to polecenie — słaby, porwał mnie z łóżka za ramię, groził, prosił, płakał, modlił się...
Kazimiera (w oburzeniu). I pan nie zlitowałeś się nad nim?!
Onufry. Nie ulitowała się wojewodzina, a nawet nie miała na to czasu, bo stary tegoż dnia umarł.
Kazimiera (szyderczo). A gdzież w tedy była wasza, panie Onufry, nahajem zaprawiona ręka, wasza karabela bez rękojeści z zajęczego skoku, wasz szkaplerz...
Onufry (przerywając). Człowiek był młodszy, o łaskę pańską więcej dbał...
Kazimiera (wzgardliwie). Lwy w słowie, jagnięta w czynie.
Onufry. Skora do niewdzięczności jesteś, panno Kazimiero. Czy przez lat piętnaście wycisnąłem ci z oczu chociaż jedną łzę? Czy przez tych kilka tygodni, od śmierci wojewodziny, nie starałem się ci jej zastąpić? Czy zawsze nie dogadzałem wszystkim twoim żądaniom? Ojcem lub sługą byłem dla ciebie na przemian, a ty mnie, panno Kazimiero, dziś udającym lwa jagnięciem nazywasz...
Kazimiera. Nie gniewaj się, panie Onufry, jeśli prawda, że mnie kochasz.
Onufry (z zapałem). Kocham bardziej, niż ojciec, niż wszyscy, którzy cię zrodzili lub poznali. Wojewodzina była kobieta zazdrosna i surowa, bałem się więc o tem za jej życia mówić. Zawsze jednak serce w mej piersi miłością dla ciebie gorzało. Prawda, dawno ja już niebu na tej ziemi się naprzykrzam, ale kilka dziesiątek lat — to jeszcze nie kilka matuzalowych setek. Młodością jest gorąca krew, a ta dotąd w moich żyłach — chwała Bogu — nie skrzepła. Więc krótko rzecz wiążąc, jeśli względem twego ojca, panno Kazimiero, zgrzeszyłem i nie odpokutowałem, jeśli z mojej winy jesteś bez opieki przed pańską swawolą, to pozwól mi, niech dziś gładząc za to mym Porajem plamę twego rodu, zegnę przed tobą kolano w pokornej prośbie o rękę...
Kazimiera (wybuchając śmiechem). Ha, ha, ha, niechże ja wprzód was, panie Onufry, po tym hołdzie dla mnie podniosę, bo panu gorąca krew samemu wstać nie pozwoli.
Onufry (wstając). Bez potrzeby, bez potrzeby...
Kazimiera (j. w.) Więc pan nie źartem chcesz za pokutę zgładzić swym Porajem plamę mojego rodu?
Onufry. Mogę, bom bezżenny.
Kazimiera. Ale stary...
Onufry (dumnie). Szlachcic.
Kazimiera. Chociażbyś pan nawet swego szlacheckiego klejnotu trzydziestoletniem włodarzowaniem nie sponiewierał, jeszcze i wtedy miałby on za mało dla mnie blasku.
Onufry (unosząc się). Dla kogo? Dla panny chłopianki — córki obdartego Macieja — poddanego z jednej morgi, który może jeszcze dotąd w grobie chowa na swej skórze pamiątki mego gniewu? Nahaj wam do herbu, ale nie Poraj!
Kazimiera (osuwając się na krzesło). Bezbronna...
Onufry (ze złością do omdlałej Kazimiery). Wzgardziłaś włodarzem, poszczycisz się panem.
Kazimiera (zerwawszy się). Gadzie!... (do wchodzącego Tadeusza) Panie!
Onufry (we drzwiach bocznych — złośliwie). Herbu Leszczyc (wychodzi. Kazimiera powstrzymuje się w biegu do Tadeusza i milknie).

SCENA II.
Kazimiera i Tadeusz.

Tadeusz. Dla czegóż on mnie, czy tobie herb mój przypomniał? Kazieńku — blada jesteś. Miałaś z tym dworskim liszajem jaką sprzeczkę?
Kazimiera (tłumiąc wzburzenie). Żadnej.
Tadeusz. Bo teraz w bezkrólewiu, po śmierci wojewodziny, lada pałka tu prymasuje, zwłaszcza jeśli kto jak ten, był senatorem u swej pani. (zbliżywszy się do siedzącej z podpartą głową Kazimiery). Drugi raz tu dziś jestem i drugi raz widzę, żeś ty mi, Kaziu, nad miarę zamyślona. Przecie to chyba już nie smutek po stracie wojewodziny. A może tajemna radość z przyjazdu jej siostrzeńca?... Milczysz? Trudno! I ty jesteś kobietą. Wasza miłość jak lód, gorącemi ustami dotknięty, szybko się topi, ale szybko znowu dla innych zamarza. Kto wie, czy wiatr, wyprzedzając przybycie bogatego pana, nie przyniósł ci od niego szeptów pokusy...
Kazimiera (smutnie). Podejrzliwe dziecko...
Tadeusz. Chciałbym sam to o sobie powtórzyć, w milczeniu jednak twojem nie mogę dopatrzyć żadnej dobrej dla mnie wróżby. Gdy zaś próbuję w przyszłość domysłem zajrzeć, zawsze widzę tylko, żeś ty piękna, ja spowszedniały, on...
Kazimiera (żywiej). Tadeuszu, ostrożnie! Nie używaj słów, o których nie wiesz, jak ranią!
Tadeusz. Ja wiem tylko, że i dziś omdlewa mi serce w czarach twoich uśmiechów i spojrzeń, ale już nie mogę, jak dawniej, dwa razy z kolei jednakowo odetchnąć, przez dwa kolejne tchnienia jednako czuć i myśleć, nie mogę powstrzymać krwi niepokojem gnanej do przyśpieszonego obiegu. Czasem zdaje mi się, że mózg mi płonie i przez czaszkę się dymi. Ach, gdybyś ty mi powiedziała, komu ja mam wierzyć!
Kazimiera. Sobie.
Tadeusz (szyderczo). Tylko? Tobie — nie? Więc w tem słowie rzucasz mi nareszcie zapowiedź rozdziału? Litość uchyla mi nakoniec zasłonę twego serca, ażebym dojrzał, że mnie tam już nie ma? (gwałtownie) Obłudną larwą twarz twoja, czy szczerem uczuć odbiciem? Jeśli masz dla mnie jakieś ostrzeżenie, nie ukrywaj go pod miłosiernem kłamstwem. Wolę boleść prawdy, niż rozpacz niepewności!
Kazimiera. Znowu ci powiem: domagasz się prawdy, jak dziecko ognia.
Tadeusz. Dosyć mi tych opiekuńczych przestróg! Ja wszystko wiedzieć chcę, chociażby mi to do ręki samobójczą broń podało. Od dwóch dni widzę, że milczenie co chwila bardziej obciąża ci usta. Dlaczego? Nie ufasz mi? Czyż ci nie powiedziałem, że jak tylko ojciec ze swego poselstwa do Warszawy wróci, zaraz wszystko, co mieć mogę, u stóp twoich złożę? Gdybym dziś rozporządzał własnym majątkiem, gdybym chociaż w domu miał matkę, nie dałbym ci tu przez oka mgnienie czekać pańskiej łaski. Ojca dziś się spodziewam, on na związek nasz zezwoli, ciebie dawniej niż ja zna i dawniej lubi, już mu kilkakrotnie pisałem o mojem niezłomnem postanowieniu, wreszcie chociażby się temu oparł, przysięgam ci na mój szlachecki...
Kazimiera (porywczo). Nie przysięgaj.
Tadeusz. Dla czego? Kazimiero, jeszcze raz pytam o prawdę!
Kazimiera (wzruszona). Kocham cię.
Tadeusz. Jeśli kochasz, czemu uparcie milczysz? Czy nowy dziedzic cię przeraża? Niechaj jego poddanki drżą niepewne swego losu, ty szlacheckiej krwi dziewica nie potrzebujesz się trwożyć. (słychać turkot — wpada Onufry).
Onufry (we drzwiach). Służba, przed ganek — pan nasz przyjechał (wybiega).
Kazimiera (dumnie). Słyszałeś? To jest prawda, którą przed tobą kryłam! Jam nie szlacheckiej krwi dziewica, ale tutejsza... poddanka!
Tadeusz (przestraszony). Poddanka?!
Kazimiera Tak panie! Jestem chłopską sierotą, dla dworskiej przyjemności po pańsku wychowaną. Dotąd byłam rozrywką dla starej dziedziczki, teraz może nią będą dla... Uciekaj szlachcicu, bo cię mój pan od swej poddanki wypędzi!
Tadeusz (wychodząc pognębiony). Poddanka...

SCENA III.
Kazimiera, Andrzej i Onufry.

Kazimiera (sama). Zląkł się, czy wzgardził — jedno...
Andrzej (wchodząc z kłaniającym się Onufrym). Cóż tu się mieści? (spostrzegłszy Kazimierę) A! Zapewnie mam przyjemność witać przyjaciółkę mej ciotki?
Kazimiera (spokojnie). Kazimierę Wrzosek.
Andrzej. Pewnie pani wyręczała wojewodzinę w pisywaniu do mnie listów?
Kazimiera. Ja.
Andrzej. Domyślam się tego i żałuję, bo nie wiedząc z tych listów nic o ich autorce, przyjechałem i poznałem panią dopiero dzisiaj... Ale czy ja pani nie będę przeszkadzał w tym domu?
Kazimiera. Jesteś pan w swoim własnym.
Andrzej. Nic to nie znaczy. Ciotka moja musiała dobrze nadużyć dobroci pani i zaciągnąć znaczne względem niej obowiązki, których spłatę znajdziemy zapewnie w testamencie. Zresztą uprzedzić panią muszę, że chociaż w Polsce urodzony, za właściwą ojczyznę moją uważam kraj najwyższej grzeczności, Anglię, gdzie dla ludzi dobrze wychowanych kobieta, jak australski monarcha, czego się swoją stopą dotknie, tem rozporządzać może.
Kazimiera. Bądź pan ostrożniejszym z angielską grzecznością, bo ona może pana zawieść w polskich obyczajach.
Andrzej. Bynajmniej. Dawno już wyłuskałem się z sarmackiej łupiny i wiem, co się wszędzie należy kobietom. A nawet, szczerze mówiąc, ile razy z zagranicy przyjeżdżam i przyznaję się do mego narodu, czynię to zawsze dla jego pięknych córek. (kłaniając się) Dzięki pani, najbardziej pragnę w tej chwili być jego synem.
Kazimiera (z ironią). Wprzódy spytaj pan ostatniej woli ciotki, czy możesz być moim bratem.
Andrzej. W dosłownem znaczeniu takiego stosunku i ja sobie nie życzę; co zaś do woli mej ciotki, to ona mimo że ostatnia w jej życiu, nie może być na ten raz pierwszą w mojem. Wreszcie posłuchajmy, co wojewodzina mówi. Gdzie testament?
Kazimiera (słabym głosem). Opieczętowany w tem biurku.
Andrzej (do Onufrego). Otwórz.
Kazimiera (rzucając się do nóg Andrzejowi). Litości!
Andrzej (zmieszany). Co pani?

Kazimiera (zerwawszy się). Wy litości nie znacie! Sama! Gdzie dla mnie prawo... ratunek... miłosierdzie! (wybiega).
SCENA IV.
Andrzej i Onufry..

Andrzej Co jej się stało? Czy ją tak otwarcie testamentu wzruszyło? Musiała być do pani bardzo przywiązaną?
Onufry (podając papier). Jak do matki.
Andrzej. I dla tego może mówiła ze mną tak dumnie. (czyta) »Kazimierze Wrzosek postaw lnianego płótna i trzy morgi gruntu, tytułem dożywotniej, bezpańszczyznianej dzierżawy«. Nie rozumiem tego daru.
Onufry. To posag nie dla Poraja!
Andrzej. Przedewszystkiem nie dla tej panny. Czy pani umierała przytomna?
Onufry. Zupełnie, aż póki Bóg duszy jej na sąd nie zawołał.
Andrzej. A za życia pannie Kazimierze czego nie dała?
Onufry. Jakto nie? Tę stancyjkę, pański stół i okrycie, czasem nawet siedzenie w powozie.
Andrzej. To dziwne.
Onufry. E, proszę pana, to naturalne.
Andrzej. Może wiesz co, czego ja nie wiem?
Onufry. Trzydzieści lat temu dworowi służę, wiele tu przy mnie narodziło się i umarło, chyba tylko ogrodowe świerki dalej pamięcią sięgają.
Andrzej. Więc...
Onufry. Byłem dotąd grobem dworskich tajemnic, nie każ mi panie być ich wystawą.
Andrzej. Schowaj sobie wszystkie do trumny, tylko zostaw mi jedną — panny Kazimiery.
Onufry. Boże drogi! Takie dobre, miłe dziecię. Lżej zdradziłbym własną córkę.
Andrzej (stanowczo). Zwołaj mi tu służbę, a sam odejdź.
Onufry (kłaniając się pokornie). Bez obrazy dla mojego pana, umiem być czuły i posłuszny.
Andrzej. Więc nie miel waszeć próżno językiem dla zrobienia wiatru. Kto jest panna Kazimiera?
Onufry (zniżając głos). Pańska poddanka.
Andrzej (zdziwiony). Co ty stary pleciesz?
Onufry. Tajemnicę, którą kiedyś wielu znało, a której może dziś nikt, prócz mnie, nie pamięta. Nieboszczka pani, owdowiawszy i uprzykrzywszy sobie samotność, kazała mi wziąć do dworu na wychowanie kilkoletnią dziewczynkę swego poddanego, który długo przedtem chorując, wkrótce podobno z żalu umarł, chociaż ja tam w chłopską miłość nie wierzę. Ponieważ wojewodzina nie żałowała niczego, więc ze smolucha pozwoliła wyróść pięknej i pysznej damie, która już nawet starym herbem wzgardzić umie.
Andrzej (chodząc po pokoju). To nie do uwierzenia. Tyle szlachetności, dumy, wdzięku. Prześliczna winna jagoda na jałowcowej gałęzi... Więc to moja poddannka — sierota — owoc nawet swojego pnia niemający — do mnie bezwarunkowo należy?...
Onufry. Jak każda śliwka, którą w pańskim ogrodzie wiatr z drzewa strącił...
Andrzej. No, no, nie wiedziałem, jaki spadek dostał mi się po wojewodzinie. Troskliwa ciotka, nawet o zadowoleniu mojej słabostki nie zapomniała. Czy tu wszystko tak piękne, jak ta panna?
Onufry. Pszenica — złoto, inwentarz...
Andrzej. Dziwnie czasem ta chłopska krew przez pańską opiekę dystylować się umie. Ktoby ją w tych delikatnych żyłkach poznał? Szkoda, że dużo się powiedziało angielskich grzeczności z australskim przywilejem. Oko zawiodło — wygląda jak królowa... (po chwili myślenia). Masz waszeć syna?
Onufry. Żony mi Bóg nie nastręczył.
Andrzej. Fi! Gdyby się jednak jaka warta długiego czekania znalazła...
Onufry. Święty patronie, z piątym krzyżykiem na plecach w takie cuda wierzyć! Trochę rozumu dla strzeżenia się waryactwa Bóg mi jeszcze zostawił. Nie długo ptaki będą ode mnie uciekały przestraszone, a cóż dopiero płochliwsza od nich kobieta!...
Andrzej. Tak źle nie będzie, jeśli jej waszeć dasz dobre imię, a ja dodam porządną wyprawę...
Onufry. Dziękuję łasce pańskiej, musiałbym jednak prosić Boga, żeby umyślnie dla mnie żonę stworzył.
Andrzej. Już stworzona, możesz ją nawet waszeć niedługo dostać.
Onufry. Kogo? — spytam pokornie.
Andrzej. Pannę Kazimierę.
Onufry. (dumnie). Poddankę? Poraja mam w herbie, jeszcze przed sejmami przodkowie moi go otrzymali i żaden ani kroplą krwi chłopskiej nie pokalał!
Andrzej. Bardzo to chwalebnie, ale czasy się zmieniły. Dziś to mniejszym, niż dawniej grzechem. Zresztą wiesz waszeć, że klejnoty szlacheckie przechodzą po mieczu, a nie po kądzieli. Już we wnukach twoich tradycya zapomni o pochodzeniu ich babki, a waszeć tymczasem będziesz miał młodą i piękną żonę.
Onufry. Nigdy.
Andrzej. Gdybym miał tyle co waszeć dumy, zamiast tu służyć, postarałbym się o wakującą teraz koronę. No namyśl się...
Onufry. Trudno, panie mój, trudno...
Andrzej. Żeby się panna zbyt długo targować nie dała, naprzód jej przypomnę zupełną ode mnie zależność, potem, dla lepszego poskromienia, wyznaczę jakieś leczące z pańskich nawyknień zajęcie i tak potrzymawszy ją u siebie w szkole kilka miesięcy, oddam waszeci ułaskawioną.
Onufry. Ha! całe moje życie poświęciłem temu domowi, niech i najdroższy mój skarb, klejnot rodzinny, idzie dla niego na ofiarę.
Andrzej. Ofiara to nie dla mnie, ale dla ciebie. Więc poproś tu waszeć panny, rób co każę, a w potrzebie za każde moje wykonane słowo spadnie ci dukat do kieszeni.
Onufry. Stopy pańskie całuję. (wychodzi).

SCENA VG.
Andrzej i Kazimiera.

Andrzej (czytając półgłosem testament). »Garderobianie Maryi Węgieł dukatów sto; Grzegorzowi Dołędze, strzelcowi, parę wołów, konia, 50 korcy zboża, i 200 łokci szarego sukna; klasztorowi OO. Kapucynów w Lublinie 2000 dukatów«. — Fi! Za długa litania, a zwłaszcza za hojne »módl się za nami«. (wchodzi Kazimiera). Proszę przybliżyć się do mnie.
Kazimiera. Z wezwania pańskiego widzę, że już pana objaśniono, jak masz być dla mnie grzecznym.
Andrzej. Rzeczywiście, testament sprostował moją pomyłkę. Niezależnie od tego, wolno nam pozostać w zgodzie na właściwych swoich miejscach, jeśli panna tego pragnąć będzie.
Kazimiera. Ja pragnę tego tylko, czego mi pan bez popełnienia gwałtu odmówić nie możesz — swobody.
Andrzej. Nie dziwię się panienko, że nie umiesz jeszcze stosować swych żądań do dzielącej nas odległości. Przypomnieć jednak muszę, że pogwałcić można tylko prawa, których ty wobec mnie nie posiadasz.
Kazimiera. Posiadam je jako kobieta przeniesiona i przyjęta do sfery, w której niewola jest zbrodnią.
Andrzej. Przeniesiona — prawda, ale nie przyjęta. Wojewodzina cię nie wyzwoliła, a ja dopiero to zrobię, jeżeli...
Kazimiera. Bądź pan, o ile możesz, ludzkim!
Andrzej. Dobrze — ale w zamian nie bądź panienka upartą.
Kazimiera. Czego więc pan chcesz ode mnie?
Andrzej (zbliżając się z uśmiechem). Czego?... czego?... Alboż ja panience wyraźnie mówić potrzebuję...
Kazimiera (tłumiąc wzburzenie). Czy pan się wstydzisz swoich ust, czy moich uszu?
Andrzej. Mam głęboki żal do wojewodziny, że ci, moja panno, pozwoliła wyuczyć się tak dumnego tonu i wysoko nastrojonej deklamacyi.
Kazimiera. Ja mam do niej żal inny, wołający o pomstę do ziemi i niebios za to, że mnie dla rozrywki w swych półtrupich nudach wyrwała z tego świata, któryby mnie był przyzwyczaił do poddańczego jarzma i przerzuciła w inny po to tylko, ażebym wysłużywszy się starannie wychowana kaprysom jej znudzenia, silniej potem odczuwała kaprysy bezprawia. Nie człowiekiem, nie przybraną córką byłam dla niej, ale tresowaną papugą, którą ona wyuczywszy ludzkiej mowy, nie nagrodziła przy śmierci za piętnastoletnią zabawkę nawet wypuszczeniem na wolność. To jest wasza wdzięczność. Wy umiecie na sejmach wyznaczać surowe kary za niszczenie łabędzich i sokolich gniazd, lub zapewniać bezpieczeństwo bobrom i niedźwiedziom, a jednocześnie skazywać ludzi na ofiarę samolubstwu i swawoli. Przeklęte niech będą prochy wszystkich przeszłych pokoleń, które dały panu nade mną prawo tyrana!
Andrzej. Tyranem dla ciebie, moje dziecko, zostać nie myślę, czego najlepszym dowodem, że pozwalam ci nawet być wymowną. Ale ustępstwa moje zależą od twoich ustępstw. Albo wreszcie — żadnych nie żądam. Zostań tu sobie jak dawniej: tylko rozumie się nie z wojewodziną, bo jej nie ma, lecz ze mną.
Kazimiera. Po co?
Andrzej. Ja także potrzebuję opieki, a jeśli nie odmówiłaś jej ciotce, nie powinnaś odmawiać siostrzeńcowi. Za to niedługo, bardzo niedługo wyzwolę... Po co te swary? Bóg na to cię stworzył, żebyś się śmiała, a ty się smucisz. Przecież upokorzeniem nie grożę, dobroci nie nadużyję i niezawodnie wyzwolę, tylko proszę śmiać się i nie bronić...
Kazimiera (odtrącając go). Strzeż pan swego bezwstydnego czoła, póki mam ręce nieokute.
Andrzej (w gniewie). Ty śmiesz...
Kazimiera. Ja śmiem bronić mojej godności.
Andrzej. Poczekaj! zaraz cię z niej rozbiorą. (klaszcze) Onufry!
Onufry. Jestem.
Andrzej. Do czeladzi ją! Każ przebrać w drelich!
Kazimiera (wychodzi z Onufrym).

SCENA VI.
Andrzej i Onufry.

Andrzej (chodząc niespokojny). Twarda dusza... Musi być z poprawnej rasy... Ale jakże piękna!... Onufry! (Onufry ukazuje się) Cóż?
Onufry. Kazałem jej dać inną odzież.
Andrzej. Co mówi?
Onufry. Nic.
Andrzej. Powoli nawet śpiewać ją nauczymy. Ale ponieważ to wszystko dla ciebie, staraj się wytłomaczyć, że tylko zupełna uległość mej woli zbawić ją może. Byłoby najlepiej, ażeby zrozumiała tę konieczność szybko. Bo naprzód szkoda jej męczyć, a powtóre nie trzeba robić we wsi i okolicy zbyt wielkiego zgorszenia. Jak wojewodzina z nią się obchodziła?
Onufry. Jak z własnem dzieckiem.
Andrzej. We dworze lubiona?
Onufry. Wszyscy wywieszaćby się za nią dali.
Andrzej. A z sąsiedniem obywatelstwem ma jakie stosunki?
Onufry. Bywa we wszystkich okolicznych domach, które czy o jej pochodzeniu nie wiedzą, czy też na nie mało zważają, dość że ją aż do boskiej obrazy lubią.
Andrzej. To źle, bardzo źle. Nie chciałbym uchodzić za tyrana...
Onufry. Jeden nawet młody obywatel z sąsiedniego folwarku tak się w niej rozmiłował, że codzień tu bywa i podobno o żeniaczce myśli.
Andrzej. Tego przepłoszymy. Jak się nazywa?
Onufry. Tadeusz Leszczyc, syn miernej fortuny szlachcica, ale dawnego posła naszej ziemi w Warszawie, który ma dziś wrócić z jakimś ordonansem od Francuzów.
Andrzej. Znam starego krzykałę. Synkowi zrobię przyjemność, kiedy taki demokrata. (Staje przy oknie) Nic ją to przebranie nie oszpeciło. Nawet najpodlejszy strój wdziękom jej służy. Przechodzący szlachcic zdjął czapkę... (Zwracając się do Onufrego) Powiedz nieproszonemu konkurentowi, że mu w moim lesie nie wolno złapać i obedrzeć z futra wiewiórki, a tem mniej podkradać mi się do poddanki. Jeśli go tu spotkam, jak lisa w żelaza złowię lub jak wieprza ze szkody zająć każę. Co mam, to mam dla siebie; a waszeć pod karą utraty miejsca strzeż mi tego, czego nikomu nie ustąpię. Zawołaj tu ją.
Onufry (na stronie). Nikomu jej nie ustąpi? Więc i mnie... O, coś niedobrego się święci (wychodzi).

SCENA VII.
Kazimiera i Andrzej.

Andrzej (do Kazimiery, dając znak Onufremu żeby odszedł). Powtarzam — okrutnym być nie chcę, chcę tylko, ażebyś zrozumiała, że to, czego się domagasz ode mnie, jako obowiązku, otrzymać możesz jedynie jako łaskę. Mała zaś próbka mogła cię o bezskuteczności twego oporu przekonać. Proś, a nie rozkazuj, bo wyprosisz wszystko, a nie nakażesz mi nic. (zbliżywszy się) Ja nie będę gwałcicielem, jeśli ty, moja Kaziu, nie będziesz...
Kazimiera. Odstąp pan.
Andrzej (tłumiąc gniew). Ty myślisz, że mnie pokonasz? Jeśli mi do pastwienia się nad tobą nie starczy chęci, to starczy gniewu. Chociażbyś się w milion podobnych sobie zmieniła i wszystkie mi na wykup za siebie darowała, nie puszczę cię, aż do grobu. Ty wiesz że od giętkich prętów łoziny do twardych rąk ludzkich wszystko mi tu podległe i wszystko, gdy skinę, przeciw tobie się zwróci. Jutro Bóg cię nie pozna, gdy ja pognębić cię zechcę. Głodem i pragnieniem cię zabiję i samej zabić się nie dam. Jeśli zabronię, nie dostaniesz nawet listka piołunu na pokarm, nawet kropli pokrzywowego soku do picia, nawet suchej gałęzi do powieszenia się. Nie patrzysz na mnie, a patrzyłabyś czule na swego szlachetkę? Wprzód te twoje błyszczące źrenice w pierścionki sobie oprawić każę, niż im dla niego płonąć pozwolę!... Ze mną, czy...?
Kazimiera. Przeciw tobie — niegodziwy.
Andrzej. Ha, zobaczysz, czy ja daremnie grożę! (idąc do drzwi) Kto tam jest?! (ukazuje się Onufry). Ten pokój będzie kuchenną izbą, a ta dziewka niech w nim czyści noże! (Onufry wybiega i wraca z koszem nożów i dwoma służącymi, którzy wynoszą meble i wstawiają proste sprzęty). Onufry, pilnuj... (wychodzi).

SCENA VIII.
Kazimiera i Onufry.

Onufry (obejrzawszy się trwożliwie podchodzi do zamyślonej nad nożami Kazimiery). Nieszczęście ludzi brata: zapomnijmy więc o urazach, panno Kazimiero. Alboż to nasza przyjaźń z pajęczyny, ażeby ją lada giez mógł potargać? Nie smuć się pani: przyrzekłem i w potrzebie z pomocą się znajdę. Pan Andrzej...
Kazimiera (stanowczo). Dosyć! (zaczyna obcierać nóż płótnem).
Onufry. Zaraz gniewy. Ja chciałem tylko powiedzieć, że dziedzic wykrzyczy się, trochę nadokucza, ale jak zobaczy, że z krzemienia gąbki nie zrobi, zmięknie i może przeprosi.
Kazimiera (ponuro). Masz pan mnie pilnować, a nie pocieszać (podsuwając mu do oczu nóż). Ten nóż czysty?
Onufry (odchyla głowę). Jak zwierciadło.
Kazimiera (j. w.) Powiedzcie swemu panu, że i ostry.
Onufry. Eh, co tam z nożami. Lepiej oto słuchaj mnie pani i zawierz. Od jednego twojego słowa zależy być wolną.
Kazimiera (j. w). Pan nie widzisz, jak ten nóż ostry...
Onufry. Od jednego, mówię, słowa. Kiedy u nóg włóczyłem się dziedzicowi, żeby panienkę uwolnił, rzekł do mnie: dobrze, ale jeśli natychmiast zostanie twoją... żoną.
Kazimiera (gwałtownie). Milcz służalcze, bo ci z piersi obłudne serce wykroję (wchodzi Tadeusz).
Onufry (ze złością). To zostaniesz jego kochanką (we drzwiach półgłosem grożąc Tadeuszowi). Zajmę ja cię z tej szkody... (oddala się).

SCENA IX.
Tadeusz i Kazimiera.

Tadeusz (zbliżając się przerażony). Więc to prawda? Przebrać cię kazał — ten rozbójnik!...
Kazimiera (spokojnie). Pan.
Tadeusz. Mnie swą władzą ust nie zamknie i broni z rąk nie wytrąci. Ja mu włosa z twej głowy na wiatr puścić nie pozwolę!
Kazimiera. Nie strasz go pan daremnie, boś niedawno stąd przed nim uciekł.
Tadeusz. Uciekłem przed piorunem, który na mnie spadł nagle. (błagając) Aniele mój, nie gardź człowiekiem, który chwilowo omdlał w swem czuciu, uderzony w jego nigdy nietkniętą strunę. Z mlekiem matki wyssałem moją szlachecką dumę, dotąd oddychałem jej powietrzem, ani raz serce moje nie zadrgało po za kołem jej promieni — i ty chciałaś, ażebym ja w jednej chwili zrzucił z siebie naturę dwudziestu pięciu lat mego życia i oblókł inną? Dla czego nie przyzwyczaiłaś mnie do tajemnicy swego pochodzenia? Czy sądziłaś, żem orzeł urodzony w pawiem gnieździe? że na drzewie mego rodu jestem zupełnie różnym od innych owocem? Nie nazywaj tego ślepym, kto przed niespodziewaną błyskawicą zmrużył zlęknione oko. Jeszcze dotąd myśl w chmurach mi tonie, dotąd nie widzę jasnego jej światła, ale nigdy niegasnącą gwiazdą w tej burzy jest dla mnie miłość, która przed niebezpieczeństwem w obronie twojej nie zadrży. Pod klątwą wiecznej na moją cześć hańby, daj mi prawo upomnieć się za twoją krzywdę.
Kazimiera. Prawa żadnego dać nie mogę, bo żadnego nie mam.
Tadeusz. Jakto — więc ulegniesz samowoli rozboju?
Kazimiera. Poddaństwa.
Tadeusz. Na litość, co ty myślisz robić?
Kazimiera. Kazano mi czyścić, więc czyszczę i ostrzę te noże.
Tadeusz. Szaleństwo!
Kazimiera (z gorzkim uśmiechem). W potrzebie bywa rozumem. Noc już zapada, w jej ciemnościach sumienia dobre zasypiają, złe się budzą. Wtedy do obrony przed złem ostry nóż lepszy od tępego krzyża.
Tadeusz. Kazimiero, ty coś strasznego zamyślasz. Szlachetniejszy otwarty miecz od skrytego noża. Wprzódy wrosnę w to miejsce, niż z niego ustąpię, dopóki ty nie będziesz wolną. Jeśli ci dziedzic odejść nie pozwoli, to mu się wydrę lub ukradnę i w sądzie szacunek twojej głowy zapłacę.
Kazimiera. Ty masz do obrony rąk dwie, a on do napaści tysiąc.
Tadeusz (smutnie). Prawda. Tak było u nas zawsze i za to może dziś losy strasznie nas karzą. Po tysiąc rąk pracowało i krwawiło się dla wygody jednego samolubstwa; teraz Nemezys mści się na swawoli za krzywdy ciemiężonej niewinności. Obcą ręką rozdawać będzie te prawa uciśnionym, które im się z naszej należały i które sprawiedliwością kraj by zbawiły. Podobno już nawet Francuzi zmienili nasze ustawy. Kazimiero, czekajmy ojca mojego, on dziś z Warszawy przyjeżdża, może nam jakiś ratunek przywiezie.
Kazimiera. Przywiezie — panu.
Tadeusz. Wtedy niech przeciw mnie powstaną wszystkie potęgi, ja je za ciebie do walki wyzwę! (Podczas tych słów wchodzi Onufry, pokazując Andrzejowi Tadeusza).
Onufry (półgłosem). Tego szkodnika odstraszyć trzeba.

SCENA X.
Ciż, Onufry i Andrzej.

Andrzej (podchodząc z tyłu do Tadeusza). U kogo pan brat tu jesteś?
Tadeusz. U mojej narzeczonej.
Andrzej. U mojej poddanki.
Tadeusz. Moje prawo świętsze.
Andrzej. Moje dawniejsze.
Tadeusz. Pan wiesz, że ja ją kocham.
Andrzej. To mnie mało obchodzi i do niczego więcej nie obowiązuje, tylko do strzeżenia mej własności.
Tadeusz. Pan mi ją oddać musisz!
Andrzej. Wtedy, jak będę musiał oddać panu moją sakiewkę, jeśli się w niej przypadkiem zakochasz.
Tadeusz. Człowiekiem pan jesteś, czy...!
Andrzej. Dziedzicem tej wsi.
Tadeusz. W takim razie pozywam pana do sądu naszych szabel.
Andrzej. Dobrze. Ale naprzód oddal się pan i daj mi znać przez swoich świadków, że cię za progiem nie opuściła odwaga do stawienia się w tym sądzie.
Tadeusz (dobywając szabli). Podły tchórzu, broń do ręki, bo ci obelgę płazem odbiję i sińcem naznaczę!
Andrzej. Onufry! Parobków — związać tego chłystka! (Onufry wybiega).
Tadeusz. Jeśli tu wejdą, łeb za łbem się potoczy, a twój najpierwszy.
Kazimiera (przyskoczywszy do Andrzeja z nożem). Nie każ im tu wchodzić, bo ten nóż ostry, a moja ręka pewna, dla ciotki twojej niejeden koszyk z drutu uplotła (słychać kroki za sceną).
Andrzej (do wchodzącego Onufrego). Niech się oddalą, ty zostań.
Tadeusz. Broń swemu panu przynieś!... (wpada Rafał).

SCENAXI.
Wszyscy.

Rafał (półpijany z papierem w ręku). Nie pozwalam! Moje szlacheckie prawo! Nie pozwalam, chociażby mnie w sztuki porąbać mieli. Gdzie mój syn — Tadeusz?
Tadeusz. Jestem, ojcze.
Rafał. Karabela wyjęta — do cięcia gotowa — przeczułeś, jak należy powitać ojca! Niech wszyscy odstąpią szlacheckiego sztandaru, my dwóch bronić go będziemy! Do mojego boku! Skosimy przedajne głowy!
Andrzej. Czego pan w moim domu krzyczysz?
Rafał (zbliżywszy się do Andrzeja odskakuje). Brr! to on — płód Judasza! Prawda, jego ojciec nie bezdzietny się powiesił, a ciotka bezdzietnie umarła. O, ja poznałem pana kasztelanica, bo dusza nieboszczyka papy ze strachu przed Bogiem w ciało synka z szubienicy się schroniła i z oczu do mnie wygląda. No cóż, podobno pan także chcesz puścić kraj w arendę? Nie uda się, bo nie ma już co dzierżawić? Warszawę, Francuzi wzięli, wojska nawiedli, prawa dyktują... Ale ja nie pozwalam!...
Andrzej. Panu bratu widzę kieliszek te rzeczy opowiadał...
Rafał. Piłem, to piłem, za własne uczciwe dukaty, a nie za judaszowe srebrniki. Zresztą zobaczywszy pana, już się trochę wytrzeźwiłem... Tadeuszu, zakładamy protest i zawiązujemy konfederacyę... Napoleon czy nie Napoleon, nikt nie ma władzy bez naszej zgody praw nam narzucać i naszych przywilejów znosić.
Tadeusz (gorączkowo). Co ty ojcze, mówisz?
Rafał. Ja mówię, że na konstytucyę wydaną przez Napoleona i równającą nas z chłopami nie pozwalam, chociaż mi ją na tym papierze wypisano i ogłosić kazano. (Tadeusz czyta niecierpliwie papier). Takiej herezyi dotąd żadne polskie usta wymówić nie śmiały, a ten europejski antychryst myśli, że wolę wieków jednem pociągnięciem pióra z Drezna przemaże.
Tadeusz (czytając). »Wszyscy są równi wobec prawa; poddaństwo się znosi.« O dzięki ci wielki człowieku! Kazimiero — jesteś wolna!
Rafał (odwróciwszy się podchodzi do Kazimiery). Kazimiera? Panna Kazimiera — wychowanica wojewodziny — na Boga, co to jest? W chłopskiem przebraniu...
Kazimiera (przyciskając papier do serca). Jego poddanką byłam: on mi swoją niewolnicą być kazał, a ten papier niepodległą mi być pozwala.
Rafał. Jezus Marya! Przytomny już jestem, a jednak uszom własnym uwierzyć nie mogę. Tyle potworności w jednem sumieniu! Dawajcie rozkaz, ogłosić go kazano. (we drzwiach) Pozwalam!
Tadeusz. Kazieńku, ty teraz moja bez przeszkody — prawda?
Kazimiera. Dziś żadnych ślubów nie robię. Wprzódy pan pójdź i wielkiemu bohaterowi odsłuż za mnie w szeregach dobrodziejstwo, jakie mu winnam (podaje mu rękę). Chodź stąd ze mną mój kochanku. (do Andrzeja rzucając mu nóż pod nogi) Przekonaj się, że był czysty i... wyostrzony... (wychodzi z Tadeuszem).
Onufry (łaszcząc się do Andrzeja). Wszystkie rozkazy pana ściśle spełniłem...
Andrzej (gniewnie). Teraz w pole! tam twoje miejsce! (wychodzi).
Onufry (sam). A gdzie obiecane dukaty?

(Zasłona spada).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.