Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/103

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    szedł). Powtarzam — okrutnym być nie chcę, chcę tylko, ażebyś zrozumiała, że to, czego się domagasz ode mnie, jako obowiązku, otrzymać możesz jedynie jako łaskę. Mała zaś próbka mogła cię o bezskuteczności twego oporu przekonać. Proś, a nie rozkazuj, bo wyprosisz wszystko, a nie nakażesz mi nic. (zbliżywszy się) Ja nie będę gwałcicielem, jeśli ty, moja Kaziu, nie będziesz...
    Kazimiera. Odstąp pan.
    Andrzej (tłumiąc gniew). Ty myślisz, że mnie pokonasz? Jeśli mi do pastwienia się nad tobą nie starczy chęci, to starczy gniewu. Chociażbyś się w milion podobnych sobie zmieniła i wszystkie mi na wykup za siebie darowała, nie puszczę cię, aż do grobu. Ty wiesz że od giętkich prętów łoziny do twardych rąk ludzkich wszystko mi tu podległe i wszystko, gdy skinę, przeciw tobie się zwróci. Jutro Bóg cię nie pozna, gdy ja pognębić cię zechcę. Głodem i pragnieniem cię zabiję i samej zabić się nie dam. Jeśli zabronię, nie dostaniesz nawet listka piołunu na pokarm, nawet kropli pokrzywowego soku do picia, nawet suchej gałęzi do powieszenia się. Nie patrzysz na mnie, a patrzyłabyś czule na swego szlachetkę? Wprzód te twoje błyszczące źrenice w pierścionki sobie oprawić każę, niż im dla niego płonąć pozwolę!... Ze mną, czy...?
    Kazimiera. Przeciw tobie — niegodziwy.
    Andrzej. Ha, zobaczysz, czy ja daremnie grożę! (idąc do drzwi) Kto tam jest?! (ukazuje się Onufry). Ten po-